Blog z roku 2012
Hits: 10485

Przede wszystkim było mi miło, że dostałam wyróżnienie na Kolosach (za rejs na Czukotkę) i przyznawaną przez redakcję "Żagli" nagrodę im. Teligi (za książkę "Kurs Arktyka").
Rok był mocno wyjazdowy. W styczniu poleciałam do Tromso oglądać zorze polarne, potem było trochę samotnej włóczęgi pod hasłem "Zimowy autostop w Gruzji i Armenii, latem z kolei objechałam sobie autostopem Turcję Wschodnią i zdobyłam Ararat (5137 m). Super wypadł też jesienny rejs do Lizbony, w trakcie którego przepłynęliśmy groźne Biskaje (swoją drogą w Lizbonie pobiegłam sobie półmaraton), no i wypad z moim mężem do Chorwacji, konkretnie na średniowieczny festiwal na wyspie Rab. Miałam tez sporo ciekawych wyjazdów jako pilot: Namibia, Mozambik, Zimbabwe i in.

 

27 grudnia, Warszawa
Odszedł Nieprzemakalny Henri

hl-siedzace.jpgCi z Was którzy żeglują pewnie kojarzą sztormiaki światowej sławy firmy Henri Lloyd? Nosili lub noszą je najsłynniejsi żeglarze świata, m.in. Francis Chichester, Robin Knox-Johnson, Nami James, z naszych m.in. Mateusz Kusznierewicz czy Krzysztof Baranowski. Szczerze mówiąc mało kto wie, że ta kojarzona z Wielką Brytanią firma ma tak naprawdę polskie korzenie!


Niestety dotarła do mnie przykra wieść, że wczoraj założyciel Henri Lloyda, pan Henryk Strzelecki, zmarł.

Miałam okazję poznać Mr Henri jak o nim mówiono, dobre naście lat temu, na otwarciu sklepu firmowego tej firmy, a ostatnio pisałam dla „Sukcesu” artykuł o jego niezwykłym życiu. Naprawdę niesamowity człowiek! Symbol uporu (ale takiego pozytywnego, wynikającego z ambicji i dążenia do celu), pracowitości, a zarazem pełen kultury i uroku osobistego.  A zresztą przeczytajcie sobie sami – wystarczy kliknąć tutaj .




25 grudnia, zaraz po Wigilii

Jako uzupełnienie do postu sprzed 2 dni, mogę powiedzieć, że na wigilijnym stole naszej rodziny były wyłącznie polskie dania. Tradycyjnie na mnie i Pawła spadło zrobienie barszczu (skoro moja mama pochwaliła że pyszny, to może tragedii nie było  :)), poza tym Paweł zrobił rybę po grecku, a ja zaksperymentowałam ze śledziem po węgiersku plus upieczony na deser piernik. Na szczęście tym razem nie posypałam owego piernika płatkami czosnku, jak kiedyś zrobiłam z sernikiem, przekonana że to płatki migdałów (wyglądają podobnie).


Miłym aspektem tegorocznej Wigilii było to, że nie musiałam denerwować się, że znowu tyle jem (jak tu nie jeść, jak na stole tyle dobrych rzeczy), a potem trzeba będzie sobie wmawiać, że waga chyba zepsuta… Tym razem jest inaczej, bo… muszę utyć! Wiem, wszystkie laski wokoło biadolą że są za grube, liczą kalorie, bo dieta nie działa, a ja na odwrót – muszę kilka kilo teraz dołożyć. Ponieważ intensywnie trenuję przed Everestem, wcale nie tak łatwo mi z tym przytyciem. Chodzi o to, że na Evereście tak czy owak schudnę, a muszę mieć z czego – dwa miesiące przebywania w wysokogórskich warunkach sprawiają że większość osób traci około 10 kilogramów, a znam chłopaka który zwalił 17! 
 
W sumie to nawet miłe – mam ochotę na ciasteczko, bach, sałatka z majonezem – pal sześć! Oczywiście bez przesady, wszystko w granicach zdrowego rozsądku… A tak swoją drogą Święta świętami, ale jutro z rana mam w planie 8 kilometrowe bieganie…


23 grudnia, Warszawa
Wigilia po japońsku


Co roku przed Świętami dzwonią do mnie różne stacje radiowe i telewizyjne, z zaproszeniami do programów, abym poopowiadała, jak to jest spędzać Wigilię w jakimś egzotycznym zakątku świata. Każdy myśli że niczym z rękawa sypnę opowieściami o Bożym Narodzeniu na biegunie, w dżungli czy może pod ziemią, a tymczasem wszystkich rozczarowywuję, tłumacząc że co nie mam zbyt wiele w tej kwestii do powiedzenia, bo co jak co, ale Wigilię spędzam w domu. Po prostu dla mnie to akurat wyjątkowo rodzinny dzień, a poza tym mamy w Polsce tak piękne i wyjątkowe tradycje, że żal by mi było jechać gdzieś na koniec świata, aby ten wigilijny klimat stracić. 

Właściwie to tylko raz byłam w Wigilię poza Polską. Płynęliśmy wtedy przez Pacyfik na żaglowcu „Zawisza Czarny”, zmierzaliśmy w kierunku Kanału Panamskiego, no i Święta spędzaliśmy gdzieś u brzegów Meksyku. Zamiast choinki były palmy, zamiast śledzika – tuńczyk, a choć wszyscy starali się by było jak najbardziej świątecznie, ogólnie było bardzo smutno. Inna sprawa że to było dobre 20 lat temu, kiedy nie mieliśmy komórek ani telefonu satelitarnego, o e-mailach też nikomu się nie śniło, no a byliśmy już w rejsie trzeci czy czarty miesiąc i po prostu tęskniliśmy za rodzinami, z którymi nawet nie za bardzo wiedzieliśmy co sie dzieje.

No ale do czego zmierzam… Chodzi o to, jak się te „polskie Wigilie" zmieniają… W właściwie to "przedwigilie", bo chodzi o spotkania firmowe, klubowe, kumpelskie i inne, jakich w grudniu jest od groma. Oczywiście dużo zależy od ludzi. Z tych na których byłam, najbardziej tradycyjnie było w Klubie Wysokogórskim gdzie każdy coś tam przyniósł, w związku z czym stoły uginały się od śledzi i makowców. Gdzie indziej z tą tradycją było już różnie. Dziwi mnie na przykład, że zanika zwyczaj dzielenia się opłatkiem – a bo to już „nie modne” (co znaczy w tym przypadku słowo „nie modne”), a poza tym grypa szaleje więc lepiej przy okazji życzeń za bardzo nie dzielić się wirusami - usprawiedliwień jest mnóstwo… A śledzik? To też passe – śledzika czy karpia nie ma, bo jest sushi. Do popicia zamiast barszczyku – wino – w końcu kolorystycznie takie same. Kolędy? Zamiast nich są amerykańskie hity w stylu „White Christmas” – w końcu mamy globalizację. No cóż, jeszcze trochę i zaczniemy jeść na Wigilię indyka. W końcu skoro tak chętnie przyswajamy wszystko co zachodnie…

 


5 grudnia, Warrszaa
O samowoli Facebooka

Bloga z Afryki (poprzednie wpisy) nie skończyłam, bo w Botswanie i Zimbabwe nie było internetu. No ale wróciłam do kraju i życie toczy się dalej (co m.in. że nie ma czasu na uzupełnianie zaległości :) )...

Może jestem nieżyciowa (no cóż, starość :) ), niemodna (nie-trendy powiedzą niektórzy) i nie nadążam za możliwościami techniki, ale nie kryję że fanką Fecebooka bynajmniej nie jestem. Wyjątkowo denerwuje mnie te narzędzie, zwłaszcza nawał nieistotnych informacji jakie dzięki „fejsowi” (co za durne określenie) dostaję, choć właściwie nie dostaję, bo mam w poczcie automatyczne przekierowanie że co ma tylko w treści „Facebook”, automatycznie wpada mi do folderu „spam”, który co jakiś czas z uwielbieniem wysyłam „w kosmos”. No cóż, może jestem aspołeczna, że nie rusza mnie mail o treści: „Mojej koleżance urodziło się dziecko – polubcie je!”, że nie interesuje mnie że ktoś przygarnął kolejnego kota albo że właśnie idzie wyrzucić śmieci. Nie rozumiem też, dlaczego piszą do mnie dziesiątki osób, których nie widziałam na oczy, a które chcą być moimi znajomymi. Może się mylę, ale zawsze myślałam, że słowo „znajomy” oznacza tego, kogo się zna? Zgodnie ze swoimi zasadami uparcie do znajomych ich nie przyjmuję, choć pewnie dzięki temu wychodzę na gbura i bufona.

Dlaczego w takim razie jestem na Facebooku? Sama nie wiem – trochę na zasadzie owczego pędu, bo skoro wszyscy są (ludzka rzecz)… Nawet nie umiem korzystać z tego narzędzia, a jak kiedyś spróbowałam to okazało się, że informacja która miała pójść wyłącznie do jednej osoby, zupełnie prywatnie, stała się informacją publiczną, o której niechcący dowiedziały się dziesiątki osób. Obsługi Facebooka z premedytacją jednak uczyć się nie zamierzam, bo uważam że tradycyjne e-maile w zupełności dobrze działają, natomiast nagminne używanie Facebooka doprowadza do tego, że zatracają się bezpośrednie kontakty, bo po co do kogoś dzwonić czy się z nim spotykać, skoro wszystko wiadomo z Facebooka.

No ale dlaczego przyczepiłam się do tego nieszczęsnego Facebooka? Bo od wczoraj zaczęły mi masowo spływać komentarze do mojego zdjęcia z foczkami z Galapagos. Na profilu facebookowym mam raptem chyba dwa zdjęcia (albo jedno? Sama nie wiem…), te foczki wsadziłam tam chyba ze dwa lata temu, nic przy nich nie ruszałam i nagle jakoś wszyscy się nimi zainteresowali! Okazuje się że to system rozesłał jakieś informacje że jest tam to zdjęcie – bez mojej wiedzy, jakiejkolwiek inicjatywy, mimo że od tygodni na swój facebookowy nie wchodziłam. Pewnie bym się o tym nie dowiedziała gdyby nie znajomy spotkany przed chwilą w stołówce Gazety Wyborczej, gdzie na chwilę wpadłam i przy okazji zjadłam dobre pierogi. Nawet nie za bardzo wiedziałam, o czym kolega mówi, ale po powrocie do domu zajrzałam i widzę że tam niezłe zamieszanie. A może to lekcja, że facebook naprawdę wiele może? Muszę się zastanowić – może to nie taki głupi portal i wykorzystam go by szukać sponsorów na Everest? Tylko od czego zacząć? Może najpierw poinformuję wszystkich znajomych że idę zrobić sobie herbatę…



19 listopada, Park Krugera (RPA)
Big Five, czyli safari
 
afryka-impale i ptaki.jpg afryka-slonik.jpg afryka-hiena.jpg
Dzisiejszy dzień minął nam pod znakiem safari. Park Krugera to jeden z najsłynniejszych parków narodowych Afryki, tym bardziej że można w nim zobaczyć słynną Wielką Piątkę, czyli z angielska Big Five (tworzą ją: słoń, lampart, nosorożec, bawół i lew). Inna sprawa, że trochę też to park przereklamowany, bo w Kenii czy Tanzanii safari jest zdecydowanie ciekawsze. Poza tym atmosferę „dzikiej Afryki” psuje w Parku Krugera cywilizacja, no bo trochę głupio gdy jeździ się po asfaltowych drogach i ogląda lwy z okien autokaru albo eleganckiego samochodu osobowego.

My na szczęście mieliśmy całkiem fajne samochody terenowe, takie z odkrytym dachem, no a kierowcami-przewodnikami byli doświadczeni rangersi, widzieliśmy więc trochę więcej niż ci turyści ze zwykłych samochodów. W każdym razie całą Wielką Piątkę zaliczyliśmy, choć lampart i lew były na tyle daleko, że nawet nie mam ich zdjęć. Przy okazji dowiedziałam się kilku rzeczy o których nie wiedziałam, jak choćby to, że słoń śpi tylko 2 godziny na dobę! Albo to, że turyści z Izraela nazywają słonia w swoim języku „bill”, podczas gdy w slangu RPA oznacza to, jakby to powiedzieć, męski narząd! Można sobie
wyobrazić jak chichoczą lokalni przewodnicy gdy Izraelczycy pełni entuzjazmu fotografują „Big bill!”. Swoją drogą „bill” to po angielsku rachunek (choć tu nikt tak nie powie). Muszę się teraz pilnować, by nie prosić w tutejszych knajpach, aby dali mi ów „bill”!


A co do różnych nacji, to widzę, że miejscowi przewodnicy najbardziej nie lubią Francuzów! Nabijają się z nich równo. Kierowca opowiadał, że miał taką turystkę, Francuzkę, która męczyła go pytaniem ile antylop dziennie słoń zjada. Chłopak wyjaśnił jej, że słoń to typowy wegetarianin i woli rośliny, których zjada 200 kg dziennie. Minęła godzina a Francuzka przyszła znowu i mówi: -No dobrze, ale poza tymi roślinami to ile tych antylop musi zjeść?

Nie wiem czy to była Francuzka, ale słyszałam przez radio (siedziałam w szoferce), jak jakiś kierowca opowiadał że podjechał ze swoją ekipą do drzewa, gdzie wcześniej na konarze spał lampart, nażarty p zjedzeniu upolowanej impali (też antylopka). Wszystkiego nie zjadł, więc resztki ofiary leżały jeszcze na gałęzi. Widząc to jakaś turystka pyta kierowcę co to było. A on na to że impala. No to turystka znowu
docieka, jak impala wlazła na drzewo. Kierowca żartem że wlazła, ale widocznie miała lęk wysokości, że bała się zeskoczyć i została na drzewie aż umarła. Turystka ponoć uwierzyła…


Pytałam o wypadki ze zwierzakami… Ponoć miesiąc temu rozwścieczony słoń przewrócił samochód. Ludziom nic się nie stało, ale wyobrażam sobie co przeżyli. Z kolei 3 miesiące temu, w czasie pieszego safari, jakaś grupka została zaatakowana przez nosorożca. Szarża była skuteczna – róg zranił jedną z kobitek (na szczęście przeżyła). Pewnie nosorożce nie lubią ludzi, bo ciągle jest tu problem z kłusownikami. Za zabicie nosorożca grozi 40 lat więzienia (!), ale kasa za róg jest na tyle duża, że chętni do zabijania tych coraz rzadszych zwierząt, ciągle są (nawet wśród pracowników parku była szajka która… truła nosorożce).


 
18 listopada, Plaża Jays – Maputo (Mozambik) – Whiteriver (RPA)
Trochę dziwna stolica, powrót do cywilizacji
 
afryka-dworzec.jpg afryka-maputo.jpg

Szkoda było opuszczać urokliwą plażę, no ale dzisiaj mieliśmy już wrócić do RPA. Najpierw jednak mieliśmy zgodnie z programem zahaczyć o stolicę Mozambiku, Maputo. Nie jest to najbardziej urokliwe miasto jakie znam, za to jedno z najbardziej zaśmieconych. Turystów zero i w ogóle w centrum jakieś takie dziwne puchy (może dlatego że niedziela?). Byliśmy przy katedrze, ale do środka nie weszliśmy bo zamknięta (mimo niedzieli!), zobaczyliśmy ratusz, zbudowany przez Portugalczyków port, potem zahaczyliśmy jeszcze o bazar, ale właśnie go zamykali bo w niedzielę jest czynny tylko do południa (udało nam się jednak wydać ostatnie mozambijskie pieniądze na orzechy nerkowce, z których ten kraj słynie). Najładniejszy budynek w mieście to dworzec kolejowy zaprojektowany przez Gustava Eiffle`a (tego od paryskiej wieży), który ma w Maputo jeszcze inne swoje dzieło – tak zwany Żelazny Dom (to akurat mało udane dzieło).



Co ciekawe w Maputo, to to że wciąż są tu „komunistyczne” ulice. Na przykład jedna z najważniejszych arterii komunikacyjnych nosi imię… Włodzimierza Lenina, inna – Karola Marxa!


Mnie Mozambik bardzo się spodobał – na pewno tu wrócę. Za to Chris (nasz kierowca) wyraźnie nie polubił tego kraju. Jak na ironię losu, na koniec, tuż przed granicą, dostał jeszcze mandat! Czy słusznie czy nie trudno dociec, bo Chris twierdzi że szybkości nie przekroczył, ale policjanci byli innego zdania. Chcieli 500 randów  (jakieś 60 dolców), ale ostatecznie Chris dał im 150, za co rzecz jasna żadnego oficjalnego kwitu nie dostał!




17 listopada, wciąż nad Oceanem w Mozambiku
Rybacy, armia krabów i impreza nad grobem
 
afryka-rybacy na plazy.jpg afryka-kraby.jpg afryka-w wiosce.jpg afryka-grob.jpg
Ale mi szumi! Nie w głowie, choć fakt, wypiłam półlitrowe piwko, lokalne rzecz jasna (tzn. mozambickie). Całkiem dobre! Tymczasem na oceanie sztorm, a że moja chata to taka dość akustyczna lepianka, mam więc wrażenie że zaraz odlecę w siną dal z dobrodziejstwem tutejszego inwentarza. Swoją drogą dzisiaj widziałam na morzu samotny biały żagiel, no i obudziła się we mnie dusza żeglarza. Puściłam sobie na laptopie szanty i… chce mi się żeglować!

Fajny dzień miałam! Zaczęłam go wcześnie, to znaczy o szóstej rano, bo postanowiłam przed śniadaniem iść nad morze i zobaczyć jak miejscowi rybacy wyciągają ryby. Warto było, bo uczestniczą w tym całe wioski, włącznie z kobietami, dziećmi, a nawet psami. Łódź dowozi na brzeg dwie liny stanowiące końcówkę półkolistej sieci, no i wszyscy owe liny ciągną, potem zaś wyciągają złapane ryby. Łapią się głównie szproty, ale czasem trafia się też meduzy (te od razu wyrzuca się na plażowy piach), kraby (tym z kolei na żywca urywa się łap,y by nie były groźne i oddaje się dzieciakom) czy langusty (je dla odmiany na żywca zakopuje się w naprędce wykopanych w piachu dołach, tak by im wystawały tylko wąsy, zdradzające gdzie są). Następnie cała ekipa, czyli w sumie kilkadziesiąt osób siada na plaży nad wysypanymi rybami i przebiera je. Potem faceci pakują te szproty do skrzynek, w których wchodząc do oceanu płuczą ryby z piasku, a kobiety (!) w tym czasie wyciągają ciężką łódź na brzeg. Zagoniły do tego nawet mnie! Nie to że poprosiły, tylko tonem nie znoszącym sprzeciwu pokazały, że mam się wziąć do roboty. No to się wzięłam. Liczyłam że w zamian pozwolą na robienie im zdjęć, ale co to, to nie – pokazywały że łaskawie się zgodzą, ale za kasę.

Po śniadaniu poszłam na plażę, ale że nie jestem miłośniczką wylegiwania się na słońcu, moją uwagę skupiło fotograficzne polowanie na kraby. W pewnym momencie trafiłam na miejsce, gdzie były ich tysiące! Nie przesadzam – naprawdę tysiące! Na przestrzeni kilkudziesięciu metrów aż się od nich roiło.  Ponieważ krabiki bardzo boją się ludzi, a nie wiedziały jak mnie ominąć, czaiły się długo, dając mi niezłe pole do obserwacji, a zarazem możliwość zrobienia masy zdjęć. Szczerze mówiąc nawet w pewnym momencie bałam się, czy mnie nie zaatakują. Tak naprawdę bałam się wcale nie mniej, niż one mnie…


W końcu zostawiłam kraby w spokoju i klnąc jak diabli piaszczystą drogę poczłapałam do oddalonej o kilka kilometrów wioski. Dziwne, bo wynikało że to wioska do której turyści w ogóle nie zaglądają, choć to zaledwie 3 km od lodge'u! Na początku traktowano mnie z dystansem, może nie wrogo, ale z niechęcią, potem z zaciekawieniem, aż z czasem dystans malał i w końcu nawet ci, którzy nie zgadzali się początkowo na zdjęcia, sami przychodzili, że teraz już chcą. Wioseczka fajna – większość chat wprawdzie już z pustaków, ale wciąż jest trochę tradycyjnych okrąglaków krytych strzechą, po środku osady jest zagroda dla bydła, trochę dalej studnia do której mieszkańcy przychodzą z wiadrami po wodę, buda pełniąca funkcję sklepiku  i tyle… Aaaa, przy domach wszędzie suszą się ryby.


Przy sklepie poznałam przesympatycznego chłopaka, Isaka. Bardzo mi się chciało pić, a niestety nie miałam lokalnej waluty, no i Isak postanowił postawić mi butelkę coli. Potem zaczęliśmy gadać (raczej – próbować się dogadywać) co skończyło się tym że Isak i jego poznana w międzyczasie rodzina zaprosili mnie na uroczystość przy grobie przodków. Grób był za wioską, pod rozłożystym drzewem, bez żadnego krzyża (choć tu ponoć katolicy) i ogólnie był jakiś taki dziwny. Byliśmy tam w chyba ze 20 osób, każdy z grabiami lub przynajmniej gałązkami, wiec po przyjściu (a przed dojściem do grobu – zdjęciem butów), każdy musiał trochę pograbić lub pozamiatać (mnie też wręczono grabie). Potem były piosenki
(bynajmniej nie smutne) i polewanie grobu oraz rosnących przy nim krzaków wodą, a następnie na klęczkach lub siedząco wspominanie zmarłych (bo w tym grobie to ponoć kilkanaście osób leży). Co ciekawe, żadnych modlitw nie było, na grobie żadnych kwiatów, zniczy, nic. Na koniec jeszcze jeden z rodowej starszyzny trochę potańczył.


Szczerze mówiąc szkoda mi było wracać, bo Isak i jego rodzina zaprosili mnie na kolację. Obiecałam, że następnym razem u nich przenocuję. Bo to że do Mozambiku wrócę, to już wiem!

Dzień zakończyłam wraz z kilkoma osobami z naszej grupy nad grillowaną barakudą. Tyle razy, jako nurek, widziałam te ryby pod wodą, a teraz na talerzu. Bardzo dobra! Polecam!

Ps. Boże, ale karaluch mi biega po podłodze! Tak wielki, że myślałam że to myszka! Ale chyba już wolę karalucha niż pająka! Szczerze mówiąc nic nie robi sobie z mojej obecności… W końcu to ja tu jestem gościem, a on zapewne mieszka tu na stałe!



16 listopada, na plaży 20 km od Maputo (Mozambik), nad Oceanem Indyjskim
W towarzystwie krabów i nie tylko
 
afryka-laska na plazy.jpg afryka-kobiety na plazy.jpg
Niby nie interesują mnie plaże, ale przyznaje że ta jest fajna. Fajna, bo pusta (jeśli nie liczyć mojej grupy i dwójki włoskich kite`surferów, bo warunki do pływania są tu świetne). A, no i są kraby! Jest ich cała masa – wyrzuca je na brzeg fala przypływu, a one albo błyskawicznie zagrzebują się w piachu, albo – również błyskawicznie – gonią do oceanu. Ponieważ są bardzo płochliwe, trudno do nich podejść na bliską odległość, choć jednego udało mi się, po 10 minutach leżenia z aparatem na piachu, przyhaczyć z około metra.

Poza krabami widzieliśmy też bardzo blisko plaży jednego wyskakującego ponad fale delfina – delfiny to zwierzaki z którymi mam akurat bardzo częsty kontakt (na rejsach – płyną często jako „obstawa” jachtu), ale ten był wyjątkowo blisko plaży – jakieś 20 metrów od brzegu. Może chory? Albo ciekawski?

Towarzystwo mam też w domku. Nie mówię o komarach, których trochę tu jest (miejscowi potwierdzili mi że jest tu malaria, ale na szczęście ten typ, z którego się łatwo wychodzi). Towarzystwo to spora jaszczurka, z którą zakumpliłam się na tyle że się nie boi.


A wracając do plaż, to ciągną się tu one po horyzont. Gdyby to było w Europie, stały by tu już zapewne ciągi hoteli, byłyby tętniące życiem, obstawione palmami i sklepami deptaki. A tu nic – tylko nasz skromny lodge oddalony od najbliższej cywilizacji o 20 minut jazdy terenowym autem. Ogólnie to stoi tu kilka domków na krzyż, sklepu żadnego (nawet obnośnych handlarzy brak), a zamiast palm są zarośla drzew dających owoce zwane tu „małpimi jabłkami” (można je jeść). Istny koniec (czy raczej kraniec) świata!



15 listopada, St Lucia (RPA) – Swaziland- okolice Maputo  (Mozambik)
Jeden dzień – trzy kraje
 
afryka-wioska w swazilandzie.jpg afryka-prezerwatywy.jpg afryka-granica mozambiku.jpg

Zawsze podkreślam, że w podróżach nie ważne jest zaliczanie krajów, tylko ich poznawanie, no a dzisiejszy dzień temu przeczy. Jako pilot realizuję program, ale już sobie obiecałam że do każdego z tych krajów (RPA, Swazi, Mozambik) wrócę jeszcze prywatnie, aby przerobić je „po swojemu”.


 Ogólnie opinia o Swazilandzie jest taka, że nic w nim ciekawego nie ma, bo to jednak malutkie terytorium (zaledwie 17 tys. km kw.), bez jakichś wybitnych atrakcji, no ale ciekawi są przecież ludzie (lud Swazi) no i sam król! Król spogląda z licznych portretów, sprawiając wrażenie całkiem sympatycznego, poza tym wiesza się też powszechnie zdjęcie jego nieżyjącego już ojca i królowej matki. Panom królom inni przedstawiciele płci męskiej mogą pozazdrościć – ponieważ w Swazilandzie jest poligamia, obecny król ma już 13 oficjalnych żon, ale liczba ta się zmienia (-Co rok bierze sobie kolejną – mówił Chris, nasz kierowca), a w końcu facet ma dopiero trochę ponad 40-tke. Ciekawe czy pobije wynik ojczulka, który zmarł w wieku 83 lat, mając 120 oficjalnych żon i około stu nałożnic. Szatan, nie kogut!

Żeby w ogóle zobaczyć coś w Swazilandzie, poprosiłam Chrisa aby zatrzymał się przy jakiejś tradycyjnej wiosce. Jak zwykle w takich sytuacjach od razu dopadła nas chmara dzieciaków usiłujących coś od białych przybyszy wysępić, potem przyszły ich matki, no a w końcu dogadałam się z jedną z nich że wpuści nas do swojego gospodarstwa i pokaże jak mieszka. Trzeba przyznać że bardzo czyste i zagospodarowane mają tu obejścia. Najlepsza była sypialnia – myślałam że zobaczymy jakieś rozłożone na podłodze maty, ale gdzie tam – wielkie łoże, komoda, czyli zupełnie normalnie.

No ale ogólnie to bieda tu aż piszczy (podczas gdy król wysyłam swoje żony na zakupy do… Dubaju). A do tego choroby. Swoją drogą kiedy oprowadzająca nas Goodwill, jak miała na imię nasza gospodyni, zaczęła kasłać, po czym wyszeptała że jest chora, profilaktycznie się odsunęłam, bo przypomniałam sobie że poza AIDS, druga pod względem zgonów choroba to tutaj gruźlica. A jeśli chodzi o AIDS to na granicy były skrzyneczki z darmowym prezerwatywami.

Pozytywnym zaskoczeniem okazał się Mozambik. To że drogie wizy (jednokrotna – 87 dolców) to może akurat minus, no ale za to jaka to wiza – z ładnym, kolorowym zdjęciem, które robi się przy odprawie (co ciekawe – pobiera się też odciski obu palców wskazujących – jest specjalny czytnik linii papilarnych). Drogi też całkiem, całkiem, supermarkety jak i gdzie indziej, wszędzie kolorowe billboardy (mogę pouczyć się portugalskiego, który tutaj jest językiem urzędowym), jedynie białych jak na lekarstwo.  Przez w sumie 70 km, w tym przejazd przez stolicę (Maputo) naliczyliśmy może kilkanaście osób. Szczerze mówiąc to jak byliśmy w RPA, wiele osób (z grona białych) słysząc, że jedziemy do Mozambiku łapało się za głowę: „A po co tam?”. Nawet Chris, nasz kierowca, nie kryje, że jedzie z nami bo taki jest program, ale wcale nie spieszno mu do kraju, gdzie biali kilka lat temu byli masowo wyrzucani ze swoich posiadłości. O sytuacji w swoim kraju Chris też nie mówi najlepiej – „żyłem kiedyś w apartheidzie i znowu mamy to samo – w drugą stronę” – stwierdził, rozgoryczony że przez ponad pół roku jako biały nie mógł znaleźć pracy.


Żebym nie wyszła na rasistkę – próbuję przekazać, co tu widzę i słyszę, przedstawić problemy regionu. Fakt, kontakt mam głównie z białymi, tak więc może nie jest to obiektywny obraz sytuacji. To że biali wiele złego wyrządzili czarnym to też sprawa wiadoma… Rasizm to podła sprawa, ale z tego co tu widzę, to chyba nie da się rozwiązać tego problemu. Z krajów które znam jedyny gdzie jakoś rasizmu nie widać, biali, czarni i kolorowi żyją zgodnie obok siebie, to Namibia.

 

14 listopada, Durban-Shakaland-St Lucia (RPA)
O Zulusach i hipopotamach co w ogródkach się pasą


Przed chwilą właściciel lodge`u w którym dzisiaj nocujemy, w samym centrum sympatycznego miasteczka St. Lucia, ostrzegł mnie abym uważała z nocnymi spacerami w bocznych uliczkach, bo jest niebezpiecznie. Specjalnie się nie zdziwiłam, bo ogólnie w RPA, w wielu miastach wieczorami nie jest bezpiecznie, zwłaszcza dla białych. Tyle że tym razem nie chodziło o napady kryminalne, ale o… hipopotamy, a nie od dziś wiadomo, że więcej ludzi w Afryce ginie w wyniku ataku hipcia, niż lwa. Że sprawa jest poważna, świadczą wszechobecne ulotki z groźnym „Warning!!Hippo roaming about”.

St. Lucia położona jest blisko mokradeł chronionych jako park narodowy, ale że hipopotamy to całkiem niezłe piechury (w ramach szukania pożywienia są w stanie przejść kilkanaście kilometrów w ciągu nocy), przychodzą sobie do miasteczka i obżerają się na przydomowych trawnikach. Są tu stałymi bywalcami – widuje się je co noc, niekiedy nawet na głównej ulicy. Z tym włażeniem na prywatne posiadłości jest już całkiem spory problem, o czym świadczy wypadek jaki miał miejsce 3 miesiące temu. Otóż jakiś zaniepokojony szczekaniem psów lokales wyszedł zobaczyć jaka jest przyczyna tego ujadania, no i trochę się pewnie zdziwił, bo zobaczył przed sobą wielkiego tłuściocha. Tłuścioch też się zdziwił, ale profilaktycznie kłapnął paszczą. Pechowego gospodarza udało się uratować, ale niestety nocne spotkanie przypłacił odciętą nogą.

Nie można było za to już pomóc lokalesce, która poszła łowić ryby, ale że wędka, czy raczej haczyk o coś jej się tam zahaczył, wychyliła się nad wodę aby rozplątać żyłkę. Nie przewidziała, że w wodzie czai się krokodyl… No cóż…
 
afryka-zuluska.jpg afryka-chata zulusow.jpg

A tak w ogóle to głównym punktem dzisiejszego programu była wizyta w Shakalandzie – wiosce Zulusów, zbudowanej pierwotnie na potrzeby filmu „Zulu Czaka” czy jakoś tak, a teraz wykorzystywanej jako skansen, w którym rzeczywiście grupa Zulusów mieszka na stałe. Komercja do potęgi, ale trzeba przyznać, że było całkiem sympatycznie i ciekawie. Jak zwykle najwięcej zainteresowania wzbudziły tradycje związane z zamążpójściem/ożenkiem, tym bardziej że u Zulusów dozwolone jest wielożeństwo. Kłopot w tym, że facetów na żony często nie stać – za „standardową” dziewczynę trzeba dać 11 krów, za „księżniczkę” (żona dla wodza) – nawet 33! Jedna krowa kosztuje przeciętnie 5800 randów, czyli ok. 700 dolców, co z kolei daję sumę 7700 zielonych za dziewczynę. Dla miejscowych z wiosek to sporo, tak więc nie zdziwiłam się wcale, kiedy Mbuso, mój zuluski przewodnik wyjaśnił, że on mimo już nie najmłodszego wieku wciąż się nie ożenił, bo nie ma kasy.



Ciekawe było próbowanie zuluskiego piwa wyrabianego z prosa i kukurydzy– wszyscy piją z jednej chochli, przy czym przysmak to mocno specyficzny (takie pomyje zmieszane z błotem).


Przy okazji nauczyłam się też kilka zuluskich słówek:  „sambona” to lokalne powitanie, coś w stylu „cześć” (niezależnie od pory dnia), „gjabonga” to „dziękuję”, zaś swojsko brzmiące dla polskiego ucha brzmiące „yebo” (nasz przewodnik mówił „yeb”!), to zuluskie „tak”.

A, jeszcze jedno! Zaskoczyła nas wisząca w wiosce czerwono-biała flaga! Myśleliśmy że to tak specjalnie dla nas, albo że tu często  Polacy przyjeżdżają, ale nie…  Okazuje się że u Zulusów powieszenie takiej flagi oznacza, że jeden z mieszkańców wioski właśnie się zaręczył!

 


13 listopada, Kapsztad-Durban (RPA)
Pręt w stopie, deszcz, eksterminacja teściowej i inne atrakcje 13-tego!


Lot z Kapsztadu do Durbanu  minął całkiem przyjemnie, choć szczerze mówiąc lecieliśmy inną linią niż powinniśmy. Powód? Mieliśmy bilety na „1 time” (swoją drogą dziwna nazwa jak na przewoźnika lotniczego), ale kilka dni wcześniej linia… zbankrutowała. Czy biuro odzyska kasę za niewykorzystane bilety, trudno orzec – póki co musiało kupić kolejne.

afryka-meczet w durbanie.jpgW Durbanie, jak przystało na miasto wielokulturowe (ponad połowa mieszkańców to Azjaci), zabrałam grupę do meczetu. Tu akurat kobiety mogą wejść do środka bez problemu, nawet nikomu nie przeszkadzały odkryte głowy, mało tego – można nawet robić zdjęcia modlącym się muzułmanom (pytałam się). Potem poszliśmy jeszcze na lokalny bazar, czyli Victoria Market, i tu się zaczęły emocje! Otóż  właśnie zmierzałam do stoisk z przyprawami, gdzie można kupić jakieś sproszkowane zielsko o nazwie „Mother-in-law exterminator” (czyli „Eksterminator teściowej”), kiedy ktoś z grupy mnie zachował że Eli wbił się w nogę pręt. Wyglądało to koszmarnie – w stopie faktycznie tkwił może nie zbyt gruby, ale mimo wszystko solidny, metalowy pręt. Jakiś uczynny, czarnoskóry chłopak wziął mnie od razu do pobliskiej przychodni, ale sytuacja wyglądała kiepsko, bo poczekalnia pełna była ludzi, podczas gdy lekarz był na… lunchu (i nikt nie wiedział, kiedy wróci). W tej sytuacji zabraliśmy Elę do szpitala, gdzie od razu, bez żadnego czekania, zjawił się sympatyczny chirurg, pręt wyjął, ranę zabezpieczył, Ela dostała trzy zastrzyki i antybiotyk w tabletkach i tyle… A, i jeszcze wystawiono rachunek na 500 randów (do odzysku w firmie ubezpieczeniowej), co swoją drogą dużo jak na taką akcję nie było. Jedno jest pewne – zaimponowało nam jak funkcjonują tutaj miejskie, publiczne szpitale, bo taki właśnie to był – ładna poczekalnia, czysto, fachowo, spokojnie, szybciutko… U nas tak chyba jeszcze długo nie będzie.

W międzyczasie się rozpadało. Szkoda, bo Durban słynie z plaży, a nasz hotel był właśnie przy plaży. Nie chodzi mi o opalanie się, a o plażę jako miejsce, gdzie można zaobserwować sporo ciekawych obrazków. Teraz nie było nikogo, poza Zuluskami zwijającymi swoje stragany.

Na spacer jednak i tak poszliśmy, wzbudzając na ulicach trochę sensacji, bo żadnych innych białych w tym rejonie nie widzieliśmy. Zajrzeliśmy m.in. do sklepu monopolowego. Jest nawet nasza „Wyborowa” (70 randów, czyli ok. 8 dolców za 0,75 litra). Swoją drogą ciekawe są tu narzuty na piwie – w hotelowym barze dla głównie białasów butelka 0.33 litra kosztuje 22 randy, w pubie dla lokalesów (gdzie biali raczej nie zaglądają) – 12 randów za 0.5 litra.

A i jeszcze… Fajny patent w spożywczaku wypatrzyliśmy – maszynka elektryczna do krojenia chleba! Kupujemy bochenek i przy wyjściu ze sklepu wkładamy w darmowe urządzenie aby mieć pieczywo w równiutkich kromeczkach. Ciekawe kiedy patent dotrze do Polski!



12 listopada, Kapsztad – Przylądek Dobrej Nadziei
Pingwiny, winnice i prawie kraniec Afryki
 
afryka-pingwin.jpg afryka-cape1.jpg
Dziś mieliśmy wycieczkę docelowo do Przylądka Dobrej Nadziei. To że ów Przylądek wcale nie jest najbardziej na południe wysuniętym krańcem Afryki, ogólnie chyba wiadomo  (jest nim położony nieco bardziej na wschód Przylądek Igielny), ale miejsce jest ładne i związane z różnymi ciekawymi historiami, tak więc każdy kto przyjeżdża do Kapsztadu tam jeździ. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o kilka punktów widokowych (w jednym z nich niedawno brał ślub Czesław Lang), no ale największą atrakcją były rzecz jasna pingwiny zamieszkujące przy miasteczku Simons Town. To chyba jedyne pingwiny które osiedliły się w cywilizacji i chyba im z tym dobrze, bo miejscowi o nie bardzo dbają (trudno żeby nie, skoro zbijają na nich kupę kasy). Jeśli kogoś dziwi że Afryka i pingwiny, wyjaśniam, że to za sprawą prądu morskiego który idzie on Antarktydy, choć miałam wrażenie obserwując pocieszne ptaki, że one chyba nawet lubią się opalać! :-)

Stawaliśmy też w jednej z winnic, a dokładniej w założonej w 1685 roku Groot Constantia. Ponoć kiedy Napoleon został uwięziony na Wyspie Św. Heleny, życzył sobie wina pochodzące właśnie z tego miejsca. Oczywiście kilka win spróbowaliśmy. Co ciekawe, najdroższe (za 40 dolców butelka) akurat najmniej mi smakowało, ale może świadczy to o tym, że nie mam arystokratycznych genów. Przy okazji pokazano nam cały proces produkcji. Najbardziej podobało mi się, jak się robi korki (używają tu do tego wyłącznie drewna z dębów korkowych z Francji), a także ogromna beczka na 10 tys. litrów, z której według oprowadzającego, jeśli by codziennie pić po flaszeczce wina, starczyłoby na 36 lat.


A tak w ogóle to naszym przewodnikiem był Marek, Polak mieszkający tu od wieeeelu lat. Poznałam go kiedy byłam tu poprzednim razem i polecam jako przewodnika wszystkim którzy tu przyjeżdżają! Trochę pogadaliśmy o tutejszej Polonii. Jednym z ważniejszych uroczystości organizowanych przez naszych rodaków, tyle że nie w Kapsztadzie, a w Johanesburgu, jest obchodzone 1 sierpnia, czyli w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego Dni Południowoafrykańskiego Lotnictwa. Mało kto wie, że piloci z tego kraju brali udział w zrzutach dla walczącej Warszawy. Kilku z nich nawet zginęło – ich groby są ponoć gdzieś w pobliżu stolicy.

Dobra, idę spać, bo rano lecimy do Durbanu (2 godziny lotu bardziej na wschód)…



11 listopada, Kapsztad (RPA)
Test na AIDS i różne takie z RPA
 
afryka-samolot.jpg afryka-test.jpg afryka-kapsztad1.jpg afryka-coca cola.jpg

No tak, dzisiaj 11 listopada, a ja zamiast tak jak wielu moich znajomych, pobiec w warszawskim Biegu Niepodległości (taka fajna impreza w trakcie której trzeba przebiec 10 km), przyleciałam do Afryki. Dokładniej - po 27 godzinach podróży, w tym dwóch przesiadkach (w Londynie 6 godzin, w Johannesburgu 4) dotarliśmy do Kapsztadu, miasta które zresztą bardzo lubię. „Myśmy”, bo jestem tu jako pilot grupy, która poza RPA ma zaliczyć jeszcze Swaziland, Mozambik, Zambię, Zimbabwe i Botswanę, a wszystko intensywnie w… 17 dni.


Zaletą przesiadki w Johannesburgu, nazywanego przez lokalesów „Dżoburgiem”, było to, że zrobiłam sobie test na HIV. Nie żebym musiała, czy coś podejrzewała  :-). Ot, po prostu tak, z przypadku, bo niechcący odkryłam kantorek z kartką oferującą „darmowe, szybkie testy”. Po pierwsze -  z wrodzonej ciekawości postanowiłam sprawdzić, jak taki test wygląda. Po drugie - w Polsce to chyba sporo kosztuje, a skoro tu za „free”….

Test rzeczywiście był szybki – korpulentna Murzynka nakłuła mi palec igłą (jednorazową na szczęście, ale igłę to wbiła jakby mnie chciała ukarać za apartheid), potem wpakowała z trzy czerwone krople na płytkę wyglądającą dokładnie tak jak test ciążowy ( :-) ), no i po minucie czekania,  pojawiła się niebieska kreseczka informująca że nosicielką HIV nie jestem.


Wprawdzie innego wyniku i tak nie zakładałam, ale pretekst do wypicia w samolocie winka miałam. Jednak to nie winko sprawiło, że lot z Johannesburga do Kapsztadu, choć trwa 2 godziny, minął nawet nie wiem kiedy… Powodem był miły sąsiad, który nie dość że odstąpił mi swoje miejsce przy oknie (niestety, chwilę potem odkryłam, że siedzimy dokładnie na skrzydle), to okazał się świetnym rozmówcą. Chłopak był biały, kulturalny i inteligentny, tak więc coś mnie podkusiło i postanowiłam sprowokować go do rozmowy, jak się w RPA żyje białym. To że delikatnie mówiąc „średnio”, to wiadomo, ale chciałam usłyszeć pewne rzeczy z pierwszej ręki. Aby go ośmielić powiedziałam kilka
historii które usłyszałam od różnych białych, kiedy byłam tu trzy lata temu. Aż tu nagle chłopak do mnie grzecznie, czy się nie obrażę jak mi coś powie. No to ja, że niech wali, zamieniam się w słuch. Więc on na to, że on wcale… nie jest biały! Zamurowało mnie, no bo co mi mówi, że nie jest, jak widzę, że jest! A on, że nie, że to tak mi się tylko wydaje, a zresztą nawet w dokumentach ma wpisane (bo tu takie rzeczy piszą): ojciec biały, matka czarna. W rezultacie jest miksem, co oznacza że w czasach apartheidu nie mógł chodzić do szkoły ani z białymi, ani z czarnymi, przez co ostatecznie uczył się z Azjatami. Na studia też nie mógł iść, no bo tylko białym można było studiować, a on, choć wyglądający na białego, jednak się nie łapał. Teraz też nie ma za dobrze, bo skoro nie jest czarny, czyli z pracą nie za dobrze. Podobało mi się jak porównał to wszystko obrazowo do kanapki – jej środek to tacy jak on. Dawniej biali byli u góry, czarni na dole, no a teraz jest na odwrót – czarni u góry, biali na dole. Tyle że jak i dawniej, on nadal jest w środku.



A tak na marginesie to powiedział mi też, że w czasach apartheidu jako nie-czarny nie mógł odwiedzać rodziny swojej matki, w tym także swojej babci. W rezultacie w ogóle jej nie znał (tyle co z opowiadań matki), ona z kolei nie widziała nigdy ukochanego wnuka!!! Chore… Jakoś trudno to wszystko pojąć z europejskiej perspektywy…


Po przylocie do Kapsztadu prosto z lotniska pojechałam z grupą na Górę Stołową, gdzie ku naszej radości powitała nas góralka! Nie chodzi oczywiście o panią rodem z Tatr, tylko o przesympatyczne zwierzaczki, wyglądające niczym spasiona do  potęgi świnka morska, choć w testach DNA naukowcom wyszło że to gatunek mający więcej wspólnego ze… słoniem niż z jakimś małym gryzoniem. Jak już napatrzyliśmy się na widoki (ze szczytu pięknie widać miasto), pojechaliśmy jeszcze na Waterfront, czyli do obstawionego sklepami, knajpami i scenami portu, gdzie zawsze się dużo dzieje. Przy okazji odkryłam nowy element – wielki posąg czerwonego człowieczka, taki wielkości kilkupiętrowego domu. Wyglądał jak zrobiony z klocków lego, ale gdzie tam, okazało się że to z setek skrzynek po Coca-Coli! Nie wiem czy można to nazwać „sztuką nowoczesną”, ale niewątpliwie ciekawe wykorzystanie plastikowych opakowań.



23 października, Sieradz
Spotkanie po latach

sieradz.jpgZ miłych wydarzeń ostatnich dni to byłam w Sieradzu na organizowanym przez tamtejszą Bibliotekę spotkaniu z tymi, których interesują opowieści o podróżach. Było bardzo miło, tym bardziej że personel Biblioteki z organizującą wszystko panią Zosią, wprost wychodził z siebie, bym się dobrze u nich czuła (dzięki za pyszne kanapki! :-)), a i publika dopisała, słuchała i miała sporo pytań, co rzecz jasna zawsze mnie cieszy. Aaa! No i jeszcze spotkałam panią Basię – uczestniczkę prowadzonego przeze mnie wyjazdu do Turcji w roku 1997! Mając w perspektywie podróż powrotną nocnym autobusem, wylądowałam u niej na kolacji, przez co miałyśmy sporo czasu na wspominki. Boże, jak ten czas leci – tyle lat! Mogę się tylko pocieszać, że skoro pani Basia mnie poznała, to tak tragicznie się nie zmieniłam :).

