Blog z roku 2013
Hits: 11223

Ten rok był jednym z najważniejszych w moim życiu. Raz - ze względu na śmierć Mamy i dramat, że nie mogłam przy niej w tych ostatnich chwilach być, czego nie mogę sobie darować (byłam akurat w Tanzanii). Z drugiej strony, zaledwie dwa miesiące po tym bardzo smutnym wydarzeniu, zdobyłam Everest, co było tym bardziej istotne, że miałam na wyprawie dużo czasu, aby sobie z Mamą "pogadać".
Jeśli chodzi o podróże, to trochę po świecie pojeździłam: Japonia, Tajwan, Szkocja (to był super wyjazd!), Makau, Indie, kolejne już wejście na Kilimandżaro... Do sukcesów roku należało też wydanie dwóch książek: "Kurs Czukotka" i "Everest.Góra Gór".

 


31 grudnia 2013 r., Wzgórza Dylewskie - Warszawa
(Przed)Sylwestrowo…

dyl2.jpgKilka ostatnich dni spędziłam… I tu się zastanawiam, czy to już Mazury, czy jeszcze Warmia? Chyba właściwie Pojezierze Chełmińsko-Dobrzyńskie. Mniejsza z tym…  Spędziłam kilka dni na Wzgórzach Dylewskich, jak się nazywa ponoć słynny wśród celebrytów i ludzi z wyższych sfer ośrodek SPA dr Ireny Eris.

Ktoś kto mnie zna, pewnie będzie zaskoczony. No bo ja i SPA? Nie to, że mam coś przeciw SPA i różnym zabiegom relaksująco-upiększającym etc. – wręcz przeciwnie, jeśli tylko jest okazja, bardzo chętnie z nich korzystam. Tyle że moje wizyty w ośrodkach SPA jeśli się już zdarzają, to wyłącznie służbowo, przy okazji wyjazdów dziennikarskich lub jako pilot, z grupami. Teraz byłam zaproszona w związku z prelekcją dotyczącą wydanej przez National Geographic wiosną tego roku książki „Kurs Czukotka”, więc to też nie był taki zupełnie prywatny wyjazd. A do SPA nie jeżdżę z prostego powodu:  nie mam na to kasy i chyba nie zanosi się żebym miała. Ale tak po prawdzie to jak już bym nawet miała, nie wiem czy nie wolałabym wyjechać w jakąś ciekawą podróż, bo koszt kilku dni w takim ośrodku spokojnie starczyłby mi w Nepalu na miesiąc jeżdżenia.

dyl1.jpgNo dobrze, ale są tacy dla których kasa problemem nie jest i ci się na Wzgórza Dylewskie wybrać mogą. I pewnie im się spodoba. Miejsce ładne i rzeczywiście otoczone wzgórzami, co sprawia wrażenie bardziej Beskidu Niskiego niż północy Polski. Już podczas porannego biegania zrobiłam sobie po okolicznych leśnych duktach ileś tam kilometrów, a w samo południe urządziliśmy sobie z Pawłem jeszcze „zdobywanie” najwyższego w tym rejonie „szczytu” – Dylewskiej Góry (312 m n.p.m.), a przy okazji odwiedziliśmy mieszkające w specjalnie zrobionej zagrodzie daniele (przy okazji pozdrawiam jednego z moich ulubionych kolegów – Daniela właśnie!). Przyznam, że szefostwo ośrodka u mnie zapulsowało, bo nie odgrodziło obiektu jakimiś strasznymi płotami i murami tworząc z niego turystyczne getto jakich w świecie wiele, jak też nie wpadło na pomysł wybetonowania leśnych ścieżek. Ma być naturalnie i jest – nie wiem jak celebrytom, ale mnie tam takie przedzieranie się przez leśne ostępy choćby i trochę po błocie, jak najbardziej się podoba.