Jak było w Sieradzu można zobaczyć tutaj .




20 października, Warszawa, po powrocie z Gruzji
Wina, wina, wina dajcie!

O kurcze, ale dawno nic na blogu nie pisałam! Szczerze mówiąc byłam mocno zajęta, bo musiałam nadrobić zaległości "pisarskie", czyli wywiązać się ze zobowiązań dla kilku redakcji.

gruzja-ekipa.jpgTeraz ostatnie kilka dni spędziłam w Gruzji, pilotując mocno wesołą i rozrywkową grupę z firmy X. Na 35 osób 32 stanowili panowie, poniekąd bardzo sympatyczne chłopaki (pozdrowienia  dla Was wszystkich :-)  ), co w pewnym stopniu tłumaczy jak było, zwłaszcza że wina i cza-czy (wódki z winogron) jest w Gruzji pod dostatkiem.

Na zdjęciu obok: nasza super ekipa prowadząca wyjazd, czyli ogólnie znany Marcin Meller, Tsotny - mój lokalny przewodnik, no i ja.

Komu jeszcze nie dane było dotrzeć do Gruzji to polecam. Kraj ciekawy i piękny krajobrazowo, ludzie nad wyraz gościnni (zresztą Polacy są tam szczególnie lubiani), cenowo – przystępnie, no i mamy dobre połączenie, czyli bezpośrednie loty Warszawa-Tbilisi. A zresztą co tu gadać, lepiej zajrzyjcie do galerii gruzińskich zdjęć (tutaj), wprawdzie nie z tego wyjazdu, tylko rok temu, no ale przez ten czas Gruzja się przecież tak bardzo nie zmieniła (a propos zmian – kto zna Tbilisi to informuję że teraz na twierdzę i do pomnika Matki-Gruzji można już wjechać nowoczesnymi gondolkami).



28 września - 2 października - Lizbona
Koniec rejsu i jak było w Lizbonie

Tyle się działo, że nie wyrobiłam się z pisaniem na bieżąco. W skrócie:
 
biskaje95.jpg biskaje 90.jpg

- do Lizbony dopłynęliśmy szybciej niż myśleliśmy (w półtorej doby). Trochę smutno było rozstawać się z ekipą, kapitanem, no i jachtem... Dziwna była też pierwsza noc w normalnym łóżku, a nie w kiwającej się, ciasnej koi. Inna sprawa że w hostelu do którego się przeniosłam z jachtu też miałam niezłą ekipę - zakwaterowano mnie w pokoju 4-osobowym razem z Austriakiem, Brazylijczykiem i Amerykaninem, a każdy z nich to oryginał sam w sobie.


- o Lizbonie pisać nie będę bo opiszę ją w artykułach, więc wcześniej czy później pojawi się ten tekst na stronie. W każdym razie: przepiękne miasto z niezwykłą atmosferą, fajni ludzie, wyjątkowo aktywne życie nocne (poszłam na koncert fado o 23-ej i okazało się że... za wcześnie!), mnóstwo ciekawych miejsc. Zabrakło mi czasu, aby zobaczyć wszystko co chciałam! A, i
jeszcze udało mi się wyskoczyć na 1 dzień do słynącej z pałaców Sintry oraz na Przylądek Roca - najdalej na zachód wysunięty kraniec Europy.


- Co do pół-maratonu lizbońskiego, to całkiem fajnie się biegło. Z załogi ostatecznie wystartowaliśmy na dystansie 21 km we dwójkę, to znaczy ja i Damian, bo niestety Marcin spóźnił się ze zgłoszeniem i nie dopuszczono go do biegu, natomiast Maciek (Sobal znaczy się) pobiegł na 4 km. W sumie fajnie mi się biegło, choć niestety poniżej 2 godzin się nie dało, bo musiałam biec z aparatem i robić zdjęcia  :)  (znaczy się -  stawać). No ale dzięki temu powstanie niebawem jakiś reportaż do magazynu "Bieganie".



27 września, w drodze do Lizbony
Sieci, wędka, ryby

Właśnie zeszłam z porannej wachty – od 8 do 12. Dziwne, bo mimo że jesteśmy dość daleko od brzegu, wciąż co chwila mijamy sieci. Teraz to pal sześć, bo jedziemy na żaglach, ale w nocy kiedy wspomagaliśmy się silnikiem, było to dość stresujące, a kilka razy wręcz wyłączaliśmy silnik, żeby nie wkręcić sieci w śrubę. Problemem jest to, że nawet jeśli mają one jakieś tyczki z chorągiewkami sygnalizującymi że jest sieć, w mroku takich oznaczeń praktycznie nie widać, a jeśli, to w ostatniej chwili.


Wreszcie mamy pogodę na jaką czekaliśmy od początku rejsu. „Plaży” może nie ma, bo to jednak ocean i trochę wieje, no ale można wychodzić na wachtę w sandałach i bez sztormiaka (choć polar mimo wszystko założyć) trzeba. W dodatku mamy ładny wiaterek, sympatyczną trójkę z rufy, a jeszcze dodatkowo popycha nas długa, łagodna fala, co w sumie sprawia, że jak wyliczyliśmy – jutro na rano, na mojej wachcie (od 4 do 8) mamy szansę wjechać do Lizbony.

Aktualnie głównym zajęciem załogi jest łowienie ryb (dokładniej to łowi Maciek, a reszta kibicuje). Efekty nawet są (pierwsze ryby w tym rejsie) – dwie całkiem ładne makrelki.


26 września, koło Porto (Portugalia)
Portowy relaks i znowu w morze

biskaje 97.jpgTeraz jest już 20-ta polskiego czasu (w Portugalii godzina wcześniej, ale utrzymujemy na pokładzie czas polski), od godziny znowu płyniemy. Atmosfera sielankowa – wszyscy siedzą na pokładzie, Grzesiu gra na gitarze, a my podziwiamy widoki. Minęliśmy właśnie ujście rzeki Duoro z wielkim mostem, nie możemy się nadziwić jak długie jest Porto i jego przyległości (jak okiem sięgnąć w każdą ze stron widzimy zabudowane miastem plaże), ale najbardziej fascynujące są chmury!

Dzień minął nam dość luzacko. Zwlekłam się z koi trochę wcześniej niż inni, żeby pobiegać, a biega się tu świetnie, bo wzdłuż plaży prowadzi sympatyczny deptak.

Po śniadaniu, które ostatecznie wypadło jakoś około południa, poszliśmy z Markiem i Olem zobaczyć pobliską twierdzę, ale niestety ulokowano w niej komendę policji, tak więc obejrzeliśmy ją sobie wyłącznie z zewnątrz. Ostatecznie wylądowaliśmy w knajpce dla lokalesów, gdzie za całe 1 euro (czyli taniej niż u nas) wypiliśmy pyszną kawę, serwowaną przez radosnego Brazylijczyka, bardzo ucieszonego faktem że ma od teraz polskich znajomych.

Fajnie, bo wreszcie wyszło słońce, którego na tym rejsie bardzo nam brakuje. Pokład błyskawicznie zamienił się w wielką suszarnię – każdy chciał zrobić pranie, przesuszyć sztormiak albo mokre buty. Nie wiem czy to zasługa pogody, ale nawet obiad był dziś wyjątkowy – wreszcie kartofle, bo do tej pory jedliśmy na zmianę to ryż, to makaron.

 

25 września, Porto (Portugalia)
Porto w Porto

biskaje91.jpgPo półtorej dobie płynięcia, nad ranem, weszliśmy do Porto, choć właściwie to stoimy 12 km przed miastem, bo w samym Porto nie ma żadnej mariny. Cumujemy w Marina de Lexoes , skąd do centrum miasta jedzie się jeszcze 30 minut autobusem. Mimo deszczu do miasta pojechaliśmy, bo Porto zwiedzić warto - to jedno z najciekawszych portugalskich miast. Tym razem chodziłam w towarzystwie Ola i Marcina, którzy są świetnymi kompanami przy zaglądaniu w różne zaułki i podobnie jak ja lubią lokalne klimaty. Teraz dochodzę do siebie, bo przemokłam i zmarzłam, ale herbatka "z prądem" mam nadzieję szybko postawi mnie na nogi.
 
 
 


23 września, Santa Uxia de Riveira (Galicja, Hiszpania)
Bieganie, wydmy, bar
 
biskaje53.jpg biskaje61.jpg
Przypłynęliśmy do Santa Uxia de Riveira wprawdzie już wczoraj ok. 23, ale jakoś tak nam się dobrze gadało na deku, że nim się obejrzeliśmy była już 4 rano. W tej sytuacji oczywiście dłużej pospaliśmy, tym bardziej że 1) jest niedziela; 2) miasteczko nie jest zbyt ciekawe; 3) pogoda nie jest zbyt zachęcająca do jakiegoś ambitnego zwiedzania.

Zwiad wśród lokalesów wykazał, że jedyną atrakcją okolicy, 7 km od portu, jest rezerwat  z wydmami, tak więc postanowiłam się tam przebiec. Pewnym  utrudnieniem były przelotne deszcze i silny, zimny wiatr, do tego jeszcze droga idąca góra-dół, góra-dół, ale postanowiłam że będę twarda :-), tym bardziej że do Lizbońskiego Półmaratonu już tylko tydzień. 

Wydmy niestety okazały się mocno rozczarowujące – myślę że jakby Hiszpanie zobaczyli nasze, nadbałtyckie, najlepiej rzecz jasna te ze Słowińskiego Parku Narodowego, to by ich zamurowało z wrażenia. Właściwie to bardziej od wydm zainteresowały mnie jeżyny, choć i one  nie są wcale lepsze od polskich. Jedyne co tutaj jest, a czego nie ma u nas, to lasy eukaliptusowe.


W drodze powrotnej wbiegłam sobie jeszcze na wzgórze widokowe z kościołem-pustelnią niejakiego San Alberte. Pewnie byłoby to fajne miejsce, gdyby akurat nie naszły deszczowe chmury, które sprawiły że widok był mizerny, za to przemoczyło mnie już kompletnie (bo wcześniej byłam tylko mokra, a od tej pory już ociekająca). Na szczęście w drodze powrotnej na jacht wpadłam na kolegów okupujących lokalny bar, no i jak to dobrzy kumple - rzecz jasna zadbali o to, bym się szybko rozgrzała.

Na szczęście na jutro prognozy są już lepsze. Planujemy wyjście z portu około 6-ej rano!



22 września – na morzu, po minięciu przylądka Fisterra (Hiszpania)
Pogodowa zmiana planów
 
biskaje51.jpg biskaje64.jpg

Minęliśmy Przylądek Fisterra. Jego nazwa pochodzi od łacińskiego finis terrae czyli „koniec ziemi”, bo przez długie wieki uważano go za najbardziej na zachód wysunięty kraniec kontynentalnej Europy (teraz już wiadomo, że jeszcze dalej położony jest Przylądek Roca w Portugalii). W każdym razie dawniej zakładano, że dalej jest już tylko ziejące trwogą morze. Tak swoją drogą to według zamierzchłej tradycji pielgrzymi, których celem było  Santiago de Compostella, jeśli mieli jeszcze siły i chęci, dochodzili właśnie do tego przylądka (od Santiago jakieś 3 dni drogi) i na znak duchowego odrodzenia oraz zostawienia za sobą grzesznego, dawnego życia, przy Fisterra palili swoje pątnicze szaty, myli się w oceanie i następnie zakładali nowe ubrania, przy okazji zabierając z plaży słynne muszle – symbol pątnikow z drogi św. Jakuba.


Niestety jest tak jak zapowiadano w prognozach – wieje silny wiatr (30 węzłów), prosto w dziób. Rzuca nami na wszystkie strony, trudno spać, w ogóle trudno cokolwiek zrobić, a na dodatek co niektórzy z załogi walczą dzielnie (czy skutecznie to nie wiem), aby utrzymać w żołądkach obiadek robiony dziś przez moją wachtę.  Tak na marginesie to niektórzy z kolegów testują przyklejane za uchem plasterki mające zapobiegać chorobie morskiej. Ponoć sprzedają to tylko w niektórych krajach Europy – w Polsce nie, bo jest w nich jakiś lek u nas zakazany.  Z tego co jednak widzę, plasterki nie są zbyt skuteczne  :). 

Plany wejścia do Bayone – polecanego w przewodnikach miasteczka, wzięły w łeb – zdecydowaliśmy że chowamy się przed coraz silniejszym wiatrem w porciku 20 mil wcześniej. Mnie akurat pogoda nie przeszkadza, bo to że się dostaje falą w twarz, leje deszcz, no i wieje, po moich rejsach w Arktyce uważam za standard, no ale rozumiem, że nie każdy takie warunki lubi i krótki, dwutygodniowy rejs urlopowy ma być w sumie przyjemnością, a nie katowaniem się. Trochę mi jednak żal tego Bayone – tam przynajmniej jest co zwiedzać, a port do którego wpływamy po zmianie, to akurat mało atrakcyjna „dziura”.


Z wydarzeń dnia – podczas prób łowienia ryb zamiast ryby złowiła się… mewa. Niestety nie udało się jej uratować, połknęła haczyk zbyt głęboko i w trakcie wyciągania (płynęliśmy na tyle szybko, że kawałek trzeba było ją przeholować) – utonęła. Smutne, bo żeglarze mewy lubią. W rezultacie chwilowo odechciało nam się łowieckich prób.



21 września, wieczorem
Wypłynięcie z La Coruńi i krewetkowa uczta

biskaje33.jpgDochodzi godz. 23. Od godziny znowu płyniemy. Z lewej burty zostawiamy światła La Coruńi, miasta które chyba wszyscy polubiliśmy, a najmocniej (znaczy się najmocniejszym światłem) żegna nas Wieża Herkulesa, czyli ta najstarsza w świecie latarnia morska. Przez pewien czas mieliśmy jeszcze ciekawe widowisko przed dziobem – helikopter podejmował kogoś z wody, choć chyba były to tylko ćwiczenia.


Przed samym wypłynięciem zrobiliśmy sobie „krewetkową wieczerzę”. Chłopcy kupili 4 kg krewetek, które tutaj są bardzo tanie, a które usmażyliśmy z czosnkiem, wypełniając tym wielką michę. Wyszło tego tyle, że nie byliśmy w stanie przejeść i mimo, że jedzonko było pyszne, chyba mamy lekki krewetko-wstręt.

Póki co idę spać, bo kleją mi się oczy, a od 4-ej rano mam wachtę…



21 września – A Coruńa – Santiago de Compostella (Hiszpania)
W mieście pielgrzymów z muszlą na plecakach
 
 
biskaje50.jpg biskaje37.jpg

Dzisiaj zrobiliśmy sobie wycieczkę. Udało mi się namówić większość załogi na wypad do Santiago de Compostella, jednego z najświętszych miejsc dla katolików, ale też miasta ciekawego architektonicznie. Od A`Coruńi to raptem pół godziny jazdy pociągiem, tak więc szkoda byłoby nie skorzystać z okazji.


Santiago to cel pielgrzymów pokonujących słynny szlak św. Jakuba – niektórzy idą tu pokonując na piechotę nawet tysiąc kilometrów. Nie wiedziałam że tak dużo ludzi wybiera się na taką pielgrzymkę – pielgrzymów łatwo rozpoznać, bo mają przy plecakach albo na szyi charakterystyczne muszle.  A tak w ogóle to tutejsze pielgrzymowanie wygląda zupełnie inaczej niż u nas – nie mają zorganizowanej, grupowej formy, ludzie idą w pojedynkę, rodzinami, z kumplami. Mam wrażenie że to wędrówka w dużej mierze turystyczna, a jak ze stroną duchową to już indywidualna sprawa, choć widać że wiele osób podchodzi do tego rzeczywiście głęboko religijnie. Pomyślałam sobie, że mogłabym taki szlak zrobić. Może w ramach swoich 50-tych urodzin? Mam jeszcze kilka lat do namysłu, ale chyba pomysł całkiem dobry.

A co do zwiedzania Santiago, to tym razem chodziłam z Olem i Markiem w sumie dość dokładnie obchodząc miasto. Oczywiście byliśmy w katedrze, po staniu w długiej kolejce dostając się do domniemanego grobu św. Jakuba, głaskaliśmy też srebrną figurę świętego, co ma ponoć spełniać intencje (oj, trochę ich miałam), a z innych, już nie „świętych” miejsc, wpadliśmy m.in. na lokalny bazar z owocami (zarówno zwykłymi jak i owocami morza) oraz do pałacu Pazo de Raxoi gdzie są oryginalne, śmieszne kręcone schody.



20 września, La/A Coruńa (Galicja, Hiszpania)
Latarnia Herkulesa i kosmiczna kapsuła
 
biskaje48.jpg biskaje59.jpg

Wpłynęliśmy do A Coruńi (nazwa galicyjska, po hiszpańsku La Coruńa) o 3-ej w nocy, cumując w marinie w samym centrum miasta. Potem posiedzieliśmy jeszcze trochę przy kartonie z winem, więc śniadanie było jakoś tak około południa.


Trochę szkoda mi było czasu na zbyt długie spanie, tak więc zanim ekipa zwlokła się z koi, jescze przed śniadaniem zdążyłam trochę pobiegać. W ramach swojej tradycyjnej 10-kilometrowej pętelki pobiegłam nadmorskim deptakiem pod Torre de Herkules – wielką latarnię morską, którą wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa jako najstarszą latarnię świata (ta, która jest obecnie to przebudowana konstrukcja rzymska - na zdjęciu obok).

Po śniadaniu (a wcześniej – prysznicu, bo to jedna z przyjemności na które po kilku dniach na morzu szczególnie się docenia) poszliśmy "w miasto". Tutejsza starówka może nie jest zbyt imponująca, ale ogólnie miasto jest ładne i ciekawe. Akurat przypłynęły dwa ogromne wycieczkowce, tak więc pełno było grup z tabliczkami „grupa nr 24”, „36” itp., choć jak się okazało było to zwiedzanie w iście japońskim stylu, bo po zaledwie kilku godzinach postoju wycieczkowce odpłynęły.


Mnie oprócz ścisłego centrum udało się wyjechać też poza miasto – wyszła z tego całkiem fajna autostopowa wycieczka. Autostopowa, bo w jedną stronę zabrał mnie elegancki młody biznesmen którego zapytałam o autobus na wzgórze widokowe - chłopak stwierdził, że choć mu nie po drodze, ale mnie podrzuci. Dla odmiany kiedy zbierałam się z powrotem, trafiłam na parę Angoli którzy nie mieli mapy, kompletnie się pogubili gdzie są, więc umówiłam się że ich poprowadzę, co pokrywało się też z tym gdzie i ja chciałam dotrzeć.


Celem wycieczki było wzgórze  ponad miastem, skąd  jest ładny widok na La Coruńę, gdzei jest też ładny park, śmieszna winda przypominająca kosmiczną kapsułę (można sobie wjechać na wzgórze od poziomu morza), jednak na mnie największe wrażenie zrobiły ogromne armaty z czasów II wojny. Naprawdę ogromne, co można zobaczyć na zdjęciu obok.

Złaziłam się tego dnia strasznie, do tego trzeba dodać 10 km biegania, no ale że nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – ledwo dotarłam na jacht, zaraz z niego wyszliśmy z powrotem do miasta, tym razem w gronie całej załogi, aby coś zjeść. Ogólnie była uczta pod hasłem frutti di mare, przy czym nie wszystko co zamówiliśmy, było wiadomo jak jeść (chłopcy dostali np. dziwne łapki z niby-kurzajkami, co jak się okazało jest droższe nawet od wielkich krewetek).



19 września – Biskaje, blisko brzegów Hiszpanii
Wieje, buja!

biskaje40.jpgNo to mam jazdę taką jaką lubię! Wieje regularna szósteczka (6 w skali Beuforta), fala też całkiem całkiem… W nocy na świtówce (dziwne, bo tutaj rozwidnia się dopiero o 8 rano) wymienialiśmy foka na foka sztormowego, a mimo że to nieduży żagielek, 6 węzłów na nim ciągniemy.


Teraz wypatrujemy brzegów Hiszpanii. Powinny się przed zmrokiem pokazać (jest 18-ta). Przekroczyliśmy też w międzyczasie granice szelfu. To miejsce gdzie głębokość skacze nagle z 500 metrów i więcej na zaledwie 30. Taka jakby podwodna półka.
A tak w ogóle to znowu towarzyszą nam delfiny.

biskaje24.jpgTak w ogóle to dzisiaj moja wachta miała kambuz (oczywiście niezależnie od normalnych wacht nawigacyjnych). Spore wyzwanie, bo pod pokładem rzuca na wszystkie strony, tak więc trzeba niezłego refleksu aby nie tylko samemu się nie potłuc, ale również nie pozwolić odjechać garnkom, miskom i innym sprzętom czy nie zostać zbombardowanym przez wysypującą się zawartość otwieranej szafki. Jakoś się udało. Tylko raz wylał się na mnie wrzątek z gotowanego makaronu (na szczęście byłam w spodniach od sztormiaka), zaś Maciek omal nie rozbił się na drzwiach od kapitańskiej kajuty.

Również spanie to niezła ekwilibrystyka. Jak na razie z koi wypadł tylko Olo, ale każdy kombinuje, jak się w tej kwestii zabezpieczyć. Marek-Słoniu śpi przypięty pasami bezpieczeństwa, które normalnie wykorzystujemy przy działaniach na pokładzie.


18 września – gdzieś na środku Zatoki Biskajskiej
Gitara, śpiew, zamiast wina – wieloryb!

biskaje1.jpgDzisiaj już wszyscy doszli do siebie, przyzwyczaili się do fali, wyspali… Dzisiaj moja wachta miała w nocy luzik – jechaliśmy do północy i potem dopiero od 8-mej, czyli załapaliśmy się na najlepszy możliwy układ oznaczający przespaną noc.


Atrakcją poranka był wieloryb – wypuścił fontannę pary, pokazał swoje wielkie cielsko po czym uznał, że chyba już starczy nam jego oglądania, bo odpłynął. Przypomniałam sobie, że dokładnie rok temu, tyle że płynąc wzdłuż brzegów południowej Alaski, wielorybów mieliśmy z Borje (moim szwedzkim kumplem) od groma – stada idące kontrkursem humbaków.

Płyniemy na grocie i foku z prędkością około 5,5 węzła, czyli całkiem przyzwoicie. Na pokładzie sielanka - pojawił się Grześ z gitarą, w ślad za nim reszta ekipy, czyli jest miło i przyjemnie. Do A Coruńi – hiszpańskiego portu do którego zmierzamy, zostało jakieś 110 mil.




17 września,  w morzu, na wodach jeszcze francuskich
Delfiny!!!
Po południu

biskaje2.jpgWiatr trochę zelżał, fala też, tak więc towarzystwo ma się lepiej. Poza tym szkoda się umartwiać swoim losem, a raczej – żołądkiem, skoro wokół jachtu takie widowisko! Już od pewnego czasu towarzyszą nam delfiny! Całe ich stado, ścigają się z nami skacząc przez fale i wyraźnie mając z tego radochę. Delfiny to moje ulubione wodne towarzystwo.  Mogę godzinami na nie patrzeć…



17 września, wyjście z Brestu
Pora w morze, pogrom na pokładzie

Punktualnie o 5.30, czyli tak jak ustaliliśmy dzień wcześniej, oddaliśmy cumy. Godzina wypłynięcia związana była z tak zwaną wysoką wodą („szczury lądowe” mówią „przypływ”), co tutaj akurat ma istotne znaczenie. W sumie to nie musiałam wstawać, bo jechała II wachta, no ale poczucie tzw. obowiązku (wyszło na to że jestem I oficerem), mimo barbarzyńskiej pory zwlokłam się z koi.


biskaje40.jpgWyjście z Brestu okazało się całkiem ciekawe, bo zanim wyjdzie się na otwarte morze płynie się dość długą zatoką, z różnymi znakami nawigacyjnymi, licznymi stateczkami, tak więc nudy nie ma.

Teraz jest już południe… Na jachcie cisza, bo kto nie ma wachty leży w koi, albo próbując w samotności poskromić chorobę morską, albo odsypiając zarwaną noc i męczącą podróż. Co do choroby morskiej to u mnie w wachcie akurat jest nieźle – Romek nie choruje wcale, ja też nie, choć nie powiem – leciutko mnie „muli”, Marek się trochę męczył, ale namówiony by przełamał się i stanął przy sterze, swoim przykładem potwierdził że sterowanie ( i w ogóle zajęcie się czymś), bardzo przy morskich dolegliwościach pomaga.

Ale i tak Biskaje dają nam taryfę ulgową. Ogólnie jest to rejon mający nienajlepszą opinię jeśli chodzi o sztormy, wypadki itp.  Jak na razie nie jest źle – z prognoz wynikało, że przez najbliższe dni jesteśmy w rozległym, stabilnym wyżu z umiarkowanym wiaterkiem 4 B. Mam nadzieję że tu prognozy się sprawdzają (bo w Arktyce nie zawsze można było im wierzyć).



16 września, Brest (Francja)
Przygotowania do rejsu

biskaje5.jpgPracowity dzień.  W ramach szykowania się do wypłynięcia, część ekipy pod dowództwem Joli poszła pogody i załatwieniem różnych spraw w kapitanacie mariny, Grzesiek, który jest prawdziwą złotą rączka coś tam grzebał w instalacjach.


Wolne mieliśmy dopiero późnym popołudniem. Ja w ramach biegania (muszę biegać, jeśli chcę w Lizbonie pobiec w półmaratonie) obiegłam sobie z aparatem cale miasto (żadnych rewelacji tu nie ma, ale jest ciekawy most, port marynarki wojennej, który można do woli z góry obfotografować i sporawa twierdza, która jest też dobrym punktem na marinę. Aaa, jest też ponoć fajne Oceanarium, ale to już dalej i już nie starczyło czasu aby się tam wybrać.

Byłam też na stojącym po sąsiedzku „Amarancie”, jachcie należącym do Piotra Kulczyckiego, który jest armatorem Chopina (ok, nie tyle on, co jego firma – 3Oceans – Piotrze, pozdrawiam!). Fajny ten Amarant! A jakie wyposażenie nawigacyjne posiada!  Jak  na razie nie ma jednak załogi – jest na nim jedynie Grzesiek, kapitan, który wieczór i tak przesiedział u nas. W miarę uszczuplania zapasów rumu robiło się coraz milej i rodzinnie, oczywiście były szanty (ku ogólnej radości okazało się że na jachcie jest „służbowa” gitara, i pewnie byśmy przesiedzieli do rana, gdyby nie rozsądna kalkulacja, że warto chwilę pospać bo o 5-ej rano ruszamy.


15 września, dojazd do Brestu
Nasz jacht i załoga!

biskaje3.jpgPo 36 godzinach podróży (autobusem z Warszawy do Paryża, dalej pociągiem TGV) dotarłam do Brestu.  Już w pociągu spotkałam część ekipy (Sobal - Maciek, Słoniu, czyli Marek, Olo i Damian), a na jachcie – resztą. W sumie jest nasz dziewiątka załogi plus kapitan – Józek z Żywca, choć teraz mieszka w Gdydni. Ekipa wydaje się fajna – niewątpliwie wesoła! 


Jacht to Bavaria 44- 14 metrowa łódeczka z 80 m kw. żagli, o z niczym mi się ni kojarzącej nazwie „Louve” (chyba że to „Love” z błędem?).
 



2 września, Warszawa-Sochaczew
21 km 97 m w nogach

polmaraton4.jpgDziś wystartowałam w moim pierwszym w życiu półmaratonie. Dystans 21 km i ciut więcej przebiegałam już wcześniej, choćby dwa tygodnie temu ganiając po nadnarwiańskich łąkach w okolicach działki moich rodziców, ale w zawodach jako takich do tej pory nie startowałam. Dzięki temu miałam psychiczny komfort, że jakbym nie pobiegła, i tak miałam zagwarantowany życiowy rekord. A zresztą - ogólnie założenie było takie, by dać radę dobiec do mety, w miarę możliwości nie na końcu.


O czasie wspominać nie będę, ale cały czas dzielnie biegłam i zgodnie z założeniami ostatnia nie byłam :-). Swoją drogą na około trzysta biegnących osób prawie wszyscy byli ścigantami z różnych klubów, w tym też mistrzowie triatlonów i wygi uczestniczące w maratonach, tak więc ja, szary żuczek biegający zupełnie amatorsko i nawet nie wiedzący dokładnie jak zrobić profesjonalną rozgrzewkę, czułam się trochę jakbym pomyliła imprezy.

Biegło się o tyle ciężko, że było strasznie gorąco (wreszcie, na koniec wakacji się opaliłam!), poza tym były dość długie podbiegi (pod górkę znaczy się), ale poza kryzysem na 15 kilometrze i polmaraton3.jpgkolką na 20-tym, tragedii nie było. W czasie tego kryzysu miałam jednak ochotę sobie usiąść w cieniu i porozkoszować się słodkim lenistwem, uznałam jednak że w końcu nikt mnie do mety nie zaniesie, a im szybciej pobiegnę, tym szybciej skończy się moja męczarnia. No cóż, można mówić że się lubi bieganie, ale nikt mi nie wmówi, że gonienie kiedy człowiek ledwo dyszy i ocieka potem, jest szczytem rozkoszy. Za to moment wbiegnięcia na stadion, to już miły moment i wtedy dopiero dostaje się „poweru”! No i zaraz jak człowiek ochłonie, można wreszcie uznać, że faktycznie jest fajnie, choć jest też i złość (przynajmniej u mnie), dlaczego biegło się tak wolno, bo przecież można było zyskać cenne minuty.

Za miesiąc mam pół-maraton w Lizbonie. Będę tam na rejsie  żeglarskim (dwa tygodnie przez Biskaje), a że koledzy z załogi to biegacze, więc chcemy wystartować całą ekipę. Trzeba się będzie zmobilizować i trochę dzisiejszy czas poprawić  :-).



26-31 sierpnia, Lucerna-Titlis-Lozanna (Szwajcaria)
Scyzoryki, góry, wino

luzerna2.jpgTeraz jestem już w drodze na lotnisko w Zurychu. Jadę pociągiem, bo w tym kraju to najlepszy środek lokomocji. Nawet szefowie poważnych firm z nich korzystają, jako że tak jest najszybciej, najtaniej (choćby dlatego że za parking płacić nie trzeba), przyjemnie (zamiast trzymać kierownicę, książkę poczytać można lub postukać w laptopa), no i ekologicznie.


Tyle się przez te kilka dni działo, że nawet nie było czasu na pisanie. Z ważniejszych rzeczy to:

- byłam w Ibach gdzie jest fabryka Victorinoxa, czyli inaczej – gdzie produkuje się słynne noże szwajcarskiej armii. Fabryki się wprawdzie nie zwiedza, ale w niedalekim Brunnen zorganizowano bardzo fajne Visitor Center gdzie można dowiedzieć się o słynnych nożach wielu ciekawych rzeczy;

luzerna11.jpg- wjechałam kolejką linową na dwie fajne góry – Pilatus i Titlis. Na tej drugiej jest lodowiec, na którym można latem pojeździć na sankach i wejść do wykutej w lodowcu groty;

- wzbogaciłam się o kolejne rany na rękach i siniaki na nogach – to efekt mojego szalonego zjazdu na górskiej hulajnodze. Wyrżnęłam przy dużej prędkości, dzięki czemu niektórzy mogą zastanawiać się, czy przypadkiem mąż mnie nie bije (biedny Paweł…)

- w gronie dziennikarzy m.in. z Malezji, Brazylii, Kanady, Chin, Hiszpanii i Belgii zwiedziłam Lozannę, w której jedną z ciekawostek stanowi Muzeum Olimpijskie i psi cmentarz, na którym pochowany jest pies Coco Chanel (ona sama też pochowana jest w tym mieście, ale rzecz jasna na zupełnie innym cmentarzu);

luzerna10.jpg- w Muzeum Transportu w Lucernie razem z kolegą Mieciem P. przeżyliśmy adrenalinowe chwile siedząc za sterami samolotu wojskowego. Chodzi o symulator, na którym najpierw nie mogłam wystartować, a potem darłam się, bo omal się nie rozbiliśmy  :)

- zdegustowałam jakieś ogromne ilości szwajcarskich win które są nadzwyczaj dobre, ale których świat zwykle nie zna, bo Szwajcarzy ich nie eksportują (produkcja jest na tyle mała że starcza jedynie na zaspokojenie lokalnych potrzeb). Niestety, już po trzecim kieliszku pomyliły mi się roczniki i rodzaje – każde kolejne smakowało wyśmienicie, a przy piątym prawie że zaczynałam mówić zarówno po chińsku, jak i w stosowanym w Szwajcarii „schweiz-deutsch`u”

- o równie dużych ilościach spożywanych szwajcarskich serów już nie wspominam, bo to przecież oczywiste :-)



25 września, Warszawa-Lucerna (Szwajcaria)
O lwach na skale i sztuce której jej nie pojmuję


Od dzisiejszego południa znowu jestem w Szwajcarii. Lubię tu przylatywać. Tym razem jestem tu w ramach meetingu dziennikarzy z różnych stron świata (z Polski też nas będzie kilka osób), ale postanowiłam zjawić się z małym wyprzedzeniem, żeby zobaczyć kilka rzeczy po swojemu, na własną rękę.

luzerna1.jpgBazę póki co mam w Lucernie, tak więc dzisiaj skupiłam się na tym właśnie mieście, położonym malowniczo nad Jeziorem Czterech Kantonów. Ponieważ pogoda do zdjęć taka sobie, połaziłam głównie na muzeach, bo tam zachmurzone niebo nie przeszkadza, a zresztą i tak nie można nawet zabrać ze sobą aparatu (zostawia się wszystko w depozycie).

Na pierwszy ogień poszło Muzeum Sztuki Nowoczesnej - bardziej z racji „zawodowego obowiązku” niż z własnych chęci, bo nie będę ściemniać że ten rodzaj sztuki mnie fascynuje. Nazwiska artystów nic mi nie mówiły, dzieła, no cóż, chyba nie rozumiem tego „co autor miał na myśli”, ale w końcu każdy z nas jest inny, więc może Wam by się spodobało.

Trochę lepiej poszło w muzeum o nazwie która mnie zmyliła, tak więc trafiłam tam trochę niechcący. Wiem, pewnie wyjdę zaraz na skrajną abnegatkę i ktoś zaraz nastuka mi maila że to wstyd nie wiedzieć, ale przyznaję się: widząc na mapce miasta nazwę Rosengart, myślałam że chodzi o… ogród różany. Trochę się luzerna12.jpgzdziwiłam gdy stanęłam przed wielkim gmaszyskiem z  plakatami pt. "Picasso", ale co tam, uznałam że w końcu nic nie stoi na przeszkodzie aby prezentować Picassa pośród róż. Na szczęście nie zdążyłam powiedzieć nic na głos, bo rzut oka na plakat przy wejściu uświadomił mi że Rosengart to nazwisko bogatej bardzo właścicielki galerii, a róż rzecz jasna nie zobaczę, za to będę miała ucztę duchową z dzieł takich artystów jak Cezanne, Monet, Chagal, Kandinsky i rzeczony wcześniej Picasso w dużych ilościach. Oczywiście nie będę się wymądrzać że jestem zafascynowana ich sztuką – doszłam nawet do wniosku że część tych obrazów to chyba po niezłej imprezie malowali, ale tu już przynajmniej nazwiska kojarzyłam, a niektóre obrazy np. Miro, to bym może i u siebie powiesiła.

Potem był spacer po starówce i słynne lwy wykute w skale przez samego Thorvaldsena. Lubię rzeźby tego Duńczyka (zresztą w Polsce też tworzył, np. pomnik Kopernika czy Poniatowskiego w Warszawie), a dostojny, wykuty drobiazgowo grzywiasty samiec jest wyjątkowo udany. Nawet miałam ochotę przy lwie trochę posiedzieć, ale przeszło mi bo są tu takie tłumy Hindusów, Chińczyków i panów Arabów z haremami swoich kobiet, że w ich krzyku nawet własnych myśli nie słyszałam. Wymienione nacje masowo najeżdżają okolice Lucerny i są po prostu wszędzie. W wielu miejscach już nawet nie ma napisów po niemiecku czy angielsku, tylko są po chińsku i w hindi.




6 sierpnia, Warszawa
Staruszka w szortach

monika- staruszka.jpgW ramach przerwy w pisaniu artykułów zajrzałam sobie do Internetu, zobaczyć jak tam idzie w Londynie naszym olimpijczykom. Tego się jednak nie dowiedziałam, bowiem w międzyczasie mój wzrok nieco zboczył, a tam w rogu ekranu (dodam tylko że chodzi o portal poważnego dziennika, nie żadnego tam Faktu czy Pudelka) wielki tytuł:


45-latka w szortach? Takie rzeczy tylko u Pameli Anderson!

Aż mną zatrzęsło! No bo co, w wieku 45 lat w krótkich spodenkach nie wypada chodzić? Fakt, Pamelą Anderson nie jestem (i nie tylko o biust mi chodzi), mam nawet o rok więcej niż ona, ale w szortach chodzę i na pewno przez kolejne lata chodzić będę!

Rozumiem, że względy estetyczne są istotne, bo zgadzam się, że czasem lepiej spojrzeć w lustro i ku dobra swojego, a i innych także, założyć coś innego. Owszem, pewnym przeciwskazaniem antyszortowym mogą być: a) wyjątkowo krzywe nogi (ale bez przesady, czasem sobie to same, kobitki, wmawiamy);  b) nogi bardzo grube (to też sobie wmawiamy; mam na myśli raczej Amerykanki na diecie hamburgerowej);  c) nogi nadmiernie poharatane (to w wyniku tego co robię często dotyczy mnie, choć wielką blizną po ukąszeniu pająka już przestałam się przejmować) - tyle że owe "przeciwskazania" dotyczą każdego wieku, wcale nie tylko "emerytek po 40-tce".  Mało tego - może mało skromnie to zabrzmi, ale znam wiele 20-tek i 30-tek, od których i cellulit (modne teraz słowo  :-)  ) mam mniejszy i budowę ogólną chyba nie gorszą (to zdanie innych  :-)  ), a i kondycją i ruchliwością biję je na głowę. Zresztą w jednym z postów pod tym durnym monika-staruszka2.jpgtekstem któraś z pań mądrze napisała: „Co to za artykuły co jakiś czas, o "starych" kobietach – „Skończyła 40 lat, a się trzyma” . Co to niby ma być? Jak kobieta skończy 40 lat to się podobać nie może? To jakaś granica?”.

No właśnie, czy ta magiczna czterdziecha to jakaś granica atrakcyjności? Okej, trzeba się godzić z tym, że się starzejemy, przybywa zmarszczek (sprawa poniekąd genetyki), siwe włosy też już są (trzeba dać zarobić fryzjerom), ale bez przesady. Czy dziennikarska młodzież trochę nie przegina w tych swoich tekstach? Tak jak w notce o której opowiedział mi jeden ze znajomych. Ukazała się w jednej z najpopularniejszych polskich gazet, a informowała że na jakiejś tam ulicy "zdarzył się wypadek, w wyniku którego ucierpiała 50-letnia kobieta. STARUSZKĘ odwieziono do szpitala(...)". 

Krótko mówiąc jestem już prawie „staruszką”… Żeby się więcej nie wkurzać, idę biegać… W ramach przygotowań do mojej himalajskiej wyprawy, a zarazem z planem pobiegnięcia niebawem w półmaratonie (maraton też w planach), staram się codziennie 8-10 km zrobić. A zresztą, to chyba fajnie brzmi: „Staruszka na ośmiotysięczniku”?



1 sierpnia, Zagrzeb, wylot do kraju
Żal wracać…

rab87.jpgWłaściwie to dzisiaj do wykorzystania mieliśmy tylko kilka godzin, bo w samo południe musieliśmy już jechać na lotnisko. W tej sytuacji bladym świtem po śniadaniu pognaliśmy do niedalekiego Ogrodu Botanicznego, który okazał się bardzo sympatyczną oazą spokoju, pełną ciekawych roślin, nie tylko z terenu Chorwacji, ale i innych zakątków świata. Są w nim np. bambusy, drzewo chlebowe czy piękne lotosy, ale także żółwie błotne (to tak a propos flory :-)). Po drodze do Ogrodu mogliśmy jeszcze spojrzeć na Dworzec Kolejowy (po chorwacku bardzo śmiesznie się nazywa: Glavni KOLODVOR), na którym kiedyś stawał słynny Orient Express i na elegancki hotel „Regent Esplanade”, wybudowany właśnie z myślą o pasażerach Orient Expressu. Poza tym zadaliśmy sobie trud aby odszukać dom z adresem "Tomislavov Trg nr 17". Dom jak dom, ale chodziło o wmurowaną w niego tablicę, ku czci wspominanego już wczoraj pana Pękali, a w wersji chorwackiej – Penkali, Chorwata polskiego pochodzenia, który na początku XX wieku wymyślił m.in. długopis i automatyczny ołówek.


rab79.jpgWpadłam też na chwilę do Muzeum Archeologicznego, którego dumą jest tzw. mumia zagrzebska. Właściwie to pół trzeciego piętra wielkiego budynku poświęcona jest mumiom, w większości egipskim, ale w tym przypadku chodzi o dość osobliwego człeka z czasów etruskich (czyli z terenu dzisiejszych Włoch). Swoją drogą z naukowego punktu widzenia nie mniej ważny niż mumia jest bandaż w który mumia była zawinięta - są na nim etruskie zapiski pochodzące z około 250 roku p.n.e.

Na koniec pojechaliśmy jeszcze na cmentarz Mirogoj opisywany w przewodnikach jako jedna z najpiękniejszych nekropolii Europy. Takie trochę nasze Powązki, z oryginalnymi arkadami i miejscem ostatniego spoczynku wielu znanych i zasłużonych Chorwatów (tuż przy głównym wejściu jest np. grób Franjo Tudmana - zmarłego w 1999 roku pierwszego prezydenta Chorwacji). To może głupie, ale lubię cmentarze – spokój jaki z nich bije, skłaniającą do zamyślenia atmosferę. Poza tym akurat ten cmentarz to w dużej mierze galeria sztuki pod gołym niebem - mnóstwo na nim rab70.jpgciekawych rzeźb, także znanych artystów, jak choćby najsłynniejszego chorwackiego rzeźbiarza - Ivana Mestrovicia.

Już na wyjeździe z Zagrzebia w kierunku lotniska odkryłam, że mają w tym mieście ulicę Kopernika, a także dzielnicę zwaną Sopot! A nie chciałam wierzyć gdy wczoraj Paweł mówił że widział tramwaj jadący do Sopotu! Z kolei na lotnisku odkryłam, że pasta która była w hotelu na śniadaniu, która wyglądała na kawior (nie lubię kawioru, więc jej nie tknęłam), a którą ja nazwałam zmielonym żabim skrzekiem, okazała się pysznym miksem czarnych oliwek z truflami! Że pysznym to wiem, bo w ramach lotniskowej degustacji tak stwierdziło moje podniebienie! Na słoiczek z ową pastą wyszperanych po kieszeniach kun (chorwackich pieniędzy), już mi nie starczyło. Za to na butelkę wina było akurat – wypijemy ją w jakiś ponury jesienny wieczór przypominając sobie chorwackie wakacje.


31 sierpnia, Zagrzeb
Miasto piernikowych serc, czerwonych parasoli i tanich brzoskwini


rab 70.jpgCały dzień minął nam na zwiedzaniu Zagrzebia. Stwierdziliśmy, że to bardzo przyjazne turystom miasto – wszystko co najciekawsze jest w zasięgu może nie tyle ręki, co przyjemnego spaceru, nie mówiąc o przeróżnych folderach (także w języku polskim), który taki spacer pomagają zaplanować. Nam było o tyle łatwiej, że przez pewien czas chodziła z nami po mieście pani Ula, która w Chorwacji mieszka już od 30 lat i jak sama mówi uwielbia Chorwatów za „słowiańską duszą i południową mentalność” .

Nie będę wyliczać, co warto tu zobaczyć, bo od tego są przewodniki, napiszę tylko co nam się najbardziej podobało. Na przykład tworzący kolorową mozaikę dach kościoła św. Marcina – widnieje na nim m.in. herb Chorwacji i Zagrzebia. Najlepszy widok na ów dach, a przy okazji na miasto, jest z XII-wiecznej wieży Lotrscak, z której o 12 w południe rozlega się armatni wystrzał. To na pamiątkę tego, jak miasto oblegała turecka armia i któryś z chorwackich artylerzystów strzelił tak, że kula trafiła w indyka niesionego na tacy na obiad dla tureckiego paszy. Pasza, człowiek przesądny, potraktował to jako zły znak i wycofał swoją armię. Tak to jeden przypadkowy wystrzał obronił miasto!

rab71.jpgCiekawych historii jest w Zagrzebiu więcej. Choćby legenda skąd się wzięła nazwa „Zagrzeb” bo przecież nie od jakiegoś tam prozaicznego zagrzebania. Otóż dawno temu przejeżdżający tędy na koniu rycerz zobaczył dziewczynę stojącą koło źródła. Poprosił ją aby „zagrabiła mu wody”, czyli nabrała, zaczerpnęła mu wody, no i od tego „zagrab” wzięło się "Zagrzeb". Swoją drogą źródełko nadal można zobaczyć, tylko już w obudowanej, nowoczesnej wersji niby-fontanny na Trgu (placu) Bena Jelaćića.

Co nam się jeszcze podobało? Z zabytków katedra z dwiema strzelistymi wieżami, z środków transportu dwa śmieszne niebieskie wagoniki służące jako windo-tramwaj dla tych co chcą się dostać z tzw. Dolnego  Miasta do Górnego, a także barwny, ruchliwy targ miejski, na którym pyszne, słodkie brzoskwinie kosztują zaledwie 2 zł za kilogram (4 kuny, podczas gdy na wyspach kosztowały 20 kun!). Oczywiście kupiliśmy (do tego jeszcze morele i winogrona), zaraz potem umyliśmy w pobliskiej fontannie (to tutaj normalne), po czym poszliśmy do pobliskiego parku na wielką owocową wyżerkę. Nasze uliczne menu dopełniły jeszcze typowe tutaj burki (taki ciasto-piróg z nadzieniem jakie sobie życzymy: mięsnym, szpinakowym, a w naszym przypadku - serowym) plus na deser ciastka kasztanowe (po chorwacku: kesten maron) które mnie osobiście akurat nie podpasowały. 

rab74.jpgBardzo ciekawa była także wizyta w muzeum Zerwanych Więzi. To chyba jedyne muzeum tego typu w skali świata, naprawdę bardzo ciekawe. Każdy eksponat ma dołączony opis jakiejś historii, czasem śmiesznej, na ogół jednak smutnej, czasem wręcz tragicznej. Najwięcej dotyczy nieudanych miłości między jakąś parą, choć są też historie zerwanych więzi rodzinnych czy narodowościowych (ktoś oddał swój francuski dokument). Z eksponatów "miłosnych" są przeróżne maskotki, suknie ślubne itp., ale jest też siekiera którą pewna lesbijka porąbała meble zostawione w mieszkaniu przez jej sympatię – drugą lesbijkę. Albo sztuczny biust, który jakiś małżonek podarował swojej drugiej połówce, aż ta, wkurzona na niego (bo jej biust był sporo mniejszy, na punkcie czego miała pewne kompleksy), postanowiła po takim prezencie zostawić mało taktownego męża, z którym już wcześniej i tak jej się nie układało. Bardzo smutne historie dotyczą tych co zmarli, poza tym są wzruszające listy, niektóre nawet pisane dziecięcą ręką, bo przecież miłosne rozterki przeżywają też i najmłodsi.

Mam wrażenie że Zagrzeb to takie "miasto miłości". Naprawdę! Zwłaszcza wieczorem trudno w parku znaleźć wolną ławeczkę, bo wszędzie siedzą obściskujące pary, a że przeważnie nastolatków to już inna sprawa. W sumie to akurat lato miłości sprzyja, więc kto może niech korzysta  :-). No ale niezależnie od tego, symbolem Zagrzebia są serca! Takie czerwone, oryginalnie robione z piernikowego ciasta i przyozdabiane miniaturowym lusterkiem! Teraz to jedna z najpopularniejszych pamiątek. Serca można kupić na każdym straganie z suwenirami, a także od ubranych w ludowe stroje dziewczyn, rozstawionych przez władze rab76.jpgmiasta w różnych miejscach. Dziewczyny widać z daleka bo mają czerwone parasole z kolorowymi paskami na brzegu - kolejny symbol miasta. Nawet wszystkie parasole na codziennym targu też mają takie kolory i ornamentykę. A przy okazji skoro o lokalnych specjalnościach mowa - jeśli ktoś jeszcze o tym nie wie, to przypominam że krawat to wymysł Chorwatów! Nawet nazwa o tym przypomina - pierwowzorem były czerwone chusty wieszane przez dziewczyny na szyjach idących na wojnę chłopców (chodzi o czasy wojny 30-letniej, czyli początek XVII wieku). Ponieważ Chorwat wówczas nazywał się Kroat, stąd potem ewolucja tego co tam pod szyją wisiało na kroaty i ostatecznie na "krawat". Sławnych na świat wynalazków mają Chorwaci zresztą więcej - choćby prozaiczny długopis wynaleziony przez mającego także polskie powiązania pana Penkalę (oryginalnie nazywał się Pękała, ale dla uproszczenia zmienił nazwisko na Penkala).

Po krótkim odpoczynku jeszcze raz wróciliśmy do miasta, tym razem już wieczorem. Dzisiaj wtorek więc może dlatego miasto nie żyło tak jak tego oczekiwaliśmy, ale pokluczyliśmy trochę pomiędzy podświetloną ładnie katedrą, a kilkoma miejscami gdzie coś się działo, to znaczy grały jakieś kapele, a przy wystawionych na ulicę stolikach toczyło się życie towarzyskie. W Chorwacji życie toczy się polako, polako (spokojnie, powoli), co oznacza m.in. że na pewno na kawę czy piwo w gronie znajomych zawsze musi się znaleźć czas.



30 lipca, rejon Lika – Kumrovec – Veliki Tabor – Zagrzeb
Od strzelania z łuku do chaty Tito


rab60.jpgPierwsze pół dnia pokręciliśmy się jeszcze po regionie Lika, czyli pośród zielonych gór środkowej Chorwacji, gdzie aż cisną się na myśl słowa poety „Wsi spokojna…” (to chyba Kochanowski?). Zaczęliśmy od wizyty w Adventure Parku „Rizvan City” (www.rizvancity.com ), gdzie jest ścianka wspinaczkowa, rozwieszony między linami park linowy, teren do paintballa, quady itp. atrakcje, chociaż z przyczyn czasowych mogliśmy sobie pozwolić jedynie na postrzelanie z łuku (cóż, mistrzynią olimpijską w tym sporcie już nie zostanę).

Potem było trochę zabytków – wieża stanowiąca pozostałość po XV-wiecznej warowni tureckiej (niestety cała w rusztowaniach) i znajdujące się koło wioski Sinac XIX-wieczne młyny na rzece Gacka, niegdyś wykorzystujące siłę wody do mielenia ziarna na mąkę.

rab65.jpgDwustukilometrowego przeskoku na północ Chorwacji nie pamiętam, bo jazda samochodem działa na mnie w dużej mierze usypiająco. Paweł obudził mnie dopiero pod Zagrzebiem, gdzie nie do końca ufając naszemu GPSowi (kilka razy w ciągu tego wyjazdu chciał nas wyprowadzić na manowce), trzeba było zajrzeć w mapy i decydować jak jechać. Celem był Kumrovec, a właściwie znajdujący się tam skansen Stare Selo, gdzie m.in. stoi chata będąca miejscem narodzin (ur. 1892 roku, zm. 1980) marszałka Josipa Broz-Tito. Postać kontrowersyjna, ale sądząc po wpisach w księdze pamiątkowej słynny jugosłowiański przywódca wciąż ma wielu fanów swojej legendy. Wśród różnych pamiątek jakie można zobaczyć w chacie-muzeum jest m.in. fałszywy paszport Tito (zrobiono go na obywatela Szwecji) i kamień z Księżyca jaki podarował podczas swojej wizyty w Kumrovu prezydent USA Richard Nixon.

Oczywiście do innych chat niż ta związana z Tito też zajrzeliśmy. Paweł zwrócił uwagę, że w jednej z nich, pokazującej życie młodej pary, najpierw jest pokazany pokój gdzie manekiny nowożeńców siedzą na łóżku, a zaraz potem jest izba, w której dziewczyna trzyma na rękach noworodka, ale mężczyzny już koło niej nie ma.

rab63.jpgNa wyjeździe z Kumrovca mieliśmy spotkanie z chorwackimi policjantami. Bogu dzięki zauważyliśmy ich wcześniej, przez co nie wyjechaliśmy z parkingu przecinając ciągłą linię, co jest logiczną i wygodną opcją, tylko nadłożyliśmy drogi tak aby było zgodnie z przepisami. Panowie nie mieli się do czego przyczepić, zatrzymali nas chyba tylko dlatego że się bardzo nudzili (ogólnie na drodze prawie nic nie jechało), coś tam pospisywali i stwierdzili że chwala lepa (dziękują bardzo) – możemy jechać. Skoro tak to pojechaliśmy – 15 km dalej w miejscu zwanym Veliki Tabor był bowiem malowniczy zamek. Niestety  zamknięty (może z racji poniedziałku, choć według przewodnika czynny jest 7 dni w tygodniu), ale i tak warto było go zobaczyć, choćby z zewnątrz. Jeśli ktoś będzie w tych stronach z dziećmi, to ok. 1 km od zamku, przy głównej drodze w stronę Pregrady są w lesie miniaturowe budowle, kopie różnych zamków i dworów, przy których możemy czuć się jak Guliwery w krainie Liliputów. Dzieciakom się na bank spodoba, ale my również, chociaż nie dzieci, mieliśmy sporo radochy.

Dziś nocujemy już w Zagrzebiu… Jutro z rana ruszamy na „podbój” stolicy. Niezły przeskok – z typowej, tchnącej spokojem wsi, do wielkiego, milionowego miasta.




29 lipca – Gacka Dolina i Park Narodowy Gór Velebit
Rzeka, góry i niedźwiedzie

Dzień rozpoczęłam wcześnie: godzinnym bieganiem. Tym razem wbiegłam sobie na jedno z wzgórz, zaliczając po drodze spotkanie z pasącymi się w lesie krowami, które wyszły na drogę aby na mnie popatrzeć i ani śmiały z drogi zejść.


rab56.jpgW międzyczasie Paweł zaliczył miejscowy sklep, czego efektem był świeży chleb i ser plus soczyste pomidory, prawie prosto z krzaka. W takiej scenerii jak tu (zielone wzgórza, sielski nastrój, piejące koguty itp.) zjedzone w przydomowej altance, własnoręcznie zrobione śniadanie, smakuje lepiej niż najlepsze dania hotelowe. Ledwo skończyliśmy przyjechał Denis (syn gospodarzy) i zabrał nas na 2-godzinną przejażdżkę łódką po rzece Gacka. Łódka była nie byle jaka, bo to tradycyjna tutaj dłubanka wydrążona z jednego dnia sosny, nieco chybotliwa,  „napędzana” dawniej jednym długim wiosłem (wiosłujący stał), a obecnie pagajem (wiosłujący siedzi).  Kiedyś czymś takim, zwożono siano z okolicznych łąk, teraz próbuje się tu z tego zrobić całkiem fajną atrakcję turystyczną (w cenie naszej kwatery taki rejsik jest gratis).

rab61.jpgCo do Gacki, czyli wijącej się po tych okolicach rzeczki, to według pani z miejscowej informacji turystycznej jest to najczystsza rzeka Europy! Można nawet pić z niej wodę – bez przegotowania, a czystość plus ekosystem jaki powstał sprawiają, że ponoć żyjące w niej pstrągi rosną pięć razy szybciej niż gdzie indziej, a do tego są znacznie większe. Nie znam się na rybach, ale ponoć na porządku dziennym są tu pstrągi osiągające 70 cm czy ponad metrowe szczupaki.  Z tego co mówił Denis wynikało, że Gacka to jakieś kultowe miejsce dla wędkarzy spinningowych, którzy zjeżdżają tu z całego świata, chętnie płacąc 35 euro za 1-dniową tylko licencję na łowienie. Denis mówił, że wśród gości apartamentu jego rodziców był np. ostatnio Japończyk, który przyjechał właśnie specjalnie na ryby, a także… Mongolka – też wędkarka!

Pływając po Gacce pomyślałam że to super miejsce dla… nurków! Sama chętnie zrobiłabym sobie w jej wodach podwodny spacer, bo w wielu miejscach koryto tworzy głęboki na 10 metrów kanion, w dodatku z tak klarowną, przejrzystą wodą, że wszystko w tych głębinach widać.  Ryby rybami, ale rzecz jasna interesowały mnie także inne rzeczy. Podpytałam Denisa na przykład o układy z Serbami. W czasie wojny bałkańskiej tereny te dość znacznie ucierpiały, bo granica była zaledwie 5 km stąd. W dość częstych bombardowaniach zginęło około dwustu tutejszych mieszkańców, a w c została uszkodzona większość domów. Teraz narodowościowe antagonizmy już zanikły – Serbowie coraz częściej przyjeżdżają w charakterze turystów, co  teraz już się akceptuje, bo ja stwierdził Denis „trzeba jakoś żyć”. Na wszelki wypadek staram się jednak pamiętać, aby przy powitaniach/pożegnaniach nie cmokać się trzy razy, czyli tak "po polsku", bo tak też całują się Serbowie (Chorwaci robią cmok-cmok, dwa razy).

rab58.jpgPo wycieczce łódką pojechaliśmy do Parku Narodowego Sjeverni Velebit, stworzonym do ochrony przypominającego nieco miks Bieszczadów i Beskidu Sądeckiego masywu Velebit. Dokładniej, to od strony morza góry te wyglądają bardzo surowo, kamieniście, natomiast od strony wschodniej są zalesione i bardzo zielone. Szczerze mówiąc to do wysokości 1500 m n.p.m. można wjechać samochodem, tak więc trudno mówić o ambitnym zdobywaniu gór, ale potem, od parkingu, można sobie zrobić kilka ciekawych wycieczek. Pętelka w tak zwanym Ogrodzie Botanicznym (nazwa mocno na wyrost) nie wymaga większego wysiłku, ale wejście na szczyt zwany Veliki Zavizan rab59.jpg(1676 m) trochę potu jednak mnie kosztowało. Inna sprawa że faktem jest, że szłam szybko i bez odpoczynku, dzięki czemu zamiast wchodzić jak podawały tabliczki 50 minut – wyrobiłam się w 17!  Wszystko dlatego, że nie chciałam by Paweł zbyt długo na mnie czekał (umówiliśmy się w miejscowym schronisku), ale potem okazało się że i on też dał sobie w kość, bo co prawda przez pomyłkę (zrobił sobie niefortunny skrót), ale również zaliczył jakiś pobliski szczyt. W każdym razie oboje byliśmy z naszych „wyczynów” bardzo zadowoleni, bo widoki są obłędne, zwłaszcza na stronę gór oblaną przez Adriatyk, na którym widać rozrzucone na morzu wyspy. Ja cieszyłam się tym bardziej, że na szczycie było mnóstwo szarotek alpejskich, kwiatków które bardzo lubię, ale rzadko na nie trafiam. Na szczęście nie trafiłam za to na żmije, przed którymi ostrzegało mnie w tym rejonie kilka osób. Żadne to pocieszenie, że tylko dwa gatunki są jadowite i to, że na ile groźne może być ukąszenie, zależy od odporności organizmu.

A tak swoją drogą to w tutejszych górach są wyciągi narciarskie! Nie jakieś ambitne, bardzo proste, pojedyncze orczyki, ale zawsze. Denis opowiadał że w okolicach Prozoru zimą temperatury spadają nawet do minut 25 stopni, a śnieg też nie jest tu niczym niezwykłym! W tym roku śnieg zalegał jeszcze 1 maja!

rab53.jpgNa zakończenie dnia odwiedziliśmy jeszcze znajomy nam już sprzed dwóch lat sierociniec niedźwiadków znajdujący się w miejscowości Kuterevo. Trafiają do niego małe miśki które zostały bez matki. W tutejszych górach niedźwiedzi jest mnóstwo – ponad tysiąc sztuk, tak więc nie są chronione, a nawet jest prawny nakaz odstrzału rokrocznie 10 procent ich populacji, czyli około stu sztuk (ponoć niektóre części ciała niedźwiedzia w tych stronach się jada!).  Wiele niedźwiedzi ginie też pod kołami samochodów czy pociągów. Niestety, miśki z sierocińca już nie wracają do natury – zatracają instynkty dzikich zwierząt, tak wiec do końca życia muszą pozostać pod opieką ludzi. Śliczne zwierzaki – patrzyliśmy jak się bawią, kąpią, czasem – walczą ze sobą. Opiekują się nimi wolontariusze z całego świata – poznaliśmy na przykład Maxa – Niemca który jest w Kuterevie już od ponad roku, z innych nacji jest np. Francuz i grupa belgijskich skautów. Wolontariusze płacą za pobyt tutaj 5 euro dziennie (zakwaterowanie) w zamian za co mają obowiązek pracy przez 5 dni w tygodniu po 6 godzin dziennie.

Już na sam koniec dnia zjechaliśmy do Otočacu zobaczyć tamtejszą twierdzę. Nastawiliśmy się na Bóg wie co, tymczasem twierdza (po chorwacku: fortica) okazała się niepozornym fragmentem kamiennych murów. Rozczarowanie chcieliśmy utopić w butelce wina, ale zapomnieliśmy, że dziś niedziela, więc wieczorem żadne sklepy nie są tutaj czynne. W takim razie pozostaje nam delektowanie się co najwyżej rechotem żab. Tak na marginesie to w Polsce mówimy o odgłosach żab „kum-kum”, w Austrii mówi się „kwa-kwa”, a tutaj: „kre-kre” (chyba najbardziej bliski rzeczywistości dźwięk). :-)



28 lipca, wyspy Rab i Pag – Otočac - Prozor
Z wyspy  na wyspę i przeskok na kontynent

rab50.jpgDziś rano pożegnaliśmy się z wyspą Rab. A właściwie źle powiedziałam – wyjechaliśmy z hotelu rano, ale utknęliśmy na 1,5 godziny w kolejce do promu. Potem, znowu godzinę z hakiem, przestaliśmy by dostać się na sąsędnią wyspę, Pag. Fakt, dzisiaj sobota, czyli zmiana turnusów, ale siedzenie w samochodzie pokazującym na wyświetlaczu temperatury 41 stopni, zdecydowanie nie jest najmilszą rzeczą jaką można robić. Grzecznie jednak czekaliśmy, z pewnym wkurzeniem obserwując samochody, które czekać podobnie do nas nie zamierzały. Większość kombinatorów jak zdradzały tablice rejestracyjne stanowili Polacy. No cóż – Polak potrafi…


Pag to dość specyficzna wyspa. To najbardziej na północ wysunięta z wysp Dalmacji (Rab należy już do regionu Kvarner), ze względu na wysuszenie – dość osobliwa krajobrazowo (dominują kamienne jałowe pola). Program muzealny jaki zakładaliśmy, czyli pozostałości rzymskiego akswedunku w miejscowości Novalja oraz Muzeum Koronek w mieście Pag nie wypalił, bo jak się okazało nie wzięliśmy pod uwagę, że tu wszystko czynne jest tylko króciutko rano, a potem – dopiero wieczorem. Czas zaoszczędzony na muzeach poświęciliśmy na widoczki i piknik na jakiejś napotkanej po drodze plaży, gdzie przy okazji wykąpaliśmy się w turkusowym morzu. Trochę kłopotu miałam z przebraniem się w kostium, bo krzaków żadnych w okolicy nie było, no ale ostatecznie uznałam że przecież nikt mnie tu rab52.jpgnie zna, więc co tam, zaprezentowałam namiastkę ekshibicjonizmu. Tyle że zaraz potem okazało się, że plażowicze wokoło to sami Polacy! Na szczęście znajomych nie spotkałam. :-)

Południowy kraniec Pagu połączony jest z kontynentem mostem, tak więc tym razem nie musieliśmy już czekać w żadnych kolejkach. Dziś mamy nocleg w wiosce Prozor, niedaleko miasta Otočac, pomiędzy parkami narodowymi Jezior Plitwickich i Sjeverni Velebit. Pierwszy znamy, drugiego nie, poza tym że wiemy że chodzi o ochronę sięgający 1700 metrów gór. Śpimy na kwaterze agroturystycznej, u bardzo gościnnych gospodarzy, którzy już na dzień dobry wyciągnęli śliwowicę, poczęstowali nas sokiem z kwiatów dzikiego bzu (po tutejszemu bazga), a potem zabrali do miasta na coroczną fiestę pod hasłem "Eco-Etno". Fajna impreza bo nie dla turystów, tylko dla lokalesów, którzy tłumnie i z zaangażowaniem w niej uczestniczą. Najważniejszym punktem programu są zawody w przyrządzaniu dziczyzny, bo polowania na dzikiego zwierza to tutaj dość popularne zajęcie. Startuje się w zespołach (kryteria doboru są różne: rodzina, znajomi, kumple z pracy), gotuje się zwykle na kociołkach, ale maszynki gazowe też są akceptowane. Zespół który wygra oprócz satysfakcji i poniekąd sławy, dostaje 5000 kun (ok. 2500 zł), ale nie jest to duża kwota, jeśli weźmie się pod uwagę, że na zwycięzcach spoczywa również ważny obowiązek – w kolejnej edycji zawodów startować nie mogą, za to muszą w kolejnej edycji imprezy nakarmić na swój koszt wszystkich którzy do nich przyjdą. Korzystając z tej reguły u ubiegłorocznych zwycięzców zjedliśmy fasolkę z jakimiś dziwnymi kiełbasami, chociaż nabardziej smakował nam gulasz z rab55.jpgdzika przygotowany przez ekipę Denisa – syna naszych gospodarzy. Potem okazało się że Denis&company zajęli tym gulaszem II miejsce, za co dostali profesjonalny sprzęt do grilowania. Pytałam ich, co by zrobili z nagrodą gdyby wygrali. No więc z tych 5000 tys. kun od razu odłożyliby 3000 na zakup produktów żeby upichcić coś w przyszłym roku, a za pozostałe 2000 zrobiliby imprezę.

Imprezie towarzyszy kiermasz regionalnych wyrobów. Przejście wśród straganów dopełniło nam brzuchy już naprawdę na full – wszędzie a to winko, a to sery albo miody z domowej pasieki, a wszystkiego można spróbować zupełnie za darmo. I do tego porywająca rytmami chorwacka muzyczka, bo grała jakaś popularna tutaj kapela. Chorwaci bardzo ładnie śpiewają – ich piosenki to taki trochę miks Ireny Santor z Eleni, ale bardzo przyjemnie się tych rzewnych, melodyjnych kawałków słucha. No i to co najważniejsze – nie są to żadne kalki zachodnich hitów – tutaj ludzie są dumni z własnych tradycji i śpiewają po chorwacku!



27 lipca, wyspa Rab (Chorwacja)
Rab na rowerach, koniec Fiery

rab45.jpgDzisiejszy dzień minął nam pod hasłem wycieczki rowerowej. Jednoślady wypożyczyliśmy w miejscowym kantorze :-), za całe 60 kun (30 zł) od osoby za 6 godzin, po czym pojechaliśmy w siną dal, a raczej na polecany nam jako miejsce pełne szlaków rowerowych i pieszych Półwysep Kalifron. Nie powiem, trochę się zmachaliśmy, bo traska miała sporo podjazdów, po średnio przygotowanych drogach, ale jakoś daliśmy radę. Ja do tego miałam jeszcze 10 km w nogach w ramach porannego biegania. Tym razem pognałam w kierunku wschodnim od miasta Rab, przy okazji zauważając ciekawy system zajmowania plażowych miejscówek. Okazuje się, że to co robi się w różnych plażowych hotelach np. w Turcji czy na Majorce, to znaczy idąc na śniadanie zostawianie na jakimś leżaku ręcznik, to tutaj mało skuteczny pomysł. W Chorwacji gdzie plaże są nieliczne i wąskie, ręczników i karimatek w ogóle się z plaży nie zabiera, zostawiając je tak, jak leżały w ciągu dnia, tyle że ze względu na wiatr na noc kładąc na nich kamienie. Niektórzy posuwają się jeszcze do rozbicia namiotu, bo rozbijanie namiotów stało się tutaj po prostu modne. Inna sprawa że najlepsze plaże i tak są daleko od miasta, w zatoczkach do których najlepiej dopłynąć. Stąd też system tak zwanych water taxi czyli łódeczek za kilkanaście kun kursujących do określonych miejsc. Szczególnym wzięciem cieszą się wodne taksówki do plaż FKK – pod tajemniczym skrótem kryją się tu plaże naturystów.


rab40.jpgWieczór spędziliśmy już w mieście, tym bardziej że cała starówka Rab żyła zamknięciem średniowiecznej Fiery. Znowu były parady różnych grup, damy dworu, wystrzały armatnie itp., chociaż muszę powiedzieć że dzisiaj akurat największą moją sympatię wzbudzili… trędowaci. Oczywiście nie prawdziwi, tylko grupa pełnych fantazji młodych ludzi odzianych w uszyte z worków stroje, odpowiednio ucharakteryzowana, podpierająca się kijami… A najbardziej mi się podobał „trędowaty” cichaczem wysyłający smsa  :-).




26 lipca, wyspa Rab  (Chorwacja), Rab-Kampor-Lopar-Rab
Pod i nad wodą

rab10.jpgDzisiaj miałam okazję sprawdzić jak na Rabie z możliwościami nurkowymi. Padło na Krno Diving Center, w którym jak mi powiedziano, miałam stawić się o 9-tej. Niestety, z racji tego że wczoraj zabalowaliśmy na mieście do około 2.30 w nocy, no a rano wszystko było przeciw nam (najpierw odkryliśmy, że nasze autko zastawione jest przez inne, potem zaś pomyliłam drogę i pokierowałam Pawła zupełnie gdzie indziej), w bazie nurkowej stawiliśmy się z 10 minutowym obsuwem, nie przejmując się tym jednak zupełnie, bo przecież sam Bojan, rodowity Chorwat a służbowo: Przedstawiciel Chorwackiej Organizacji Turystycznej na Polskę,przekonywał nas, że polako, polako (wbrew skojarzeniom: powoli,powoli), i czasem nie ma co się za bardzo przejmować, bo przecież tu jest Chorwacja. A tymczasem, ups! – baza okazała się firmą niemiecką, tak więc wszystko było dopięte i punktualne! Ponieważ reszta ekipy z którą miałam nurkować była już gotowa, wbiłam się tylko w pośpiechu w piankę, złapałam płetwy i maskę i pognałam na łódź, gdzie cały mój sprzęt już jak się okazało był przygotowany i zapakowany.
 
Szczerze mówiąc nawet nie za bardzo wiedziałam, gdzie mamy nurkować, ale jak się okazało, miałam szczęście, bo Holendrzy do których mnie podłączono to dość mocna ekipa, no i popłynęliśmy w ponoć jedno w najfajniejszych miejsc w całej Chorwacji, w okolicach wyspy Cres. Samo dopłyniecie szybkim RIBem (pontonem z bardzo mocnym silnikiem) zajęło nam z 45 minut, na pełnym gazie, podskakując na falach tak, że obolałe pośladki pewnie będę czuła jeszcze jutro. Nagrodą były widoki - nie tylko te pod wodą ale i nad - rab5.jpgwidać było poszczególne pasma gór na wyspie Rab (najwyższe dochodzące do 400 m wysokości) i stanowiące tło góry Velebet, znajdujące się już na kontynencie.

Nurkowanie było naprawdę świetne, a na pewno dużo lepsze niż się spodziewałam. Nurkowałam w parze z Ralfem, lokalnym dive-masterem, który poprowadził mnie do przepięknego wąwozu porosłego koralowcami, może nie tak bogatego kolorystycznie jak w Egipcie, ale mimo wszystko robiącego wrażenie. Holendrzy opowiadali że jedną z mieszkanek wąwozu jest lokalny gatunek moreny – dochodząca do 2 m tzw. c…, ale jakoś nie mielismy szczęścia jej zobaczyć. Z ciekawszych ryb była natomiast skorpena o niezwykłych, „kocich” oczach, po podświetleniu latarką  świecących na zielono. To co mnie jednak zaskoczyło, to dość zimna woda. Zdziwiłam się kiedy przed wskoczeniem do wody Ralf dał mi dodatkową piankę docieplającą i poradził bym jednak założyla kaptur. Miał rację – mimo temperatury ponad 30 stopni na powierzchni, pod wodą (schodziliśmy na 30 metrów), było całkiem chłodno.

W każdym razie wszystkim nurkom przyjeżdżającym na Rab niemiecką bazę prowadzoną przez sympatycznego Andreasa, jak najbardziej polecam. Fajna atmosfera, dobra do nurów lokalizacja (miejscowość Kampor), dobry sprzęt, odpowiedzialni dive-masterzy, no i jest co pod wodą oglądać. Dość powiedzieć, że ci Holendrzy z którymi nurkowałam, przyjeżdżają do Andreasa co roku, od 6 lat!

rab8.jpgA co po nurach? Objechaliśmy sobie północno-zachodni kraniec wyspy, czyli pojechaliśmy do miejscowości Lopar, która okazała się kurortem plażowym, z ładną, choć mocno zatłoczoną piaszczystą zatoką, co tutaj takie normalne nie jest, bo większość miejsc ma raczej kamieniste dno (na dodatek z jeżowcami, więc powinno się wchodzić do wody w butach). Ani ja, ani Paweł fanami plażowania nie jesteśmy, tak więc zamiast na plaży rozlokowaliśmy się na stoku wzgórza w cieniu sosen,  z widokiem na morze rzecz jasna, i w tak przyjaznych okolicznościach przyrody skonsumowaliśmy nasz piknikowy lunch, w formie kanapek, świeżo kupionych pomidorów i słodkiego arbuza którym podzieliliśmy się trochę z jaszczurką (nigdy nie wpadłabym na to, że arbuz tak jaszczurce zasmakuje). Oczywiście w morzu się wykąpałam, licząc że pływając w masce wypatrzę jakieś ciekawe ryby, ale gdzie tam – widać ludziska wszystkie wypłoszyli.

W drodze powrotnej do miasta stanęliśmy w miejscowości Supertarska Draga, w której znajduje się zabytkowy, romański kościółek z najstarszą w całej południowej Chorwacji dzwonnicą.

rab15.jpgNo a wieczorem jak zwykle tutaj, poszliśmy „w miasto”. W ciągu dnia uliczki Rabu są prawie puste, chyba że pojawią się żądni zwiedzania turyści (reszta narodu leży na plażach, przy basenach, ew. tapla się w morzu, albo przetrzymuje upał w klimatyzowanych pokojach hotelowych). Ruch zaczyna robić się po południu, a wieczorem trudno przez te wąskie pasaże  przejść. Teraz ludzi jest wyjątkowo dużo ze względu na tę średniowieczną „fierę”. W odgrywaniu różnych dawnych scenek uczestniczą całe rodziny czy grupy znajomych, przy czym niektórzy przygotowują się do tego prawie przez cały rok. Luka, nasz tutejszy kolega, mówił, że on jako chorąży, czyli nosząc flagę swojej miejscowości, ma ćwiczenia co tydzień, właśnie przez cały rok. Teraz nadszedł czas zaprezentowania różnych umiejętności i tradycji, przy czym widać że cała tutejsza społeczność naprawdę tym żyje i mimo że nie dostają za to żadnych pieniędzy, angażują się ogromnie. Większość z nich w ciągu dnia normalnie pracuje, no ale wieczorem przebiera się w dawne stroje i wychodzi na przydzielone stanowiska, bo te trzy dni w roku są faktycznie ich świętem. Moimi faworytkami są panie cipkarki (robiące koronki, bo cipka to po tutejszemu koronka), i dziewczyna która w podkasanej spódnicy udeptuje winogrona. Aaa, i jeszcze chłopcy od ryb, którzy pieką na ognisku świeżo złowione ryby i hojnie rozlewają bukłaki z winem.



25 czerwca, miasto Rab (Chorwacja)
Odkrywanie Rabu


rab16.jpgSporą część dnia spędziliśmy z Pawłem na szwendaniu się po starówce Rab. Ładne miasteczko, pełne różnych zaułków, ciekawych elementów architektonicznych i wręcz cukierkowych ozdóbek w stylu obwieszonego lawendą roweru, koszyczków z napisem „Witamy”, ozdobnych kamieni itp.

Późnym popołudniem poszłam pobiegać. Około 10-kilometrowa pętelka dała mi z grubsza pogląd jak wygląda wyspa poza głównym miastem. Fajne jest to, że wzdłuż wybrzeża zrobiono ścieżkę dla biegaczy/rowerzystów/plażowiczów, choć tych plażowiczów to trochę trudno mi zrozumieć, bo okej, plaż jako takich jest tu raczej mało, ale co to za przyjemność rozkładać się na 2-metrowej szerokości chodniku skoro co chwila ktoś nad głową przejeżdża czy przebiega.

rab11.jpgWiększość wypoczywających na Rabie to Niemcy i Holendrzy. Polaków jest mało, ale oczywiście są. Nie wiem czy mieliśmy takie szczęście, czy tak wygląda atmosfera wakacji polskiej rodziny, ale zastanawialiśmy się, dlaczego nasi rodacy tak na siebie warczą? Dokładnie tak – nie mówią do siebie tylko warczą, kłócą się, zamiast wyglądać na zrelaksowanych sprawiają wrażenie jakby ktoś ich na rodzinny urlop wysłał za karę. Zresztą co do Polaków miałam ścięcie z jedną parą, którą spotkałam na wieży jednego z tutejszych kościołów. Wieża jest świetnym punktem widokowym, dlatego więc na nią wlazłam, podczas gdy Paweł czekał na mnie na dole. No więc jestem na tej wieży, napawam się faktycznie pięknym widokiem, a tu koło mnie staje para mniej więcej dwudziestokilkulatków i chłopak ku uciesze dziewczyny zaczyna… pluć! Radość obojga jest tym większa, im bardziej wiatr znosi lecącą ślinę na stojących na dole ludzi. –You are stupid! – nie omieszkałam powiedzieć do kolesia, jeszcze nieświadoma nacji jaką reprezentuje. Chwilę potem para zerka na mnie i mówi między sobą po polsku: -A co jej to przeszkadza? No to ja do nich też już po polsku, że przeszkadza, choćby dlatego że na dole stoi mój mąż. Wzruszyli ramionami i sobie poszli. Ale może nie mam racji – starzeję się, więc się czepiam!  :-)

rab13.jpgWieczór spędziliśmy na otwarciu średniowiecznej „fiery”, imprezy odbywającej się na Rabie od stuleci, co roku dokładnie między 25 a 28 lipca. Taki średniowieczny festiwal, ale fajny, bo nie jest to typowa komercja, tylko atrakcja, która cieszy również samych lokalesów. Fierę rozpoczęła parada uczestników i zrobiona z pompą uroczystość na największym placu miasta – św. Krzysztofa. Wyobraźcie sobie około 900 osób poprzebieranych w średniowieczne stroje, w różnym wieku, różnych procesji. Najbardziej rzucały się w oczu damy dworu, kusznicy i rycerze, ale kilkulatki biegające w lnianych koszulinach, też były urocze. Po oficjalnym otwarciu wszyscy z nich rozeszli się na rozrzucone po całym mieście stanowiska, gdzie  przez kolejne trzy wieczory można zobaczyć jak w średniowieczu wykonywano różne prace, popatrzeć na zawody kuszników, przekonać się własnoręcznie jak żmudne jest kucie w kamieniu, dać się zakuć w dyby, popróbować wina, tutejszej miodowej grapy i wszelakich innych lokalnych specjałów. Kiedy wracaliśmy do hotelu około 2.30 na ulicach miasta wciąż było pełno ludzi.



24 czerwca, Warszawa-Zagrzeb-Wyspa Rab (Chorwacja)
Zmiana kraju

rab2.jpgJeszcze dwa dni temu byłam w Turcji, no a teraz już jestem w Chorwacji. Po zwariowanym jednym dniu w Polsce (miałam na przepakowanie się i załatwienie najpilniejszych spraw właśnie jeden dzień),tym razem wraz z Pawłem przyleciałam do Zagrzebia, rozpoczynając nasze chorwackie wakacje.


W tym roku (bo jesteśmy stałymi bywalcami Chorwacji) naszym głównym celem jest wyspa Rab, a dokładniej doroczny festiwal średniowieczny jaki się na niej odbywa. Drogę dojazdową na wybrzeże znamy już na pamięć – zawsze dużo radości daje nam przejazd przez most nad rzeką o romantycznej nazwie – Kupa. Ciekawe, bo w Turcji odkryłam z kolei że taką samą nazwę ma sieć sklepów obuwniczych :-).

rab3.jpgPo drodze zrobiliśmy sobie krótki przerywnik w miasteczku Senij, gdzie główną atrakcją jest wznosząca się ponad nim twierdza. Bardziej od wiekowego zabytku zafascynował nas jednak wiatr, prawie że huragan o nazwie bora, który w międzyczasie się rozwiał, z minuty na minutę zmieniając warunki na morzu w sztormowe, a tym co tak jak my, stali na lądzie, dawał wrażenie, że zaraz odfruną. Zgodnie z tym co powiedział jakiś lokales, bora powiała ze dwie godzinki, i ucichla. Dobrze, bo inaczej moglibyśmy mieć problem z przeprawą na wyspę (czasem zdarzają się rejsy zawieszone właśnie ze względu na pogodę). 



22 lipca, na lotnisku w Stambule
Cysterny i ostatni kebab

stambul-bosfor.jpgTo już ostatni dzień mojej tureckiej eskapady. Rano nie pospałam, bo Koreanki z mojego sześcioosobowego pokoju już o szóstej rano postanowiły zacząć grzebać w swoich walizkach (tak, tak, one do hostelu przyjechały z walizkami, nie plecakami), a że wszystko miały popakowane w foliowe torebki, szeleściły tak, że w końcu uznałam że nie pisane mi wylegiwać się przy niedzieli w wyrze dłużej niż do 6.10.

W dobry nastrój wprowadziło mnie śniadanie serwowane na dachu hostelu. Śniadanie standard, ale widok już nie standard. Popijając kawę gapiłam się na Morze Marmara, dachy domów i niedaleką Małą Hagia Sophię czyli multiwyznaniową świątynię - kiedyś kościół bizantyjski, teraz meczet.

Czas do wylotu spędziłam włócząc się  po Złotym Rogu, jak nazywa się najciekawszy i najładniejszy rejon Stambułu. Byłam tu wiele razy, ale teraz wreszcie mogłam pozaglądać w miejsca, które wcześniej były mi nie po drodze (zaliczyłam m.in. Mauzoleum Sułtana Ahmenda i Muzeum Sztuki Islamskiej, gdzie prawie godzinę siedziałam wertując książki o tureckich ciekawostkach). Poszłam też do swoich ulubionych Cystern – dawnego zbiornika na wodę (z IV wieku n.e.)stambul-cysterna.jpg, które ze względu na „las” kolumn (ponad 300) nazywane jest „Zatopionym Pałacem”. Miejsce magiczne, choć teraz był w nim tłum ludzi, a największa magia jest tu jednak, kiedy panuje zupełna cisza, to znaczy słychać tyko krople spadającej wody i delikatną muzyczkę, która daje wrażenie, że podświetlone kolumny zaraz ożyją i zaczną w jej rytm tańczyć.

Inna sprawa że trudno było mi się teraz skupiać i rozmarzać, bowiem mój żołądek ciągle jeszcze nie doszedł do formy i o sobie przypominał. Zaryzykowałam i postawiłam na metodę „nie kijem go, to pałką”, czyli jeśli po dobroci nie chciał przestać boleć, to wrzuciłam mu kebaba popitego ayranem. Podziałało – przytkał się na tyle, że mogłam pójść nad Bosfor, do dawnej stacji Orient Expressu i dalej do tak zwane Egipskiego Bazaru, a następnie do Uniwersytetu.

stambul - rodacy.jpgNa końcu tego dość długiego spaceru, gdy już byłam bardzo blisko hostelu w którym zostawiłam plecak, ku swojemu zdumieniu zobaczyłam terenowy samochód z polskimi napisami, no i chwilę potem gadałam już z Ernestem i Marcinem, chłopakami z Żagania biorącymi udział w rajdzie charytatywnym od Europy do Mongolii (więcej o projekcie na www.jadwigaproject.pl - "Jadwiga" to... kura!). Świat jest mały – wszędzie nasi! Poza tym świetnie że mamy w naszym narodzie tyle pozytywnie zakręconych ludzi!
 
Na lotnisko w rezultacie ledwo zdążyłam. Odprawiałam się jako ostatni. Za 3 godziny będę już w Polsce i nawet nie chcę myślę ile spraw już tam na mnie czeka…



22 lipca, Stambuł
Magiczne miasto


No i znowu jestem w Europie! Dzisiaj po przejechaniu Bosforu imponującym Mostem Ataturka, przyuważyłam właśnie taką tablicę: „Welcome to Europe”!

kurdystan43.jpgPrzed chwilą wróciłam z placu między Błękitnym Meczetem a Hagia Sophią, najbardziej znanymi budowlami Stambułu, wieczorem – pięknie oświetlonymi. Szalenie lubię to miejsce – bije z niego jakaś magia. Dzisiaj szczególnie, bo każdy kawałek trawnika opanowały tureckie rodziny i grupki lokalnych znajomych, które usadowiły się na rozłożonych kocach lub matach, z koszy i lodówek turystycznych powyjmowały wiktuały i w tym różnobarwnym, odświętnie ubranym tłumie, cierpliwie czekały na rozlegający się z minaretów meczetów ezan, dzisiaj akurat dokładnie o godzinie 20.40. Był to długo przez wszystkich wyczekiwany moment, kiedy po całym dniu poszczenia można było zacząć jedzenie i picie. Na poustawianych talerzach i półmiskach leżały pide (tureckie pizze), gotowane bakłażany, tradycyjne tutejsze sałatki z ogórków i pomidorów, pokrojone arbuzy… Gdy tylko umilkł śpiew muezzina rozpoczęła się radosna uczta!

Ale jestem padnięta… Ból głowy na jaki narzekałam w poprzednim wpisie, w autobusie z Ankary spotęgowała jeszcze moja towarzyszka z sąsiedniego siedzenia – trajkocąca na okrągło Turkmenka. Nieopatrznie wydałam się że znam rosyjski, kobitka gadała więc na okrągło, nie przejmując się nawet tym, że pokazuję jej. że zaraz mi rozsadzi czaszkę. Na dodatek zaczęło mną trząść tak jak w gorączce – chyba podziębiłam się po tym, jak w nocy temperatura spadła do 8 stopni, a w ciągu dnia skoczyła do +32. W pierwszej chwili chciałam wziąć aspirynę, ale zaraz sobie przypomniałam że zostawiłam leki wypasającej owce na kurdystan44.jpghalach Araratu rodzinie Musy.  Teraz jednak głowa już mnie nie boli, bo w międzyczasie oblałam się wrzątkiem, no i oparzone paluchy zdecydowanie bardziej dają się we znaki niż łepetyna.

Uwielbiam Stambuł! Byłam w tym mieście kilkadziesiąt razy i ciągle mogę odkryć w nim coś nowego. Właściwie ze wszystkich miast jakie znam, Stambuł jest na samym szczycie rankingu ulubionych!

Niestety trochę czasu i sił (to ze względu na ten mój ciężki plecak) straciłam na szukaniu noclegu. Zawsze byłam w Stambule poniekąd służbowo (z grupami, jako pilot), mieszkałam więc w dobrych hotelach. Teraz kilka podejść do obiektów z napisem „Hotel” lub „Otel” kończyło się dyplomatycznym wycofywaniem, bo stan moich funduszy okazywał się niewystarczający nawet na te wyglądające najbardziej obskórnie. Ostatecznie jednak udało mi się odszukać polecony przez policjana „hostel”, a dokładnie „Hostel Sindbad” w którym za łóżko w 6-osobowym dormitorium płacę 20 lir (10 euro) ze śniadaniem (normalna cena to jednak 25 lir), co jak na Stambuł jest zupełnie przyzwoicie. Poza tym to bardzo dobry punkt – 5 minut od Błękitnego Meczetu, 10 minut od Hagia Sophi, bardzo blisko Morza Marmara. Jedyny minus to zatrzęsienie Koreańczyków którzy są tu dominującą, niestety wyjątkowo hałaśliwą nacją. Zainteresowanych hotelową miejsówką odsyłam na stronkę: www.sinbadhostel.com .

ps. Zlokalizowałam już dwójkę Polaków, o których mi mówił kwaterujący mnie w hostelu Turek. No więc są tu jeszcze: Natalia, która zrobiła sobie samodzielny wypad do Stambułu (jutro będziemy wracać razem samolotem) i Darek z Bielska, który dojechał tu na... motorze, a od jutra zaczyna drogę powrotną przez Bałkany!



21 lipca, na dworcu w Ankarze
Kryzys


Do stolicy autobus przyjechał z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. Może i dobrze że wyjechałam z Karsu niechcący wcześniej niż zamierzałam, bo inaczej byłoby nerwowo, a tak to mam taką rezerwę, i spokój ducha, że na jutrzejszy samolot na pewno zdążę, a jeszcze zobaczę coś w Stambule.

kurdystan48.jpgSzczere mówiąc wymęczyła mnie ta nocna podróż strasznie, tym bardziej że i tym razem autobus był zapchany na full. Niby często tak jeżdżę i lubię nocne  przejazdy, ale tym razem dopadła mnie biegunka (najprawdopodobniej po czorbie, czyli zupie zjedzonej na jakiejś stacji po drodze), głowa mi pęka z bólu, a nogi spuchły tak, że wyglądają jak Kolumna Zygmunta. Teraz czekam na kolejny autobus, do Stambułu (Ankarę odpuściłam, bo znam) i jestem wkurzona, bo miał być podstawiony dobre 45 minut temu, a jak na razie nie tylko że go nie ma, to i żadnych informacji kiedy ma szansę być – też nikt nie raczy udzielić, podczas gdy ze stanowisk obok odjechały już trzy inne, konkurencyjne "Stambuły". Na dodatek podejrzałam na biletach Turków, że w stosunku do nich mam narzut 5 lir (jakieś 10 zł), to znaczy ja zapłaciłam 30 lir, rzekomo w promocji, a oni po 25 lir, bez żadnej promocji. W sumie to wiem skąd ta różnica  :-) – jakiemuś „uczynnemu” gościowi nieopatrznie odpowiedziałam na pytanie dokąd jadę, no i uśmiechając się przymilnie podprowadził mnie do odpowiedniego kantorku, który bez niego i tak bym znalazła. W tym kraju tego typu uczynność jednak kosztuje – jak można na naiwnym cudzoziemcu dorobić kilka lir prowizji, to niby czemu nie?

kurdystan45.jpgZastanawiają mnie tutejsze ceny przejazdów: przejazd ze Stambułu do Wschodniej Turcji jest dwa razy droższy niż ta sama trasa robiona w drugą stronę! Co ciekawe – cena biletu absolutnie nie wpływa na standard podróży – właściwie mój najdroższy do tej pory autobus (Stambuł-Trabzon – 85 lir) w sumie był najgorszy. Napoje są gratis we wszystkich, standardem są również ekraniki z wyborem filmów (z tureckim dubbngiem), muzyką (zachodnią też) i obrazem z kamerki zamontowanej przy kierowcy, dzięki czemu  można  śledzić trasę.

W międzyczasie, po kryjomu zjadłam trochę wiezionej ze sobą buły i popiłam wodą. Po kryjomu, no bo ramazan, nie chciałam więc robić innym przykrości że ja jem, a oni nie. Ledwo skończyłam, patrzę, a tu wokół mnie wszyscy – jak nie batonik, to kawka (zwykle jedno i drugie), no i jeszcze papierosy! No cóż, mogą zwalić że niby są w podróży, ale w poprzednim autobusie wszyscy pościli, a ostatnią wodę steward rozdał tuż przed wschodem słońca. Tyle że tu już stolica, czyli miasto ludzi bardziej wyzwolonych, uważających się za nowoczesnych i cywilizowanych. Tęsknię już do tej Wschodniej Turcji/Kurdystanu i tamtejszego tradycyjnego życia.