No dobra, a tymczasem Sylwester! Już za kilka godzin Nowy Rok! Życzę wszystkim wielu wartościowych podróży. Niekoniecznie na koniec świata – choćby wewnątrz siebie!

ps. A propos życzeń do Mikołaja. Gdzieś tam w internecie krążyły takie, które bardzo mi się spodobały: "Drogi Mikołaju! Daj mi gruby portel i chude ciało. Tylko się nie pomyl - jak w zeszłym roku!". No właśnie, tego też Wam życzę - żeby los się w nadmiarze pragnień nie mylił!




27 grudnia 2013 r., Warszawa
Mniej świąt w Świętach i bunt komputera

Ale mam końcówkę roku… Utwierdzam się w przekonaniu że urządzenia elektroniczne po prostu mnie nie lubią. Do zepsutego samochodu (wciąż stoi w warsztacie), malaksera (w naprawie gwarancyjnej), telefonu (też w serwisie), dyktafonu (niedziałający leży w szufladzie),  pralki (działa w zależności od humoru) i jeszcze kilku innych rzeczy, dzisiaj dołączył komputer. Po prostu postanowił przejść na emeryturę i nie zamierza dalej ze mną współpracować. Na szczęście okazał się taki miły, że pozwolił się odpalić w systemie choinka2013.jpgawaryjnym, co pozwala przynajmniej na przerzucenie danych. Aż mi się gorąco zrobiło gdy sobie pomyślałam ile moich cennych zdjęć i pracowicie pisanych artykułów pójdzie w kosmos, jak ich nie uratuję…

No dobra, dane się przerzucają, a ja tymczasem przeniosłam się z pracą na laptopa, więc mogę nastukać trochę świątecznych spostrzeżeń. Na przykład o tym, że jakoś coraz „mniej świąt w Świętach”. Dla mnie akurat Boże Narodzenie było zawsze jakieś takie szczególne – kojarzyło mi się z zapachem choinki, ciasta, smakiem potraw, które się jada tylko w tym czasie, z ciepłem rodzinnym, składaniem życzeń, pisaniem i otrzymywaniem kartek i ogólnie z tym, co jest tylko przez te kilka dni w roku i tylko w Polsce. No ale czasy się zmieniły. Ciepło rodzinne coraz więcej z nas zamienia na ciepło tropików, wyjeżdżając gdzieś tam w świat, a wręcz z premedytacją uciekając od przedświątecznych przygotowań. Choinka? Coraz częściej nie pachnie, bo jest sztuczna. Ciasta, potrawy – wolimy gotowce, bo kto by się tam chciał bawić z lepieniem pierogów. Życzenia? Kartki to już w ogóle relikt, ale z roku na rok także tych mailowych czy smsowych życzeń już coraz mniej przychodzi. Od razu mówię – to żadne zarzuty w stosunku do innych – sama po sobie widzę, że po prostu świat się zmienia, a tradycje zanikają. Ja też mało komu w tym roku składałam życzenia, bo po prostu nie jestem w stanie tego zrobić przy takiej liczbie znajomych, pierogów nie lepiłam (na szczęście wziął to na siebie mój tata, choć inna sprawa że robiłam inne wigilijne potrawy), a większość czasu w Święta spędziłam przed komputerem, bo musiałam ponadganiać zaległości „pracowe”.  Wiem, to mocno „chore”, ale nic nie wskazuje na to, że w przyszłym roku będzie lepiej i ja też w końcu nie zacznę na Święta wyjeżdżać. 

A tak w ogóle to nawet pogoda jakaś taka nieświąteczna, bo śniegu ani krztyny (przynajmniej w Warszawie), zdecydowanie bardziej wiosennie niż zimowo. A pomyśleć że na ostatnią Wielkanoc, przypadającą przecież przecież w kwietniu, zasypało nas śniegiem!


19 grudnia, Warszawa
O tym jak zablokowałam Aleje Jerozolimskie i nieznajomym Piotrku co przyszedł z pomocą

Ale dzień… Jak to przed świętami, wariactwo pełne, no bo wszystko się nawarstwia. Milion spraw do załatwienia, prezenty nie kupione, mieszkanie do sprzątnięcia, ciasta do upieczenia, różne potrawy na Wigilię do przyrządzenia, a doba oczywiście za krótka. Żeby nie było za dobrze, popsuł mi się jeszcze malakser (przy aktualnym nawale prac kuchennych to akurat niepowetowana strata), ale że nieszczęścia chodzą parami, to na dodatek posłuszeństwa odmówił jeszcze mój samochód.