A tak swoją drogą zbliżanie się do stolicy można było rozpoznać po toaletach – coraz więcej było takich w wersji europejskiej. Oczywiście te tradycyjne, azjatyckie „nogi słonia”, czy jak kto woli „na Małysza” (tudzież „na narciarza”) też są, bo Turcy wolą właśnie takie… O dziwo, coraz powszechniejszy jest papier toaletowy - dawniej trzeba było posługiwać się kranikiem, dzbankiem i... ręką (koniecznie lewą!).



20 lipca, Dogubeyazit-Kars-Ankara
Żegnaj Kurdystanie!


Dziś rano wyjechałam z Dogubeyazit. Kawa (tak ma na imię jeden z pracowników kempingu Murata) odwiózł mnie na dolmusza (mini-bus) który według informacji miał być o godzinie 6-tej, ale jak to w Turcji, nikt się nie spieszy, więc wyruszyliśmy o 7.10.

Pierwszy etap podróży miałam na miasteczka Iğdir, gdzie w ramach przesiadki postawiłam sobie za punkt honoru załatwić kurdyjską gazetę. Nie było to proste, bo takich gazet nie kupuje się tak po prostu w kiosku, tym bardziej że w przeciwieństwie do Dogubeyazit gdzie Kurdowie stanowią prawie 100 procent mieszkańców, Iğdir jest już w dużym stopniu wymieszane z Turkami, więc trzeba uważać, co sie mówi. Ostatecznie jednak się  udało – w atmosferze wielkiej konspiry zaprowadzono mnie na zaplecze jednego ze sklepów, gdzie bardzo się ucieszono, że jako cudzoziemka losem Kurdów się interesuje, no i w rezultacie nawet nie było mowy o płaceniu – dostałam gazetę za darmo. Później kelner z restauracji potłumaczył mi trochę, o czym w niej napisano. Najwięcej newsów jest z demonstracji z Diyarbakir gdzie jak wynika ze zdjęć – turecka policja dość brutalnie spałowała jej uczestników. Jest też zdjęcie kobiety z dzieckiem, której przestrzelono nogę i zdjęcie sympatycznie wyglądającego starszego pana, ze swoją wnuczką – w tym przypadku nie wiem czy pan siedzi w więzieniu, czy go zastrzelono. No i najbardziej wstrząsające – zdjęcie zabitego dzieciaka.

kurdystan70.jpgWspomniałam o kelnerze…. Dzisiaj rozpoczął się w krajach islamskich ramadan, w Turcji nazywany akurat ramazanem (przez „z” w środku). Oznacza to że od wschodu do zachodu słońca nie tylko się nie je, ale także nie pije (tego w tym upale akurat nie rozumiem), nie wolno też palić (dla wielu Turków to chyba najdotkliwsze ograniczenie), ani uprawiać seksu. Zdecydowana większość Turków faktycznie się do tego stosuje – knajpki są praktycznie puste, nawet panowie, których głównym zajęciem w ciągu dnia jest siedzenie na ulicy, a aktywnością – picie herbaty, w tym specyficznym okresie nadal siedzą, ale już bez picia.  Ja co prawda jako turystka pościć nie muszę, ale uważam że nie fair byłoby ostentacyjnei żłopanie wody czy jedzenie przy innych, poszczących, więc chcąc nie chcąc (raczej to drugie) też jestem na przymusowej diecie. Oczywiście są osoby stanowiące wyjątki potwierdzające regułę, ale rzecz jasna się z tym kryją. W knajpce, o której już zaczęłam pisać, do której poszłam na kebaba, siedział jeden gościu, ale na wszelki wypadek w zaciemnionym kącie, przy czym szyby zasłonięte były gazetami. Podobnie pan który sprzedawał mi bilety na przejazd do Ankary – też cichaczem coś jadł, ale pokazał mi pudełko leków które musi brać, a nie może robić tego na pusty żołądek.

kurdystan49.jpgNiestety dzień turystycznie miałam trochę stracony. Planowałam z Iğdir wyskoczyć do położonej na północnej stronie Araratu wioski, niedaleko której znajdują się ruiny klasztoru św. Jakuba, w którym niegdyś przechowywano drewno  z Arki Noego. Teraz owe drewienko jest przechowywane w charakterze relikwii na terenie Armenii (byłam tam zimą), a klasztor zmiotła jeszcze w XIX wieku lawina kamieni i błota, jaka zeszła z Araratu w następstwie potężnego trzęsienia ziemi. Niestety, udało mi się tylko dojechać dolmuszem do miasteczka  A… skąd odchodziła boczna droga informująca że mam jeszcze 17 km pod górę, ale miejscowi powiedzieli mi, że nic tą drogą nie jeździ, turyści też tu nie bywają, a za wynajęcie taksówki chciano ode mnie 100 euro, co nie wchodziło w grę, bo cały mój budżet na ten wyjazd wynosił 200 eurasów. Skończyło się na obfotografowaniu obu Araratów (bo widać było i  Wielki i Mały) i powrocie autostopem do Iğdir, gdzie zostawiłam swój wielki plecak.

W drodze powrotnej jechałam z miłym starszym panem, który był chyba kimś ważnym, bo miał eleganckiego Forda. Tak był dumny z tego samochodu, że tylne siedzenia profilaktycznie trzymał pod folią. Pokazywał mi po drodze, które wzgórza należą do Armenii (graniczna rzeka była zaledwie 2 km od naszej drogi), a które do Azerbejdżanu. Sporo uwagi poświęcilismy też bocianom, bo takiego zagęszczenia bocianich gniazd jak tutaj, nie widziałam nawet  w Polsce! Tutaj bocianie gniazda są dosłownie na każdym przydrożnym słupie. A ja zawsze miałam boćki za takie typowo polskie ptaki!

Z Iğdir do Karsu dojechałam minibusem, wzbudzając wśród współpasażerów zdziwienie, co tutaj robię, sama, z takim plecakiem itp. Po dojechaniu do Karsu czekała mnie przykra niespodzianka – chciałam dotrzeć do ruin Ani – dawnego ormiańskiego miasta, ale okazało się, że na żaden autobus czy dolmusz liczyć nie można, zostaje tylko taxi, a zresztą i tak muszę Ani odpuścić, bo układ autobusów jest taki, że jeśli szybko nie wsiądę w busa do Ankary, to nie złapię niedzielnego samolotu. Nie było wyjścia. W Ani już zresztą kiedyś byłam, teraz tylko chciałam po kilkunastu latach zobaczyć co się tam zmieniło.
Bardziej żałuję, że nie zdążyłam wpaść również do lokalnego muzeum, które ma ponoć wlasną wersje ludobójstwa z lat 1915-18. Ponoć ekspozycja pokazuje, że to wcale nie Turcy zabijali Ormian, tylko na odwrót! Jak się jednak okazuje, coraz częściej jednak zaczyna się tu mówić prawdę, na ten drażliwy i wstydliwy dla Turków i Kurdów temat. Jeden z poznanych młodych ludzi wprost stwierdził, że to prawda (rząd turecki twierdził, że Ormian  zdziesiątkowała epidemia). Ponoć dziadek chłopaka, zbliżając się do śmierci przyznał, że sam uczestniczył w rzeziach, chociaż usprawiedliwial się, że rząd turecki tutejszymi góralami manipulował, opowiadając że Ormianie to bezbożnicy, których jak się nie zabije, to z kolei oni ściągną na miejscowych różne nieszczęśnia.

A o jakiego typu zbrodniach mówimy? Zwykłe zabijanie to jeszcze nic, ale nie rzadko były to mordy naprawdę bestialskie. Przykładem może być historia ormiańskiej kobiety, która prosiła żołnierzy aby nic jej zlego nie zrobili, bo jest w ciąży. Żołnierze  zaczęli robić zakłady czy dziecko to chlopiec czy dziewczynka, po czym dla sprawdzenia rozpruli kobiecie brzuch. Brr... Chciałoby się powiedzieć za Nałkowską: "Ludzie ludziom zgotowali ten los..."



19 lipca, okolice Dogubeyazit
Meteoryt, Arka i gorące źródła


kurdystan50.jpgSuper fajny dzień! Zaraz po śniadaniu (uwielbiam te tureckie śniadania: bułkowaty chleb, ser, jajko, oliwki, pomidory i ogórki), Murat zabrał mnie na wycieczkę. Najpierw podjechaliśmy pod granicę z Iranem (ok. 35 km od Dogubeyazit), gdzie znajduje się drugi co do wielkości w skali świata krater, czy raczej dziura, którą zrobił spadający z nieba meteoryt. Było to w 1920 roku, przy czym dziura ma wymiary 60 x 35 metrów. Żeby do niej dotrzeć trzeba pokonć dwa posterunki wojskowe, chociaż w sumie jest ich więcej, bo co i  rusz są wieżyczki na których widać uzbrojonych żołnierzy.

kurdystan34.jpgNastępnym postojem na trasie wycieczki było miejsce, gdzie rzekomo znajduje się Arka Noego i gdzie rząd turecki zrobił nawet oficjalne „Visitor Center”. Tak naprawdę nie są to wcale zbocza Araratu tylko góry leżąćej naprzeciwko, no a druga sprawa że gdyby to rzeczywiście była prawdziwa Arka, nie byłoby tyle ekspedycji które wciąż jej poszukują. Nie zmienia to faktu, że dziwny kształt na stoku rzeczywiscie Arkę przypomina, a leciwy pan który pilnuje tego skromniutkiego, niewielkiego muzeum, należał do pionierów poszukiwań statku Noego.

Wróciliśmy na kemping prześliczną widokowo drogą (samochód był z napędem na cztery koła, bo innym chyba by się nie dało), przez ukwiecone łąki i zapomniane przez cywilizację wioski. A że było wczesne popołudnie, postanowiłam jeszcze coś gdzieś w okolicy zobaczyć, już nie fatygując Murata, który ma na głowie wystarczająco dużo różnych spraw związanych z kempingiem, knajpą, trekingami i przygotowywanym do otwarcia… lunaparkiem! Wymyśliłam sobie, że pojadę do miasteczka Diyadin na gorące źródła, wyszłam więc na drogę do miasta, i po minucie już siedziałam w samochodzie trzech młodych Kurdów, jak się kurdystan32.jpgokazało nauczycieli z położonego na południu miasta Mardin (Mustafa uczy matematyki, Vahit oraz Mehmet - informatyki). Chłopcy mi spadli z nieba, bo… też jechali do źródeł, co ważne - mówili po angielsku, a poza tym już po kilku minutach było wiadomo, że odbieramy na tych samych falach.

Zanim jednak wyjechaliśmy z miasta trochę potrwało, bo najpierw zaliczyliśmy po kebabie, potem trzeba było wypić herbatkę (w eleganckiej altance w parku miejskim), a potem była pełna przygód jazda, bo źródła są oddalone od Dogubeyazit (ponoć po kurdyjsku mówi się: Beyazit) o jakieś 40 km, a nikt z nas nie wiedział, gdzie to dokładnie jest. W międzyczasie mieliśmy jeszcze dokładną kontrolę na posterunku drogowym - mogłam na własne oczy przekonać się, jak tureccy żołnierze traktują Kurdów (różne pytania, przeszukiwanie auta, stawianie pod ścianę i obmacywanie).

W międzyczasie przeszłam też przyśpieszony kurs języka kurdyjskiego (okazało się, że liczebniki „pięć” i „sześć” brzmią w naszych językach tak samo), poza tym chłopcy potłumaczyli mi też gazetę kurdyjską (nekrologi ostatnio zabitych, pogrzeby tych co zginęli w bombardowaniach, zdjęcia aresztowanych dzieci). Szczerze mówiąc nie wydawało mi się, że jest tutaj aż taka regularna wojna, chociaż inna sprawa, że turystom akurat nic się nie dzieje.

kurdystan60.jpgCo do źródeł to zrobiliśmy sobie przy nich trochę zdjęć, ale na kąpiele w cuchnących siarką basenach nikt z naszej czwórki nie miał ochoty. Opychając się kupionymi po drodze ciastkami i popijając colą, chłopcy podwieźli mnie z powrotem do Dogubeyazit, sami natomiast pojechali na nocleg do odległego o 50 km Iğdır.

Miłym zakończeniem dnia było spotkanie w mieście z Asią, Musą i małą Dilą – pogadaliśmy przy herbacie i baklavie (słynne tureckie słodycze). Z kolei na kempingu czekała mnie jeszcze pożegnalna kolacja z Muratem. Szkoda mi stąd wyjeżdżać, głównie ze względu na ludzi… Będzie mi też brakowało widoku Araratu – przepięknej góry, choć trochę humorzastej, więc nie zawsze widocznej.



17 lipca, Ararat (obóz pasterski na 2500 m n.p.m.) – Dogubeyazit
Pasterskie życie i powrót do cywilizacji


kurdystan8.jpgTej nocy nie rozbijałam namiotu – przespałam się w namiocie z koziego włosia, razem z całą pasterską rodziną u której gościmy (chociaż Japończyk wybrał wersję swojego namiotu; zdaje się po tym jak zobaczył w namiocie, walającą się po ziemi w miare świeżo obciętą baranią głowę). Rodzina Musy spędza w tym namiocie lato, od czerwca do początku września, co roku rozbijając go w innym miejscu. Pod jedna ze ścian namiotu leżą mato-materace, na które wchodzi się bez butów, bo w ciągu dnia służą do przesiadywania i spożywania posiłków (oczywiście żadnych stołów nie ma), a wieczorem robi się na nich legowisko, na którym pokotem zalega cała rodzina. Tym razem do rodziny dołączyłam i ja, dostając miejscówkę między Jakubem a „Mamą”, która widać wyraźnie, że jest w rodzinnym klanie najważniejszą osobą, trzymającą cały kram twardą, autokratyczną ręką.

kurdystan 27.jpgJednym z atrybutów władzy „Mamy” jest noszony na szyi, przywiązany do sznurka kluczyk. To kluczyk do tajemniczej skrzyneczki, w której „Mama” chowa różne „skarby”, w tym słodycze. Wczorajszego wieczora podczas wieczornych rozmów, kiedy rozłożyliśmy się już w naszych posłaniach i gadaliśmy, „Mama” wykazała się gestem i wyciągnęła ze skrzynki czekoladki otrzymane wcześniej od Asi.

Przyznam że w nomadzkim namiocie spało mi się świetnie, choć to może efekt zmęczenia po nocy zarwanej atakiem szczytowym. I o dziwo nic mnie nawet nie pogryzło, choć warunki były dalekie od sterylnych (piszę o tym, bo na wielu wyjazdach mam problem z pchłami i pluskwami, które wyjątkowo mnie lubią). Może to dlatego, że to jednak spora wysokość – jakby nie było ponad 2500 metrów. Obudziło mnie o świcie wstawanie dziadka Musy, który jest bardzo pobożny, tak więc musiał się rano pomodlić. Potem zaczęły gdakać wchodzące do namiotu kury, aż w końcu około siódmej już na dobre obudziło mnie beczenie wypędzanych na pastwisko baranów. Okazało się, że właściwie to pod kołdrami kimamy już tylko ja plus dwójka dzieciaków – wszyscy inni są już dawno na nogach! A tak swoją drogą to jak zauważyłam, wszyscy spali w ubraniach, w których chodzili w ciągu dnia. Ja w tym układzie też – mam co prawda ze sobą pidżamę, ale ma krótkie nogawki, tak więc zakładać jej nie wypadało.

kurdystan25.jpgZanim wyruszyliśmy w drogę do miejsca z którego miał nas zabrać do miasta samochód, miałam okazję poobserwować nomadzkie życie. Oj, ciężko tu ludzie pracują. To znaczy pracują głównie kobiety, zwłaszcza 26-letnia Fatma, która mimo swojego wieku ma już pięcioro dzieci i od rana do nocy ciągle coś dostaje do roboty. Mąż Fatmy wciąż jest nieobecny, bo pracuje jako przewodnik, natomiast dziewczyna zostaje do dyspozycji teściowej. Tym razem „Mama” nakazała jej zrobić pranie – trzy ogromne wory brudnych i przepoconych ciuchów plus skarpet całej rodziny! Fatmie nawet do głowy nie przyjdzie dyskutować czy się buntować, chociaż nie kryje że ma dosyć, tęskni za miastem, a w ogóle to ledwo się rusza, bo ma problemy z kręgosłupem.
 
W nomadzkim namiocie żyją w sumie cztery pokolenia (od dzieci po pradziadka). Co do dzieci, to nikt się nimi specjalnie nie zajmuje – robią co chcą. Nikt się nie przejmuje nawet kiedy płaczą, ani też nie zwraca uwagi, kiedy kopną kurę (specjalizuje się w tym kilkuletni Islam – tak ma na imię jeden z siostrzeńców Musy) czy kiedy uderzą barana lub osiołka. Jedyną osobą która reaguje jest Asia, ale mam wrażenie że zwłaszcza chłopcy nie pojmują, o co tej ciotce z Polski chodzi i dlaczego grozi im palcem.

kurdystan40.jpgW mieście byliśmy około południa. Oj, jak miło było znowu się wykąpać! Popołudnie spędziłam w okolicach niedalekiej twierdzy, pamiętającej czasy IX wieku p.n.e. (lud Urartu).  Zajrzałam też do meczetu wybudowanego nad grobem pochodzącego stąd świętego męża (dobrze że miałam w plecaku chustę do zakrycia głowy), a oprócz tego zjadłam kiełbasę z baraniny w ramach pikniku, na który zaprosiła mnie spotkana w międzyczasie miejscowa rodzinka. Turcy i Kurdowie uwielbiają pikniki – przyjeżdżają na nie całymi rodzinami, ucztując potem na rozłożonych na ziemi dywanach (często też korzysta się ze specjalnych miejsc do pikników). Minusem takich rodzinno-towarzyskich imprez jest śmietnisko, jakie po nich pozostaje – niestety to akurat słaba strona Turcji.

Swoją drogą ledwo udało mi się opuścić wspomniany piknik, usiłowali mnie przechwycić przedstawiciele następnej piknikującej ekipy, wołając na „czaj”. Oczywiście na samym czaju by się nie skończyło – grzecznie więc podziękowałam, zjechałam do miasta autostopem (z kolejną rodzinką, tym razem zapraszającą do siebie do domu na nocleg), po czym kurdystan41.jpgwylądowałam w kantorku pana z kas dworca autobusowego, gdzie przyszłam zapytać o połączenia do Kars (jadę tam pojutrze), a skończyło się na udostępnieniu mi Internetu, przy czym żeby mi się lepiej pracowało, pan przyniósł jeszcze piwo!

Przed drałowaniem 5 km pod górę na kemping uratował mnie sms od Murata  (szefa kempingu) z pytaniem czy wszystko okej, i czy mnie skądś nie zabrać! Z nieba mi Murat spadł –  niedługo potem pojawił się znajomy samochód, za kierownicą siedział Murat, no i zaraz potem popijaliśmy już kawę w kempingowej restauracji. Tym razem w ramach wieczornych opowieści pooglądałam zdjęcia z akcji ratunkowej po trzęsieniu ziemi w Van – Murat w niej uczestniczył, razem z pochodzącą z Dogubeyazit ekipą ratowników, których ponoć na własny koszt wyszkolił. Przy okazji dowiedziałam się że Murat, słynący w okolicy głównie jako bogaty biznesmen, z wykształcenia jest… lekarzem. Ponieważ jednak lubi pracę w turystyce, prowadzi kemping, restaurację, buduje lunapark, organizuje trekingi na Ararat (sam ma licencję przewodnika górskiego), a do tego jeszcze myśli o otworzeniu w Warszawie restauracji specjalizującej się w potrawach… kurdyjskich!


16 lipca, stoki Araratu
Ararat zdobyty!


kurdystan20.jpgO godz. 5.40, po 3 godzinach i 40 minutach od wyjścia z obozu II zdobyliśmy szczyt! Ze wszystkich ekip byliśmy pierwsi – „my”, czyli Ana z Antonem (Rosjanie), Japończyk, ja plus nasi przewodnicy – Jakub i Hakan. Wystartowaliśmy tak jak i wszyscy, o drugiej w nocy, a właściwie nawet później, bo przed nami na stoku widać już było przesuwające się światłka zdradzające turystów z czołówkami. Nie powiem, było cholernie zimno (mineralka w butelce błyskawicznie zamarzła), ale ruszyliśmy takim tempem, że już po 10 minutach zdejmowałam windstoper, zostając jedynie w polarze i cieniutkiej kurteczce goretexowej. Z tym szybkim tempem nie byłam szczerze mówiąc zadowolona, bo miałam w pamięci swoje pierwsze wejście na Kilimandżaro (pierwsze, bo potem było ich jeszcze kilka), kiedy to omal nie weszłam, bo też tak gnałam, no i jak się okazało mój organizm nie nadążył z przystosowaniem się do coraz mniejszej zawartości tlenu w powietrzu. Wprawdzie teraz czułam się dobrze, ale wolałam chuchać na zimne. Problemy miał natomiast Japończyk – wymioty tłumaczył niby problemami żołądkowymi, ale według mnie przyczyhną była właśnie choroba wysokościowa. Na szczęście Jakub zorientował się, że jako przewodnik idzie trochę za szybko i zwolnił…

kurdystan18.jpgPierwsza część ataku szczytowego na Ararat prowadzi stromo przez kamienne rumowisko, co przyjemne nocą nie jest, bo kamienie są zdradziecko oblodzone. Z czasem pojawia się coraz więcej śniegu, aż w końcu, w partii podszczytowej wychodzi się na lodowiec, na szczęście nieszczeliniasty, więc nie wymagający ubezpieczania się liną. Wejście pod górę nie wymagało nawet raków – założyliśmy je dopiero na zejściu, tak na wszelki wypadek, żeby w razie upadku nie polecieć w dół.

Tym razem z pogodą, a dzięki temu i z widocznością, było rewelacyjnie. Niebo było pełne gwiazd, w dali było widać światła Dogubeyazit, a z drugiej strony – posterunków granicznych i pierwszego irańskiego miasta. Wraz z nadejściem brzasku, a potem wschodu słońca wyłonił się stożek Małego Araratu, pofałdowana Wyżyna Armeńska (taka jest polska nazwa, dla Turków jest to: Wyżyna Anatolijska), najwyższy szczyt Armenii i zarys Erywania.  Niesamowity był też cień Araratu! Czarny stożek „rzucony” na zielono-szare równiny. Fajnie, bo przez ponad godzinę mieliśmy szczyt wyłącznie dla siebie (następna grupa – szwajcarsko-niemiecka dotarła właśnie godzinę po nas). Oczywiście nie obyło się bez sesji zdjęciowej w trakcie której Hakan występował z odkrytym torsem (po tym jak wyszło słońce zrobiło się cieplutko).

kurdystan22.jpg Zejście było szybkie i przyjemne, może poza nieprzyjemnym odcinkiem chybotliwych głazów, no i o ósmej siedzieliśmy już w obozie i piliśmy herbatę. Zaskakujące, jak wielkie zrobiły się różnice w powrotach do obozu – kiedy o 11.30 skończyłam zwijać swój namiot i byłam gotowa do schodzenia w dół, wciąż jeszcze wracały ze szczytu ostatnie osoby. Na samym końcu słaniając się na nogach dotarł jeden z Turków. Kiedy zapytałam czy wszystko z nim okej, powiedział że niezupełnie, bo ciągle wymiotuje. Dziwne, bo jego przewodnik zszedł do obozu jakąś godzinę wcześniej – zostawił chłopaka z ewidentnymi objawami choroby wysokościowej w górach samego! Jak widać nie wszyscy tutejsi przewodnicy są odpowiedzialni – sytuacja tego typu nie powinna się zdarzyć.

Zanim zaczęliśmy schodzić, pojawiły się już pierwsze grupki z obozu I, które przyszły zająć zwalniające się miejscówki w obozie II. Był wśród nich Szwajcar, tachający z sobą króciutkie narty, na których miał zamiar zjechać ze szczytu, Agnieszka – Polka, która w Dogubeyazit ma chłopaka, z którym prowadzą wspólnie sklep z dywanami, a także osobliwy Amerykanin, który utwierdził mnie w przekonaniu, że gdzie jak gdzie, ale akurat w jego nacji nie brak wyjątkowych ignorantów. Koleś mnie zadziwił, bo mimo chłodu (w międzyczasie znowu naszły chmury), paradował w krótkich spodenkach. Kiedy zapytałam czy mu nie zimno, stwierdził, że owszem, zimno, ale cieplejszych rzeczy za bardzo nie ma. Jakby na dowód, z dumą (!) pokazał na swoje adidasy. Ciekawe jak przypnie do nich raki!? Jak się okazało, chłopak przyjechał do jednego z nadmorskich kurortów plażowych, gdzie owszem, było gorąco, no i nagle zachciało mu się zdobywać Ararat. Zdziwił się że tak tu zimno, bo spodziewał się tropiku, a jakoś nie wpadł na to, że wraz z wysokością temperatura znacznie spada. Tak był przy tym z siebie zadowolony, że miałam szczerą ochotę powiedzieć mu, że jest nieodpowiedzialnym kretynem. Powstrzymałam się tylko dlatego, że przed namiotem miałam biało-czerwoną flagę, nie chciałam więc żeby miał potem coś przeciw Polakom.

Na zejściu zostaliśmy już tylko w trójkę – Rosjanie z Hakanem zeszli inną drogą, chcąc dotrzeć jeszcze tego samego dnia do Dogubeyazit, my z kolei postanowiliśmy spędzić jeszcze jedną noc w górach, w nomadzkim obozie rodziny Asi i Musy. Japończyk nie był chyba zachwycony pasterskim folklorem, ja wręcz przeciwnie! Najbardziej podobało mi się jak Musa wielkimi nożycami strzygł barany, jak sprawnie mama Musy doiła owce, a potem jak kręcąc specjalną maszynką robiła z tego mleka masło, ser i ayran (rodzaj jogurtu). Potem oczywiście mogliśmy tych wszystkich produktów domowej roboty popróbować. Przez moment nawet zastanawiałam się czy po takiej dawce owczego mleka w różnych postaciach mnie nie pogoni, ale potwierdza się, że co jak co, ale żołądek to mam mocny.

Oczywiście pogadałam sobie też z Asią, która opowiedziała mi mnóstwo ciekawych historii o lokalnym życiu, no i z dużą przyjemnością popatrzyłam sobie na małą, mającą dwa latka Dilę, której takie wiejskie otoczenie wyraźnie się bardzo podoba. To że w międzyczasie Dila dorobiła się zadrapania na buzi (bliskie spotkanie z kurą :)  ) to szczegół – kur od tego momentu wprawdzie już nie lubi, ale z baranami jak najbardziej się brata  :-).



16 lipca, Ararat, obóz II (4200 m)
Araratowych opowieści ciąg dalszy

kurdystan16.jpgArarat coś na nas  zły – praktycznie cały czas jest w gęstych chmurach. Widzieliśmy go tylko przez krótki czas ok. 7-ej rano i  około godziny 17-tej kiedy wyłonił się na dosłownie dwie minuty. Mam nadzieję że jutro na wschód słońca wykaże się dobrodusznością i choć na chwilę się pokaże. Najważniejsze jednak że nie pada albo nie sypie śniegiem, co się tutaj często zdarza. Prognozy na noc: temperatura odczuwalna (z uwzględnieniem wiatru):  minus 10 stopni. Tak przynajmniej podali przewodnicy grupy szwajcarskiej, którzy dowiadują się o prognozy telefonicznie, dzwoniąc do swego biura w Europie.


A może Ararat zły, że nazywamy go w ten sposób? W Turcji mówi się o nim Agri Dagi, dla Kurdów to Gli Dah (pisownia: Gli Dax), co znaczy „płaczący”, a dla Ormian – Masis, czyli „Góra Matka”.

kurdystan2.jpgDzisiaj przy obiado-kolacji (zupa grzybowa i kurczak z kaszą) Hakan, czyli przewodnik Rosjan, powiedział, że jego trzyletni syn też ma na imię Ararat! Nie jest to imię powszechnie w Turcji stosowane, a poza tym przy próbie rejestracji tego imienia powiedziano Hakanowi, że nie ma mowy by dzieciak nosił ormiańskie imię. Hakan  jednak się zawziął, zaczął szperać w Internecie, no i przyniósł wydruki udowadniające, że nie jest to wcale imię ormiańskie, tylko nazwa międzynarodowa. Ostatecznie się udało no i została zapoczątkowana „nowa świecka tradycja”, bo od tamtej pory jest już w Dogubeyazit kilku chłopców o tym imieniu.

„Górsko-patriotyczne” imię ma również córeczka Hakana – Sipan-Amara. Sipan to nazwa niedalekiej góry, na którą Hakan też prowadzi grupy (czterotysięcznik), a Amara stanowi synonim słowa „wolność”, bo: 1) tak się nazywa wioska z której wywodzi się słynny kurdyjski przywódca partyzantów z  PKK, aktualnie siedzący w tureckim więzieniu (sorry, nie pamiętam dokładnie jego nazwiska);  2) tak też miała na imię kobieta która walcząc o prawa Kurdów, dokonała samospalenia.

kurdystan8.jpgKilka razy byłam pytana przez miejscowych, co myślę o problemie Kurdów w Turcji. Powiedziałam szczerze, że szans na niezależny Kurdystan złożony z części Turcji, Syrii, Iraku i Iranu (bo Kurdowie są we wszystkich tych czterech krajach), raczej nie widzę. Równocześnie nie rozumiem dlaczego rząd turecki robi im tyle problemów – do niedawna nawet mówienie po kurdyjsku było zakazane. Rzecz jasna po kurdyjsku się tu zawsze mówiło i mówi nadal, chociaż  w szkołach nie ma mowy by się uczyć tego języka. O żadnych lokalnych kurdyjskich mediach też nie ma mowy – jedyny kurdyjski program telewizyjny odbierany  jest dzięki antenom satelitarnym chyba z Belgii, a gazeta kurdyjska (chyba tygodnik?) też przysyłana jest skądś z zagranicy.

A co do spraw religijnych, to przypomniało mi się, że podczas tego wyjazdu rozmawiałam z kimś (nie będę podawać szczegółów, aby nie zrobić tej osobie problemów) na temat obecnego rządu tureckiego, który jest zbliżony do kręgów fanatycznie religijnych. Duża część społeczeństwa jest temu przeciwna, bo akurat w Turcji podejście do religii jest  raczej luźne. No ale że prezydent jest wspomagany przez jakiegoś fanatycznego, wpływowego bardzo Turka mieszkającego w… USA, to forsuje swoje religijne pomysły. Ponoć do niedawna było tak, że jeśli jakiś turecki bogacz/biznesmen  ufundował szkołę, do końca życia zwolniony był z podatków. Teraz aby być zwolnionym z podatków trzeba oprócz szkoły ufundować jeszcze meczet, co rzecz jasna sprawia, że meczety wyrastają tu rzeczywiście jak grzyby po deszczu.

kurdystan9.jpgI jeszcze jedna polityczna ciekawostka a`propos kiepskich stosunków turecko-armeńskich: ponoć ktoś tam z tureckiego parlamentu zarzucił politykom ormiańskim, że mają u siebie w parlamencie komórkę „od spraw morza”, chociaż Armenia dostępu do morza nie posiada. Na to parlamentarzyści ormiańscy odpowiedzieli tureckim kolegom, że przecież w tureckim parlamencie też jest komórka „do spraw demokracji”.

Ok, a wracając do Araratu… Po śniadanku, o ósmej, zwinęliśmy namioty i wyruszyliśmy na trasę w składzie nasza mini-grupka (ja, Japończyk i Jakub) oraz Rosjanie (Ana i Anton) z Hakanem. Okazało się że chodzimy szybciej niż inni, tak więc szybko przegoniliśmy inne ekipy, także z innych obozów (bo choć wszyscy idą tą samą trasą, nocują w różnych obozach-bazach). Szczerze mówiąc widoków żadnych nie było, bo poza kamienistym rumowiskiem i pnącą się stromo ścieżką, nie widzieliśmy nic – cały czas otaczały nas chmury. Gdyby nie to, że Jakub strasznie gnał (w pewnym momencie poprosiłam nawet by zwolnił, bo lepiej aklimatyzować się idąc powoli), trudno powiedzieć że droga była męcząca. W samo południe byliśmy już na miejscu i rozbijaliśmy namioty, których kolorowe płachty bardzo ożywiają kamienną okolicę. Szkoda tylko, że niestety nie dba się tu o czystość – nie mówię o higienie własnej, bo i ja trzymając się ogólnych trendów odpuściłam mycie (brak warunków i ziąb), ale o okolicy zawalonej śmieciami i odchodami, bo żadnej ubikacji też nie ma. Nie za bardzo sobie mogę wyobrazić jak będzie tu za kilka, kilkanaście lat – szlak kurdystan30.jpgzamieni się w wielkie śmietnisko Z drugiej strony muszę przyznać, że większość lokalnych przewodników to bardzo trzeźwo myślące, sensowne chłopaki, więc może w trosce również o swoją przyszłość (napływ turystów) zadbają trochę i o górę.

Popołudnie miałam spędzić na czytaniu książki „Ararat” holenderskiego pisarza, który spłodził dziełko moim osobistym zdaniem średnio udane, ale trochę ciekawych informacji można się tam doszukać. Niestety na planach czytelniczych się skończyło, bo książki nawet z plecaka nie wyciągnęłam – bite kilka godzin przegadałam z Aną i Antonem, czyli rosyjską parą, która szkoda że mieszka w Rosji, bo chciałabym mieć takich przyjaciół w Polsce, a potem przesiedziałam w namiocie bazowym gdzie przy herbacie toczyły się różnojęzyczne dyskusje będące dowodem, że od pewnej wysokości nie liczy się to, kto skąd przyjechał i kim jest w codziennym życiu – wszyscy tworzą rodzaj solidarnej rodziny, która ma wspólny cel – próbować zdobyć Górę.  Przy okazji zdziwiłam się, że w ekipie turystów tureckich są także dziewczyny! Wszyscy dobrze wyekwipowani, niektórzy o bardzo zróżnicowanych zainteresowaniach (poznałam na przykład chłopaka prowadzącego klub nurkowy). Szczerze mówiąc do tej pory nie spotykałam za wielu aktywnych Turków, ale jak widzę, wcale ich w tym kraju nie brakuje.

Dobra, dochodzi 20-ta. Idę spać, bo atak szczytowy zaczyna się w nocy. Śniadanie mamy o pierwszej (nie wiem czy nazywać to śniadaniem, czy drugą kolacją?), a potem walka z własną słabością czyli wędrówka na górę. Mamy do pokonania tysiąc metrów różnicy poziomów. Jak na razie ze mną akurat okej – apetyt dopisuje, nie mam nawet najmniejszego bólu głowy, czyli  mimo że odpuściliśmy jeden dzień aklimatyzacji jaką robi się w obozie I, jest super.



15 lipca, Ararat, obóz I (3200 m)
O Asi co żoną Musy została, grze w tavlę i obozie wśród granitowych głazów


Zdobywam Ararat w towarzystwie młodego Japończyka, z którym jednak trudno się dogadać, bo z angielskim u niego podobnie jak u mnie z japońskim. Naszym przewodnikiem (bo tu niezależnie od specjalnego zezwolenia za 50 dolarów jest obowiązek chodzenia z przewodnikiem) został Jakub czy też Jacob (jak najbardziej tureckie imię), na którego ja mówię Kuba – młody, wesoły chłopak, z rodziny o której mówi się tu „mafia Saltik” bo każdy z jej członków albo jest przewodnikiem, albo obsługuje obozy, albo jest poganiaczem koni, co oznacza że wszyscy Satlikowie żyją z trekingów na Ararat. Turystów poza nami jest tu całkiem sporo – rano minęliśmy się z liczną ekipą Niemców, którzy potem jednak gdzieś zniknęli, a w  obozie mamy jeszcze parę z Rosji i grupę wspinaczy tureckich.


kurdystan11.jpgCo do wspomnianej mafii to mamy w niej też i polski odłam :). No więc rano jadąc samochodem do punktu startu trekingu, dosiadł się do nas przystojny Kurd, który myślałam ze jest naszym przewodnikiem, ale powiedział po angielsku że nie, przewodnikiem jest jego brat, właśnie Jakub, z którym zobaczymy się dalej. Chwilę potem stanęliśmy przy domu przystojniaka, gdzie dosiadła się jeszcze blondynka z prześliczną małą dziewczynką-blondynką. Jedziemy, samolot podskakuje na kamienistych wertepach, a tu nagle para (blondynka z Kurdem) przemówiła… po polsku! Myślałam że się przesłyszałam, ale nie… Zresztą chwilę później zauważyłam że chłopak ma na głowie biało-czerwoną baseballówkę z orłem i napisem „Polska”! Oczywiście zaraz powiedziałam im „cześć!” no i w taki właśnie sposób poznałam Asię i Musę, a także ich córeczkę - Dilę (kurdyjskie imię oznaczającę „tę co podbija serca”), chociaż Aśka także ma tu też kurdyjskie imię - Esmer. A tak w ogóle to w pewnym momencie Asia przypomniała sobie, że już się wcześniej spotkałyśmy – była na moim pokazie slajdów z Arktyki w warszawskim kinie „Wisła”!

kurdystan4.jpgSwoją drogą niezwykle ciekawa i romantyczna historia, bo Asia poznała Musę na Araracie – był jej przewodnikiem. Trzy lata temu wzięli ślub, no i teraz mieszkają przez większą część roku w Polsce, a na lato przyjeżdżają tutaj, zajmując się m.in. organizowaniem trekingów (mają swoją stronę: www.ararattrek.pl ). Rodzina Musy poza biznesem turystycznym ma też stado owiec (około 200 sztuk), które latem wypasa na stokach Araratu. Kiedy się spotkaliśmy, Musa i Asia, wraz z malutką Dilą szli na tydzień pomieszkać z resztą rodziny na górskiej hali.

Muszę powiedzieć, że niesamowite wrażenie na mnie zrobili. Raz  że oboje są po prostu bardzo fajni, dwa że tworzą super rodzinę. Poza tym Asia, która po kurdyjsku i turecku dopiero mówić się uczy, jest bardzo ciepło przyjmowana i przez teściową, i resztę kurdyjskiej rodziny. A do tego jeszcze to otoczenie – Ararat na wyciągnięcie ręki, stado baranów, proste życie pod namiotem bez żadnych dobrodziejstw cywilizacji (jeśli nie liczyć telefonów komórkowych, bo zasięg jest), no i polska dziewczyna która świetnie się w tym odnajduje. Umówiliśmy się, że w drodze powrotnej ze szczytu pominę nocleg w ostatnim obozie no i zejdę na noc do nich, przenocować w nomadzkim namiocie.

Co do naszej dzisiejszej wędrówki to nie było specjalnie trudno. Szkoda tylko że nawet przez moment nie było widać góry – zepsuła się pogoda i Ararat tonie w chmurach.  Nawet trochę popadało, chociaż widać, że po jednej i drugiej stronie góry jest ładnie, w Dogubeyazit świeci słońce, a i nad Iranem, który też widzimy, również jest ładnie.

kurdystan14.jpgPonieważ byliśmy w obozie już około pierwszej, po rozbiciu namiotów mieliśmy sporo czasu na tzw. zajęcia własne. Poczytałam trochę książkę, pogadałam z Rosjanami, ale tak naprawdę najwięcej czasu spędziłam w namiocie bazowym pełniącym funkcję stołówko-świetlicy, gdzie mój turecki przewodnik nauczył mnie grać w tavlę – rodzaj tureckich warcabów. Przy okazji zakumpliłam się z innymi przewodnikami, których opowiedzieli mi trochę ciekawych historii. Na przykład o pewnym pomysłowym lokalesie, który prowadził grupę chińską, żywo interesującą się tematem Arki Noego. Kiedy już Chińczycy wrócili do siebie do kraju i minęło trochę czasu, chłopak powiadomił ich że znalazł Arkę! Chińczycy haczyk podłapali, przylecieli i rzeczywiście zobaczyli pokazany w największej tajemnicy, znajdujący się pod grubą warstwą ziemi kawał drewna. Lokales oczywiście za darmo im sekretu nie udostępnił – mówi się że Chińczycy zapłacili około miliona dolarów! Znalezisko wywołało sensację – zwołano konferencję prasową, Chińczycy zrobili u siebie Muzeum Arki, po czym wysłali drewienko do naukowych analiz w Stanach i gdzieś tam jeszcze. Analizy wykazały niezbicie: znalezisko to falsyfikat!

kurdystan1.jpgNajwiększą kopalnią wiedzy jest dla mnie Hakan, który jest tu jednym z nielicznych rzeczywiście licencjonowanych przewodników. Mówi dobrze po angielsku i widać, że na górach się zna. Pytałam go o wypadki – nie krył że są. Była ponoć jakaś pamiętna grupa  irańska, a Irańczycy uchodzą tu za trudnych klientów, bo trudno nad nimi zapanować i nie słuchają się przewodników. Finał był taki że we mgle się pogubili. Jedną osobę znaleziono zamarzniętą na lodowcu, druga spadła na północną, bardziej stromą stronę i roztrzaskała sobie głowę. Albo niedawny wypadek z młodym człowiekiem z północno-zachodniej Turcji – chłopak usiadł, złapał hipotermię, wyziębiony nie mógł już wstać, ale miał jeszcze na tyle siły, że uruchomił opcję filmowania w aparacie i nagrał ostatnie chwile życia, pokazując jak zamarza…

Ok, koniec pisania, bo tak mi zmarzły ręce, że nie mogę nawet stukać w klawiaturę. Zimna noc się szykuje. Brrr….

A tak w ogóle to co za czasy, żebym brała w góry laptopa! Z drugiej strony uznałam, że skoro bety jadą na koniach (na Araracie to standard), to co mi tam – moich pleców mi komputer nie obciąża, a przynajmniej mogę na bieżąco porządkować notatki.



14 lipca, pętli wokół jeziora Van ciąg dalszy
Ale jazda! - czyli autostopowy raj


Ale się tu super jeździ stopem! Na dodatek niemal każdy kierowca (przynajmniej tych których dziś spotkałam) miał ambicję jeszcze mnie napoić i nakarmić, co byłoby miłe, gdyby nie zależało mi na czasie (i tak ostatniego stopa łapał już po ciemku).


van6.jpgZaraz po siódmej cichaczem, aby nikogo nie budzić (tak obiecałam gospodarzom poprzedniego wieczoru) wymknęłam się z domu poznanych wczoraj gościnnych Kurdów i zaczaiłam się na drodze na pierwszego, ponad stukilometrowego stopa. Niestety w sobotni poranek za dużego wyboru nie było, właściwie same ciężarówy, ale nie było źle, bo już po trzech minutach siedziałam w szoferce u przesympatycznego Murata rodem  z Bursy, który wprawdzie angielskiego ni w ząb, ale przez bite 2,5 godziny gadaliśmy jak najęci, że aż ręce bolały. Jedyny problem stanowił fakt, że Murat wlókł się niczym ślimak i tak naprawdę patrząc na zegarek miałam ochotę zmienić samochód . Jedyne co mnie od tego powstrzymało, to właśnie super towarzystwo i fantastyczna kawa, którą Murat przyrządzał równocześnie prowadząc samochód (szczerze mówiąc to połowę tej kawy miałam zaraz na swoich spodniach).

van7.jpgKolejny stop był stromym podjazdem na wysokość ok. 2500 m, do jeziora w kalderze wulkanu. Przyjechałam tam z parą Niemców, którzy wynajęli samochód  z kierowcą i zlitowali się nad stojącą przy drodze sierotą. Jeziorko było ładne, choć nie jestem pewna, czy warte aż pół dnia, jakie mi zajęło. Nazywa się Nemrut Dag przez co mylone jest z innym miejscem o takiej samej nazwie , zupełnie gdzie indziej. Ogólnie nazwa oznacza „Górę Nemruta” czyli króla żyjącego jeszcze przed naszą erą, który nad tym wysokogórskim jeziorkiem urządził sobie letnią rezydencję (te drugie Nemrut Dag było rezydencją zimową). Tak naprawdę to w kraterze jest 5 jeziorek, z czego jedne z gorącymi źródłami o temperaturze wody na powierzchni   40 stopni. Całość krateru ma ponoć 48 km, głębokość największego jeziora – 160 m, a co do ostatniego wybuchu wulkanu to miało to miejsce w drugim tysiącleciu p.n.e.

Ze zjechaniem w dół z Góry Nemruta było ciężko, bo owszem, kilku kierowców na parkingu deklarowało się, że mnie weźmie, ale wszyscy najpierw chcieli popiknikować, pokąpać się, a ja nie za bardzo miałam na to czas. W końcu się udało i słuchając jednym uchem propozycji małżeńskich (jednym tylko, bo drugim od razu mi to wylatywało) dojechałam do Ahlat, na którego przedmieściach jest niezwykła nekropolia seldżucka. Niezwykła o tyle, że na wielkiej w sumie przestrzeni jest dosłownie las nagrobków – pięknie rzeźbionych kamiennych stelli z XIII wieku, plus jeszcze dwa ciekawe architektonicznie meczety.

van12.jpgKolejny stop był z wycieczką szkolną, a dokładniej młodymi uczennicami, które miały milion pytań, ile mam lat, jak wygląda mój mąż (to nowość, bo wcześniej nikt tak bardzo nie dociekał), a w końcu przesiadka do samochodu z Ibrahimem i Selimem – wesołymi chłopakami, którzy od razu podbili moje serce bo mieli zimne piwo, co przy 38-stopniowym upale jaki dzisiaj był, sprawiło że była to jedna z najprzyjemniejszych chwil dzisiejszego dnia.  Przejechałam z chłopakami 200 km - w międzyczasie wylądowaliśmy jeszcze w knajpie, bo chłopcy stwierdzili, że pewnie jestem głodna, więc zaprosili mnie na kebab, a poza tym zatrzymywali się wszędzie gdzie tylko chciałam. M.in. stanęliśmy przy „kontenerowym miasteczku” dla tych co zostali bez dachu nad głową w czasie niedawnego trzęsienia ziemi w tych okolicach. Zrobiono im osiedle z blaszanych barakowozów – zimą jest w nich strasznie zimno, latem – gorąco, nie mówiąc że te barakowozy są małe i poustawiane tak ciasno, że nie ma mowy o jakiejkolwiek intymności.

Szczerze mówiąc planowałam zobaczyć po drodze jeszcze „potężną twierdzę”, jak opisywał przewodnik Lonely Planet, ale niestety było to rozczarowanie dnia, bo widząc widniejące na skale niepozorne ruiny baszt, nawet mi się nie chciało wyciągać aparatu.

van14.jpgKońcówka moich dzisiejszych stopów była o tyle stresująca, że zaczął zapadać zmrok, a ja miałam do przejechania jeszcze ok. 200 km. Fakt, tu takie dystanse jakoś nie przerażają, bo drogi są świetne – to co z jednej strony jeziora Van na mapie i w GPSie wygląda jak byle jaka podrzędna droga, w rzeczywistości okazało się świetnie zrobioną autostradą! No może nie autostradą, bo nieogrodzoną (widzieliśmy przechodzącego przez tą ruchliwą szosę… żółwia! Aż miałam wyrzuty sumienia, że nie wymusiłam zatrzymania się i nie przeprowadziłam go, znaczy się nie przeniosłam na drugą stronę).

Ostatni stop okazał się najbardziej zaskakujący, bo kierowcy moja trasa była zupełnie nie po drodze i w sumie umówiliśmy się że podwiezie mnie tylko 10 km. W międzyczasie stwierdził jednak, że na pewno nic nie złapię, że jest ciemno, a ja sama, biedna, no i w rezultacie gdzieś tam zadzwonił (pewnie do żony), po czym stwierdził że okej, nadłoży jeszcze 150 km żeby mnie jednak dowieźć do celu. Po prostu – szok!

A tymczasem koniec pisania –  muszę przygotować się na rozpoczynającą się jutro wędrówkę na Ararat!

PS. Dzisiaj śpię w pokoju którego okna są zasłonięte… Gazetą Wyborczą! Dowód że nasi tu byli! I to sądząc z daty (8 czerwca) – niedawno! 



13 lipca, pętla wokół jeziora Van – dzień pierwszy  (Van, Akdamar)
Różnookie koty, nalot prezydenta, co zostało po Ormianach i w gościnie u Kurdów


van1.jpgMój dwudniowy wypad nad jezioro Van rozpoczęło kilkugodzinne zwiedzanie miasta Van. Szczerze mówiąc to zaczęłam od kafejki internetowej, w której nie wzięto ode mnie kasy uznając że nie wypada bo jestem turystyką! Miłe… Potem napchałam się kebabem z ayranem (o połowę taniej niż w Stambule – w sumie 5 zł, a porcja dużo większa), obfotografowałam ratusz z wielkim wizerunkiem Ataturka i przeprowadziłam akcję poszukiwania muzeum, które nie dość że zostało przeniesione w stosunku do tego co mam w swoim przewodniku, to jak już jakiś koleś mnie tam zaprowadził, okazało się że po trzęsieniu ziemi jeszcze nie czynne.
Z tym trzęsieniem ziemi to dziwnie tak – patrzeć na ulice pełne roześmianych, rozkrzyczanych ludzi, równocześnie pamiętając pokazywane w mediach sceny jak wygrzebywano z gruzów ludzi , często dzieci.

van11.jpgNo ale żeby nie było za dużo o dramatach…  Dumą Van jeszcze do niedawna były białe koty mające jedno oko niebieskie, drugie żółte. Teraz kto ma takiego kota, to traktuje go jako żyłę złota, więc go raczej nie puszcza samopas tylko trzyma pod nadzorem. Teraz turystom chcących zobaczyć takiego kota nie pozostaje nic innego  jak zajrzenie do pierwszego lepszego sklepu z pamiątkami (tak dużo to wcale ich nie ma) – jakieś porcelanowe czy pluszowe osobniki zawsze się znajdą.

Wybrałam  się też do twierdzy wybudowanej na imponującej skale. Właściwie to „budowa” cały czas trwa, bo część murów to zupełnie nowa konstrukcja. A tak w ogóle to przy twierdzy miałam kolejne zaskoczenie – ponieważ aby dostać się do wejścia trzeba przedreptać naprawdę kawał drogi, zatrzymał się i wziął mnie zupełnie bezinteresownie lokalny taksiarz. Od razu pokazywał że nie chce żadnej kasy, ale nie za bardzo mu wierzyłam. Ponieważ było gorąco – jednak wsiadłam. Faktycznie, nawet nie pisnął o płaceniu! Swoją drogą wcześniej w miejskim autobusie moja sąsiadka zanim się zorientowałam, zapłaciła za mój przejazd. Chciałam jej oddać, ale nie było mowy. Za to sobie pogadałyśmy – dziewczynę interesowało głównie jakiej długości spódnice nosimy w Polsce.

van2.jpgPo twierdzy wyjeżdżałam już dalej na zachód, a w złapaniu odpowiedniego dolmusza pomagał mi miejscowy policjant. A właściwie to nie miejscowy, bo chłopak był ze Stambułu – wszyscy żołnierze i policjanci, jacy są w tym rejonie Turcji, to nigdy nie Kurdowie, tylko ekipa „nasłana”. Ponieważ było jakoś tak dużo flag, spytałam policjanta co to za okazja. A on że przylatuje prezydent Turcji. No to ja że odważny, bo Kurdowie go przecież nie lubią (z wzajemnością). I tu nagle policjant się zezłościł i wyraził swoje oburzenie:  -Co, oni myślą że sobie państwo tu utworzą? Durni… Na wszelki wypadek już nic nie mówiłam, tym bardziej że w międzyczasie przypomniałam sobie że zostawiłam na kempingu paszport.

Wysepka Akdamar która stanowiła główny punkt dzisiejszego programu okazało się dużo ciekawsza niż myślałam. Tak mi się na niej spodobało że postanowiłam na niej zostać na noc. Stoi na niej przepiękny ormiański kościółek, smutny świadek tego co tu zrobiono z Ormianami w latach 1915-18), kiedy Turcy wymordowali około 1,5 mln Ormian, także kobiet i dzieci. Zabijano ich w straszny sposób, topiono, zrzucano ze skał, przybijano do stóp podkowy… Ludobójstwo Ormian to temat w Turcji teraz zakazany, tabu, przy czym jeszcze do niedawna oficjalnie ogłaszano, że te 1,5 mln Ormian to zginęło w wyniku… epidemii.

van4.jpgNa wysepce na noc nie zostałam, bo tuż przed odpłynięciem ostatniego statku nie wiadomo skąd wyrósł przede mną policjant i oświadczył, że o  żadnym nocowaniu nie ma mowy i mam wsiadać na statek. Kapitan statku zaproponował zaraz, że jakby co to mogę przespać się właśnie na statku, ale ostatecznie zabrała mnie ze sobą poznana na przystani grupka młodych Kurdów i wylądowałam u nich w domu. Niesamowicie gościnni ludzie. A jaka kolacja była! M.in. lokalna zupa jogurtowa z dodatkiem nieznanych mi ziół. I do tego ryby złowione w jeziorze, takie niby szproty.

Przy okazji pogadaliśmy o Kurdach. Moi rozmówcy w czasie nauki na Uniwersytecie, byli bardzo zaangażowani w działalność PKK (Partii Pracujących Kurdystanu), przez co jeden z nich przesiedział nawet 3 lata w więzieniu a teraz nie może znaleźć pracy! Pozostali dostali wyroki w zawiasach.




12 lipca, Dogubeyazit, Murat Camping, wieczorem
O Araracie i miejscowych znajomych

eturkey (1).jpgZawsze mówię, że „sama w podróży nie znaczy samotnie”. Tak jest i teraz – minęło kilka godzin i mam mnóstwo znajomych. Poza Muratem-bossem kempingu i restauracji, który w każdej wolnej chwili zaprasza mnie na kawę lub herbatę, do moich nowych znajomych należą:

- Pasza – kempingowy kundel
- chłopiec pasący kozy na wzgórzu ponad kempingiem
- Mariam – dziewczynka pasąca krowy poniżej kempingu
- Murat (ale inny niż boss kempingu ) – chłopak sprzedający koraliki przy Pałacu Paszy (ale nie Paszy – psa, tylko – Paszy – miejscowego kacyka z XVII wieku)
- brat i siostrzeniec Murata (tego od kempingu)
- chłopak z piekarni (sprzedał mi bochenek o połowę taniej niż powinien)
- Hasan – miejscowy biznesmen znający rosyjski bo studiował w Azerbejdżanie
- i kilka innych osób, których imion nie zapamiętałam, ale przepytały mnie dokładnie: jak mam na imię, z jakiego kraju jestem, ile mam lat, jaką pracę, czy mam męża itp. itd.

turcja9.jpgA tak w ogóle to całkiem miłe popołudnie miałam, bo zaraz po przejściu burzy  poszłam zobaczyć wznoszący się ponad kempingiem Iszak Pasza Seraj, czyli Pałac Paszy Iszaka. Wybudowano go w XVII wieku i w tamtych czasach był pałacem mocno wyprzedzającym epokę – miał nawet bieżącą wodę i system ogrzewania! Był też przepięknie zdobiony – pozłacane drzwi z niego pochodzące można zobaczyć teraz w Ermitażu w Sankt Petersburgu (ciekawe skąd się tam wzięły?). Teraz pałac jest gruntownie remontowany (właściwie to raczej: budowany na nowo) przez co w jego wnętrzach panuje atmosfera ogólnego kucia, tudzież tynkowania. Ale co tam pałac – moja uwaga skupiona była głównie na górze! Zrobiłam jej kilkadziesiąt zdjęć, trochę się dziwiąc że ten Ararat taki niski, no ale wytłumaczyłam sobie, że to pewnie z tej perspektywy tak wygląda, że zdjęcia robione są z innego kąta etc. Ledwo zakończyłam sesję zdjęciową, Murat, chłopkak sprzedający pamiątki przy wejściu do pałacu uświadomił mi, że ta pracowicie obfotografowana przeze mnie góra to żaden Ararat, bo Araratu  z pałacu… nie widać!

kurdystan10.jpgNo cóż, na szczęście moja pomyłka będzie mnie kosztowała jedynie trochę pracy polegającej na zaznaczeniu  tych kilkudziesięciu zdjęć i naciśnięciu przycisku „usuń”, ale wolę nie myśleć jak bym sama siebie sklęła gdyby to było w czasach kiedy człowiek robił zdjęcia na kliszy! Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bo przy okazji Murat opowiedział mi ciekawą legendę. No więc okazuje się że Pasza Iszak celowo wybrał takie miejsce na swój pałac, aby nie było widać Araratu! Wiązało się to z legendą, o tym że kiedyś tam gdzie jest Ararat żyły dwie siostry, które się ciągle ze sobą kłóciły. W końcu za karę za te kłótnie zostały zaklęte w kamienie – powstały dwie góry zwane teraz Małym i Wielkim Araratem. Wielki Ararat dostał śnieżną czapę, co rozłościło niższą górę (siostrę). A że złość z natury rzeczy jest zła i jadowita, mniejsza góra stała się miejscem wylęgania różnych paskudnych stworzeń, m.in. myszy i węży. Finał? Ludzie nie lubili Araratu (całego, obu gór), bo kojarzy im się ze złem, tak więc Iszak Pasza też nie chciał go widzieć.

O tym jak wygląda Ararat przekonałam się trochę później, kiedy pojechałam do miasta na Internet i góra się wyłoniła! Piękna, wielka, przykryta imponującą czapą śniegu i lodu! Kawał góry. Robi wrażenie!

Wieczorem, przy kolacji na którą zaprosił mnie Murat, rozmawialiśmy o różnych motywacjach dlaczego ludzie wchodzą na Ararat. Większość dlatego że lubi góry, chce wejść na pięciotysięcznik itp. – to wiadomo. Co jakiś czas pojawiają się jednak „poszukiwacze Arki”, a ci to akurat typ kłopotliwy. Niedawno był np. Amerykanin, który pod osłoną nocy wyszedł z namiotu i przepadł. Przez dwa dni szukało go ściągnięte wojsko i w końcu znalazło. Okazało się że facet, profesor jakiegoś amerykańskiego uniwersytetu, faktycznie szukał Arki Noego! Murat mówił że jest jemu podobnych więcej. Niektórzy przyjeżdżają z wbitymi już nawet w GPSy współrzędnymi, gdzie „na pewno” jest Arka! Ale nie tylko Arka Noego jest tu magnesem. Przy czwartej wieczornej herbatce i dwudziestym papierosie palonym przez Murata, przyszedł do niego sms od Węgrów, którzy są zainteresowani podejściem do obozu I-wszego, aby złapać jakieś interesujące ich konkretnie gatunki  owadów (napisali nawet po łacinie nazwy tego co ich interesuje). Nie będzie łatwo załatwić dla nich zezwoleń, bo Ararat to park narodowy, więc niczego zbierać nie można, ale jak twierdzi Murat, "co jest niemożliwe, jest możliwe" (kwestia kasy).

A co do tych zaginionych w górach… Amerykanin który „zgubił się” bo szukał Arki to działanie świadome, ale była też podobno Japonka, która w nocy opuściła namiot i przeszła kilka kilometrów… lunatykując! Jak się obudziła nie wiedziała jak wrócić do obozu. Miała szczęście, bo znaleźli ją lokalni pasterze.

Ok, koniec pisania bo pierwsza w nocy, a o szóstej pobudka – jadę na dwudniowy wypad nad jezioro Van.




12 lipca, Dogubeyazit, Murat Camping
Wreszcie u celu!


Uff! Wreszcie  dotarłam do celu mojego autobusowego rajdu przez Turcję. Konkretnie – do Dogubeyazit, ostatniego tureckiego miasta przed granicą z Iranem (za około 35 km).

kurdystan 65.jpgMimo wczesnej pory (przyjechałam o szóstej  z minutami), wyjechał po mnie sam Murat, człowiek którego zna chyba każdy kto bywał w tych rejonach, bo Murat jest szefem kempingu i biura organizującego wejścia na Ararat (samemu, bez przewodnika góry tej zdobywać nie można). Kemping jest dobre 5 km za miastem, tak więc ze względu na mój sporawy plecak podwózka bardzo mnie ucieszyła.

Po śniadaniu zjedzonym w towarzystwie Murata, współpracującej z nim Francuzki na stałe mieszkającej w Syrii i dwójki gości z Hiszpanii dostałam sympatyczny pokoik, w którym mogłam po raz pierwszy od trzech nocy położyć się w pozycji horyzontalnej i normalnie przekimać.  Szczerze mówiąc bardziej niż o spaniu marzyłam o prysznicu, ale nic z tego, widać jeszcze na niego nie zasłużyłam, bo w wyniku jakiejś ogólnomiasteczkowej awarii, aż do teraz, czyli wczesnego popołudnia, nie było ani wody, ani prądu.  A co do widoku na Ararat to też jak na razie tylko teoria, bo niebo zasnute jest ciężkimi burzowymi chmurami, więc znajdującej się jakieś 20 km dalej góry nie widać, natomiast na potęgę grzmi i straszy ulewą. Mam nadzieję że kiedy już będziemy zdobywać Ararat, burze nas ominą…

A co do poznanej Francuzko-Syryjki… Podpytałam ją, jak tam sytuacja w Syrii. Potwierdziło się to, co zawsze uważałam – obraz przekazywany przez media jest mocno wypaczony, naciągany pod kątem szukania sensacji i przyciągnięcia uwagi widza/czytelnika.  Zdaniem koleżanki, która jeszcze do przedwczoraj w Syrii była,  znowu można w tym kraju podróżować, może omijając niektóre rejony (przy granicy z Turcją), ale gdzie lepiej nie jechać lokalesi powiedzą. Ogólnie jest już okej, a podobno nawet to co pokazywano z oblężenia w Homs było mocno przesadzone i dotyczyło tylko jednej dzielnicy. Zdaniem Francuzki zachodnie media uwzięły się na Syrię – ponoć ona sama pisała do francuskiej agencji AFP listy zarzucające im kłamstwa i brak dziennikarskiej rzetelności, ale oczywiście nikt nie raczył na nie odpowiedzieć.  Co do zagrożenia wojną turecko-syryjską, to też nie jest tak źle jak można by było przypuszczać z doniesień  prasowych. Fakt, w Dogubeyazit przejeżdżając dzisiaj koło koszar widziałam dwa rzędy zaparkowanych czołgów, ale w końcu to ogólnie strefa przygraniczna (bliskość granicy nie tylko z Iranem czy trochę dalej z Turcją, ale także z nielubianą w Turcji Armenią czy zaprzyjaźnionym Azerbejdżanem).  Poza tym w końcu to również teren Kurdystanu,co oznacza wewnętrzny, wciąż nieuregulowany problem tych terenów.



11 lipca, w nocnym autobusie z Trabzon do Dogubeyazit
Gdzie się lansować w Trabzon i jak poznałam Anię


eturkey (4).jpgKilka godzin jakie miałam w Trabzon minęły mi całkiem miło. Najpierw było coś dla ciała, a raczej dla brzucha, czyli wizyta w knajpie i zestaw za 4 liry (7 zł): kebab z kurczaka plus ayran. Ayran to mój ulubiony turecki napój – rodzaj słonego jogurtu, który świetnie gasi pragnienie, a poza tym z założenia wolę wspierać lokalne produkcje niż np. globalną coca-colę.

Naładowana kaloriami spaliłam je idąc na piechotę do centrum, na główny plac zwany Ataturk Alani. Zgodnie z nazwą stoi na nim pomnik Ataturka, pierwszego prezydenta Republiki Tureckiej, którego ulice i place są w Turcji w każdym mieście, w każdym urzędzie wiszą jego portrety, nie mówiąc o tym że podobizna prezydencka jest też na każdym banknocie.

turcja7.jpgPlac o którym mowa to ulubione miejsce spotkań lokalesów. Jeżeli codziennie jest na nim taki tłum (a w końcu byłam w dniu powszednim) to ciekawe, kiedy ci ludzie pracują? Turcy uwielbiają przesiadywanie w knajpkach, czy choćby na murkach, co zresztą i ja uczyniłam, bo to dobra okazja by wtopić się w otoczenie i obserwować lokalesów. Przy okazji zaprzyjaźniłam się z grupką nastoletnich pucybutów i rodzinką która przyszła na lody. To co wzbudzało moje największe zainteresowanie to dziewczyny i modowe trendy. Jedna grupa to dziewczyny-tradycjonalistki, czyli te w chustach, płaszczach, czasem także z zakrytymi zupełnie twarzami, i przeciwstawna im grupa kobiet wyzwolonych – czasem nawet w mini, seksownych bluzeczkach, wyraźnie świadomych swojej kobiecości, za którą miejscowi faceci niezależnie od wieku wodzą powłóczystym spojrzeniem. Rzecz jasna druga grupa jest mniej liczna, ale jest i przy pomniku Ataturka rzuca się w oczy, bo nie ma to jak lans w takim miejscu. Momentami miałam wrażenie że główny chodnik placu to coś w rodzaju wybiegu dla modelek.

A co do dziewczyn, to w autobusie dopiero miałam niespodziankę…  Okazało się, że na miejscu które mi przydzielono siedzi facet. Zdziwiłam się, bo w Turcji nie sadzają facetów obok kobiet, ale okazało się że facet jest mężem swojej sąsiadki, więc logiczne, że chcieliby podróżować razem. Nawet było mi to na rękę, bo na końcu na pięciu miejscach siedziało tylko dwóch chłopaków, tak więc niewiele myśląc przysiadłam się do nich. Chwilę potem był już przy nas konduktor, tłumacząc na migi (z angielskim im bardziej na wschód, tym gorzej) że zaraz znajdzie miejsce z przodu. Na nic zdały się wyjaśnienia, że wcale mi towarzystwo eturkey (5).jpgmłodzieńców nie przeszkadza, co oni również skwapliwie potwierdzili (znaczy się, że dla nich też okej) – pięć minut później konduktor ciągnął mnie już na przód autobusu, gdzie siedziała samotna Turczynka. Tyle że z drugiej strony była też samotna Europejka, którą widziałam na dworcu, obstawiając że jakaś Westmenka (ona to samo myślała o mnie  :-)  ). Nagle zobaczyłam że koło „Westmenki” leży książka o tytule… „Turcja”! Któż by pomyślał - spotkanie rodaczek w takich okolicznościach! Chwilę potem siedziałyśmy już razem, przez następne kilka godzin trajkocąc zapamiętale, pewnie trochę przeszkadzając współpasażerom w oglądaniu filmów. Ania okazała się super fajną dziewczyną, o podobnych do moich  globtrotersko-górskich zainteresowaniach, nie mówiąc o ambitnych wyczynach speleologicznych! Teraz jedzie do Iranu, ale po powrocie umówiłyśmy się na spotkanko…

A jeszcze odnośnie oglądania filmów… Tym razem trafiłam na autobus z indywidualnymi ekranikami, na których pasażerowie mogą sobie wybrać co chcą oglądać z kilku czy nawet kilkunastu filmów. Jak w samolocie. I pomyśleć , że ze względu na cenę biletu jechałam jedną z tańszych tutejszych linii…





11 lipca, 100 km od Trabzon, w autobusie
Podróż z widokiem na morze (Czarne)
 

To już 16 godzina jazdy, no ale jak to w jednej z moich ulubionych piosenek żeglarskich: „Byle dalej, dalej, dalej…”. Od samego rana, odkąd się obudziłam, towarzyszy mi morze – Morze Czarne, które nie wiem kto tak durnie ochrzcił, bo jest takie jak każde inne, czyli niebieskie. 

eturkey (2).jpgPo drugiej stronie tej wielkiej wody, całkiem niedaleko, bo wg mojego GPS jakieś 600 km, jest Krym. Tak swoją drogą to sobie w międzyczasie uświadomiłam, że ze Stambułu pod Ararat mam jakieś 1700 km - mniej więcej tyle samo co ze Stambułu do Warszawy! Ale tu odległości!

Teraz mam już komforcik, bo dwa siedzenia, ale przez bite 15 godzin podróży autobus był załadowany na full. Turystów żadnych, sami Turcy i Turczynki (kobitek mało). Za sąsiadkę miałam śliczną dziewczynę, ubraną w długi płaszcz i skrywającą włosy chustką. Na dworcu w Stambule żegnał ją nowocześnie ubrany chłopak, widać że po uszy w niej zakochany. Ona w nim chyba też, bo potem nic tylko słała do niego smsy (tzn. tak mi się wydaje, że do niego  :-) ).
 
Lubię te tureckie autobusy. Fakt, podrożały strasznie (za ten 18 godzinny odcinek Stambuł-Trabzon płaciłam 85 lir, czyli jakieś 40 euro), ale w cenie są np. dowolne napoje, ile tylko się chce, a rano steward jeszcze roznosił ciasteczka. Oczywiście co kilka godzin stajemy na stacjach postojowych, które też potrafią zadziwić – takie niby centra knajpowo-sklepowe przy których stoi czasem i kilkadziesiąt autobusów! Ruch jak w ulu, bo na każdej takiej stacji obsługa myje autokarom przednie szyby, no a tłum pasażerów też musi być szybko obsłużony. Ok, kończę bo nadciąga steward z herbatą!



10 lipca, dworzec autobusowy w Stambule
Hurrra! Znowu w Turcji!


Kto mnie zna, wie że Turcje bardzo lubię i choć byłam tu wiele razy, zawsze z przyjemnością wracam. Tym razem przyjechałam sama, w pojedynkę, choć nie do końca :). Mam w sumie towarzysza podróży, dość upierdliwego, a jest nim ogromny i ciężki plecak, który przeklęłam już w momencie odbierania go z taśmy bagażowej na lotnisku. Plecak niestety wielki być musi, bo celem wyjazdu jest wejście na Ararat, a to jednak góra-pięciotysięcznik (5137 m), przez co tacham z sobą górskie buty, ciepły śpiwór, raki i kilka innych rzeczy zajmujących dużo miejsca. A, no i jeszcze namiot, bo chcę mieć niezależność jeśli chodzi o noclegi, a jak namiot to jeszcze karimatka i różny sprzęt biwakowy.

eturkey (3).jpgJak na razie pierwsze „schody”, bo tak jak sobie wymyśliłam prosto  z lotniska przyjechałam na Otogar, jak po turecku nazywa się dworzec autobusowy, a tymczasem okazało się że nocnych autobusów do Wschodniej Turcji (dystans 1700 km), nie ma. Najbliższy mam dopiero w południe dnia jutrzejszego, tak więc żeby nie tracić czasu muszę trochę zmodyfikować trasę. Wymyśliłam jedno miasto – nie ma miejsc, drugie – trasa zawieszona bo zawalił się jakiś most. W końcu stanęło na to,  że pojadę do Trabzon (18 godzin jazdy) – miasta na wybrzeżu, gdzie może przy okazji uda mi się zobaczyć wykute w skałach klasztory.

Autobus wyjeżdża o 21.30, co oznacza że mam dwie godziny luzu. Turcy, jak to Turcy, od samego początku dają dowody gościnności i zakorzenionej w swojej mentalności uczynności (o zainteresowaniach zagraniczną płcią przeciwną nie wspominam, bo to wiadome). Zaczęło się na lotnisku - żebym nie stała w jakiejś kosmicznej kolejce do odprawy paszportowej, sympatyczny przystojniak zabrał mnie do zupełnie pustego okienka "tylko dla Irakijczyków" (czyż nie wyglądam jak Irakijka?). Potem, w metrze (bo teraz z lotniska do miasta można dojechać metrem!) miałam obstawę dwóch eleganckich biznesmenów, którzy poza kurtuazyjną rozmową prześcigali się w informacjach gdzie wysiąść, jak kupić bilet i za nic nie chcieli zrozumieć, że i bez nich to wszystko wiem. Teraz na dworcu chciałam iść do knajpki internetowej, ale od razu znaleźli się uczynni którzy udostępnili mi darmowy password i uczynnie wskazali gdzie jest gniazdko. Chwilę potem obsługa kantorku linii przewozowej, którą jadę, zaprosiła mnie aby się do nich dosiąść i zjeść  wspólnie kolację. Uwielbiam te ich posiłki – rozłożone na stole pomidory, ogórki, ostry biały ser, oliwki i pyszny chleb, a do tego super słodkie, ociekające sokiem arbuzy i każdy się częstuje. No i jak tu nie lubić Turków?





28 czerwca, Bergen  (Norwegia)
Nad siedmioma fiordami, pod siedmioma wzgórzami...

bergen13.jpgPołożone na zachodnim wybrzeżu Bergen, to moje ulubione norweskie miasto (wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Byłam tu wcześniej dwa razy, ale niestety zawsze lało (ponoć to najbardziej deszczowe miasto Europy - pada w 220 dni w roku!). Widać jednak do trzech razy sztuka, bo teraz wreszcie było słonecznie.

Najciekawsza część miasta to nabrzeże zwane Bryggen, wykupione kiedyś przez hanzeatyckich kupców, po których pozostały ładne, kolorowe kamienice. Oj niełatwy żywot tu owi niemieccy kupcy mieli - zarabiali sporo, ale wśród licznych zakazów jakie musieli akceptować, był zakaz sprowadzania rodzin, a zarazem korzystania z usług lokalnych kobiet. Przynajmniej oficjalnie...

Na nabrzeżu jest też słynny Targ Rybny, na którym ryby faktycznie kupić można (płaty łososia, suszone dorsze itp.), ale wśród turystów większe zainteresowanie budzi mięso wędzonego wieloryba, czy kiełbasy z łosia albo renifera. Tak na marginesie to ciekawe, kto handluje na targu tymi dobrami? Rodowitych Norwegów raczej trudno wśród sprzedawców spotkać, dominują za to skośnoocy i Arabowie, są nawet Murzyni, no i rzecz jasna - Polacy.

bergen7.jpgPonieważ Bergen położone jest w otoczeniu siedmiu wzgórz i siedmiu fiordów (to drugie to akurat lekko naciągane), nie ma to jak widok miasta z lotu ptaka. Sposób na to jest prosty i niemęczący, czyli wjazd kolejką w stylu naszej z Gubałówki na wzgórze Floyen, gdzie na wysokości 320 m n.p.m. wybudowano taras widokowy i elegancką restaurację serwującą pyszne serniki! [w ten to sposób, zjadając swoją porcję plus połowę porcji Marcina, z nawiązką nadrobiłam kalorie spalone dzień wcześniej na via ferracie].

Niestety, Bergen było już ostatnim punktem naszego intensywnego norweskiego wypadu. Wieczorem byliśmy już w Warszawie, żyjącej meczem Włochy-Niemcy. Ku pamięci potomnych: wygrali Włosi 2:0.



27 czerwca, Tyssedal – Strandebarm (Norwegia)
Via ferrata po norwesku

bergen4.jpgVia ferrata to dosłownie „żelazna droga”. Tak nazywa się wśród "ludzi gór" ubezpieczone drogi wspinaczkowe z różnymi drabinkami i hakami, które pokonuje się w kasku i uprzęży z tzw. lonżą z dwoma karabinkami wpinanymi do asekurującej nas liny. Termin „via ferrata” jest określeniem włoskim (bo po raz pierwszy takie przejścia z wykorzystaniem żelaznych udogodnień przygotowano we włoskich Dolomitach), ale z czasem nazwa ta przyęła się w wielu innych krajach, także w Norwegii.


Z kilku via ferrat jakie mają w tym pięknym kraju (w Norwegii znaczy się) mieliśmy okazję przetestować drogę, która znajduje się na obrzeżach Tyssedal, o tyle nietypową, że biegnącą w scenerii imponujących rur i różnych industrialnych konstrukcji wybudowanych na początku XX wieku. Dokładniej chodzi o elektrownię wodną której pierwsza część zaczęła funkcjonować w 1907 roku, druga w 1917, przy czym kompleks uznany za zabytek ciągle działa (okej, w tej chwili działa nowoczesna jej część, w której wszystko uruchamia się na pilota). Ciekawostką jest fakt, że potężne rury, którymi dawniej spływała woda wykonane były w Polsce!

bergen14.jpgZaczęliśmy od zwiedzenia zabytkowej części elektrowni (najbardziej podobały mi się wielkie turbiny), po czym ruszyliśmy na via ferratę. I tu miłe zaskoczenie – znam via ferraty włoskie i szwajcarskie, no i muszę uczciwie przyznać, że ta norweska była naprawdę fajna. Urozmaicona, no i mimo wszystko dla osób idących pierwszy raz na coś takiego –  adrenalinowa, bo mocno eksponowana. No i jakie widoki po drodze były! Rewelacja! W każdym razie polecam, choć trzeba być przygotowanym na zapłacenie 550 koron (250 zł) jeśli idziemy z przewodnikiem i 100 koron (50 zł) jeśli jesteśmy sami, z własnym sprzętem (pieniądze wrzuca się do skrzynki na starcie i samoobsługowo oddziera się kwit będący potwierdzeniem zapłaty).

Na końcu idącej wzdłuż potężnych rur via ferraty jest jeszcze tunel. Trudno uwierzyć, że w 1907 roku, bo wtedy ten 3,5 kilometrowy tunel powstał, wyciosano go prostymi w sumie narzędziami, ręcznie. Próbowaliśmy i my (dłutkiem i młotkiem, czyli używając dawnych narzędzi), ale chociaż szły iskry, z efektami było mizernie. Przy okazji padło pytanie jak z trollami, sympatycznymi brzydactwami które, jak dawniej wierzono, zamieszkiwały takie ciemne miejsca (wyjście na światło dzienne według legend zamieniało je w kamień). Każdy Norweg uważa, że z pokracznymi, mającymi długie nosy trollami rzecz jasno trzeba dobrze trzymać, bo to uczynne, ale zarazem złośliwe stwory, lepiej więc schodzić im z drogi. W każdym razie nasz przewodnik stwierdził, że ma z nimi układ -  może przebywać w tunelu do 18-tej, bo potem trolle jedzą kolację…  :-) Żarty żartami ale ponoć trollami nazywa się w bergen10.jpgNorwegii dzieci czy ludzi z zespołem Downa.  Ponoć w małych wioskach jest ich całkiem sporo, co wynika z częstego pokrewieństwa zakładających rodziny par. Bądź co bądź w 5 milionowym społeczeństwie z małą gęstością zaludnienia nie tak łatwo o partnera/partnerkę z daleka, no i w rezultacie ryzyko kłócących się ze sobą genów jest całkiem spore.

Uzupełnieniem via ferraty była wycieczka rowerowa. Pojechaliśmy na tamę będącą częścią elektrowni. Tama jak tama, ale jest tam śliczne jeziorko o zachwycającej kolorytem turkusowej wodzie.

W drodze na nocleg przejeżdżaliśmy przez Oddę. Tak nazywa się miasto słynące obecnie  z przemysłu (huta aluminium) ale wcześniej, na początku XX wieku, było to jedno z najsłynniejszych w Europie centrów turystycznych. Podobno zachowały się obrazy pokazujący statek cesarza Wilhelma, który też tu bywał, a także arabskiego szejka, który zjawił się  ze swoimi 48 żonami! Niestety, teraz turystów w Oddzie praktycznie nie ma, no bo kogo interesuje huta aluminium?

bergen8.jpgNa nocleg przyjechaliśmy do Strandebarm – nic w tej okolicy fascynującego nie ma (poza wodospadem który zobaczymy jutro), ale na nocleg tranzytowy dobre to miejsce. Dobre, jako że w miejscowym hotelu (Strandebarm Fjord Hotel) menadżerem, a zarazem szefem kuchni, jest Polak  (gotuje wyśmienicie!), zaś w obsłudze są dwie śliczne dziewczyny: jedna Litwinka, a druga – Ania z Gdańska. Ania niestety nie zamierza już do Polski wracać – jest zafascynowana Norwegią, chce tu skończyć studia i kiedyś  otworzyć salon fryzjerski, ale na razie pracuje w hotelu. Sympatyczna i mądra dziewczyna – szkoda, że tacy ludzie wyjeżdżają od nas z kraju.

Inna sprawa, że z tym poziomem zadowolenia w Norwegii też bywa różnie. Dzisiaj nasz kierowca wyraził oficjalnie swoje niezadowolenie, że coraz częściej biznes przechodzi w obce ręce – głównie Szwedów, a Norwegia ze Szwecją ze względów historycznych nie za bardzo za sobą przepadają. Tak na marginesie to kierowca na każdym kroku podkreśla, że „nie jest z Norwegii, tylko z Bergen” – bo Bergeńczycy to ponoć klasa sama w sobie.

Przy okazji przytaczam opowiedziany przez kierowcę dowcip, zrozumiały dla osób znających angielski:
Akcja dzieje się przy obiedzie. Podchodzi kelner:
- Finish?
-No, Norwegian…  (tu już jest koniec!)

Okej, idę spać… Jest druga w nocy (trochę się dziś zasiedzieliśmy), a za oknem zaledwie lekki półmrok. Czas białych nocy, choć i tak nie jest tu tak jak w północnej Kanadzie (gdzie byłam rok temu) czy na Grenlandii (dwa lata temu),  gdzie o drugiej nocy świeciło słońce!



25-26 czerwca, Bergen-Lodowiec Folgefonna-Tysseldal (Zachodnia Norwegia)
O lodowcu i norweskiej mentalności


bergen1.jpgObiecałam sobie że przez 3 tygodnie nigdzie nie wyjeżdżam, ale nie wyszło. W każdym razie jestem w Norwegii, kraju który szczerze lubię i który działa na mnie wyjątkowo uspokajająco. Poza tym do Norwegii mam sentyment z racji tego, że właśnie tu rozpoczęła się moja przygoda z podróżowaniem (rok 1988 i zarobkowe zbieranie truskawek w grzędach nad fiordem, mój pierwszy autostop, noclegi na dziko i zachwyt że świat jest taki fajny).


Tym razem tematyka wyjazdu kręci się wokół aktywnego wypoczynku pośród gór (jesteśmy tu w pięcioosobowym gronie dziennikarzy piszących o górach i turystyce aktywnej plus Ania i Konrad z biura promocji Norwegii Visit Norway).

Wczoraj był dzień „dojazdowy” – dolot plus jeszcze 2,5 godziny autobusem, za to dzisiaj cały prawie dzień spędziliśmy na lodowcu. To jedno z kilku w Norwegii miejsc gdzie można jeździć na nartach także latem (do dyspozycji jeden orczyk i całkiem spory stok), nie mogłam więc przeboleć że nie mogę przypiąć desek (nart) tudzież deski (snowboardu). Jak się okazało "nasi" już nawet tu są, bo spotkałam polskie dziewczyny pracujące w roli instruktorek  na obozach narciarskich norweskiej młodzieży. 

bergen5.jpgPrawie 6-godzinna wycieczka na lodowiec, nawet mimo pochmurnej pogody była całkiem fajna, choć mimo wszystko nastawialiśmy się na trochę większe „extremium”.  Oczywiście jak to na lodowcu, chodziliśmy w rakach, z czekanami, powiązani liną, bo szczeliny faktycznie były. Zresztą mieliśmy kilka przejść nad szczelinami i namiastkę lodowej wspinaczki, co zwłaszcza w środku upalnego lata jest fajnym doświadczeniem.

W ramach jednego z odpoczynków przewodnik opowiedział nam ciekawą legendę o lokalnym Duchu Gór. No więc dawno, dawno temu jeden z norweskich królów postanowił wraz z rodziną wybrać się na lodowiec na wycieczkę. Miejscowy góral którego wziął za przewodnika w pewnym momencie stanął i wskazując nadchodzące ciemne chmury, zasugerował aby wracać. Król wracać jednak nie chciał. Po jakimś czasie góral znowu stanął i już bardziej stanowczo stanowczo stwierdził, że idzie na zmianę pogody. I tym razem król zawrócić nie zamierzał, mało tego, żeby bardziej zmotywować górala, obiecał mu podnieść przewodnicką stawkę. Za trzecim razem, widząc nawałnicę burzowych chmur, góral nie dał się już przekonać. Razem z nim wróciła żona króla, natomiast uparty władca poszedł dalej, zabierając ze sobą małego synka. Co się z nimi stało - nie wiadomo. Od tej pory jeśli miejscowi uczulają, że kiedy na lodowcu zobaczy się dwie dziwne postacie trzymające się za ręce - mniejszą i większą, to znak, że należy zawrócić. Jeśli wierzymy w duchy, lepiej ich unikać, jeśli nie wierzymy - znaczy mamy omamy, więc tym bardziej powinniśmy odpuścić!

bergen3.jpgWieczorem, przy kolacji, pogadaliśmy trochę z Konradem, który na temat Norwegii wie prawie wszystko (w końcu jest szefem promocji tego kraju) i Anią która mieszkała tu wiele lat, na temat niekiedy zaskakującej mentalności Norwegów . Najbardziej zaskoczyła mnie opowieść Ani, jak się tu urządza wesela. No więc powszechne jest że gość przychodzi, kupuje prezent, bo przecież tak wypada, siedzi na imprezie (raczej nie tańczy, bo tutaj nie jest to takie popularne), ale co najważniejsze – przy wyjściu dostaje RACHUNEK!  Niezłe…

Z drugiej strony trzeba przyznać, że to państwo w którym ludzie mają poczucie stabilności i opieki rządu nad obywatelem.  Bardzo się dba o równouprawnienie. Ponoć jest nawet przepis, że w radach nadzorczych firm minimum 40% muszą stanowić kobiety! Inna sprawa  że ten ich dobrobyt to w dużej mierze zasługa ich samych, bo naród trzeba uznać za sumienny i pracowity (według Konrada poniekąd wpływ ma na to religia – luteranizm, czyli wynikający z tego etos pracy). Przykładem tego nasz kierowca. Facet ma 67 lat, sprawny jest niesamowicie, zawsze uśmiechnięty, ale to co najistotniejsze to fakt, że jako już emeryt mógłby nic nie robić. Tymczasem on, dla własnej frajdy, bo nie dla pieniędzy, aby nie siedzieć w domu i mieć kontakt z ludźmi, jeździ jako kierowca busa i jest szczęśliwy że wciąż może się przydać.

bergen2.jpgInny przykład ich mentalności. Dzisiaj mijaliśmy przerzucony przez fiord wielki, wiszący most. Niedokończony, a duża szansa że zostanie rozebrany. Po prostu miejscowi ludzie sprzeciwiają się, że tego mostu nie chcą! Powód? Nie podoba im się, że psuje widok fiordu, w którym wszystko jest takie naturalne, nie skażone cywilizacją. Nie przemawia do nich nawet argument, że będą szybciej mogli się dostać z jednego brzegu na drugi (tak to muszą dopasować się do godzin promów i jeszcze za przeprawę płacić), ani że wraz z lepszym połączeniem drogowym będą mieli więcej turystów, na których mogą zarobić. Nie chcą i już, bo widok i szacunek dla natury jest najważniejszy.

I jeszcze taki prozaiczny przyład z życia, jeśli chodzi o inne od naszych zwyczaje codzienne. Chodzi o kanapki! Norwegowie nie robią ich tak jak my, to znaczy przez myśl nie przyjdzie im, aby na chleb z serem położyć jeszcze jedną kromkę, na dodatek jeszcze posmarowaną masłem. Oni po prostu szykują chleb z czymś tam, potem kładą specjalny papierek żeby się to nie zlepiało, na to znowu kromka z czymś tam, potem papierek i tak dalej w zależności od życzenia...



23 czerwca, Warszawa
O Agnieszce, której już nie ma...


agnieszka2.jpgWyobraźcie sobie taką sytuację – piszecie do kogoś maila, licząc że Wam najlepiej zaraz odpisze, a tymczasem dostajecie informację, że sorry, ale ta osoba… już nie żyje.
Ostatnio coś takiego spotkało mnie. Ale od początku…

Dwa tygodnie temu miałam spotkać się z Agnieszką. Agnieszka była dziennikarką, związaną głównie z pismami dla kobiet, a teraz zakładała magazyn na tablety, pismo w którym miałam mieć swoją działkę podróżniczą. Niezależnie od układów zawodowych, Aga była też fajną dziewczyną – młodą, ładną laską (przepraszam że tak piszę, ale tak ją właśnie postrzegałam), wesołą i cieszącą się życiem, choć zarazem bardzo wrażliwą, ale równocześnie też rozsądną, lubiącą działania które mają sens, a najlepiej takie, które są ogólnopożyteczne. Wiem że przez jakiś czas miała problemy osobiste – była bez pracy, rozstała się z chłopakiem… No ale teraz wszystko zaczęło się Jej układać. Była szczęśliwa, otworzyły się przed Nią świetne perspektywy.

Miałyśmy się spotkać aby obgadać różne pomysły związane z pismem, ale też by tak po babsku trochę poplotkować o wszystkim i o niczym. Ponieważ nie ustaliłyśmy konkretnej godziny spotkania, napisałam z rana do Agi maila z pytaniem o której i gdzie? Chwilę potem przyszła odpowiedź:
"Agnieszka w stanie ciezkim w szpitalu.Prawdopodobnie udar.
Na razie nic wiecej niewiadomo, nie ma z nia kontaktu".
Szok!


agnieszka1.jpgMinęły dwa tygodnie. Żadnych wiadomości, przy czym w moim wiecznym optymizmie nawet mi przez myśl nie przeszło, że coś może być źle. Znam sporo osób po udarach, owszem, czasem wymagały długiej rehabilitacji, czasem zostawały im jakieś ślady, ale do zdrowia wracały. Naturalne wydawało mi się, że Agnieszka – młoda i silna – również do formy wróci.

Pomyślałam, że może dobrze byłoby ją odwiedzić? Nie wiedziałam czy jest w szpitalu, czy w domu, tak więc w końcu do Niej napisałam. „Nie wiem do kogo trafi ten mail, ale jeśli Aga możesz odpisać, to daj znać, jak się czujesz. Jeśli Aga wciąż nie może odpisać, to będę wdzięczna za sygnał, czy już lepiej? Tak czy owak wciąż trzymam kciuki!"
Również i tym razem odpowiedź przyszła szybko. Niestety, nie taka jakiej się spodziewałam... Dowiedziałam się, że kilka dni wcześniej Agnieszka zmarła. Wczoraj był Jej pogrzeb  :(

No cóż, trudno się z tym pogodzić: jednego dnia człowiek jest, drugiego – już go nie ma. Jeśli to dotyczy osób starszych czy chorujących, to trochę inaczej– można się nieco oswoić z myślą że TO może się zdarzyć (choć czy w naszej kulturze można się tak zupełnie "oswoić" ze śmiercią?). W tym jednak przypadku trudno zaakceptować taki werdykt Przeznaczenia. Za szybko (choć zawsze jest owe "za szybko"), nie w tym momencie, zbyt nagle, dlaczego akurat Ona?

Z drugiej strony, tak jak wczoraj rozmawialiśmy po Mszy żałobnej (pogrzeb był w Krakowie), tego typu sytuacje mają jednak pewien pozytywny aspekt: uzmysławiają, jak ważne jest, by cieszyć się każdym dniem, bo nie wiadomo czy następny jeszcze będzie. I że ważne, by nie tylko przez życie tak po prostu przejść, przewegetować, ważne bymieć z życia satysfakcję, że dobrze się je wykorzystało.

Ps. Profil Agnieszki na facebooku: kliknij tutaj .
[Swoją drogą trochę dziwne, ale przeoczyłam, że jakiś czas temu Agnieszka kliknęła, że chce byśmy zostały facebookowymi "znajomymi". Ponieważ ogólnie mam niechęć do portali społecznościowych, rzadko na nie zaglądam, no ale kiedy zobaczyłam tą zaległą prośbę, kliknęłam. Teraz już wiem, że zostałyśmy "znajomymi" wtedy, kiedy Aga już nie żyła...]


15-17 czerwca, Leogang i okolice (Austria)
Flying Fox, rafting i Polska gola!

leogang9.jpgTyle się przez te trzy dni działo, że nawet nie było czasu na bieżące opisywanie. Piątek był głównie rowerowy, bo tutejsze okolice są idealne dla miłośników jednośladów, zarówno dla tych którzy chcą zrobić sobie rodzinne, relaksowe wycieczki, jak i ekstremalistów chcących poszaleć w Bike Parku. Ale nie jakimś tam byle jakim zboczu z przeszkodami tylko Bike Parku, w którym w sierpniu odbywać się będą Mistrzostwa Świata w Kolarstwie Górskim (jedną z faworytek jest nasza Maja Włoszczowska). Żałuję, bo rozsądek leogang4.jpgnakazał wycofać mi się z objania swoich szanownych czterech liter na siodełku (przed moim jesiennym wspinaniem w Himalajach muszę uważać, aby się nie połamać) - na to konto  przejechałam się „spacerowo” szlakiem przy którym ogląda się różne mniej lub bardziej abstrakcyjne rzeźby. Kogo interesuje Bike Park to zapraszam tutaj .