Oczywiście nie mogło się to stać pod domem, czy przynajmniej gdzieś w jakiejś spokojnej ulicy. Moja mocno „letnia” już Corsa stwierdziła widać, że jak się już psuć, to z wielką pompą, tak by mieć "swoje 5 minut". No i miała. W samym centrum Warszawy, w Alejach Jerozolimskich przy Dworcu Centralnym, co oznacza jedno z najruchliwszych miejsc w stolicy, na środkowym pasie, czyli tak, by wszyscy ją widzieli, z prawej, lewej, z okien przejeżdżających tramwajów, jak też okien okolicznych biurowców.
 
Wszystko działo się dość szybko - troszkę wcześniej zwróciłam uwagę na niepokojącą kontrolkę braku ładowania, zaraz potem zaczęła mi się blokować kierownica, po chwili zgasły już wszystkie kontrolki, no i samochód stanął. Nagle. Po prostu stanął i już. Siadła cała elektronika, nawet bagażnika nie byłam w stanie otworzyć, co było o tyle istotne, że tam miałam trójkąt, który na tej ruchliwej ulicy wypadałoby pewnie wystawić.

No i się zaczęło. Wszyscy zaczęli na mnie trąbić, momentalnie zrobił się korek, przejeżdżający obok panowie pukali się w czoło (wyłącznie panowie; żadna kobieta nie pokazała takich gestów), ale żeby jakoś pomóc, to nie. Oczywiście wykonałam telefon do Pawła, który jak to on, powiedział że wszystko rzuca i jedzie mi pomóc, no ale że był w innym końcu Warszawy, to wiadomo było że trochę czasu mu to zajmie.
 
A ja w tym czasie stałam i kombinowałam co tu zrobić. Jak na złość w tej akurat okolicy żadnych zatoczek, żeby zepchnąć samochód nie było. A zresztą łatwo mówić: zepchnąć! Nawet próbowałam, Corsa w końcu nie taka ciężka, problem jednak stanowiło to, że nikt z prawego pasa wcale mnie wpuszczać nie zamierzał. Na dodatek jakiś gościu, już z lewego pasa, otworzył okno i wydarł się mnie, że mogłabym z tym samochodem coś zrobić. Zapytałam go, co znaczyć „coś”, ale nie raczył odpowiedzieć, a już na pewno nie raczył pchać.
 
Stałam więc jak ta ostatnia sierota, czekając na Pawła, omijana zewsząd przez sznury samochodów, zmarzłam przy tym jak diabli, bo nieprzewidując żadnych spacerów akurat tego dnia ubrałam się wyjątkowo „letnio”, przeklinałam całą tę sytuację, a najbardziej „życzliwych” kierowców, aż tu nagle - zdarzył się cud! Aż trudno mi było uwierzyć - oto przede mną zatrzymał się samochód, szara Toyota Saris, z której wysiadł sympatyczny chłopak i przystąpił do akcji „pomoc”. Boże, z nieba mi chyba spadł! Piotr, bo tak miał na imię) w przeciwieństwie do mnie o stronie technicznej miał pojęcie godne mechanika, ale że jedyne co mógł zrobić, to mnie zepchnąć, dzielnie zatrzymał ruch, wsadził mnie za kierownicę, po czym ambitnie pchał naprawdę spory kawał, nie przejmując się wcale swoim eleganckim ubraniem (jak się okazało, zawodowo jest prawnikiem).

Dlaczego o tym piszę? Bo naprawdę się cieszę, że są jeszcze tacy ludzie jak Piotr (a co tam, podam pełne jego dane, bo chyba nie będzie mi miał za złe, a zasługuje  przecież na pochwały: Piotr Bednarek). W końcu minęło mnie spokojnie kilkaset samochodów i nikt się do pomocy nie rwał. Piotr też nie musiał – przecież nie jego problem, jeszcze ten ziąb, więc komu chce sie wysiadać z ciepłego autka, a poza tym czas to pieniądz… A jednak stanął, pomógł, wymarzł się, pewnie pobrudził, ale równocześnie zyskał osobę, która będzie o nim ciepło myślała i szczerze dobrze mu życzyła.