Dawkę niezłej adrenaliny dostarczył nam za to Flying Fox XXL – ponoć druga pod względem długości zjazdu tyrolka świata. Przypięty do uprzęży człowiek leci na odcinku 1,6 km podwieszony do metalowej liny z prędkością 140 km na godzinę, mając pod sobą czubki drzew (143 m nad ziemią) i podziwiając okoliczne góry. Najlepszy jest moment hamowania, bo szczerze mówiąc ma się wrażenie że jeszcze chwila i rozwalimy się na kończących zjazd słupach. Oczywiście to tylko wrażenie, bo zabawa jest w pełni bezpieczna, a kto chce obejrzeć szczegóły to zapraszam tutaj .

Innego rodzaju adrenaliną był rafting na jednej z tutejszych rzek, co z kolei zaliczyliśmy w sobotę. W porównaniu z innymi raftingami na jakich byłam (m.in. na Zambezi czy rzekach w Andach) ten był dużo łatwiejszy, ale zabawa była super. Kto chciał mógł też zaliczyć skok z nadrzecznych skał do małego, naturalnego basenu – ja oczywiście chciałam :-).

leogang6.jpgNajwiększe emocje mieliśmy jednak w trakcie meczu Polska-Czechy. Kibicowaliśmy siedząc przy jednym stoliku razem z dziennikarzami z Czech, przy czym nasz biało-czerwony team (nawet flagę z domu zabrałam) wspomagał jeszcze jakiś miejscowy Austriak, który z dumą opowiadał, że jego mama była Polką. Dziennikarze węgierscy też przyszli, śmiejąc się, że jak dojdzie do bójki to będą nas rozdzielać, ale rzecz jasna mimo przegranej Polaków żadnych ekscesów nie było. Zresztą co tu kryć, i tak się cieszyliśmy, bo pal sześć nasza przegrana, ale w tym samym czasie Grecy wyeliminowali Rosjan.  :-)

Niedziela była już zupełnie relaksowa – taki chill out przed popołudniowym wylotem do kraju. Nasi opiekunowie zawieźli nas do Thermal Spa w Kaprun, gdzie najpierw niczym dzieci leogang11.jpgpluskaliśmy się w basenach i zaliczaliśmy zjeżdżalnię, potem zaś testowaliśmy sauny. Było co testować bo sauny w Austrii są rewelacyjne – suche, mokre, solankowe, ziołowe, z sianem etc., oczywiście z przerywnikami na wskakiwanie do lodowato zimnej wody. Tak się zrelaksowaliśmy, że nawet z wyjątkowym spokojem przyjęliśmy że możemy nie zdążyć na samolot. Musieliśmy dojechać na lotnisko w Monachium, ale nikt nie zakładał że będą takie korki (cóż, niedziela, koniec ładnego pogodowego weekendu). Kiedy już się na drodze rozluźniło, nasz austriacki kierowca pokazał że ma żyłkę rajdowca, co oznaczało gaz do dechy i strzałkę szybkościomierza na 160 km/h! Nie lubię szybkiej jazdy, więc w trosce o własną psychikę wolałam sobie pospać. Inna sprawa że przy takich drogach jak mają Austriacy czy Niemcy, można też szybciej jeździć. W każdym razie na samolot zdążyliśmy w ostatniej prawie chwili.


14 czerwca,  Saalfelden (Austria)
Z wizytą u pustelnika

leogang2.jpgPo nieprzespanej nocy (do wyjścia na lotnisko, czyli do 4-ej rano pisałam artykuł dla jednego z magazynów), w samolocie spałam jak zabita. Dobrze że ze względu na kolejkę do lądowania krążyliśmy pół godziny nad Monachium – zawsze to miałam pół godziny spania dłużej. Tak w ogóle to obliczyłam że to mój 20 (!) lot na przestrzeni ostatniego miesiąca! Jeszcze trochę i prawdą się stanie że lotniska i samoloty to mój drugi dom…


Tym razem nie jestem z grupą jako pilot tylko można powiedzieć że mam „wakacje”. Przyleciałam do Austrii na wyjazd dziennikarski – poza piątką dziennikarzy z Polski jest jeszcze ekipa z Czech i z Węgier plus kilku Austriaków. Dzisiaj był niby dzień dojazdowy, ale zdążyliśmy zaliczyć górski spacerek którego celem była pustelnia jak tu mówią: „ostatniego austriackiego pustelnika”.  Z tym pustelnictwem to bez przesady – skromny domek znajduje się na wzgórzu poza miastem, ale mieszkający w nim pustelnik, zakonnik z klasztoru benedyktynów zamieszkujący to miejsce od kwietnia do listopada, na brak odwiedzających nie narzeka, a co do kontaktu z cywilizacją, to fakt –telewizora i internetu niby nie ma (przynajmniej nie zauważyliśmy), ale w miasteczku po bułki i inne dobra (widzieliśmy w pustelni puszki z piwem), systematycznie schodzi. 

leogang1.jpgPustelnik to osoba po przejściach. Okazało się że to facet z zamożnej rodziny, z dobrym wykształceniem, swego czasu mający żonę i dzieci, no ale wpadł w nałóg hazardu. Po tym jak roztrwonił chyba całkiem spory majątek, wybrał się na pielgrzymkę do Santiago de Compostella, no i po drodze naszło go, że jedyną szansą jest dla niego wstąpienie do klasztoru.  W ten to sposób trafił do Benedyktynów,  no i domówił się, że przez długie miesiące będzie tutaj medytował (tutaj, czyli w miejscu gdzie pustelnia istniała już od XVI wieku). Pan mnich może zbyt rozmowny nie jest, ale przyjął może nie tyle chlebem i solą, ile domowej roboty nalewką, ujawniając się przy okazji, że jak trzeba to i błysnąć cytatami umie. Sama się zdziwiłam kiedy przytoczył słowa Havla, a także Rumiego Mevlany, czyli XIII-wiecznego mistyka rodem z obecnej Turcji.

Jeszcze co do tej pustelni, to nie da się zaprzeczyć, że w ładnym miejscu powstała. Poza położonym w dolinie miasteczkiem i niedalekim zamkiem, widać też o tej porze zarosłe trawą stoki narciarskie którymi można dostać się do słynnego rejonu Saalbach-Hinterglemn (świetne miejsce na narty – polecam!), z daleka wśród ośnieżonych wciąż szczytów można dopatrzeć się popularnego wśród Polaków lodowca Kitzsteinhorn (to już okolice Kaprun) , z kolei z drugiej strony, po drugiej stronie niewielkiego masywu są już Niemcy.

Z ciekawostek to w drodze powrotnej do hotelu minęliśmy cerkiew należącą do Serbów – osiadłych tu emigrantów.  Wspomniany pustelnik i inne okoliczne kościoły to oczywiście katolicy. No ale nie jest też tajemnicą, że duża część Austrii to protestanci. I jakoś różne wyznania nikomu tu nie przeszkadzają.

Z innej beczki:  dowiedziałam się dzisiaj, że Ziemia Salzburska (land w którego granicach obecnie jesteśmy) to nie tylko Mozart (jakby nie było, z Salzburga pochodzi) czy napisana i skomponowana w pobliżu tego samego miasta kolęda „Cicha Noc”.  Tutejszy towar eksportowy, powód lokalnej dumy to także: fabryka Atomica (na południe od Salzburga) oraz bealkoholowy napój pobudzający Red Bull! A ja myślałam że to amerykańska firma! Cóż, pomyłka…




12 czerwca, Warszawa
Polska – biało czerwoni!

euro3.jpgZarzekałam się, że EURO mnie nie interesuje, że nie znam się na piłce nożnej itp., no ale skoro już jestem w Warszawie, to się w klimat piłkarskich emocji wciągnęłam. Wprawdzie nadal z trudem przychodzi mi rozpoznanie kto gra do której bramki, a we wczorajszym meczu między Ukrainą a Szwecją w kolorach koszulek połapałam się dopiero w połowie mecze, ale naszym kibicuję zapamiętale i biało-czerwone flagi na samochodzie z dumą wożę.


Właśnie skończył się mecz naszych z Rosjanami. Z różnych względów (okej, szczerze: za te moje aresztowania na Czukotce i 5 lat zakazu wjazdu do Rosji) chciałam,  abyśmy im dołożyli, no ale remis też jest satysfakcjonujący. Kiedy Błaszczykowski strzelił bramkę (jestem z siebie dumna, bo nawet nazwisko naszego dzisiejszebo bohatera pamiętam!), nasze podwórko szalało – gwizdano i krzyczano nie gorzej niż na trybunach, a odstrzeliwane co i rusz petardy przypominały atmosferę nocy sylwestrowej. Teraz natomiast zza okna dobiega wycie syren samochodów policyjnych – pewnie przejeżdża autokar z naszymi piłkarzami, bo mieszkają w hotelu Hyatt, niedaleko mojego bloku.

euro1.jpgW ramach wczuwania się w atmosferę imprezy poszliśmy w niedzielę z Pawłem do Stefy Kibica na Placu Defilad pokibicować Hiszpanom w meczu z Włochami (ja chciałam dopingować Włochów, ale Paweł przypomniał, że coś się tam źle o Polakach wypowiadali). Niestety, zaczął lać deszcz, więc odpuściliśmy i przyjechaliśmy kontynuować oglądanie w wersji telewizyjnej. Zdążyliśmy jednak dojść do wniosku, że fajnie to wszystko wygląda (Strefa, ulice, dekoracje) – Polacy wprawdzie lubią wszystko krytykować, ale my z Warszawy jesteśmy dumni. Zawsze mogłoby być lepiej, ale widać że sporo w miasto zainwestowano, to i owo uporządkowano i ogólnie zrobiło się bardzo „światowo”. Trzeba mieć tylko nadzieję, że tak zostanie i że dobrze zapiszemy się w pamięci cudzoziemców którzy na EURO przyjechali. I że sami tego wszystkiego nie zepsujemy, bo Polacy to naród który jak trzeba, umie się zmobilizować, ale czasem jest też mistrzem w golach samobójczych.



31 maja, Riwiera Turecka
Turecka edukacja  (także seksualna)

turcja2.jpgDzisiaj miałam z grupą wycieczkę do Antalyi.  Ostatni raz byłam w tym mieście jakieś 10 lat temu – zmieniło się przez ten czas nie do poznania.  Po drodze zajechaliśmy nad Wodospad nazywany Arbuzowym, bo dawniej spławiano nim arbuzy. Wychodziło taniej niż transportować je samochodami z odległych wiosek, a to że niektóre z nich rozbijały się spadając z 40-metrowego klifu (tyle metrów właśnie ma wodospad) i tak nie zmieniało faktu, że wodny transport się opłacał.


Co do samochodów to strasznie drogie tu paliwo! W przeliczeniu za olej napędowy wychodzi jakieś 7,50 zł, a i kupno samochodów jest ponoć dużo droższe niż u nas! W ogóle Turcja bardzo podrożała. W mojej pamięci zapisała się jako tani kraj, ale teraz większość cen, przynajmniej w okolicach Antalyi  (fakt, że to miejsca mocno turystyczne) jest wyższa niż u nas. Jedyne zakupy jakie zrobiłam to kilka Oczek Proroka (szklane amulety „odpędzające zły urok”) nabyte z myślą o znajomych, tradycyjne słodycze zwane lokum (rodzaj galaretek), no i okulary „Ray Bany” za całe 10 euro, oczywiście jak zapewniał sprzedawca „original”, ale rzecz jasna, koło oryginalnych nawet nie leżały.

Przy okazji wycieczki przeszłam też edukację jakich gestów i słów nie należy w Turcji używać.  Zaczęło się od tego, że turecki przewodnik,  który przez kilka miesięcy mieszkał w Polsce, przypomniał sobie reklamę jednego z naszych banków, gdzie na plakacie ktoś pokazywał palce zwinięte w popularną „figę”. Ten niewinny u nas gest, w Turcji uważany jest za bardzo obraźliwy i oznacza to samo co wyciągnięty w górę środkowy palec. Trzeba uważać również z pokazywaniem palców robiących „o” (czyli kółko) – jak np. w stosowanym turcja3.jpgwśród nurków geście „ok” – tutaj jest to zaproszenie do seksu. Werbalnie określa tego typu aktywność również zwrot: „tik-tak” – takie trochę nasze „bara-bara”. Lepiej też nie używać angielskiego słowa „sick”, co po angielsku niewinnie znaczy że ktoś jest chory - w tureckim żargonie jest to określenie męskiego narządu. Podobnie zresztą jak przekręcone nasze imię Jarek (po turecku wspomniany narząd to jarak).

A co do tureckich imion to też są ciekawe… Popularne są np. Burak, Baran… Współczuję Turkom którzy mając tak na imię pojawią się w naszym kraju i będą się przedstawiać: -Baran jestem!

Na koniec wycieczki wylądowaliśmy na tzw. Wieczorze Tureckim. Komercja do potęgi (najlepsze takie wieczory organizują w Kapadocji – polecam bo tam akurat warto). Hitem był „taniec eunucha”, czyli taniec brzucha w wykonaniu metroseksualnego faceta (czy faktycznie eunucha to rzecz jasna nie wiem), przebranego za motyla. Ogólnie - dość kontrowersyjne. Ale tak naprawdę folklor turecki jest bardzo ciekawy, zwłaszcza tańce ze wschodniej Turcji, podobne zresztą do tańców ludów kaukaskich, zwłaszcza Gruzinów. Pełne dynamiki, hiponotyzujące rytmem. Rewelacja!



30 maja, Riwiera Turecka
Plażowa udręka

Z podziwem patrzę na tych wszystkich, którzy od śniadania do kolacji niczym posągi zalegają na leżakach i smażą się w tym 30-stopniowym upale. Ja tak nie umiem…  Oczywiście opalona chciałabym być, ale żeby tak leżeć, jakoś mi się nie udaje.

turcja8.jpgWczoraj miałam rekord przebywania na słońcu, bo wraz z Tomkiem i Mariuszem, moimi podopiecznymi z grupy, a zarazem fajnymi kumplami, poszliśmy się przejść  na całkiem długi spacer wzdłuż plaży. Tutejsze plaże średnio temu sprzyjają, bo piasek jest żwirkowaty, więc idzie się mało wygodnie, a przy morzu – człowiek się zapada, ale jakoś daliśmy radę.

Właściwie jak okiem sięgnąć to tu tylko hotele i hotele. Jakieś 15 km dalej na zachód postawiono taki, który jest pomniejszoną kopią Kremla. Swoją drogą ciekaw, czy zrobili też Mauzoleum Lenina  :-).

Co do Rosjan to są tutaj dominującą nacją. Nawet Niemców jest mniej. Rezultat – trudno się dogadać po angielsku, choćby i w hotelowej recepcji, bo tutejsi Turcy uczą się teraz głównie niemieckiego i rosyjskiego. Swoją drogą ciekawe: część tutejszych turystów, tych starszych, niegdyś przeciw sobie walczyła, a teraz leżą obok siebie na sąsiednich leżakach.

Wracając do plaży – dzisiaj wytrzymałam na leżaku godzinę! I tak długo, ale tylko dlatego że słuchałam audiobooka, dokładniej książki „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” o mega sprytnym oszuście który nie dość że wzbogacał się na fałszywych czekach, to jeszcze latał po całym świecie za darmo, jako rzekomy pilot jednej z amerykańskich linii lotniczych (był też film oparty na tej fabule, z Leonardem di Caprio w roli głównej). Po godzinie jednak nie wytrzymałam – stwierdziłam że chyba wolę już nie być opalona, niż się męczyć w takich katuszach. Nawet nie chodzi o słońce i upał, ile o te bezczynne leżenie i nic nierobienie.



28 maja - Turecka Riwiera
Jak zdobywaliśmy prawo jazdy na osła...

turcja1.jpgDzisiejszy dzień spędziliśmy na wycieczce po okolicznych górach. Najpierw wywieziono nas na plantacje pomarańczy - okazało się, że występują one tutaj w dwóch głównych odmianach: Washington (dobre do jedzenia, bardzo słodkie) i Walencja (na soki). Warunki ich upraw są na tyle dobre, że zbiory osiąga się dwa razy do roku, co sprawia, że z sadów pomarańczowych (tudzież upraw granatów i grejpfrutów) żyje spora część tutejszych mieszkańców.


Potem były przystanki "starożytne" - najpierw kamienny most z czasów rzymskich (II wiek n.e.) który jak objaśniła nasza rosyjska przewodniczka trzeba było wzmocnić "aby nie ruchnął" (cóż za romantyczne słowo!), następnie rzymski akwedukt (też II wiek n.e.), aż w końcu ruiny ukrytego pośród gór miasta Lyrbe, powstałego w III wieku p.n.e., a wchodzącego w skład hellenistycznej Pamfilii. Tymi akurat ruinami byłam zaskoczona, bo kiedy w dawnych czasach często przyjeżdżałam do Turcji i kojarzyłam chyba wszystkie ciekawe miejsca, jakoś to Lyrbe mi umknęło. Okazało się że to jednak w miarę nowa sprawa - to znaczy ruiny odkryto już całkiem dawno, ale długo nie było drogi, którą mogliby dojechać turyści.

turcja6.jpgGłównym punktem programu miało być Zielone Jezioro, ale szczerze mówiąc jeziorko okazało się - przynajmniej dla mnie - mocno rozczarowujące. Popływaliśmy po nim stateczkiem, pokazano nam wystające z wody pozostałości szkoły (bo to zbiornik sztuczny, powstały ze wzgledu na zaporę i elektrownię wodną, więc trzeba było zatopić istniejącą tu wcześniej szkołę), potem zaś na brzegu była szansa pojeździć na osiołkach. Oczywiście skwapliwie z tego skorzystaliśmy, co zostało udokumentowane wręczeniem nam pamiątkowych "praw jazdy na osiołka"

Kolejny przystanek przy Farmie Strusi i Mini Zoo odpuściliśmy, no bo co, strusi i papug nie widzieliśmy? Stanęliśmy natomiast przy wodospadzie Manavgat i reprezentacyjnym meczecie miasta Manavgat, gdzie turyści mogą bez problemów wejść. Tym razem jakoś wyjątkowo nie wpakowano nam do programu żadnego sklepu, co wydawało mi się przez moment nawet podejrzane, bo Turcy niemal do każdego programu wkładają a to sklep z dywanami, a to ze skórami, onyksem czy ze złotem i nie ma co im tłumaczyć, że grupy to nie interesuje. Już się nie mogę doczekać, kiedy w lipcu pojadę powłóczyć się trochę po Turcji Wschodniej - tam przynajmniej jest spokojniej i nie ma takiej komercji jak tutaj. Z drugiej strony tłumaczę też swojej grupie, że to co widzą tutaj, nijak się ma do prawdziwego obrazu Turcji.


26 maja – Warszawa-Riwiera Turecka
Ze Szkocji do Turcji

Wiem, znowu nawalam z blogiem, ale w Szkocji, na wyjeździe z którego dopiero co wróciłam, trudno było znaleźć czas na pisanie. W każdym razie wyjazd był udany – zostałam ekspertką od whisky (zwiedzaliśmy dwie destylarnie), przepłynęłam się z grupą po jeziorze Loch Ness (słynny potwór nie raczył się pokazać), pojeździliśmy samochodami terenowymi po malowniczych górach, czyli ogólnie sporo się działo.


turcja4.jpgNo ale teraz już jestem w Turcji, dokładniej w okolicach Belek, gdzie mam dla odmiany grupę typowo wakacyjną. Tydzień pobytu w luksusowym hotelu all-inclusive, co oznacza mocne alkoholizowanie się części grupy, a dla mnie – zagrożenie że nici z efektów mojego biegania, bo 3 kg które z trudem udało mi się zrzucić, teraz szybko nadrobię (nie może być inaczej przy jedzeniu jakie tutaj jest).

Szczerze mówią miło raz na jakiś czas znaleźć się w takim luksusie, tym bardziej że w moich prywatnych, plecakowych podróżach pomieszkuję w warunkach zupełnego przeciwieństwa tego co jest tutaj. Z drugiej strony nie rozumiem ludzi, którzy przyjeżdżają do takiego hotelu często nawet na dłużej (niemieccy emeryci są tu po kilka tygodni) i kroku poza hotel nie zrobią. Potem się pewnie chwalą, że byli w Turcji, czy w jakimś innym kraju gdzie takie hotele są, tyle że nawet pojęcia nie mają jak ten kraj wygląda. Również i ten nasz hotel wygląda tak samo jak tysiące – wielki, anonimowy, po prostu moloch, a raczej turystyczna fabryka w której obsługa już się nawet nie sili na specjalną uprzejmość, bo nie ma na to czasu (trudno się dziwić skoro obsługują tysiące wczasowiczów, którzy zazwyczaj przychodzą tylko z problemami). Wczasowicze też rzadko kiedy zadadzą sobie trud, aby do obsługi się uśmiechnąć, zobaczyć w nich zwykłych ludzi – przecież zadaniem  personelu jest sprzątać, przynosić, służyć, pracować…  Właśnie z tych czysto ludzkich względów (chodzi o relacje z lokalesami) nawet jeśli kiedyś byłoby mnie stać, aby spędzić wakację w takim molochu, i tak wybiorę włóczęgę z plecakiem, albo choćby lokalny odpowiednik kameralnej agroturystyki.  Ale oczywiście – co kto lubi…



18 maja, Warszawa
Nagrodzona książka!

teliga1.jpgMam w tym roku dobrą passę... Po nominacji do nagrody Travelerów w kategorii "Wyprawa Roku 2011" oraz otrzymaniu wyróżnienia w kategorii "Żeglarstwo" na konkursie "Kolosy" (jedno i drugie za ubiegłoroczny rejs arktyczny na Czukotkę), 11 maja br. doszła kolejna nagroda będąca efektem moich żeglarskich zainteresowań.

Tym razem chodzi o wydaną przez Alma Press książkę "Kurs Arktyka", opisującą Przejście Północno-Zachodnie (mój rejs dwa lata temu, od Grenlandii na Alaskę na pokładzie "Solanusa"). Książka otrzymała prestiżową nagrodę im. Leonida Teligi (w kategorii literatury żeglarskiej), z czego cieszę się ogromnie, bo jest to nagroda którą od lat zawsze bardzo ceniłam, ale... nigdy nie przypuszczałam że sama kiedyś ją dostanę  :-).

Co do książki z ostatniego rejsu ("Anną" na Czukotkę) to już wiadomo, że wyda ją National Geographic, a ukaże się  prawdopodobnie w listopadzie.


 
logo travelery.jpg 
kolos-male.jpg
  
 



 




A wracając do Kolosów i Travelerów National Geographic - jeszcze raz dziękuję wszystkim którzy docenili trud naszego arktycznego żeglowania i zgłosili nas do nagród i/lub na nas głosowali. Przypomnę - chodzi o naszą ubiegłoroczną wyprawę arktyczną malutkim jachtem (s/y "Anna") przez Ocean Arktyczny z północnej Kanady na Czukotkę (załoga to ja i Börje Ivarsson ze Szwecji). Więcej o naszych zmaganiach z lodami, morzem, naszych dwukrotnych aresztowaniach przez Rosjan, postawieniem przed sądem, spotkaniach z białymi niedźwiedziami, życiu Inuitów/Eskimosów i Czukczów etc. możecie przeczytać na stronie rejsu: www.arcticexpedition.eu , albo klikając tutaj .



12 maja, Etosha-Tsumkwe-Windhoek (Namibia)
Buszmeni i pożegnanie z Afryką

namibia7.jpgWczoraj nie lataliśmy, więc dzisiaj mieliśmy dwa dwugodzinne loty. Jak to powiedział jeden z kolegów – dawno nie był tak „zalatany”, jak na tej wycieczce.

Najpierw, znowu bladym świtem, polecieliśmy na wschód, aż po granicę z Botswaną, do miasteczka Tsumkwe. Mieścina niewielka, nawet supermarketu w niej nie ma, za to jest szkoła z wielkim napisem: "No condom, no sex" (ma być to niby profilaktyka przeciw AIDS, w tym rejonie Afryki stanowiącym bardzo duży problem).

Celem naszej wizyty w Tsumkwe byli żyjący w okolicy Buszmeni. Szczerze mówiąc nastawiłam się na jakiś sztuczny „skansen”, a tymczasem byłam pozytywnie zaskoczona. Do Buszmenów których znam z Tanzanii tutejszym wprawdzie mimo wszystko daleko (ci tutejsi mają sandały ze starych opon i mieszkają w chatach, tamci ganiali na boso i mieszkali w szałasach), ale to co najważniejsze, to fakt, że wcale nie był to żaden skansen, tylko namibia8.jpgautentyczna wioska. Poza tym w przeciwieństwie do komercyjnych i zblazowanych Himbów, Buszmeni szczerze cieszyli się z naszego przyjazdu i byli bardzo spontaniczni.

Jak przystało na Buszmenów, mieszkańcy wioski posługują się językiem opartym na „klikaniu”, polują z łuków zatrutymi strzałami, zastawiają pułapki na zwierzaki, wiedzą z korzeni jakich roślin mogą otrzymać wodę... - zrobili nam cały pokaz buszmeńskiego survivalu. Szczerze mówiąc to aż żal było z tej wioski wyjeżdżać – co do mnie, to mogłabym spędzić w niej nawet kilka dni. Niestety, to już nasz ostatni dzień w Namibii. Trzeba było jeszcze dolecieć do stolicy, a raczej – na lotnisko międzynarodowe, gdzie mieliśmy przesiadkę na samolot do Europy.

Kiedy wylądowaliśmy w Windhoek, tym razem już na asfaltowym pasie (wcześniej były lotniska polowe), w otoczeniu wielkich samolotów i z terminalem z knajpkami i sklepami, jakoś żal mi się zrobiło, że to już koniec tej krótkiej, choć bardzo intensywnej afrykańskiej przygody.



11 maja, Park Narodowy Etosha (Namibia)
Na lwy-by…

Znowu nie dane było nam się wyspać… Pobudka o 5–tej, bo już o 6-tej otwierają bramy parku narodowego i można rozpoczynać poranne safari. Wyszło z tego „nekro-safari”, bo widzieliśmy (i czuliśmy) głównie zwłoki. Najgorzej śmierdział padły nosorożec, obsiadły przez stado sępów i marabutów. Była też padła żyrafa, potem rozszarpana antylopa, no ale zwierzyna żywa też się pokazała. Najciekawsze było spotkanie z lwem któremu zakłóciliśmy drzemkę, przez co wkurzony podszedł do nas i przyjął pozę jakby przymierzał się do skoku na nasz odkryty samochód. Ostatecznie sobie jednak darował i obszedł nas szerokim łukiem, podobnie zresztą jak szakale. Poza tym mieliśmy „las” żyrafach szyi (tak w ogóle to jedna żyrafa o świcie pasła się w hotelu tuż obok naszych domków), mnóstwo różnych antylop (w tym malutkie dik-diki i wielkie gnu), znudzonego kameleona, śmieszne guźce, śliczne kolorowe ptaszki nieznanego mi gatunku, no i słonie.


namibia3.jpgCo do słoni to niezwykły spektakl urządziły nam podczas popołudniowego safari, kiedy przyszły całym stadem do sadzawki. Coś fantastycznego – małe, duże, kroczyły z niezwykłą gracją, udowadniając jak krzywdzące jest dla nich określenie „ruszać się jak słoń w składzie porcelany”. W ogóle po południu było dużo więcej zwierząt i bliżej podchodziły.

Kolację zjedliśmy tym razem w plenerze, czyli w buszu. Głównym daniem była oczywiście antylopa (kudu). A zamiast światła – ognisko i świecące na niebie gwiazdy, w tym słynny Krzyż Południa. Tak na marginesie – komarów nie widziałam żadnych! Obsługa hotelowa potwierdziła, że nie ma tu malarii (przynajmniej o tej porze roku). Piszę o tym dlatego, że nasi lekarze chyba o tym nie wiedzą i uporczywie każdemu pacjentowi wciskają recepty na drogie i w końcu nieobojętne dla zdrowia Malarone (lek antymalaryczny).



10 maja,  Twyfelfontien – Opuwo – Park Narodowy Etosha
O naskalnych pingwinach i spotkaniu z Himbami

Nie pospaliśmy… Bladym świtem, o siódmej już siedzieliśmy w terenowych ciężarówach  i jechaliśmy oglądać tutejsze atrakcje. Najpierw zatrzymaliśmy się przy welwicziach – takich dziwacznych roślinach które mogą przeżyć na pustyni nawet i 2 tys. lat.  Specjalnie ładne nie są (długie, poszarpane liście), ale ze względu na swoją oryginalność i mały zasięg występowania (Namibia i południowa Angola), uznano je za rośliny narodowe Namibii.  Przy okazji zobaczyliśmy też drzewa mopane – najbardziej użyteczne z namibijskich drzew (mają właściwości lecznicze, a ich starte nasiona służą jako substytut perfum) oraz krzaczek który nazywa się euforbia (po polsku: wilczomlecz).  Mimo niewinnego wyglądu jest to roślina silnie trująca (przynajmniej gatunek jaki rośnie w Namibii). Freddy, nasz przewodnik, opowiedział historię sprzed kilku lat, kiedy liczącej 26 osób grupie robotników zepsuł się samochód. Czekając na pomoc, aby przeczekać zimną noc, rozpalili sobie ognisko. Na swoje nieszczęście zrobili je właśnie z krzaków euforbii, a co gorsze, jeszcze ugotowali na ogniu jakieś jedzonko. Nad ranem znaleziono siedzące przy wygasłym ognisku 26 postaci. Nikt z nich nie żył…


Okej, koniec koszmarów. Następnym przystankiem były tzw. Organ Pipe – ciekawe formy skalne, wyglądające niczym skupisko potężnych połamanych ołówków. Najważniejsze w Twyfelfontien są jednak malowidła naskalne. Zrobione przez Buszmenów mniej więcej 4 tys.-6 tys. lat temu, wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Przedstawiają m.in. słonie, żyrafy, nosorożce, ślady człowieka (nie wiadomo dlaczego – z sześcioma palcami!), a mimo że to pustynia odległa od morza pewnie z jakieś sto kilometrów, są też foki i… pingwiny, co stanowi niezbity dowód, że starożytni Buszmeni trochę po okolicy podróżowali. Ze względu na zimny prąd idący wzdłuż wybrzeży Afryki, pingwiny rzeczywiście mogą tu dotrzeć, ale z kolei Buszmeni musieli dojść do oceanu, a to dobre 100 km z hakiem.

namibia2.jpgZ Twyfelfotntien polecieliśmy na północ Namibii, w pobliże granicy z Angolą, do Opuwo. Dobre 1,5 godziny lotu, swoją drogą ładnego widokowo. Ale co tam widoki przy adrenalinie jaką zaaplikował nam pilot przy lądowaniu! Wraz z naszą załogą w składzie Tomek, ja i Freddy (przewodnik, pół Niemiec z  pochodzenia), lądowaliśmy jako pierwsi (na całą grupę mamy 5 awionetek). Mamy jakieś 30 metrów do ziemi, patrzymy przez okno, ale coś nie gra – nie mamy wysuniętych kółek. Okej, pilot wie co robi. Na wariometrze 20 m, a kół nadal nie ma, więc trącam pilota czy wie, że nie ma tych cholernych kółek. Pilot zajęty jest gadaniem z pilotami lecącymi za nimi, ale pokazuje gestem, że wszystko okej. Zostaje dziesięc metrów do pasa, teraz dla odmiany chłopcy z tyłu pokazują że nie ma kółek... Pilot - nic! Zostaje 5 metrów – kół nadal nie ma, a więc teraz już panicznie pokazuję i wrzeszczę próbując przekrzyczeć ryk silnika, że nie ma kół. W tym momencie pilot raptownie podnosi maszynę do góry… Uff, serce które już każdy z nas miał pod gardłem, wraca do normalnego stanu…  No cóż, po wyjściu z samolotu pilot tłumaczył nam, że robił nalot „czyszczący” aby odgonić chodzące po pasie lotniska bydło… Nie wiem, może to i prawda, a może tylko tak ściemniał, bo rzeczywiście o tych kółkach zapomniał? Jedno jest pewno, przeraził nas nieźle!

Co do Opuwo to jest to niewielkie miasteczko, które traktuje się jako bazę wypadową do mieszkających w okolicy wiosek Himbów. Z różnych plemion mieszkających na terenie Namibii to akurat Himbowie są najbardziej znani. Zwłaszcza kobiety są fotogeniczne - smukłe, przystojne, w spódniczkach ze skóry, topless, pomalowane czerwoną glinką. Po rodzaju biżuterii i wymyślnych fryzurach można zorientować się czy mamy do czynienia z dojrzewającą dziewczynką, panną na wydaniu, mężatką czy rozwódką. Ogólnie Himba, jako lud koczowniczy często przebywający na terenach gdzie woda jest często na wagę złota, nigdy się nie myją, tylko okadzają dymem z różnych ziółek, ale całkiem dobrze to działa, bo choć trochę ich czuć, to da się wytrzymać. To co się zwykle najbardziej podoba białym turystom to fakt, że panowie Himba chętnie udostępniają swoje żony gościom, no bo w końcu czym chata bogata…

namibia4.jpgJak się można domyślać, Himbowie coraz szybciej się cywilizują. Przykładem choćby wódz wioski, który wyszedł na nasze powitanie. Półnagi, ale… przy pasku miał telefon komórkowy. Potem okazało się, że nie ma tam wcale zasięgu, a aparat to atrapa kupiona w „chińskim sklepie”, no ale nie ma to jak błysnąć atrybutem nowoczesności.

Na zdjęciach Himbowie wyglądają egzotycznie, ale coraz więcej z nich ma po dwa domy – jeden w mieście i chatę w wiosce. Młody chłopak będący naszym przewodnikiem w ogóle ma nowoczesne podejście – choć go stać na więcej, chce mieć tylko dwie żony, jedną Himbę, a drugą z plemienia Herero (różnią się m.in. ubiorami, ale język mają taki sam). Mało tego - z każdą z nich chce mieć już tylko 5 córek, chociaż dawniej normą było po 10 albo i więcej. Chętniej od synów widziane są córki, bo traktuje się je jako kapitał – za każdą z nich można od przyszłego męża dostać nawet po kilka krów, a jak nie wyjdzie z krowami, to przynajmniej rodzina wzbogaci się o kilka kóz. Posiadanie syna to kiepski interes bo wiąże się z wydatkami...

namibia1.jpgNa koniec dnia polecieliśmy do Parku Narodowego Etosha, gdzie będziemy mieli najbliższe dwa noclegi. Wyszedł z tego fantastyczny dwugodzinny lot, z niezwykłymi widokami na sawannę, wielkie słone jezioro i niebo zamalowane kolorami zachodzącego słońca. W pewnym momencie Martin (nasz pilot) zniżył się tuż nad taflę jeziora jakby ścigając się z lecącymi tuż obok nas flamingami. Wysokościomierz pokazywał zaledwie kilkanaście metrów do ziemi, czy raczej wody, tuż obok mieliśmy "różowe strzały" (flamingi znaczy się), a przez okno widać było dwa inne nasze samoloty z tym przepięknym zachodzącym słońcem w tle. Przypomniały mi się rajdy powietrzne w jakich kiedyś uczestniczyłam w czasach kiedy latałam na motolotniach i... zrobiło mi się trochę żal, że odpuściłam swoje powietrzne pasje.

A tak w ogóle to dzisiaj luksusy, bo śpimy w pięciogwiazdkowym Kempinskim. Jak przystało na renomowaną sieć hoteli, lotnisko dla awionetek jest na terenie hotelowym. Mieszkamy tuż na obrzeżach parku narodowego, ale przedsmak safari już mamy – na przybasenowym trawniku pasą się antylopy (tzw. springbock`i). Obsługa zapewnia, że to tutejsze "maskotki", czyli nie grozi im zjedzenie na kolację.


9 maja, w Twyfelfontien (Namibia)
Polizana przez geparda!

Mimo całonocnego lotu nie mieliśmy dzisiaj taryfy ulgowej i czasu na leniuchowanie. Prosto z lotniska pojechaliśmy do Naankuse Lodge – miejsca gdzie można oko w oko spotkać różne afrykańskie zwierzaki (choć kozy i psy też były). Co ważne – nie jest to tylko jeden z dziesiątków ośrodków powstałych wyłącznie z myślą o zarabianiu na turystach, ale także miejsce, gdzie realizuje się różne projekty naukowe i prowadzi działalność społeczną. Co do tych projektów naukowych to zrobiono nam np. wykład o lampartach i gepardach (te drugie dają się oswoić, pierwsze - nie) i wyjaśniono, jak się je monitoruje. Jeszcze do niedawna wkładano im do brzucha nadajnik GPS, ale okazało się, że promieniowanie jakie urządzenie tworzyło, sprawiało że zwierzaki umierały na nowotwory. Teraz preferuje się system obroży z nadajnikiem, co jest mniej szkodliwe dla zwierzaka, aczkolwiek średnio wygodne, bo nieco ciężkie. Chłopak z Niemiec który prowadzi te badania mówił, że każda taka obroża to 3600 euro!  Czyli dwie obroże i miałabym pokryte koszty wyprawy na moje wymarzone Cho Oyu (himalajski ośmiotysięcznik na który się jesienią wybieram, choć ciągle nie mam potrzebnych funduszy).


blog2.jpgWracając do gepardów… Mieliśmy okazję wejść do ich „zagrody” i pogłaskać takie 2,5 roczne „kociaki”! Ale piękne to zwierzęta! Jeden z nich zaczął mnie lizać po ręku, mrucząc przy tym tak, że nie wiedziałam czy to objaw sympatii, czy sygnał: zaraz odgryzę ci tę kończynę…  Swoją drogą język geparda jest mocno szorstki, taka tarka zapewniająca naturalny peeling. 

Po gepardach zatrzymaliśmy się też przy zagrodzie likaonów (dzikie, afrykańskie psy, podobne do hien, tylko bardziej wyrośnięte). Ich jednak nie głaskaliśmy, tylko wrzuciliśmy im kostki zmrożonej koniny. Zmrożonej, bo to bardzo żarłoczne zwierzaki, a zmrożone mięso trudno pogryźć, więc starcza im na dłużej.

Zmrożoną koniną nakarmiliśmy też lwy. Trzy: dwie samice i jednego samca. Oczywiście samiec pierwszy dorwał się do jedzenia, w ogóle nie zwracając na panie uwagi. Mało dżentelmeńsko, ale widać – prawo buszu (w przenośni  i dosłownie). Kiedy wspomniałam grupie, że lwy w czasie rui parzą się nawet 50 razy dziennie, przewodnik życzliwie doniósł, że w tym przypadku pan lew to akurat nie do końca pełnowartościowy okaz, bo zgodnie z namibijskim prawem dotyczącym osobników trzymanych w niewoli, trzeba było pozbawić go możliwości posiadania potomstwa.

blog6.jpgZ kotów mieliśmy jeszcze spotkanie z karakalem, czyli inaczej rysiem stepowym, w tym przypadku oswojonym. Pierwsza wspomniana przeze mnie nazwa tych ślicznych kotów pochodzi od tureckiego słowa karakulak, co znaczy "czarne ucho".  Dokładniej - chodzi o czarne "pędzelki" na końcówkach uszu. Tak na marginesie to fajna, bo łatwa do zapamiętania jest nazwa łacińska: prozaiczne caracal caracal.

Aaa, jeszcze byliśmy w zagrodzie pawianów. W Namibii tych małp jest tyle, że każdy może do nich strzelać, tak dla "sportu", nawet nie zabierając ciała. Pawiany z lodge`u wiedzą że wygrały los na loterii, bo są tu bezpieczne, tak więc nie zamierzają nigdzie uciekać, a wręcz przeciwnie – przebiegle czy wręcz lizusowsko tulą się do swych opiekunów. Do turystów też, ale ostrzegano nas, aby nie zmyliło to naszej czujności, bo przy okazji mogą dać popis swoich złodziejskich umiejętności.

Bardzo mi się podobała też szkoła. To znaczy jej idea. Powstała z myślą o buszmeńskich dzieciach, które nie znając angielskiego mają problem, by sobie poradzić w szkołach. W tej sytuacji uznano, że trzeba je angielskiego nauczyć i do szkoły przygotować. Ciekawe że w Namibii w użyciu jest aż 28 języków! Najbardziej powszechny poza językami plemiennymi jest afrikaans. Angielskim posługuje się zaledwie… 1% dwumilionowego społeczeństwa, mimo to uznano, że to właśnie jest najbardziej istotny w komunikacji międzynarodowej język i zrobiono go urzędowym.

blog4.jpgPopołudniu przenieśliśmy się już na północ Namibii. Ponieważ cały wyjazd trwa raptem 4 dni, aby zaoszczędzić na czasie mamy wynajęte awionetki. Dzięki temu po półtoragodzinnym locie wysiadaliśmy już w pustynnym  Twyfelfontien na północy kraju. Zwiedzanie okolicy –  jutro…



8 maja, w samolocie z Frankfurtu do Namibii
Gdzieś nad Afryką…

W Warszawie jestem tak zagoniona,  że na pisanie bloga po prostu nie mam czasu. Na wyjazdach też się ciągle dzieje, ale mimo wszystko zdarzają się chwile luzu, więc większa szansa że pojawią się jakieś wieści.


Po miesiącu niewyjeżdżania (czytaj: głównie pracy nad książką) czeka mnie bardzo „wyjazdowy” miesiąc, w charakterze pilota (tour-leadera). Właśnie lecę do Namibii z moją ulubioną grupą, z którą się już dobrze znam i zawsze jest bardzo fajnie. Jak na razie mamy nocny lot, 10 godzin w samolocie linii Air Namibia, które jeśli chodzi o obsługę i standard są takie sobie, ale ich plusem, przynajmniej dzisiaj, jest fakt, że samolot jest prawie pusty i większość z nas ma po 3-4 miejsca, przez co można całkiem wygodnie pospać.  No to idę spać…



3 maja, Warszawa
Patriotyzm na biegowo

blog-bieg1.jpgRocznicę Konstytucji 3 Maja uczciliśmy całą rodziną dość aktywnie, na odbywającym się na warszawskiej Agrykoli Biegu Konstytucji (dystans 5 km). Gwoli ścisłości to tylko ja biegłam, ale w konkurencji nordic-walking wystartował mój tata, zaś aktywność Miśka (mojego męża), Brombka (mojego brata) i małego Adasia (synka mojego brata) polegała na tym, że nam kibicowali.


Nie ukrywam, że biegło mi się wyjątkowo ciężko bo: 1) na śniadanie zjadłam pół miski sałatki jarzynowej, a to chyba nie był dobry pomysł;  2) początek trasy prowadził pod górę, a co innego chodzić po górach, a co innego wbiegać po asfalcie;  3) było nieziemsko gorąco blog-bieg2.jpg(bieg odbywał się w samo południe), a jakoś przeoczyłam w regulaminie, że po drodze nie będzie nic do picia i w rezultacie omal nie padłam z pragnienia;   4) krótkie dystanse nie są moją dobrą stroną, bo to biegi szybkie, a ja wolę swoim tempem, ale dłuzej. Rzecz jasna dobiegłam, zajmując 1515 (!) miejsce, czyli przy trzech tysiącach zawodników jeszcze może być (tym bardziej że większość biega w jakichś klubach). Tata był w sumie lepszy bo zajął 36 miejsce na 99 startujących. Udany debiut, zwłaszcza jak na 70-latka z hakiem!

A swoją drogą bardzo motywujące są takie masowe biegi, bo przynajmniej widać, że duch w narodzie nie ginie i na szczęście nie brak takich, którzy lubią spędzać aktywnie czas. Inna sprawa, że ja akurat miłośniczką biegania specjalnie nie jestem – motywuje mnie do tego wyłącznie przygotowanie do jesiennej wyprawy na Cho Oyu, by ośmiotysięcznik nie ukarał mnie za brak kondycji. Biegam cztery razy w tygodniu, każdorazowo po 7-8 km. Może wystarczy?



30 kwietnia, Warszawa
Zagubiona wiewiórka


Tematem dnia wśród mieszkańców naszego podwórka była dziś wiewiórka. Malutka, wystraszona, przesiedziała cały upalny dzień na rachitycznym krzaku bzu, broniąc się przed mającymi na nią chętkę kotami i ptakami. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że podwórko pod moim blokiem na pewno nie jest w typie wiewiórek – większość jego powierzchni zajmuje parking a drzewo z prawdziwego zdarzenia jest raptem jedno.
 
blog-wiewiorka.jpgCo do mnie to dowiedziałam się o wiewiórce dopiero późnym popołudniem, kiedy do domu wrócił mój mąż i wspomniał, że jak wychodził do pracy to wiewiórka już była, a teraz jak wrócił, nadal była. Misiek to na pozór twarde chłopisko, ale serce ma wrażliwe, tak więc nie krył oburzenia, że nikt w międzyczasie biedną wiewiórką się nie zajął. W tej sytuacji nie omieszkałam zadzwonić do straży miejskiej, aby może coś ze zdezorientowanym zwierzęciem zrobili, ale pan w Straży Miejskiej stwierdził krótko, że „skoro przyszła, to i sobie pójdzie”. Tłumaczenie że sobie nie pójdzie, bo jest za mała, a dookoła tylko beton, zaparkowane samochody i nieco dalej bardzo ruchliwa ulica, pana nie wzruszyły.

Skoro tak, to w następnej kolejności zadzwoniłam do znajdującej się 200 metrów od naszego podwórka lecznicy dla zwierząt. Blisko, więc stwierdzili, że chętnie by pomogli, ale mają tylko jednego lekarza, który nie może wyjść z dyżuru, a poza tym nie mają drabiny. Okej, argument przekonywujący, przynajmniej z tym lekarzem, bo drabinę by się załatwiło. Pomyślałam że może wiewiórkę sama zdejmę i odtransportuję do Łazienek, ale coraz bardziej przerażony mały rudzielec ani myślał schodzić, krzak bzu był za słaby by na niego wejść, a poza tym w gronie sąsiadów zastanawialiśmy się czy zwierzak nie ma wścieklizny. Ostatecznie umówiliśmy się, że każdy kto może znowu będzie naciskał Straż Miejską (mają tam ponoć jakiś Eko-patrol), co chyba w końcu dało jakiś efekt bo strażnicy przyjechali. Problem tylko w tym, że podeszli do… innego krzaka (bo są trzy) i nic na nim nie widząc, nim ktokolwiek zdążył ich zawołać – odjechali.