A co do samochodu, to już z pomocą Pawła udało nam się go podładować na tyle, że odstawiłam go na pobliską stację benzynową. Zabrać na hol go nie mogliśmy, bo skoro nie ma ładowania, to nie działają światła.  Teraz,  już w domu, ładujemy akumulator, więc może jutro, za dnia, Corsa zjedzie do zaprzyjaźnionego warsztatu. Ja natomiast przesiadam się na kolejne dni na komunikację miejską, co będzie miało tę zaletę, że nadrobię trochę zaległości książkowych.



9 grudnia, Warszawa
O wyższości podchodzenia nad dochodzeniem
:)

Wiem, mam blogowe zaległości, więc przepraszam tych którzy, tu zaglądają, podczas gdy tu żadnych „newsów”. No ale już się zabieram za uzupełnianie – nawet ostatni dzień spędzony na Tajwanie dopisałam :) (patrz niżej, pod datą 26 listopada).

prom1.jpgTe zaległości to przez książkę ("Everest.Góra Gór"), w związku z którą mam teraz istne urwanie głowy. Cieszę się, że książka chyba się spodobała (tzn. tak mi mówicie, choć to może z grzeczności :), a mimo że została wydana dopiero miesiąc temu, w większości księgarń już jej nie ma. Nakład praktycznie jest wyczerpany, teraz wydawnictwo robi szybki dodruk. W każdym razie książka sprawiła, że mam  teraz sporo zaproszeń na prelekcje i spotkania autorskie, co rzecz jasna jest bardzo sympatyczne, bo zawsze zjawia się na nich mnóstwo fajnych ludzi. Żal mi tylko, że nie za bardzo jest czas na indywidualne rozmowy. W każdym razie jeżdżę po Polsce skacząc po kraju ruchami konika szachowego i pracując w pociągach. Przykładowo w ciągu ostatniego tygodnia miałam trzy spotkania: w Krakowie (na Krakowskim Festiwalu Górskim), w Warszawie (targi turystyczne Muratora) i we Wrocławiu (cykl górskich spotkań robionych przez ekipę ze sklepu Skalniak). W ten weekend z kolei trwa w Warszawie Warszawski Przegląd Filmów Górskich, na którym też będę. Swoją prelekcję mam wprawdzie dopiero w niedzielę, no ale sobotę też się pojawię, ze względów towarzyskich, choćby po to by zobaczyć się ze swoimi górskimi znajomymi (ma być m.in. Leszek Cichy, Adaś Bielecki, Ola Dzik, Jurek Natkański, Anka Czerwińska, Darek Załuski).

No dobra, ale skoro o górach mowa… Nie dalej jak wczoraj dostałam maila od swojego znajomego, którego namówiłam na himalajski treking do Bazy pod Mt Everestem. Kolega specjalnie „górski” wcześniej nie był, ale że lubi nowe wyzwania i chciał się sprawdzić, domówił się z innym kumplem i pojechali. No i co? Uczciwie przyznał, że dostał w kość, na dodatek zaliczył obrzęk płuc (poważny objaw choroby wysokościowej, ale na szczęśćie zdołał szybko zejść w dół), no ale mimo tych przeciwności,  połknął górskiego bakcyla. W każdym razie teraz napisał coś, co bardzo mi się spodobało, bo dość nietypowo, ale przekonywująco wyjaśnia na czym polega magnes gór, przynajmniej w odczuciach sprawnego, atrakcyjnego faceta: „Nie mam pojęcia, jak mogłem być tak głupi żeby omijać góry?! Przecież zalewanie się potem podczas podchodzenia jest przyjemniejsze niż w czasie dochodzenia!”.