Mocno wkurzona i poruszona losem wiewiórki zebrałam się w sobie i wyszukałam w Internecie kolejny telefon, tym razem do podlegającej pod Straż Miejską dyżurki Lasów Państwowych. Tu już trafiłam na pana bardziej kompetentnego, który wyjaśnił mi że podkładanie wiewiórce miseczki z wodą, jak to zrobił jeden z sąsiadów, nie ma sensu, bo i tak się nie napije, co nie zmieniało faktu, ze pan wyraźnie nie miał zamiaru przyjeżdżać. Może niepotrzebnie wspomniałam o pomyśle samodzielnego ściągnięcia wiewiórki i naszych obawach co do wścieklzny. Pan słysząc to stwierdził, że super, jak najbardziej, możemy nasz plan zrealizować, bo wiewiórki wścieklizny nie mają. Byłam jednak upierdliwa – stwierdziłam, że skoro pan reprezentuje służby miejskie, to jednak mógłby przyjechać. W odpowiedzi usłyszałam że :”jestem przewrażliwiona” (rozumiem że chodziło o zwierzęta).

Jak się skończyło? Nikt nie wie… Rano wiewiórki nie było. Mam nadzieję że nie zżarły jej koty…





4 kwietnia, Warszawa
Wiosenne inwestycje (w siebie)

Wiosny co prawda za bardzo jeszcze nie czuć, ale w kalendarzu niezbicie widać, że jest kwiecień, czyli teoretycznie jednak wiosna. Nie bez znaczenia jest też fakt, że najprawdopodobniej w kwietniu nigdzie po świecie włóczyć się nie będę, bo poza wyjazdami do Sopotu, Pszczyny i Łodzi ogólnie siedzę i stukam klawiaturę, bo jak teraz nie skończę książki o ostatnim rejsie, to już chyba nigdy jej nie skończę.

Ale do rzeczy… Jak to typowa kobieta, w przerwie między pisaniem a kolejnym rajdem do lodówki (jakoś mnie tak zawsze przy pisaniu bierze), spojrzałam w lustro, potem kilka razy stanęłam na wag (kilka razy, bo oczywiście uznałam że jest zepsuta, bo zawyża), no i doszło do mnie, że po zimie wyglądam jak pulpet. No, może bez przesady, ale 4 kg, nawet nie tyle dla obsesji odchudzania, ile dla własnego samopoczucia, muszę zrzucić. Z tego powodu od poniedziałku uważam bardziej na to co jem (koniec z ptasim mleczkiem!) i zaczęłam biegać. Postanowienie – w miarę możliwości kilka razy w tygodniu machnąć te 5-7 kilometrów. Motywację mam mocną, bo w lipcu jadę w tak zwane góry wysokie (jeszcze nie wiem czy McKinley na Alasce czy Pik Lenina w Pamirze, ale na pewno gdzieś ambitnie) więc wypada popracować trochę nad kondycją.

Biegi biegami, ale zapisałam się też na… kurs samoobrony dla kobiet. Tylko proszę się nie śmiać… Właściwie to wcale mi nie zależy aby spuszczać komuś łomot, ale doszłam do wniosku że przy moim trybie życia dobrze jest coś w tym zakresie umieć. Kurs jest fajny, bo nikt nie zamierza zrobić z nas umięśnionych dżudoczek, za to dowiadujemy się jak przykładając niewielką w sumie siłę poradzić sobie choćby z pijakiem czy całkiem sporym drabem.

Ale to jeszcze nie wszystko… Wiosna inspiruje i pobudza, tak więc postanowiłam w ramach inwestycji w siebie trochę się też porozwijać intelektualnie, tudzież zawodowo. Z tej to okazji zapisałam się jeszcze na szybkie szkolenie fotograficzne oraz kurs obsługi programu Photoshop. Efekt? Teraz to już zupełnie nie będę miała na nic czasu…

Tylko kiedy ja tę książkę napiszę???



1 kwietnia, w samolocie z Monachium do Warszawy

galtur1.jpgW pięknym stylu zakończyłam sezon narciarski.  Jeździliśmy wprawdzie tylko do obiadu, bo potem trzeba było się zbierać na samolot, ale za to jaka to była jazda! Super warunki śniegowe, błękitne niebo, piękne widoki…  Odpuściliśmy słynne Ischgl (tam gdzie jest 250 km tras), tym bardziej że z okazji weekendu walił tam dziki tłum (może też i dlatego że w organizowanych tam dzisiaj zawodach miał wystąpić sam Wielki Książę Luksemburga), pojechaliśmy zaś do uroczego i kameralnego Galtur, gdzie jest „tylko” 40 km tras, o dziwo – niemal pustych. Naprawdę żal było zdejmować narty.


Teraz już jesteśmy w samolocie. Kapitan poinformował nas, że właśnie przelatujemy nad Pragą… Ale ten świat się „skurczył”. Tydzień temu byłam jeszcze w Kathmandu, w niedzielę w Delhi, w poniedziałek w Amsterdamie… Przez najbliższe 3 tygodnie wszystko wskazuje, że nigdzie nie latam. A potem znowu – w ciągu miesiąca będzie Hiszpania, Namibia, Szkocja, Turcja i Dania… Im więcej podróży tym staję się większą domatorką. Wiem , brzmi to paradoksalnie, ale naprawdę cieszą mnie powroty i cztery ściany mojego strychu (mieszkam na adaptowanym poddaszu). Nawet nie przeszkadza mi to wdrapywanie się na piąte piętro, bo windy w bloku nie ma. Inna sprawa że podróże sprawiają że się mniej narzeka. Po afrykańskich drogach nie rusza mnie nawet dziurawa niczym ser ulica pod moim domem, po przejechaniu się ulicami Delhi warszawscy kierowcy wydają mi się prawdziwymi dżentelmenami, doceniam takie rzeczy jak wygodne łóżko, ciepłą wodę, wannę, to że mam co jeść, że mieszkam tu gdzie mieszkam. Polska jest naprawdę w porządku!


30 marca 2012 r., Ischgl (Austria)
O nartach i tzw. obiecujących dziewczynach


ischgl-stoki.jpgLedwo chodzę! Skatowałam się na stoku jak rzadko kiedy.  Dziś jeździliśmy w Ischgl gdzie bez odpinania nart (chyba że przy wejściu do gondolki) jest około 240 km tras. Część z nich jest już po stronie szwajcarskiej, tak więc zrobiliśmy sobie wypad na szwajcarską kawę, a Andras (Austriak, który z nami dzisiaj jeździł jako przewodnik), skwapliwie skorzystał z okazji i w sklepie o konkretnej nazwie „Szmuglerska chata” zakupił papierosy, które u Szwajcarów są ponoć o połowę tańsze niż w Austrii (to z racji tego że rejon Samnau, czyli miasteczko po stronie szwajcarskiej to strefa wolnocłowa). Tak na marginesie to Szwajcarzy przyjeżdżają na stronę austriacką zjeść obiad, bo jest sporo taniej niż u nich.


Ponieważ moi koledzy to „ściganty” którzy jeżdżą tempem zawodowców, tak więc żeby nie było że opóźniam, musiałam się nieźle napocić. Na dodatek do południa była dość kiepska pogoda (na dole deszcz, u góry śnieg, do tego chmury i mgła), więc stoki się optycznie wypłaszczały, co zwłaszcza na czarnych trasach przyjemne nie było, bo trzeba było jechać „na ślepo”. Za to po obiedzie była już bajka – błękitne niebo, piękne widoki. W międzyczasie zamieniłam sobie narty na deskę snowboardową, co sprawiło, że mimo że ekipa zjechała już ischgl-kolejka.jpgwcześniej, ja wykorzystałam czas dosłownie do ostatniego wyciągu. Nie skusiły mnie nawet smsy kolegów że są na dole w barze apres ski – pal sześć sznapsy skoro to już przedostatnie zjazdy w tym sezonie.

Co do apres ski to Ischgl słynie jako miejsce dość „imprezowe”. Trudno się dziwić, że to również mekka poszukujących wrażeń singli, no i wszelkie chwyty są dozwolone aby zwrócić na siebie uwagę. Choćby ubiór – jak to określili moi koledzy – „obiecujący” (dotyczyło to dwóch mocno wymalowanych Rosjanek siedzących w wypożyczalni sprzętu w białych kombinezonach obszytych futrem diabli wiedzą z czego i w długich kozakach zwracających uwagę na - faktem jest – zgrabne nogi).  Wieczorem, w dyskotece do której się wybraliśmy, mieliśmy dalszy ciąg tego, jak się wypada "lansować" (jak ja nie lubię tego słowa...). Najbardziej wkurzali mnie kolesie tańczący  z palącymi się papierosami w ustach – w moich oczach dyskwalifikacja od pierwszego momentu, co nie zmienia faktu, że bawiłam się fajnie (rzecz jasna nie ze wspomnianymi palaczami). Tak na marginesie to w owej odwiedzonej przez nas dyskotece („Arena” – jedna z dwóch najważniejszych), można znaleźć polską obsługę – nasz rodak jest szatniarzem, z kolei jedna z barmanek to Agnieszka.


18-29 marca, Ischgl-Kappl (Austria)
Z Nepalu na alpejskie stoki


Moje życie wróciło na „normalne” tempo. „Normalne”, czyli zwariowane, do tego stopnia, że sama czasem nie nadążam. Dopiero co, konkretnie w poniedziałek, wróciłam z Indii i Nepalu (pozdrowienia dla super fajnej ekipy, jaka trafiła mi się w ramach pilotowanej przeze mnie grupy!), a już w środę rano wyleciałam na wyjazd dziennikarski do Austrii. Szczerze mówiąc  byłam święcie przekonana że narty w Austrii mam dopiero od czwartku, tak więc trochę się ischgl-ekipa.jpgzdziwiłam, kiedy zupełnie przypadkowo zerknęłam w program wyjazdu, co miało miejsce we wtorek około 23-ej i zorientowanie się, że za 6 godzin mam być na lotnisku, bo bilet jest na poranek w środę a nie na czwartek.


Na zdjęciu obok: W należącym do regionu Ischgl podregionie Kaphl przy starcie jednej z tras jest znak... autostrady.

Cóż było robić – obudziłam śpiącego już Pawła (mojego męża) i wyjaśniłam mu, że sorry, że byłam w domu tylko jeden dzień, ale rano mnie już nie zobaczy, bo nieoczekiwanie muszę wylecieć. Paweł zniósł to mężnie (przyzwyczaił się już do różnych niespodzianek), za to gorzej było z nawałem spraw, jakie miałam wpisane w kalendarzu na środę. Część rzeczy udało mi się odkręcić jeszcze przed wylotem z Warszawy, pozostałe – po przylocie do Monachium, tak więc teraz mogę się już cieszyć beztroską jazdą na nartach, tym bardziej że Ischgl to jeden z najlepszych ośrodków narciarskich. Już po pierwszym dniu ledwo żyję, bo ekipa z którą jeżdżę (Filip i Tomek) jest mocna, co oznacza niezły wycisk. Najważniejsze, że przeżyliśmy – cali i zdrowi, chociaż dużo bym teraz dała za usługi dobrego masażysty  :-).


10-11 marca –Gdynia
Niech żyją Kolosy!

Odbywające się w marcu w Gdyni Ogólnopolskie Spotkania Alpinistów, Podróżników i Żeglarzy, zwane "Kolosami" (od nagród które są tam przyznawane) to moja ulubiona impreza podróżnicza. Cóż, przepraszam organizatorów innych festiwali tego typu, ale naprawdę uważam "Kolosy" za wyjątkowe. Wiem, że niektórzy zarzucają, że to już teraz masówka – fakt, ja sama z sentymentem wspominam czasy kiedy stłoczeni niczym sardynki w puszcze siedzieliśmy na podłodze Teatru Miejskiego, a żeby dostać się na prelekcje, trzeba było odstać w kolejce kilka godzin. Kolejki teraz wprawdzie też są, ale przynajmniej szybciej idą, bo na widowni hali widowiskowej mieści się kilka tysięcy osób, no i na ekranie więcej widać, bo jest ogromny.


To że "Kolosy" cieszą się tak dużym zainteresowaniem mimo zarzutu masówki jednak cieszy. W końcu to fajne i budujące, gdy widzi się, że mimo zabiegania, pędu do kariery, konkurencji telewizji czy internetu, wciąż  mnóstwo ludzi interesuje się podróżami, rejsami, aktywnym spędzaniem czasu. Poza tym to impreza działająca mocno inspirująco. Sama bardzo się cieszyłam, kiedy po seminarium podróżniczym, które prowadziłam, usłyszałam od kilku osób, że zachęciłam ich do wyruszenia w świat, bo do tej pory osoby te tylko chciały, a teraz już się zdecydowały.

A co do Kolosów jako nagrody.... Nagroda jest czysto honorowa (żadnych korzyści materialnych poza ładnie wygrawerowaną plakietką i miniaturką posągu z Wyspy Wielkanocnej nie ma), ale przynajmniej dla mnie to najbardziej prestiżowa z nagród tego typu. Co ważne - sprawiedliwie przyznawana. Wiem coś o tym, bo przez wiele lat byłam w Kapitule Kolosów i wiem jak uczciwie wszyscy podchodzili do podejmowanych decyzji, a choć głosowania były burzliwe, z ręką na sercu moge powiedzieć że  bezstronne (w przeciwieństwie do na przykład takiego Rejsu Roku, gdzie też jest burzliwie, ale stronniczo, bo w głosowaniu jest dużo tak zwanej „polityki” i ubijania interesów).

kolos-male.jpgCieszę się, bo w tym roku w kategorii „Żeglarstwo” wyróżnienie dostał nasz rejs (czyli mój i Börje ) na „Annie” na Czukotkę, natomiast „Kolos” przypadł „Solanusowi” na którym też przecież po części żeglowałam – od Grenlandii na Alaskę.
 
Wydawałoby się, że coraz trudniej wymyślić coś, co byłoby czymś trudnym, oryginalnym i zasługiwałoby na nagrodę Kolosa. Dowodem tego choćby i to, że w tym roku w kategorii „Alpinizm” nie przyznano głównej nagrody – nawet wejście na K2 Darka Załuskiego dostało „tylko” wyróżnienie! Pamiętam, jak będąc w Kapitule wrażenie zrobił na nas Sylwek Czerwiński, skromny piekarz, który wybrał się na rowerze do Pekinu. Teraz rowerzystów robiących podobne eskapady jest już wielu, zresztą podobnie jak autostopowiczów jeżdżących dookoła świata, co rzecz jasna euforii Kapituły już nie wzbudza. A jednak co roku znajdą się tacy, przy których z wrażenia opada szczęka. Na przykład taki Alek Doba, który przepłynął kajakiem Atlantyk (dostał Superkolosa) czy Piotr Kuryło -  laureat Kolosa w kategorii Wyczyn Roku. Piotrek pochodzi z małej wsi koło Augustowa i jak gdyby nic, ot tak sobie, pobiegł dookoła świata. Bez żadnych sponsorów, zainteresowania mediów, po prostu dla siebie, a raczej w konkretnej intencji. Gość jest niesamowity, a przy tym niezwykle skromny. Do Kolosów zgłosił go ktoś tam, bo on sam o nagrodzie i imprezie nawet nie słyszał. Co mogę powiedzieć – chylę czoła i trzymam kciuki za kolejne pomysły Piotrka, licząc przy tym że to że z dnia na dzień stał się znany nie zmieni go za bardzo.

Oczywiście za innych też trzymam kciuki... Zwłaszcza za Olę Dzik - jedną z naszych najlepszych wspinaczek górskich, która w tym roku dostała Nagrodę im. A. Zawady. To akurat nagroda związana z kasą - Ola dostała 15 tys. na zimową wyprawę, w trakcie której chce zdobyć Noszak - drugi co do wysokości szczyt Hindukuszu. Mieszkałam z Olą w trakcie Kolosów w jednym pokoju, przez co miałyśmy okazję na spokojnie sobie pogadać. Fajna dziewczyna, rozsądna i na pewno jeszcze wiele osiągnie!



4 marca, Warszawa
Filmik "made by Hana"


Jakiś czas temu, choć tak naprawdę niedawno, poznałam Hanę (tak naprawdę to ma na imię Halina). Super kobieta – mimo różnych doświadczeń życiowych tryskająca energią,  humorem, a do tego pracowita tak, że aż człowieka zatyka z wrażenia. Kilka dni temu dostałam od Hany zmontowany przez nią filmik ze mną w roli głównej  :-), choć z braku wyboru zdjęć zapewno nie było łatwo stworzyć takie dzieło! (Hana ode mnie żadnych materiałów nie dostała; to co wykorzystała, zdobyła jakimiś swoimi kanałami).  Filmik dotyczy rejsu na „Solanusie” (w 2010 roku, przez Przejście Północno-Zachodnie) i sami oceńcie jak Wam się podoba. I koniecznie podkręćcie głośniki, bo nie mniej ważna od samego filmiku jest muzyka!


Dla obejrzenia - kliknij tutaj




15-16 lutego, Bakuriani - Tbilisi (Gruzja), powrót do Polski
Ostatnie narty, pożegnanie z Zakaukaziem

gruzja46.jpgTo był ostatni w tej podróży, za to najlepiej wykorzystany dzień. Na pożegnanie z Gruzją postanowiłam wyskoczyć jeszcze do Bakuriani – drugiego z gruzińskich ośrodów narciarskich. Ponieważ to 3 godziny jazdy od Tbilisi, z dużym bólem zwlekłam się jeszcze po ciemaku z hostelowego wyra i starając się nie zbudzić śpiącego na sąsiednim łóżku Irańczyka (bo spałam w Sali wieloosobowej) zabrałam potrzebne bety i po szybkim śniadaniu (buła plus jogurt) pojechałam metrem na dobrze mi znajomą stację marszrutek. Co do metra, to bardzo przypomina moskiewskie – też ma bardzo głęboko położone stacje do których zjeżdża się schodami ruchomymi długo, bardzo długo…


W marszrutce jak zwykle przy moim szczęściu byłam pierwsza, co oznaczało półtoragodzinne czekanie aż się zapełni. A dzisiaj wyjątkowo zależało mi na czasie, bo wieczorem musiałam być już z powrotem w Tbilisi, na lotnisku. Tymczasem nawet jak już się w końcu zebrał komplet pasażerów, kierowcy wyjątkowo się nie spieszyło. Jak przystało na typowego Gruzina kilkanaście razy gdzieś chodził, potem jak już się wydawało że zamierza odjechać, bo włożył kluczyki do stacyjki – przypomniało mu się, że musi kupić papierosy, a jak już miał papierosy to zobaczył kumpla i musiał pogadać. Tyle że potem przyszedł drugi kumpel, a potem gruzja51.jpgkuzynka z wnuczką, więc była jeszcze seria zachwytów nad dziecięciem. Uprzejmości towarzyskie zajęły prawie pół godziny, w trakcie których towarzystwo ścieśnione w mikrobusie nie pisnęło ani słowem! Miałam wrażenie że jedyną osobą która się niecierpliwi, jestem – ja!

W końcu jednak ruszyliśmy. Moje szczęście nie trwało jednak długo, bo po 5 minutach kierowca zjechał na stację benzynową, gdzie rzecz jasna spotkał kolejnych kumpli. Tym razem jednak gadali krótko – zaledwie kwadrans, więc okej. Później, jeśli nie liczyć jednego zjazdu z głównej drogi do jakiegoś domu, z którego kierowca coś tam zabierał (znowu – dla pasażerów w busie była to sprawa zupełnie naturalna), podróż minęła już w miarę sprawnie.

Droga do Bakuriani biegnie przez większą część doliną rzeki Mtkvari – w wersji gruzińskiej lub łatwiej do wymówienia - Kury – w wersji rosyjskiej (to ta sama rzeka, która przepływa przez Tbilisi). Dopiero po jakiś 2,5 godzinach wjeżdża się w góry, które przypominają nasze Beskidy (nie jest to klasyczny Kaukaz), całkiem urodziwe, z wioskami, do których przechodzi się przez rzekę po licznych wiszących mostach.

gruzja44.jpgPo drodze przejeżdża się przez Borżomi – słynne za czasów Rosji sowieckiej uzdrowisko, z którego pochodzi ceniona woda mineralna. Jakiś czas temu Borżomi zgłosiło się jako kandydat do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2014 roku. Odpadło, ale muszę powiedzieć, że trzeba mieć sporo odwagi czy wręcz braku samokrytyki, żeby z takim wnioskiem wystartować. Fakt, centrum miasteczka ominęliśmy, ale obrzeża nie urastają do pięt na przykład naszej Łomży (mam nadzieję że nikt z Łomży się nie obrazi). O możliwościach dojazdu nie wspominam – nasza zakopianka to przy tych droga superautostrada.

Co do samego Bakuriani, to pierwsze wrażenia takie sobie. Fakt, uprzedzano mnie, że nie można porównywać tego z Gadauri i fakt. Teraz już mogę powiedzieć – Gadauri z mojego punktu widzenia (czyli osoby chcącej się narciarsko wyszaleć) jest dużo lepsze, wyciągi ma o niebo nowocześniejsze, trasy bardziej strome. Bakuriani to resort rodzinny, z wieloma wyciągami dla osób uczących się jeździć, wyciągami mocno przestarzałymi i nieco kiczowatą otoczką, ale to taki w sumie fajny, pasujący do tego miejsca kicz! Takie trochę nasze Zakopane z główną ulicą pełną straganów, terenem rozrywek typu karuzele dla dzieci, przejażdżki na koniach, czy na skuterach śnieżnych, z saniami jeżdżącymi po ulicach. Najlepsi okazali się jednak ludzie – gruzja67.jpgniesamowicie otwarci i gościnni. Przez sprzedawców straganów zostałam zaproszona na obiadek – domowe produkty typu słonina, sałatki, lawasz czyli gruziński placek chlebowy itp. , rozłożone na skrzynkach, no a ekipa rozsiada się dookoła i biesiaduje. Potem załadowano mnie do poczciwej Łady i dowieziono pod wyciągi, do których było wprawdzie tylko ze 200 metrów, ale uznano że trzeba mi pomóc. Na wielkiej polanie było kilka wyciągów talerzykowych i jedno archaiczne krzesełko jednoosobowe, ale tłum był całkiem spory. Nazywają to miejsce "Kanatka 25". Kanatka to po rosyjsku wyciąg krzesełkowy, ale dlaczego 25? Okazało się, że w latach świetności Bakuriani, kiedy był to tętniący życiem, znany na cały ZSRR, Ośrodek Przygotowań Olimpijskich, w tym akurat miejscu stała 25-metrowa wieża do skoków do wody. Trenowano na niej rzecz jasna latem. Teraz po wieży pozostało już tylko wspomnienie.

gruzja41.jpgNa koniec już poszłam, a raczej podjechałam autostopem do kolejnych wyciągów, gdzie są najstromsze stoki i gdzie sobie nawet pojeździłam. Za darmo, bo najpierw wzięto mnie chyba za Rosjankę, ale jak pojęto że ja z Polski, nie wzięto ode mnie pieniędzy ani za wypożyczenie sprzętu, ani za wyciąg.

Niestety, za dużo czasu nie miałam, bo o 16-tej miałam mieć powrotną marszrutkę. Bałam się nie zdążę, więc zaczęłam stopować (wyciąg na którym jeździłam był jakieś 3 km od miasteczka), no i zatrzymał się sympatyczny facet jadący z synem, którzy stwierdzili, że część mojej trasy jest im po drodze, tak więc podrzucą mnie do miejsca gdzie będzie łatwiej dostać się do Tbilisi. W międzyczasie miły kierowca kupił mi jeszcze szaszłyk i butelkę wody, za co byłam mu wdzięczna bo już niemal umierałam z pragnienia.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy wiejskim cmentarzu, bo po prostu chciałam zobaczyć jakąś miejscową nekropolię. Ciekawie to wygląda, bo na grobach nie ma krzyży, są jednak nagrobki takie jak u nas, no i groby są ogrodzone. Ponoć to dlatego, by nie wchodziły na nie bezpańskie psy lub krowy. No i przy każdym grobie jest stolik, a to dlatego, że przynosi się zmarłemu wiktuały, no i gruzińskie trunki (zwłaszcza cza-czę – wódkę z winogron).

gruzja42.jpgPo powrocie do Tbilisi starczyło mi jeszcze czasu by wpaść do supermarketu wydać ostatnie lari. Kupiłam oczywiście gruzińskie wino, choć z alkoholi słynne są też tutejsze koniaki. Myślałam też o jakichś czekoladkach gruzińskich, tak więc podeszłam do półki ze słodyczami, a tam cała półka przepięknie opakowanych bombonierek. Już po jedną z nich sięgałam a tu nagle… No cóż, producent – firma „Mieszko” z Warszawy! Cała półka polskich czekoladek. Oczywiście odpuściłam – kupiłam kolejne wino…

Trochę kiepsko, bo samolot do Warszawy miałam dopiero o 5.40. Oczywiście za nocną taksówkę na lotnisko płacić nie zamierzałam. Sprawdziłam że ostatni zwykły miejski autobus odjeżdża z centrum miasta ok. 23, ale na wszelki wypadek postanowiłam wyjść jednak na trochę wcześniejszy. W hostelu (rano wyjeżdżając do Bakauri zostawiłam tam plecak) pogadałam jeszcze z sympatyczną szefową, wypiłam herbatę i kawę, przebrałam się w czyste rzeczy, no i o 22.30 poczłapałam na przystanek.

Jednym z pasażerów autobusu był Sasza. Od razu zwróciłam uwagę może nawet nie tyle na niego, co plecak z przytroczonym kaskiem, liną i czekanem. Moje przypuszczenia szybko zostały potwierdzone – chłopak wracam z Kazbeka, po udanym zresztą zdobyciu góry. Na lotnisku czekał na niego partner wspinaczkowy, Andriej. Obaj byli Ukraińcami, a jak opowiadali, spotkali na Kazbeku także ekipę polską, ale nasi odpuścili, ponoć z powodu gruzja53.jpgzimna. Chłopcy też mieli samolot dopiero nad ranem, a że byli na gruzińskim lotnisku nie pierwszy raz, świetnie znali jego rozkład i mieli obcykane, gdzie można spokojnie się przespać. Jest takie miejsce tuż pod schodami ruchomymi, na mięciutkim dywaniku sztucznej trawki. Rozłożyliśmy śpiwory, umówiliśmy się profilaktycznie z panią z pobliskiego sklepiku aby nas obudziła gdybyśmy zaspali, no i tak do rana, całkiem wygodnie sobie pospaliśmy.

Samolot odleciał z półtoragodzinnym opóźnieniem. Z ciekawostek – nikt na odprawie bezpieczeństwa nie zauważył sporego scyzoryka jaki niechcący ostał się w moim podręcznym plecaczku. Cztery butelki gruzińskiego wina w dużym plecaku, przetrwały podróż cało i szczęśliwie, co oznacza, że dzięki ich zawartości będzie mi łatwiej snuć gruzińsko-armeńskie opowieści (bo armeńskie wino zrobione z granatów też mam). A to że na Zakaukazie niebawem wrócę, to prawie pewne…



14 lutego, Erewań (Armenia) – Tbilisi (Gruzja)
Podróżne Walentynki

armenia2.jpgDziś Walentynki! Tutaj też je obchodzą – a może nawet nie tyle też, co nawet bardziej niż my.  „Tutaj”, czyli w Tbilisi, bo dzisiaj po południu wróciłam już do Gruzji. W każdym razie przy Alei Rustaveli  (główna ulica miasta) przechadzają się zakochane pary, panowie obdarowują swoje wybranki kwiatami (wersje od skromnych różyczek po wielkie bukiety), a poza tym mnóstwo ludzi chodzi z balonami w kształcie serca.


Do Tbilisi przyjechałam marszrutką. Byłam wściekła bo jeden busik uciekł mi sprzed  nosa, a w drugim kierowca co chwila twierdził, że zaraz odjeżdża, no ale że czekał na pasażerów, których nie było, słowo „zaraz” trwało 2,5 godziny. W końcu jednak ruszył, a potem, na postoju w przydrożnej knajpce, zaprosił mnie na armeńską kawę i poprosił abym zrobiła mu zdjęcie, tak dla mnie – bym go nie zapomniała  :-). Skoro chciał to zrobiłam, wcześniej mimochodem wspominając o moim mężu, do którego jutro już wracam…

Tym razem jechaliśmy zupełnie inną trasą niż trzy dni temu. Droga lepsza (choć był odcinek bezafaltowy), ale widoki – gorsze. Właściwie to większość podróży mieliśmy przez wysokogórski płaskowyż (poziom około 2 tys. metrów), czyli taka bezkresna, śnieżna pustynia.

gruzja34.jpgPo przyjechaniu do Tbilisi żeby wykorzystać maksymalnie światło (była 16-ta i słońce powoli chowało się za horyzontem), uznałam że połażę już z tym moim ciężkim plecakiem, ale przynajmniej porobię trochę zdjęć. Tbilisi znam już z wyjazdu letniego, wiedziałam więc gdzie pójść, dzięki czemu obfotografowałam to co najważniejsze – katedrę, pomnik św. Jerzego, pomnik Matki Gruzji (mają tu taki monumentalny posąg kobiety z mieczem i kielichem z winem), nowoczesny most dla pieszych, mający taki kształt, że złośliwcy nazywają go… podpaską  :-), i kilka innych miejsc. Trzeba przyznać, że Tbilisi jest dość fotogeniczne – co i rusz trafia się na jakieś ciekawe rzeźby, budowle reprezentujące przeróżne style, właściwie ciągle trzeba mieć aparat w pogotowiu. Z ciekawostek – mają tu sporo ciekawych pocztówek z serii: „Rosja! Stop!” i np. bucior depczący mapę Gruzji, albo pytanie: „Kto następny?” i obok nazwy: „Finlandia, Litwa, Ukraina, Polska…”. Czasami zastanawiam się czy wychylać się z mówieniem po rosyjsku – zazwyczaj mówię, ale zaraz potem dodaję, że jestem z Polski. Inna sprawa że Gruzini, jak już zresztą pisałam, czasem są wręcz przeczuleni na punkcie swojej narodowości. Dzisiaj panu idącego na spacer z pięknym „Kaukazem”,  powiedziałam że, ma wspaniałego psa.  Pan z dumą mnie poinformował jaka to rasa, nie mówiąc jednak „owczarek kaukaski”, ale „owczarek gruziński”.

gruzja33.jpgI na koniec specjalne podziękowania dla Basi Ż. – mojej koleżanki z redakcji „Travelera”. Pomna nienajlepszych doświadczeń ze spaniem na kwaterze bez ogrzewania, dzisiaj zdecydowałam że idę spać do hostelu, no i skorzystałam z adresu poleconego przez Basię. Za 10 dolców mam nocleg w centrum miasta (okolice Opery), w sali wieloosobowej wprawdzie, ale i tak jestem w niej tylko ja plus przystojny Irańczyk, który przyjechał tu na jeden dzień i jest już… pół roku. Chłopak uczy angielskiego i marzy o wyjeździe do Stanów. A co do hostelu to przy recepcji wisi polska flaga – ponoć Polacy w sezonie letnim są tu stałymi gośćmi. Zresztą z wypowiedzi  przemiłej właścicielki, która twierdzi, że pamięta wszystkich dotychczasowych klientów, wynika, że jesteśmy tu chyba lubiani. W każdym razie jeśli ktoś wybiera się do Tbilisi to polecam: Hostel „Waltzing Matilda”.




13 lutego,  Erewań – Tsaghakdzor – Erewań
Narty i skoki przez ogień

armenia93.jpgDziś nastawiłam się na narty. Ośrodek narciarski o nazwie Tsaghkadzor (od nazwy pobliskiej wioski) oddalony jest od Erewania o zaledwie 70 km, co jak się ma samochód zajmuje z godzinę jazdy. Gorzej jak się nie ma samochodu, bo żadnego bezpośredniego transportu tam nie ma, a skąd odjeżdżają marszrutki do jakiegoś miasta w tamtym kierunku, mało  kto w Erewaniu wie. Za radą Anahit u której nocuję, ledwo się jako tako rozjaśniło, czyli o 8-mej rano, pojechałam na  „awtokayan” jak się po tutejszemu nazywa dworzec autobusowy. Tam się dowiedziałam że to wcale nie tam, więc kolejną marszrutką podjechałam do kolejnego miejsca, na drugim końcu miasta, a tam dopadli mnie taksówkarze, wmawiając że jak nie skorzystam z ich usług, to do celu nie dojadę.


Oczywiście z taksówki korzystać nie zamierzałam, choć… właściwie nie do końca, bo zaraz potem podeszły do mnie trzy babeczki szukające kogoś na czwartego, właśnie po to, by pojechać taksą, ale w cenie marszrutki (1,5 dolca). W ten to sposób dojechałam do miasta Hrazdan, górskiej miejscowości, o której może ze względu na położenie chciałoby się napisać „urocza”, no ale niestety tak nie jest, bo  zabudowę tworzą armenia92.jpgobrzydliwe , typowo komunistyczne, betonowe bloki, a do tego trzeba dołożyć jeszcze dymiące kominy elektrociepłowni i kompleks cementowni.

W Hrazdan miałam przesiadkę w kolejną, lokalną już marszrutkę do pełnej hoteli i sanatoriów, już całkiem ładnej wioski, no a na koniec zostało mi jeszcze dwa kilosy na piechotę. Spacer miły, bo po drodze są malownicze widoki, poza tym jest jedna stara cerkiewka, jednak kiedy na ostatnim kilometrze zatrzymał się przy mnie chłopak na quadzie, nawet się ucieszyłam. Na końcu dziękując kolesiowi, pytam, czy mogę mu zrobić zdjęcie, a on… żąda kasy. Nie za zdjęcie tylko za jazdę rzecz jasna. Zamurowało mnie, no bo sorry, naiwnie myślałam że on tak z własnej, nieprzymuszonej woli! Wyjaśniłam mu grzecznie, acz stanowczo, że wcale się o tego quada nie prosiłam, a poza tym skoro chwilę wcześniej podziękowałam taksiarzowi  (tak było, zjawił się jakiś kolejny natręt), to świadczy to o tym, że jestem w stanie przejść dwa kilosy na własnych nogach.

armenia91.jpgNo dobrze, a jak było na nartach? Dużo fajniej niż zakładałam że będzie! Jest gdzie pojeździć – według folderu mają tam 30 km tras i choć to jeśli chodzi o ubite trasy trochę propaganda sukcesu, to faktem jest też,  że jak ktoś lubi, to są ogromne przestrzenie do free ride`u. Niewątpliwie to raj zwłaszcza dla snowboardzistów, choć ja też się trochę głębokim śniegiem nacieszyłam.

Wyciągów jest w sumie 5 (krzesła), dłuuuugie niesamowicie, traski urozmaicone, a do tego – zupełnie puste! Nielicząc kilku Rosjan którzy opanowali ten rejon, w sumie nie spotkałam nikogo! Nawet było mi na tej śnieżnej pustyni trochę nieswojo, no bo jednak ze względów bezpieczeństwa lepiej mieć jakąś bratnią duszę.  Z drugiej strony co sobie pojeździłam to moje, a do tego jeszcze widoki! Z samej góry (wysokość ponad 3 tys. metrów) widać było Ararat, czyli Świętą Górę Ormian, położoną już po stronie Turcji. Dla Ormian Ararat to swego rodzaju narodowy symbol.  Nazwę tą widać na każdym kroku – jest bank o nazwie Ararat, piwo, wino, firma produkująca soki, a także miejscowość. A co do wina, to na stoku uraczyłam się miejscowym grzańcem… No i kawą, choć miałam problem jaką zamówić. W menu mają kawę "po parysku", coś co się nazywa "mok" (to jak się okazało kawa z mlekiem) i "kawę orientalną". O co chodzi z tą "po parysku" kelnerka nie umiała wytłumaczyć, ale wróżyło to jakąś miksturę pod turystów. Oczywiście wzięłam "orientalną" bo taką piją lokalesi - mocną, świeżo parzoną. Właściwie powinno się ją chyba nazwać "kawą po turecku", no ale znając alergię Ormian na Turków, podpadówa gotowa.

armenia95.jpgPo skończonej jeździe i oddaniu pożyczonych nart (całkiem spory wybór sprzętu mieli) trzeba było jakoś wrócić.  Do głównej drogi zabrałam się na stopa z kierowcą pługa  :-) , przemiłym gościem który pochodzi z Górnego Karabachu. To terytorium sporne z Azerbejdżanem - jakby nie było o to m.in. o ten właśnie rejon toczyli nie tak dawno wojnę. Jak wszystko dobrze pójdzie to może wybiorę się tam latem… Tak na marginesie to Ormain z Górnego Karabachu Ormianie z reszty kraju też nie lubią, bo zarzucają im polityczną dwulicowość.

Po przyjeździe do Erewania poszłam na kolację do lokalnego fast-foodu, co oznaczało zestaw w postaci lahmajo („armeńska pizza”, a konkretnie cieniutki placek i na to jagnięcina i ser) plus tan (rozwodniony słonawy jogurt). Zaraz potem miałam wrócić „do domu” ale spotkałam młodzież skaczącą przez rozpalone na chodniku ognisko. Wkrótce ja też skakałam, i to trzy razy, co rzekomo ma mi zapewnić na najbliższy rok szczęście.  Wiąże się to z obchodzonym dzisiaj, czyli 13 lutego każdego roku świętem religijnym, w czasie którego czci się ogień. Święto nazywa się Terendez, a w tłumaczeniu znaczy „na spotkanie z Bogiem”. Uważa się, że skacząc przez ogień symbolicznie się oczyszczamy, zostawiamy za sobą wszystko co złe i przez to jesteśmy bliżej Boga.

Oczywiście do domu tak szybko nie wróciłam, bo włóczyłam się po erewańskich ulicach od ogniska do ogniska, tym bardziej że przy każdym była inna atmosfera. Przed jedną z knajp był nawet grający ludową muzykę zespół, a wśród skaczących byli starzy, młodzi, panie w futrach i faceci w krawatach. Zabawa na całego… Do tego dochodziło częstowanie popcornem (dawniej były różne nasiona, no ale zdaje się uznano,  że prażona kukurydza lepsza i armenia1.jpgwydajniejsza), a w gronie przyjaciół czy znajomych z pracy jeszcze jest winko i słodycze. Na wino i ciasto się załapałam i to gdzie: w sklepie z kosmetykami, gdzie weszłam kupić sobie coś do czesania (zgubiłam szczotkę, a czesanie się plastikowym widelcem zaczęło mnie już trochę wkurzać). No więc weszłam do tego sklepu, a tam tańce i biesiada. Oczywiście nie było mowy by tak sobie, wyjść. Zresztą wcale tak bardzo wychodzić nie chciałam…

Wstąpiłam też do cerkwi, bo w ramach święta ludziska idą się pomodlić i odpalić od świątynnych świec ogień, który potem w lampkach przypominających nasze znicze nagrobne, zabierają do domu. Na ulicach pełno jest tego dnia  ludzi niosących takie „święte światełka”.  Szczególnie przykładają do tego znaczenie pary zaraz po ślubie – u nich przyniesienie do domu takiej świecy to także okazja do uroczystej kolacji, a przy okazji dostają od bliskich prezenty.

Okej, idę spać…  Popijając pyszną herbatę i zajadają figi w syropie (lokalna specjalność) pogadałam z Anahit. Bardzo polubiłam tę kobietę. Jutro już muszę wracać do Gruzji, ale jeśli kiedyś zawitam do Erewania, na pewno znowu zatrzymam się u niej w domu.



12 lutego, Tbilisi (Gruzja) – Erewań  (Armenia)
Radio Erewań uprzejmie donosi!


armenia19.jpgNo i jestem w Armenii! Szczerze mówiąc dziś o 6-tej rano, kiedy opuszczałam miejsce swojego ostatniego noclegu, zmierzałam na dworzec marszrutek do Bakuriani - kolejnego gruzińskiego kurortu narciarskiego. Nie wiem czy mi jednak mózg przymroziło, czy byłam wściekła po ostatniej nocy (poszło o to, że o drugiej w nocy właścicielka kwatery wyrwała mnie z najgłębszego snu, wparowała do pokoju i zabrała piecyk, za który wcześniej zgarnęła extra dwa dolce! W rezultacie nad ranem termometr pokazywał że w pokoju są 4 stopnie!). Nie ważne - faktem jest, że nagle zmieniłam plany o 180 stopni i pojechałam na zupełnie inną stronę miasta, skąd odchodziły marszrutki do Erewania. Na dodatek miałam farta, bo w marszrutce nie wiem ile trzeba było czekać na komplet pasażerów, a tymczasem do drogi szykowała się zbiorowa taksówka, w której brakowało tylko jednej osoby, no i uczynnie tę lukę wypełniłam (po cenie marszrutkowej, czyli maksymalnie niskiej). Szczerze mówiąc to współczuję turystom z Zachodu, którzy przyjeżdżają w ten rejon i nie znają języka, a przez to – nie łapią lokalnych realiów. Choćby ta zbiorowa taksówka… Stoi samochód, bez żadnych oznaczeń, kręcą się koło niego jakieś podejrzane na pierwszy rzut oka typy (nawet w międzyczasie zaliczyli jedną bójkę), no i patrząc na to, bądź tu człowieku mądry o co chodzi…

armenia13.jpgTe dziwne taksówki to jakaś taka na pół-mafia ormiańska. Chłopakowi koło mnie jechało z ust alkoholem, ale do póki nie zaczął się nade mną nachylać było okej. Gorzej mnie wkurzało że panowie (bo jechałam z trzema facetami) w samochodzie kurzyli papierosy, i to jeden po drugim. Ale nie mogę narzekać – ogólnie o mnie dbali, byli mili, a na postoju jeden z nich przyszedł z torbą różnych lokalnych specjałów spożywczych. No i pomogli mi na granicy w załatwianiu wizy, wymianie kasy itp., a w międzyczasie opowiadali o swoim kraju i pokazywali różne ciekawe miejsca.

Droga była nawet ładna, bo w dużej mierze przez góry. Myślałam że nie wjedziemy na najwyższą przełęcz (ponad 2 tys. m), bo drogę zatarasowały ślizgające się na ośnieżono-zlodzonej szosie tiry. Tirów jest tu sporo, bo Armenia nie ma przejść drogowych armenia11.jpgani do graniczącej z nią Turcji, ani do Azerbejdżanu (z tym krajem jest w trakcie konfliktu zbrojnego o Górski Karabach, a że Turcja Azerów wspomaga, więc automatycznie jest też konflikt z Turcją). Ostatecznie zostaje transport przez Iran lub przez Gruzję – tą ostatnią możliwość eksploatuje się najbardziej.

Zanim dojechaliśmy do Erewania nasłuchałam się o tym, że to najpiękniejsze miasto świata itp. Bez dwóch zdań Ormianie są ogromnymi patriotami, ale z tym wychwalaniem swojej stolicy to źdźebko przesadzają. Mnie akurat ta wielka, półtoramilionowa metropolia rozrzucona na wielkiej powierzchni i zastawiana typowo komunistycznymi budynkami, ogólnie wcale się nie podoba, chociaż trzeba przyznać, że samo centrum ma fajny klimat. To co mnie w centrum zaskoczyło to:  1) niesamowita ilość młodych ludzi  2) liczne sklepy topowych firm (niby naród biedny, a tu Georgio Armani itp.)   3) większość kobiet w naturalnych kożuchach i futrach (oj, ekolodzy mieliby tu kogo oblewać farbą)  4) niezwykła ilość kafejek, restauracji i nocnych klubów.

armenia4.jpgCiekawe, że liczba mieszkańców Erewania liczy ponad 1,1 mln mieszkańców, podczas gdy cała Armenia ma około 1,5 mln! Swoją drogą kilka milionów Ormian żyje poza granicami swojej ojczyzny, w USA, w  teoretycznie nienawidzonej Turcji, sporo też w Rosji… Jeśli chodzi o Turcję to wciąż się ma za złe Turkom wymordowanie w 1915 roku 1,5 mln Ormian. Zamierzałam nawet zobaczyć związane z tą ponurą kartą historii znajdujące się w Erewaniu Muzeum Ludobójstwa, ale tylko się zdrowo nachodziłam tachając ciężki plecak, aby tam dotrzeć, po czym… pocałowałam klamkę, choć wedle wszelkich informacji muzeum powinno być otwarte. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bowiem na to konto wyskoczyłam do oddalonego 15 km od miasta Eczmiadzyn - centrum pielgrzymkowego, a zarazem pierwszej stolicy Armenii. Poza wyjątkowo uduchowianą świątynią jest tam też monumentalny pomnik przypominający pielgrzymkę Jana Pawła II do Armenii.

gruzja38.jpgNa noclegu wylądowałam w polecanym w przewodniku Lonely Planet hostelu prowadzonym przez uroczą Anahit. Poza mną nie ma żadnych turystów, jest więc rodzinnie i miło. Poza tym to super miejscówa jeśli chodzi o lokalizację. Wieczorem, po kolacji w poleconej przez Anahit restauracji „Kaukaz” (0,5 litrowe piwo, kaukaska zupa, pierożki chimakali i lokalny deser – pyszne ciasteczko - wszystko za zaledwie 6 dolców!), połaziłam sobie po placu przy Operze. Ile tam się wieczorem dzieje! Jest lodowisko, rzeźby z lodu, mnóstwo młodzieży, muzyka… Co chwila ktoś podchodził i próbując zagadać po angielsku dopytywał się skąd jestem, co tu robię, prosił by zrobić mi zdjęcie, albo też proponował zdjęcie z nim (bo to faceci tacy odważni)…  Jednak z grona spotkanych lokalesów najbardziej zapamiętam nastoletniego chłopaka, który sprzedaje na placu namalowane przez siebie obrazki, zbierając w ten sposób pieniądze na naukę w college`u. Nie miałam przy sobie żadnej kasy, ale chłopiec koniecznie chciał mi dać jeden z obrazków. Nie chciałam przyjąć, ale rezolutny młodzian się uparł. Mówił, że bardzo chce, by ludzie w Polsce zobaczyli jego twórczość. Albo jest świetnym aktorem, albo naprawdę było to szczere. Oczywiście wierzę w to drugie...



11 lutego, Gudauri-Tbilisi (Gruzja)
II dzień nart i powrót do stolicy

gruzja19.jpgPożegnałam się chwilowo z Wysokim Kaukazem. Będę tęsknić do kawy wypijanej przy śniadaniu z takim widokiem jak na zdjęcu obok. Teraz już jestem znowu w Tbilisi. Niestety, nocny pociąg do Erewania jak się okazuje dzisiaj akurat nie jeździ.  Powinien, bo według rozkładu kursuje tylko w nieparzyste dni, no ale coś tam się stało i go nie ma. Czyli zostaje marszrutka, ale z kolei to pomysł na wczesny poranek, co oznacza że o 7-mej rano muszę być na dworcu.  W tej sytuacji narodził się problem noclegu. Niby miałam reklamówki hosteli, ale szczerze mówiąc nie chciało mi się nigdzie daleko chodzić, więc dworcowego policjanta zagadałam gdzie nocują Gruzini. Policjant chciał mnie wysłać do hotelu, ale powtórzyłam mu, że nie chodzi mi o hotel dla turystów tylko tani nocleg dla lokalesów. No i tym sposobem okazało się, że i tutaj, podobnie jak np. w Moskwie, stoją przed dworcem (dokładniej u wejścia do metra) babcie, które proponują tanie kwatery. Babcie są w żaden sposób  nie oznakowane, tak więc przydaje się znajomość rosyjskiego (no, lepiej gruzińskiego), ale wystarczy stanąć, zrobić minę ostatniej sieroty (mój patent) i zapewne same podejdą.


gruzja18.jpgW ten to sposób zamieszkałam za 7 dolców (pewnie trochę przepłaciłam  :-)  ), 5 minut na piechotkę od dworca. Pokój – wąska klitka, łazienka to rura wyciekająca ze ściany w korytarzu, kibelek – „na Małysza” (czyli bez muszli klozetowej), ale pal sześć. Jest jeszcze malutki telewizorek, przenośny grzejnik (jedyne źródło ciepła), no i bezprzewodowy Internet! Gospodarze śpią za ścianą – całkiem miła rodzinka.

Nie powiem, żal mi trochę było wyjeżdżać z Gudauri. Pogodowo było tak sobie, ale w sumie fajnie sobie pojeździłam. W międzyczasie spotkałam się jeszcze raz z Nicka`iem – szefem tutejszych wyciągów, który zaprosił mnie na grzane wino zwane tutaj glentwein. Dobre, tańsze niż w Alpach (ok. 5 zł za kubas) i co istotne – dużo mocniejsze niż na stokach Europy. Potem zaliczyłam jeszcze jedno spotkanko (ale już bez wina) – z mieszkającym w Gudauri Gruzinem który był na Evereście. A skoro o tutejszych barach gruzja14.jpgmowa - oprócz knajpek takich jak wszędzie, tutejszą specyfiką są babcie stojące przy stolikach lub płotach na których można kupić wszystko od batoników, przez alkohol po rękawice (bynajmniej nie goreteksowe tylko z czystej żywej wełny).

Dzisiaj chodziły już prawie wszystkie wyciągi, dzięki czemu można było wjechać na ponad 3 tys. metrów. Wjechałam, ale widoków specjalnych nie było (chmury), a poza tym zmarzłam jak diabli, więc potem jeździłam już niżej. Tak w ogóle to za tydzień są tutaj jakieś ważne zawody snowboardowe. Przyjeżdża też reprezentacja Polski!
Dobra, idę spać, bo jutro o świcie kierunek: Armenia.




10 lutego,  w Gudauri (Gruzja)
Narty po kaukasku

Ciężko być odkrywcą :))). Myślałam, że odkrywam stoki narciarskie Polakom jeszcze nie znane, a tymczasem jeszcze nie zdążyłam dojść do wyciągu i już słyszałam znajomą, ojczystą mowę! Krótko mówiąc: nasi są wszędzie!

gruzja10.jpgDo innych „polskich” wątków, jakie odkryłam w Gudauri należy reklama naszej wódki „Sobieski”. Ale jaka reklama! Z tekstem „To Polska jest miejscem narodzin wódki! Sorry, Rosjanie!” no i pod tym butelczyna dobrze znanego trunku. Nie muszę mówić, że Gruzinom reklama się bardzo podoba! A co do układów rosyjsko-gruzińskich to podobno po tym jak armia rosyjska po ostatniej interwencji w Gruzji (2008 rok) musiała się wycofać, ponoć rosyjskie media puszczały swoim rodakom informację, że Gruzja to państwo liczące 40 mln ludzi! W rzeczywistości liczba ta wynosi 4,6 mln, no ale to jednak różnica nie dać sobie rady z niespełna 5 mln czy potęgą 40 milionów!

Rosjanie jednak już tu znowu przyjeżdżają (mam teraz na myśli turystów-narciarzy, których spotyka się w Gudauri), choć fakt, jest tu ich mało. Większość stanowią Litwini, Łotysze, Ukraińcy, plus trochę sąsiadów, czyli Ormian i Azerów. Dzisiaj było też sporo samych Gruzinów, ale to pewnie dlatego że chodził tylko jeden wyciąg (długie potrójne krzesełko), szefostwo ośrodka zdecydowało więc, że jazda jest gratis.  Nawet nie byłam zła że to tylko ten jeden wyciąg, bo po zachmurzonym poranku wyszło słońce i pokazały się prześliczne widoki na przepiękne szczyty Kaukazu.

gruzja7.jpgNiestety moje plany z heli-ski (czyli jazdę gdy zamiast wyciągu gdzieś w góry wywozi helikopter), wzięły w łeb. Odwiedziłam dzisiaj firmę która się tym zajmuje  (helikoptery szwajcarskie, kapitał po części francuski), po długich rozmowach szef łaskawie zgodził się nawet na zniżkę, no ale za 1 dzień przyjemności szusowania po dziewiczych stokach z ową wspaniałomyślną zniżką wyszło 450 euro! I to bynajmniej nie chodziło o wyprawę dla mnie samej – wspomniana cena to na zasadzie podłączenia do kilkuosobowej grupki. Fakt, w cenie są trzy przeloty śmigłowcem, ale co z tego jeśli ja nawet nie posiadam przy sobie połowy tej kwoty! Zresztą to moja przeciętna miesięczna pensja! Pytałam czy Gruzini też korzystają z heli-ski – ponoć w historii działania firmy był jeden!

gruzja8.jpgW tej sytuacji pozostało mi wożenie się na wyciągach, po ubitych, trzeba powiedzieć że bardzo dobrze przygotowanych trasach.  Narty pożyczyłam sobie w miejscowej wypożyczalni – Blizzardy, całkiem fajne. Ciekawe, że mało kto tu jeździ w kasku! Za to dużo się na stoku pije, tym bardziej że na każdym straganie jest imponujący wybór wódeczek i słynnych gruzińskich koniaczków. Strasznie dużo tu też palą – kurzą na potęgę nawet małolaty i to obojga płci, a w knajpach nikomu się nie śni wprowadzać jakieś ograniczenia dla palaczy.

Tak w ogóle to żeby dobrze wykorzystać czas, wybrałam się na narty w pośpiechu zaraz po śniadaniu. Zdziwiłam się, że śniadanie w hotelu dopiero od 9-tej (do 11-tej), tak więc zjadłam je byle prędzej i chwilę potem gnałam na stok! A tymczasem okazało się, że bez sensu, bo wyciągi czynne są dopiero od 10-tej! Fakt, działają do 17-tej (bo tu jeszcze o 18-tej jest widno), ale mimo wszystko późno je otwierają. Nika, szef Gudauri Ski Resort, z którym spotkałam się przy kolacji, powiedział, że próbowali ruszać wcześniej, ale nie było zainteresowania. Po prostu – inna mentalność niż np. na stokach w Alpach. Nika opowiedział mi też o planach rozbudowy ośrodka. Nie powiem, ambitne!

gruzja5.jpgOk, kończę… Jutro po południu już wyjeżdżam z Gudauri. Jeszcze nie wiem co dalej – postanowiłam, że zdecyduje o tym rozkład jazdy nocnych pociągów jaki sprawdzę po przybyciu na dworzec kolejowy w Tbilisi. Kierunek albo Armienia (Erewań i dalej na armeńskie stoki narciarskie) albo gruzińska Swanecja. Szkoda mi czasu na spanie w hotelach – jazda w nocy pozwoli mi zyskać na czasie.

PS. Zapomniałam wspomnieć o tutejszych psach! Włóczą się wszędzie, a ich ulubione miejsce na pełne stoickiego spokoju poleżenie to albo tuż przy ulicy, tak jakby czekały na stopa, albo na stoku, w śniegu. Psiaki są śliczne – takie skundlone owczarki kaukaskie. Mam wśród nich jednego wyjątkowego fana – chodził za mną dzisiaj całe popołudnie, co wynagrodziłam mu kwadransem drapania.  :-)


 

9 lutego, wieczorem,
w Gudauri (Gruzja)
Okno z widokiem na gory

gruzja4.jpg No i wreszcie jestem w Gudauri - głównym gruzińskim ośrodku narciarskim, który już od lata bardzo chciałam odwiedzić. Od lata, bo w czerwcu tędy przejeżdżałam i pokazano mi zielone stoki z wyciągami, co sprawiło że obiecałam sobie, że tu wrócę zimową porą. A że była dobra promocja biletów lotniczych na trasie Warszawa-Tbilisi (połączenie LOTu), to wróciłam.


Gudauri położone jest od Tbilisi jakieś 1,5-2 godziny drogi jazdy tzw. marszrutkami, czyli mikrobusami, które są tutaj najtańszym i najszybszym środkiem transportu. Zanim jednak tu dotarłam, postanowiłam jeszcze coś po drodze zobaczyć. Dokładniej wpadłam do znajdującego sie około 20 km od Tbilisi miasteczka Mtskheta (albo inaczej Mccheta). To dawna stolica Gruzji z kościołami wpisanymi na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Latem pewnie są tu tłumy turystow (nie wiem, bo latem Mtskhetę ominęłam), za to zimą mieścina wygląda na totalnie uśpioną. Kościoły owszem, ciekawe. Bardzo zresztą lubię nastrój cerkwi, palące się świece wotywne, widok ludzi całujących ikony, piękne śpiewy a capella… Poza tym miło posiedzieć w ciepłym wnętrzu, gdy na dworze tak zimno, a że śnieg po kolana, to dość szybko miałam przemoczone buty.

gruzja2.jpgCo do śniegu to śmiesznie wyglądają białe czapy na rosnących tu bambusach czy agawach. Aż trudno zrozumieć, jak te kojąrzace się z tropikami rośliny przetrwają kilkunastopniowe mrozy.

Pobyt w Mtskheta zakonczyłam obiadkiem w lokalnej knajpie. Właściwie to weszłam tylko na herbatę, ale skończyło się na zamówieniu wielkiego pieroga z serem zwanego adżaruli, tak wielkiego że zjadłam tylko połowę.

Potem był powrót do Tbilisi i zmiana marszrutki na taką, która dojechałaby do Gudauri. Marszrutka była, tylko nie było pasażerów. Uzbierali się dopiero po dwóch godzinach, kiedy zaczęłam się zamieniać w sopel lodu. Jednym z nich byl prawosławny pop – brodaty, a jakże, odprowadzany przez wpatrzonego w niego chłopaka, ktory chyba z 10 razy poddańczo popa wycałował. Trzeba przyznać, że Gruzini to bardzo pobożny naród - przy mijanych cerkwiach zdejmują czapki i się gorliwie żegnają.

gruzja3.jpgCzas oczekiwania na odjazd urozmaicały mi co chwila wizyty obnośnych handlarzy, którzy usiłowali mi wcisnąć a to gumy do żucia, a to chusteczki higieniczne, a to mandarynki (zaledwie  1 lari za kilogram, czyli równowartość 2 zł – kupiłam). Ludzie tu handlują czym mogą, a co i rusz, zwłaszcza przy  cerkwiach, spotyka sie leciwe babunie, które prosza o wsparcie ich skąpej emerytury. Całego narodu zbawić się jednak nie da. Jak jednej z nich powiedziałam, że przykro mi, ale dałam już pieniądze innej, przestała być miła i obrzuciła mnie przekleństwami.

Ogólnie jednak mi miło, jak słyszę jak ludzie reagują na wieść, że jestem z Polski. Często początkowo biorą mnie za Rosjankę, co mi schlebia jeśli chodzi o język (czyli z tym moim rosyjskim nie tak źle), ale na pewno nie daje z początku sympatii, bo Rosjan tu nie lubią (w koncu nie tak dawno, bo w 2008 roku, rosyjskie czołgi zostały zatrzymane dopiero 100 km przed Tbilisi). Kiedy jednak tłumaczę, że “ja nie ruska, ja iz Polszy”, od razu sie ludzie wylewnie uśmiechają, tym bardziej że wielu starszych w dawnych latach jeździło do Polski na handel. Jedna Pani zaczęła z nostalgią wspominać bazar w... Łomży  :-) , a jakiś facet z kolei wykrzyknął: “Polka! No to Matka Boska!”.

gruzja6.jpgPodróż do Gudauri minęła mi dość szybko, bo prawie w całości ją przespałam. Nie tylko dlatego, że byłam tak po prostu zmęczona. Chodziło też o to, by nie patrzeć na drogę, bo kierowca podobnie jak inni jego tutejsi koledzy po fachu, uznawał głównie opcję “gaz do dechy”, a zimowe warunki i ślizgawica na drodze bynajmniej mu w tym nie przeszkadzały. Na równej drodze było jeszcze ok, ale na górskich serpentynach adrenalina skoczyła mi bardziej niż na skoku bungy, a więc profilaktycznie wolałam mieć zamknięte oczy.

Opatrzność nade mną jednak czuwała (w końcu byłam dziś w trzech kościołach!), bo jakoś szczęśliwie do celu dotarłam. Teraz juz jestem w hoteliku (“Truso” sie nazywa), warunki lokalowe są lepsze niż się spodziewałam, no i mam z pokoju widok na stok. Jutro na nartki! Ciekawa jestem jak to będzie wygladać w wydaniu gruzińskim.
 


9 lutego,  godz. 8 rano, lotnisko w Tbilisi (Gruzja)
Zima lepsza niż w Arktyce

gruzja1.jpgNo to zaczynam zimową przygodę z Gruzją (letnia juz była, latem ubiegłego roku).  Pierwsze zaskoczenie to śnieg – ogromne ilości śniegu! Naiwnie myślałam, że skoro lecę na południe naszej półkuli, to będzie ciepło i bezśnieżnie. Zakładałam, że śnieg to będzie, ale w górach, no bo Kaukaz to jednak calkiem spore wysokości. A tymczasem wylądowaliśmy i poczułam się tak samo jak dwa lata temu, kiedy wylądowałam na jednym z lotnisk północnej Finlandii, 200 km ponad Kołem Podbiegunowym, gdzie było dokładnie tak samo.  Też była noc (tam noc polarna, tutaj z racji lądowania o 4-ej rano) i śnieżna pustynia, zaspy i biały pas startowy. Gdyby to było np. w Londynie, pewnie by już odwołano samoloty.


Swoją drogą lotnisko w Tbilisi mają całkiem, całkiem. Nasze Okęcie wygląda przy nim dość prowincjonalnie, choć Gruzini to naród 9-krotnie mniejszy od naszego. Faktem jest, że kiedy podeszłam do odprawy paszportowej to się zepsuł komputer, ale to przecież drobiazg, tym bardziej że poza tym wszystko przegiegał sprawnie i miło. No i duży plus za lotniska za to, że przy odbiorze bagazu ma ławki bez porędzy miedzy siedzeniami, co oznacza że można się wyciągnąć i wygodnie przespać. Ponieważ o 4-ej rano nie za bardzo miałam co ze sobą zrobić, nie mówiąc o tym, że nie zamierzałam brać nocnej taryfy tylko poczekać na zwykły miejski autobus (przejazd 0,50 lari czyli 1 zl), powiązałam plecaki i buty (żeby nikt nie gwizdnął), wpakowałam się w śpiwór i zaległam snem kamiennym wysypiając się może nie tak jak w domu, ale mimo wszystko całkiem nieźle.

 

15 stycznia,
Troms
ø (północna Norwegia) – powrót do kraju
Rakiety i samolot

tromso-rakiety.jpgPrzedpołudnie spędziliśmy na wycieczce na rakietach śnieżnych. Trasa do bardzo ambitnych nie należała, mimo to  było naprawdę fajnie. Wystartowaliśmy z okolic skoczni narciarskich (liczba mnoga, bo są dwie), skąd jest ładny widok na fiord i wyspę, na której mieszka 15 tysięcy z 67-tysięcznej populacji Tromso.
W dużej mierze nasza trasa pokrywała się z prowadzącymi przez las ścieżkami, którymi okoliczni mieszkańcy dojeżdżają do pracy czy do szkół. „Dojeżdżają ścieżkami” jest określeniem jak najbardziej właściwym, jako że chodzi o narty – biegowe i śladowe. Podobno zimą przy wejściu do tutejszego uniwersytetu stoją setki par nart, tak to tutaj powszechne.

Szkoda trochę, że nie było szans pojeździć na zwykłych nartach. Na obrzeżach Tromsø znajduje się najbardziej na północ wysunięty ośrodek narciarski Europy. Nie duży, kilka tras na krzyż, ale zawsze to fajnie pojeździć taki kawał ponad kręgiem polarnym. Niestety, wyciągi nie chodzą, bo… brakuje śniegu. Miejscowi opowiadają że pod względem śniegu rewelacyjna była ostatnia zima, a ta, lepiej nie mówić. Co do nart to są tu też świetne warunki do jazdy off-piste. Hitem są wypady narciarskie polegające na tym, że wypływa się łodzią, która dowozi nas do góry, do której jedyna droga dotarcia prowadzi właśnie od strony morza. Po zdobyciu szczytu (na piechotę, bo wyciągów tam nie postawiono) ma się długi zjazd,  przy odrobinie szczęścia w puchu, aż do innego miejsca, w którym znowu wsiadamy na łódź. Narty nartami, ale to poczucie otoczenia przez niezmącone cywilizacją przestrzenie i bliski kontakt z naturą – to dopiero musi być fantastyczne.

tromso-widok.jpgA skoro wspomniałam o kontakcie z naturą, to tych którzy obawiają się białych niedźwiedzi uspokajam, że w Norwegii ich nie ma – najbliższe żyją dopiero na Svarbaldzie (archipelag do którego należy też wyspa Spitsbergen). W okolicy Tromsø są jedynie śpiące zimą niedźwiedzie brunatne, niegroźne lisy polarne, rosomaki i sporo różnych ptaków.

Wracając do naszej wycieczki... Jej celem była chata przerobiona na kawiarnię. Miejsce z tradycjami, bo i dawniej i teraz wiele osób zamiast umawiać się ze znajomymi w pubie, rzuca hasło „spotkajmy się w ski-cafe” i wszyscy wiedzą o co chodzi. Tyle że dzisiaj, w niedzielny poranek kiedy Norwegowie leniuchują, kawiarnia była zamknięta, przez co mogliśmy skorzystać jedynie z drewnianych schodków i tarasu, pożywiając się tym, co w swoim plecaku przytachał nasz przewodnik. Krótko mówiąc była herbata owocowa a do tego pyszne ciasteczka będące lokalnym specjałem o utrzymywanym w tajemnicy sposobie ich robienia. tromso-ciastko.jpgWiadomo wprawdzie że ów specjał to dwa słodkie, cienkie placuszki przekładane masą z masła, cynamonu i słynnego norweskiego sera o brązowej barwie i dość dziwnym smaku, ale w jakich proporcjach co się miesza, to już wyższa szkoła jazdy. Nasz przewodnik chciał ją nawet zgłębić zapisując się na jakiś kurs, ale okazało się, że w ciągu jednej sesji może zdobyć tylko jeden poziom wtajemniczenia. Poziomów jest wiele, kursy odbywają się raz w roku, czyli przed osiągnięciem wieku emerytalnego (teraz chłopak jest na oko 30-latkiem) raczej nie ma szans zgłębienia tajemnej wiedzy.

Teraz już jesteśmy w samolocie i lecimy do kraju. Tromsø pożegnało nas odwilżą – deszczem i chmurami. Za to w Polsce podobno zjawiła się wreszcie zima, posypało śniegiem i jest mróz. Ale się z tym klimatem porobiło…  :-)



14 stycznia, Tromsø i okolice (północna Norwegia)
Mój przyjaciel – renifer

tromso-roar.jpgDziś w planie była jazda reniferowymi zaprzęgami. Wyjechaliśmy ciemną nocą (czyli około 9-tej, kiedy wciąż było ciemno) i po półtorej godziny (kiedy już było jako tako jasno) dojechaliśmy do miejsca w górach, gdzie widoki kojarzyły mi się nieco z zachodnią Alaską.

Renifery już czekały, wraz z Roarem – swoim właścicielem. Roar jest typowym Saamem, tak więc wystąpił w tradycyjnym stroju czyli mega grubym futrze, futrzanych spodniach, czapce z polarnego lisa i typowych samskich butach założonych praktycznie na gołą stopę. Ta goła stopa zrobiła na mnie wrażenie, bo było minus 20, tak więc ja na przykład, mimo dwóch par skarpet i zimowych, ocieplanych buciorów, przestępowałam z nogi na nogę czując jak zamarzam. Roar nie marzł, bo miał buty wyściełane specjalną tramą, czy raczej – słomą, co ponoć stanowi super izolację, no i prać takiej skarpetki nie trzeba. To stosowany od wieków sposób Saamów. Nawet obecnie, w norweskiej armii, Saamowie mają prawo nie nosić skarpetek, tylko stosować tę słomę. Rozumiem, że tym przypadku określenie „słoma ci z butów wychodzi”, nie jest traktowane jako obraźliwe.  :-)

Wracając do reniferó… Pytanie Saamów ile sztuk liczy ich stado traktowane jest za bardzo niegrzeczne. Kiedyś jak je zadałam (na północy Szwecji) zapytany odparł: -A ja się pytam Ciebie ile masz na koncie w banku? W Norwegii bardziej dyplomatycznie wyjaśniono tę kwestię. Powiedziano nam że nie wypada pytać, bo jak ktoś ma mało, to mu wstyd, że biedny a jak bardzo dużo – to w tutejszej mentalności zakodowane jest, że nie wypada się chwalić i obnosić z bogactwem. Krótko mówiąc ile Roar ma reniferów nie wiemy, ale chyba dużo, skoro mówił że w ich hodowlę zaangażowana jest cała rodzina, która rotacyjnie się stadem opiekuje. Z opowieści Roara wynikało, że uwielbia te swoje rogacze, chociaż z ich powodu spędza poza domem (czytaj: w tutejszej głuszy, z dala od cywilizacji) cztery miesiące w roku. Przy okazji: renifer to w języku Saamów: boatzo (czytaj: bo-co).

tromso-z renem.jpgMy mieliśmy przyjemność poznać pięć z reniferów Roara. Każdy z nich ma swoje imię, opisujące jakieś charakterystyczne ich cechy. Naszym ulubieńcem został Gabba, co znaczy „biały”, bo jest albinosem. Poza tym był Sietna („czerwona plamka” – od czerwonej plamki jaką miał na uchu), Moutse („ciemny”, bo miał najbardziej brązową sierść), poza tym Nolpo i najmłodszy, 5-letni Priken („bez poroża”). Normalnie renifery mogą żyć około 20 lat, no ale zwykle tyle nie dożywają, bo zabija się je wcześniej. Roar tłumaczył, że nie nadaje swoim reniferom ludzkich imion, bo byłoby mu żal zabijać taką istotę. Twierdził, że tak czy owak czasem mu żal, ale musi mieć podejście biznesowe, bo inaczej nie miałoby to sensu. Czyli hoduje żeby zabić.  Zabija się dla skóry i pożywienia, przy czym zjada się z tego zwierzaka dosłownie wszystko – także krew, serce czy podroby. Za życia wykorzystuje się je do transportu, chociaż okazuje się, że człowieka nosić nie mogą.

Ze względu na zimno propozycja przejażdżki zaprzęgiem reniferowym zamieniła się w spacer obok tych zaprzęgów,  dzięki czemu nie tylko nie zamarzliśmy, ale też zrobiliśmy sporo fajnych zdjęć. Tym bardziej że poza jednym, pozostałe renifery miały rozłożyste, ładne rogi. Normalnie tylko samice zostają na zimę z rogami (gubią je zaraz po urodzeniu młodego, co następuje w maju), a w przypadku samców – jeśli u któregoś zimą są rogi, to znaczy że jest wykastrowany. Jak tłumaczył Roar, poroże jest bardzo wrażliwe, lepiej więc nie dotykać rogów renifera.



13 stycznia, około południa
Tromsø (północna Norwegia)
O dorszach i niedźwiedziach na ulicach

tromso-dorsze.jpgPrzedpołudnie spędziliśmy na łowieniu dorszy. Zapakowano nas na niewielki katamaran, wywieziono na wody fiordu, wręczono wędki i mieliśmy złowić sobie obiad. Na szczęście niektórym coś tam złapać się udało, dzięki czemu głodni nie wyszliśmy (bo te świeżo złowione dorsze od razu ugotowano). Co do mnie, to nic nie złapałam, ale technikę łowienia opanowałam. W skrócie chodzi o to, aby na maksa (do dna) opuścić żyłkę, na której w pewnych odległościach są 2-3 haczyki z jakimiś kolorowymi, sztucznymi przynętami, a potem wolno porusza się tą żyłką, czy raczej – wędką na zasadzie góra-dół, tudzież na boki. Największe złowione dzisiaj okazy miały raptem po kilka kilogramów, chociaż dowodzący łowieniem Alex opowiadał, że niedaleko stąd złowiono dorsza mającego 40 kg!

Niezaprzeczalną mistrzynią była dzisiaj Ania , która manewrując wędką ściągnęła sobie rękawiczkę, wrzuciła ją na żyłce do wody, a potem manipulując kołowrotkiem, wyciągnęła zgubę z wody, choć my, czyli kibice, myśleliśmy że szykuje się jakaś wielka ryba.

Przy obiedzie Alex zrobił nam wykład, jaka jest jego szkoła przyrządzania dorszy. Za najlepsze uważa gotowane, przy czym ważne aby gotować je w niezbyt gorącej wodzie (na pewno nie wrzącej), osolonej tak, by przypominała wodę morską. Ugotowanego dorsza je się tu bez skóry, bo jak powiedział Alex: „Co prawda Anglicy skórę jedzą, ale my, cywilizowani ludzie, nie!”. Przy okazji Alex delikatnie skrytykował śródziemnomorską, a zwłaszcza grecką szkołę przyrządzania ryb, czyli smażenie czy w inny sposób doprowadzanie ich do stanu, kiedy są zanadto przesuszone.

tromso-fram.jpgCo do suszenia, to jedliśmy też suszone dorsze, sprzedawane w tutejszych sklepach tak jak chipsy. Śmierdzi to nieco, ale w smaku jest całkiem dobre. No i pożywne. Alex opowiadał jak raz wybrał się na szlak do Santiago de Compostella (chodzi o wielodniową trasę pielgrzymkową w północnej Hiszpanii) i jak twierdzi, przeżył głównie na plecaku suszonych dorszy.

Alex ma mnóstwo różnych historyjek… Opowiadał jak to w dawnych czasach mówiono o Tromsø: „Paryż Północy. Powodem były piękne kobiety, których w tętniącym życiem porcie nie brakowało, a które bardzo lubiły się stroić. Podobno tutejsze mieszkanki były dużo bardziej elegantsze i podążające za modą niż kobiety z Oslo.  

Innym określeniem miasta było „Brama do Arktyki”. To z kolei dlatego, że stąd wyruszały przeróżne ekspedycje arktyczne (m.in. Amundsena czy Nansena), tutaj też można było znaleźć fachowców od tematów Północy, czy nawet skompletować załogę. Kiedy marynarze wracali z wypraw, często przywozili ze sobą niedźwiedzie. Na ogół były to małe miśki-sieroty po zabitych niedźwiedzich samicach ale dorosłe też się zdarzały. Na niedźwiedzie polowano nie tylko ze względu na cenne futro (mięsa nie jedzono);  można było na nich zarobić również sprzedając je do ogrodów zoologicznych. Mający na około z 50 lat Alex mówi że dwa razy widział niedźwiedzia na ulicach Tromsø. Raz, jak komuś tam uciekł i ganiał po mieście (ostatecznie trzeba było go odstrzelić) i drugi raz kiedy jakiś facet chodził z niedźwiedziem na smyczy. Ponoć kiedy się upił i nie miał na kolejną flaszkę, przyszedł do sklepu monopolowego, szantażując sprzedawcę, że jak mu nie da „wody życia” to poszczuje go niedźwiedziem.  Według opowieści – flaszkę dostał! Nic dziwnego – tutaj też niedźwiedzie polarne mają renomę bardzo groźnych zwierząt. Jakiś kumpel Alexa zginął na Spitsbergenie zjedzony przez białego „misiaczka”. Pewnie nikt by się nie domyślił, co się stało z pechowym chłopakiem, gdyby nie buty ze stopami, jakie zostały, a których niedźwiedź nie zjadł bo nie umiał rozwiązać sznurówek.

tromso-psy1.jpgWieczór znowu spędziliśmy „w terenie”. Tym razem w programie była jazda psimi zaprzęgami. Niestety, nie dane nam było prowadzić sań samodzielnie – z każdym z nas jeździł doświadczony „kierowca”. Dla mnie akurat niewielka strata, bo już kilka razy w swoim życiu takimi saniami powoziłam, za to mogłam na spokojnie pogapić się na tworzącą się zorzę i poobserwować psy. Tutejsze psiaki są mieszańcami różnych ras, ale ich właścicielka podkreśla, że 250 jej podopiecznych nie startuje w konkursach piękności, więc nie musi być ładna. Są to psy do pracy, mają więc być silne i takie są.  Sterowanie psami odbywa się głównie przy pomocy komend: „Jeap, jeap!” to zachęta do zwiększenia wysiłku (coś w stylu dopingującego: „szybciej”, „jazda”), „ha!” to „w lewo”, „dżi” – „w prawo”, no i „stooo!” czyli „stop”. 

Miłą niespodzianką u psów było spotkanie z dwoma pracującymi tam Polakami. Jeden z nich – Grzesiek, jest kierowcą busika który nas przywoził i zawoził, dzięki czemu mieliśmy okazję aby sobie dłużej pogadać. Chłopak bardzo sobie chwali pracę i życie tutaj. Zarabia 100 koron za godzinę (czyli około 50 zł), w ramach pracy ma wyżywienie, za mieszkanie płaci 4000 koron miesięcznie (czyli 2000 zł, już ze wszystkimi opłatami), tak więc odłożyć trochę może. Do tego dostaje jeszcze 1000 koron miesięcznie na zostawioną w kraju córeczkę, no i ma prawo do norweskiej emerytury. Przy okazji okazało się, że ciekawie wygląda tutaj sprawa podatków. W ramach dbałości o obywateli, rząd robi im dwa razy w roku finansowy prezent: czerwiec jest miesiącem zupełnego zwolnienia od podatków, zaś w grudniu płaci się tylko ich połowę. Fajny prezent na święta.




12 stycznia, Tromsø (północna Norwegia)
O zorzy i nocy polarnej

tromso - o 15.jpgDziwnie z tą polarną nocą. Trudno rano wstać, bo godzina 8-ma jawi się jak środek nocy, śniadanie przy świecach sprawia wrażenie kolacji, około 10-tej zaczyna się robić jaśniejsza poświata, ale i tak wszystkie światła czy latarnie są wciąż zapalone. Między 12 a 13-tą jest niby w miarę jasno (słońca jednak nie widać), coś w stylu naszego zachmurzonego popołudnia np. w listopadzie, po czym o 14-tej z powrotem paliły się światła, sprawiając wrażenie że jest jakaś 18-ta.


W ramach walki z reakcjami organizmu na niedostatek słońca miejscowi biorą m.in. tran. W hotelu saszetki z tranowymi tabletkami podaje się do śniadania – leżą między jajecznicą i wędzonym łososiem.

Tu i tak nie jest źle, bo noc polarna trwa tylko 2 miesiące, a na przykład na takim Spitsbergenie aż cztery! Śmiesznie, bo jeden z kolegów ma w komórce opcję sprawdzania o której jest wschód słońca i mądre  urządzenie poinformowało go, że 21 stycznia o którejś tam. Rzeczywiście - w tym roku w Tromsø ostatni raz słońce widziano 21 listopada, a wróci właśnie 21 stycznia. Ponoć to tutaj wielkie święto – mieszkańcy jadą wtedy na pobliskie wzgórza, aby jak najszybciej słoneczko zobaczyć. Towarzyszy temu ogólne picie (nie herbaty bynajmniej), a jako zagrycha są specjalnie wypiekane na ten dzień ciastka, a`la pączki, a tromso-biblioteka.jpgdokładniej „słoneczne” pączki, z nadzieniem w postaci budyniu śmietankowego. Podobne ciastka są na pożegnanie słońca, czyli powitanie polarnej nocy, tyle że wtedy nadzienie jest ciemne,  a dokładniej z budyniu dla odmiany czekoladowego.

Nie ma co jednak specjalnie tutejszym mieszkańcom współczuć - potem, czyli po 21 stycznia, każdego dnia przybywa po 10 minut świata i od końca maja mają już polarny dzień, czyli słońce 24 godziny na dobę.

Dzisiaj głównie zwiedzaliśmy miasto, z przewodniczką polskiego pochodzenia (wychowana jednak w Niemczech). Muszę przyznać, że całkiem fajne to Tromsø. W centrum zachowało się całkiem sporo tradycyjnych, drewnianych domów, będących odzwierciedleniem stylów budowy z różnych stron Norwegii.  Przykładowo – domy „w stylu Bergen” (miasto w południowo-zachodniej części kraju) mają ściany z desek ułożonych poziomo i wejście ze szczytu, a te z Trondheim (środkowa Norwegia) - deski pionowe. Przewodniczka opowiadała, że dawniej po kolorze można było rozróżnić, do kogo dom należał. Kolor czerwono-bordowy (barwnik otrzymywany z krwi) malowali domy biedniejsi właściciele. Kolorem ekskluzywnym był natomiast biały.

tromso6.jpgPonieważ Tromso nie ma specjalnej konkurencji jeśli chodzi o położone na Północy miasta,  sporo tu różnych „rekordów”. Zobaczyliśmy na przykład najbardziej na północ wysuniętą knajpę Burger Kinga (McDonald`Sa jeszcze nie mają). Poza tym jest tu też najbardziej na północ wysunięty uniwersytet, katedra ewangelicka, czy nawet najbardziej „północny browar - Macks. Oczywiście byliśmy w nim. Założył go w 1877 roku Niemiec, ale teraz podkreśla się, że to jednak własność norweska, bo obecni właściciele to już czwarte pokolenie browarniczej rodziny, Norwegowie z krwi i kości. Pobudki założenia wytwórni piwa były bardzo szlachetne – chodziło o to aby gawiedź przestała upijać się pędzonym po domach bimbrem – piwo miało sprawić, by ludzie pili w sposób bardziej kulturalny. Obecnie browar produkuje ok. 25 gatunków piwa – „około” bo kilka jest sezonowych. Szczycą się na przykład że chyba jako jedyni w świecie mają piwa na różne pory roku. Poza tym jest też piwo na noc polarną i dzień polarny. Warto wiedzieć, że Norwegowie nie znają czegoś takiego jak grzaniec, nie piją też piwa z sokiem, a już czymś bardzo śmiesznym jest dla nich pomysł wkładania do piwa słomki.

Przy browarze jest oczywiście pub – bardzo sympatyczny zresztą, podobno od lat ulubione miejsce wtorkowych spotkań myśliwych. Jako zagrycha do piwa od maja często stosuje się mające rybi posmak jaja mew. I jeszcze odnośnie tego pubu – aż do 1974 roku nie miały do niego prawa wstępu kobiety!

tromso5.jpgGdzie jeszcze dziś byliśmy? Między innymi w Arktycznej Katedrze (świątynia katolicka), której ciekawa forma ma przypominać spiętrzone bloki lodowe. Poza tym zaliczyliśmy  Muzeum Polaria, gdzie do głównych atrakcji należy basen z przesympatycznymi fokami, a także Muzeum Polarne (podobne nazwy, ale dwa różne miejsca) gdzie dla mnie najciekawsza była ekspozycja związana z moimi idolami – badaczami Arktyki R.Amundsenem i F. Nansenem, chociaż moim kolegom najbardziej utkwił w pamięci młotek do zabijania fok. Narzędzie takie używano w Norwegii bardzo długo – na łodziach myśliwych wprawdzie broń palna była (ze względu na niedźwiedzie), ale chodziło o oszczędzanie amunicji.

Na obiad pojechaliśmy do restauracji na wzgórzu Storsteinen, wznoszącym się na wysokość 421 m co tutaj robi wrażenie, bo góra wyrasta wprost z morza. Dopiero z tarasu widokowego widać jak rozciągnięte jest Tromso. Centrum jest na wyspie, ale większość mieszkańców liczącego 67 tys. ludzi miasta mieszka poza centrum. Dojazd do centrum zapewnia wybudowany pod fiordem tunel, a także ładny most. Ze względu na swoje nadmorskie położenie, w sezonie turystycznym (szczyt od maja do sierpnia) wiele osób dociera tu na statkach wycieczkowych. Był tu między innymi największy pasażerski statek świata – Queen Mary II.

tromso2.jpgKońcówka dnia upłynęła nam pod znakiem zorzy polarnej. Najpierw w Muzeum Uniwersyteckim zaliczyliśmy bardzo fajnie zrobiony panoramiczny film o zorzach. Niestety, rozkładane, wygodne krzesła sprawiły, że większość z nas przysnęła – ja zresztą też.  Na szczęście zaraz potem mieliśmy możliwość zobaczyć prawdziwą zorzę, bo wyjechaliśmy za miasto i zorza rzeczywiście byłą. Zielona, bajeczna, fantastyczna! Prawie taka jaką widziałam na rejsie przez Przejście Północno-Zachodnie. Jak na złość po kilku zdjęciach padły mi baterie. Razem  z nami na wycieczce pod hasłem „Polowanie na zorzę” (okolo 350 zł za 4 godziny, ale jak nie ma zorzy - kasy nie oddają) była grupa japońska. Japończycy to tutaj główni zimowi turyści. Przyjeżdżają właśnie głównie dla zorzy, często w parach, bo wierzą, że kochając się pod świecącą zorzą łatwiej spłodzić syna, a poza tym poczęte przy takim zjawisku dzieci są… mądrzejsze. Swoją drogą od dawien dawna z zorzami wiązano różne wierzenia. Na przykład grenlandzcy czy kanadyjscy Inuici uważają że zorzę wywołują dusze zmarłych dzieci, które na niebiańskim firmanencie grają w piłkę, a dokładniej - kopią czaszkę foki. Z kolei w Norwegii twierdzono, że to dusze zmarłych, przychodzących spojrzeć co porabiają zostawieni na Ziemi bliscy. Ponoć w czasie zorzy zabraniano machania, jako że uważano, że owe dusze mogą machających zabrać w niebiosa.



11 stycznia
Tromsø, Norwegia
300 km za kołem podbiegunowym

tromso1.jpgWprawdzie z naukowego punktu widzenia północ Norwegii to nie Arktyka, ale nie da się ukryć,że z Tromsø, największej tutejszej metropolii, do bieguna jest taki sam dystans jak do Warszawy. W każdym razie jesteśmy spory kawał drogi (300 km) na północ od kręgu polarnego.


Lubię Norwegię i zawsze cieszę się, kiedy tu wracam. Kiedyś przyjeżdżałam tu do pracy, przy zbieraniu truskawek, teraz też właściwie jestem tu w pracy, tyle że jako dziennikarz. Krótko mówiąc zamiast w namiocie nocuję w dobrym hotelu, ale tamte koczownico-globtroterskie eskapady wspominam bardzo miło,  zastanawiając się czy przy obecnych zarobkach dziennikarskich wkrótce los nie zmusi mnie do powrotu w truskawkowe grzędy.

Dobra, teraz o Tromsø (czytaj: TrUmsE). To największe miasto skandynawskiej Północy (czyli nie tylko Norwegii ale także Szwecji i Finlandii). Książko-przewodnik wspomina o 30 tysiącach mieszkańców, ale Kay, lokalny opiekun naszej grupki, mówi o 70 tysiącach. Co do tego opiekuna, to pojęcie „lokalny” jest dość względne. Facet tak świetnie mówi po angielsku, że aż nas to zaintrygowało, no i w końcu wyszło na jaw, że „lokalesem” to jest od 8 lat, a tak w ogóle to wędrujący po całym świecie Nowozelandczyk.

W czasie trwającej z kwadrans drogi z lotniska do położonego w samym centrum hotelu niewiele zobaczyliśmy, tym bardziej że część trasy przebiega podziemnym tunelem, ale na tromso7.jpgpewno dało się odczuć powiew Arktyki. Zimno wprawdzie nie jest (wszystkiego 4 stopnie na minusie), za to cała okolica jest przepięknie zaśnieżona.

Ponieważ przylecieliśmy dość późno („-my”, bo jest nas w sumie 8 osób), jedyną atrakcją była dziś kolacja z carpacciem z surowego mięsa renifera (przystawka) i dorszem w charakterze dania głównego. Okazuje się, że to my utożsamiamy Norwegię z łososiami, natomiast w mniemaniu Norwegów symbolem ich kraju jest dorsz! Dorsza szef kuchni przygotował w przeróżnych postaciach – w standardowej formie, czyli gotowanej, ale do tego także:
- dorszową wątróbkę (średnie w smaku),
- wnętrzności, w których tworzy się ikra (może być)
- oraz panierowane w tartej bułce języczki (to naprawdę pyszne, choć ta świadomość że to języczki trochę osłabiała mój apetyt). Co do języczków to  pochodzą one z jakiegoś konkretnego gatunku dorsza, który pojawia się w okresie migracji w rejonie między Tromsø i Lofotami.

Przy kolacji pogadaliśmy też sobie jak się tutaj żyje. To czego można Norwegom pozazdrościć, to na pewno opieka socjalna. Choćby taki urlop macierzyński. Po urodzeniu dziecka kobieta ma tutaj do wyboru albo prawo do 10 miesięcy opieki nad dzieckiem i przez ten czas 100 % swojej płacy, albo 12 miesięcy z dzieckiem i 80 %. Dobry układ!

Ok, idę spać, bo jak chciałam powiedzieć – jest już ciemna noc. Tyle że z ciemnościami to tu teraz normalka, że są zarówno w nocy, jak i w dzień. Bądź co bądź to czas nocy polarnej. Jutro mamy szukać zorzy!



8 stycznia 2012 r.,
w pociągu z gór do Warszawy

Po imprezie w Samotni (finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy)

samotnia1.jpgPożyteczny i fajny miałam weekend. Zaproszono mnie do Samotni, kultowego schroniska położonego w połowie drogi między Karpaczem, a szczytem Śnieżki (szczegóły tutaj ), gdzie w ramach imprezy „Ludzie Gór na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy” miałam pokazać zdjęcia z rejsu na Czukotkę. Cóż, zdjęcia żeglarskie, ale w końcu „człowiekiem gór” też jestem. Swoją drogą trzeba przyznać, żę wśród zaproszonych gości była śmietanka polskiego himalaizmu – Anka Czerwińska, Krzysiek Wielicki, Piotr Pustelnik, Darek Załuski, poza nimi jeszcze znany w tak zwanym „środowisku” Michał Kochańczyk, czyli było o czym i kogo posłuchać.

Wieczorem była z kolei wielka aukcja różnych rzeczy. Ja przekazałam swoją ostatnią książkę ze specjalną orkiestrową dedykacją, a także podarowany przez firmę Bielpol –  przedstawiciela szwedzkiego Fladena,  funkcjonalny i ładny kapok, bo góry górami, ale trochę żeglarzy też w schronisku było.

O tym że impreza w Samotni była naprawdę udana, może świadczyć to, że położyłam się spać dopiero po trzeciej, a gdyby nie zerwana poprzednia noc spędzona w jadącym całą noc pociągu, pewnie posiedziałabym dłużej. Specjalnie jednak nie pospałam, bo okazało się, że czekają nas nocne atrakcje. „Nas” czyli lokatorów pokoju nr 16, a była nas szóstka śpiąca na piętrowych łóżkach, 4 osoby rozłożone na podłodze i pies – rosły, grzeczny wilczur. Jednym z szóstki szczęśliwców którzy załapali się na łóżka był Kanadyjczyk, młody student z jakiejś międzyuczelnianej wymiany. Już wcześniej, około północy, znaleziono kolesia leżącego na zamarzniętym stawie, a wciąganie go do z powrotem do schroniska ewidentnie udowodniło, samotnia2.jpgże coś nie tak z jego psychiką. Szczerze mówiąc wtedy nawet nie przypuszczałam, że chłopak mieszka w moim pokoju – w ciągu dnia była tam dość duża rotacja.

Około czwartej Kanadyjczyk zaczął coś wulgarnie krzyczeć, na co w końcu któryś z moich kolegów stanowczo i dosadnie nakazał mu się zamknąć. Tyle że Kanadyjczyk wpadł w szał. Zerwał się, a kiedy zapaliliśmy światło, zaczął rzucać o ścianę wyrwanymi z podłogi deskami, tudzież butami, potem była faza przemówień broniących bezrobotnych, aż w końcu chłopak zaczął się rozbierać. Kiedy doszedł do majtek „Misiu” Kochańczyk, który w międzyczasie wstał, delikatnie dał mu do zrozumienia że już starczy, slipy powinien zostawić, na co o dziwo koleś przystał i zabrał się za demonstrację ćwiczeń z kung-fu czy innych wschodnich sztuk walki w połączeniu z ekspresyjnymi odgłosami.

Ostatecznie chłopakiem zajęli się wezwani GOPRowcy. Ponoć odwieziono go do szpitala psychiatrycznego w Jeleniej Górze. 
A wracając do Orkiestry… Po tych dwóch dniach schronisko Samotnia przekazało na akcję Owsiaka prawie 13 tys. złotych!                                   
Back to top