26 listopada, Tajpej (Tajwan)
Od Czang Kai-Szeka do spotkanej na Tajwanie Asi z Lublina

taj94.jpgTo już ostatni dzień na Tajwanie. Spędziliśmy go w Tajpej, bo samolot do Europy mieliśmy dopiero o północy. Zwiedzanie zaczęliśmy od bardzo barwnej świątyni Longshan, zbudowanej w XVIII wieku, ale bardzo poważnie zniszczonej pod koniec II wojny światowej, w czasie nalotu Amerykanów (przypomnę że Tajwan był wtedy pod okupacją japońską, a Amerykanie dostali cynk, że Japońce ukrywają w świątyni broń). W każdym razie ruch w świątyni nawet w dzień powszedni jest niezwykły. Turystów jak na lekarstwo, za to kłębią się tłumy lokalnych pielgrzymów przynoszących na ofiarę różne dary. Kwiaty się potem zostawia, kadzidełka i papierowe pieniądze do przekupywania bóstw – spala, a to co nadaje się do zjedzenia – zabiera ze sobą z powrotem. Trochę się zdziwiłam, bo w innych krajach buddyjskich zwykle jak się coś przynosi, to potem zostawia w świątyni, dla mnichów, no ale tu okazuje się że nie.

taj93.jpgSkoro już osiągnęliśmy stan uduchowienia, pojechaliśmy zobaczyć Memoriał Czang Kai Szeka. Nie mauzoleum, bo pierwszy prezydent Tajwanu pochowany jest zupełnie gdzie indziej, w miejscu nie udostępnionym dla zwykłych obywateli. Memoriał jest olbrzymi (70 m wysokości, czyli dwa dzesięciopiętrowce), gustownie pomalowany na biało i niebiesko, a wartę przed nim trzymają ubrani w białe mundury żołnierze którzy o godzinie 12-tej robią ciekawy, a momentami wręcz komiczny pokaz zmiany warty. Komiczny, bo ich musztra nasuwa skojarzenie z robotami, na dodatek śmiesznie krzyczącymi.

Pytałam naszą przewodniczkę o stosunek współczesnych Tajwańczyków do Czang Kai-Szeka, jakby nie było przez wiele lat traktowanego niczym „bóg”. Teraz to się jednak zmieniło. Ponoć coraz częściej wyciąga się na forum publiczne różne, niezbyt chlubne dla wodza kwestie, jak choćby to, jak traktował opozycję, czy jak niszczył kulturę tajwańskich Aborygenów (przez długie lata utrudniano im kultywowanie swoich taj92.jpgtradycji, usiłowano zniszczyć ich język). W każdym razie kiedy doszła do władzy opozycja, pozrzucała z piedestałów wszystkie pomniki Czang Kai-Szeka – część z nich można zobaczyć w ramach ciekawostki w jednym ze stołecznych parków.

Zwiedzanie Taipei zakończyliśmy wjazdem na 86 piętro pełniącej funkcję biurowca wieży zwanej "Taipei 101". Te „101” nie jest przypadkowe – to że jest tam 101 pięter to jedno (tak naprawdę jest jeszcze 5 pięter podziemnych), ale to szczęśliwa dla Chińczyków liczba. Budynek oddano do użytku w 2004 roku, a do 2010 był on najwyższym budynkiem świata (wysokość - 509,2 m, czyli pół kilometra!). Wieża nie powiem, jako obiekt architektoniczny jest ciekawa, widok z niej też warto zobaczyć (choć trudno uznać Tajpej za najpiękniejsze miasto świata), ale to co zrobiło na mnie największe wrażenie, to wcale nie budynek jako taki, tylko jego... podziemia. Mieści się w nich galeria handlowa, w której jest m.in. restauracja-pierogarnia Din Tai Fung. Na pierwszy rzut oka nie rzuciła mnie na kolana – na miejsce trzeba czekać w kolejce, w środku – atmosfera stołówki obsługiwanej przez uwijających się taj96.jpgniczym w ukropie kelnerów. Jak się okazała jedną z kelnerek jest Asia Goławska, Polka z Lublina, która uświadomiła nam, że restauracja wcale nie jest taka zwyczajna, bo wielokrotnie nagradzana i dorobiła się nawet prestiżowej gwiazdki Michelin`a. Że doceniono ją zasłużenie, szybko mogliśmy się przekonać, kiedy na stół wjechały gotowane na parze pierożki xiaolongbao, a właściwie ileś ich rodzajów, podawanych w bambusowych koszykach. Po prostu – niebo w gębie! Cała grupa była zachwycona uznając że to najlepszy lunch jaki jedliśmy na Tajwanie.

taj90.jpgA co do Asi, to niesamowita dziewczyna. Przyjechała na Tajwan na praktyki, które sama sobie załatwiła, za pośrednictwem organizacji studenckiej AIESEC. Bo Aśka to mądra, ambitna dziewczyna, której marzy się prywatna restauracja, ale że zdaje sobie sprawę że samo nic nie przychodzi, wzięła los w swoje ręce i na razie zbiera zarówno pieniądze, jak i doświadczenia. Wcześniej była już na praktykach w Rio de Janeiro, teraz tutaj… Chińskiego nie zna, ale widać było że radzi sobie nieźle. Od razu ją polubiłam, bo to typ ludzi, których cenię i którym z serca życzę, żeby los szybko ich za tę determinację i ciężką pracę nagrodził. W każdym razie fajnie spotkać tego typu osobę na drugim końcu świata.

 


25 listopada, Wąwóz Taroko, Yilan (Tajwan)
Od łowców głów do rybek u stóp

tajw21.jpgGłęboko myli się ten, co myśli że Tajwan to tylko nowoczesne fabryki, zabudowa niczym w Hongkongu i wszechobecna niemal kosmiczna technologia. Tak naprawdę to z tą technologią to nawet bym powiedziała że jestem zawiedziona – wcale tu nie jest tak nowocześnie jak myślałam że będzie, a co do zabudowy to jest że tak powiem – normalnie. Mało tego, Tajwan w ogóle nie przypomina Hongkongu, a co do wysokiego stopnia urbanizacji, to dotyczy to jedynie nadmorskiego, nizinnego pasa wyspy od strony zachodniej. Interior stanowią trudno dostępne góry (na tej małej wyspie jest aż 200 szczytów których wysokość przekracza 3 tys. metrów!), zaś wschodnie wybrzeże to schodzące do morza klify na których trudno jest cokolwiek budować.

O tym jak zielona i wciąż „dzika” jest jeszcze wyspa przekonaliśmy się dzisiaj jadąc do Wąwozu Taroko, zaliczanego do największych atrakcji Tajwanu. Nie jest to wprawdzie tajw20.jpgnajładniejsze miejsce jakie znam, ale dobra, zgadzam się że zobaczyć je warto. Ale równie ciekawe jak krajobrazy byli dla mnie w Taroko ludzie, a dokładniej Aborygeni z grupy Truku (inni niż ci, których widzieliśmy wczoraj nad jeziorem Słońca i Księżyca). Truku przez długi czas słynęli jako „łowcy głów”, bo żeby być pełnoprawnym członkiem plemienia, co potwierdzał tatuaż na czole, musieli pochwalić się 5-6 odciętymi głowami wrogów, a z kolei jak chcieli dorobić się kolejnego tatuażu, tym razem na brodzie, potwierdzającego że są naprawdę mężni i zaradni, wymagano od nich kolejnych iluś główek. Czyż nie urocze? 


Kobiety Truku także się tatuowały – dotyczyło to mężatek które robiły sobie charakterystyczne pasy na policzkach. Do tej pory żyje ponoć jeszcze kilka starych kobiet, które takie rytualne wzory mają. 


Dzisiejsi Aborygeni tatuaży na twarzy sobie nie robią, oczywiście na nikogo nie polują, ale ze swoich tradycji są dumni i starają się je pielęgnować (tym bardziej że rozumieją, że to dla nich też i biznes). W niczym, poza nazwą, nie przypominają Aborygenów z Australii – są dobrze wyedukowani,  bystrzy, nie widać u nich pijanych, pod wzglądem urody są ładni/przystojni i ogólnie budzą same dobre skojarzenia.

tajw18.jpgDzień zakończyliśmy w gorących źródłach, z których słynie miasto Yillan. Chęć do kąpieli w termalnych basenach przeszła nam po tym, jak zobaczyliśmy w owych basenach tłum Chińczyków z Chin, ale na szczęście okazało się, że są puste baseny służące do „rybnego pedicure`u”. Za równowartość 9 zł ma się tu półgodzinny seans moczenia nóg, które obgryzają setki małych rybek. Fajne wrażenie – przypomina coś między łaskotaniem i wbijaniem w stopy miniaturowych, delikatnych igiełek. Co ciekawe – siedzieliśmy w kilka osób, ale wyraźnie było widać że niektórzy z nas mieli "większe branie", a niektórzy prawie wcale. Kilka rybek pływało też do góry brzuszkami, co wiadomo co oznacza, ale mam nadzieję, że to nie z naszej winy (nogi oczywiście wcześniej umyliśmy :) ). Mam nadzieję, że nie zaserwują nam tych rybek jutro do śniadania :).



24 listopada, Tainan – Sun-Moon Lake – Taipej (Tajwan)
Gdzie biały jeleń do jeziora skoczył


taiw1.jpgAtrakcją dnia było Jezioro Słońca i Księżyca. Nazwa nawiązuje do jego kształtu – z jednej strony wygląda jak rogal, czyli księżyc, z drugiej bardziej przypomina okrąg (tak mówią, bo mnie nie przypominało), czyli słońce. Tak czy owak miejsce ładne, tym bardziej że położone w otoczeniu malowniczych gór sięgających wysokości 2,5 tys. metrów, czyli tak jak nasze Rysy (ale tutejsze góry przypominają raczej zalesione pagóry niż nasze ostro zakończone tatrzańskie szczyty).

Kiedy w ubiegłym roku Chiny Ludowe wydały dla swoich obywateli nowe paszporty, na jednym z widniejących w nich rysunków umieściły Jezioro Słońca i Księżyca. Tajwańczyków to rzecz jasna oburzyło, zwrócili więc Pekinowi uwagę, że jezioro nie jest własnością komunistycznych Chin, tylko Tajwanu, ale jak mogę przypuszczać, Pekin nie za bardzo raczył się tym przejąć. Ale nie ma tego co by na dobre nie wyszło, bo napędziło to Tajwanowi ruch turystyczny – nad jezioro przyjeżdżają tłumy Chińczyków z Chin, których marzeniem jest to miejsce zobaczyć. 


tajw5.jpgPytałam naszą przewodniczkę czy rozpoznaje Chińczyków z Chin. A ona że jasne, i to błyskawicznie. Po  fizjonomii (Tajwańczycy są wyżsi, solidniej zbudowani i ładniejsi - to już moje zdanie), po ubraniu, bo jak twierdzi koleżanka po fachu - Tajwańczycy są lepiej  ubrani, po zachowaniu (Chińczycy z kontynentu są bardzo hałaśliwi i się wszędzie pchają) oraz po języku (nawet nie chodzi o różnice w dialektach ile to że ten chiński-tajwański jest bardziej „grzeczny”, delikatny).

To że przyjeżdżają Chińczycy sprytnie wykorzystali buddyści z jednej z grup religijnych prześladowej wcześniej na kontynencie, w związku z czym jej wyznawcy przenieśli się na Tajwan. Otóż urządzili przy ścieżce do jednej ze świątyń wymowne modlitwy i wystawę uświadamiającą braciom Chińczykom jak pekiński rząd traktuje więźniów – także religijnych i politycznych, z naciskiem na to, jak wyglądają egzekucje i ciała zabitych skazańców którym powycinano narządy do przeszczepów. Niestety, miałam wrażenie, że mnie, nieznającą chińskiego, czyli nierozumiejącą podpisów, bardziej te zdjęcia poruszyły, niż rozkrzyczanych przybyszy z kontynentu.

Wracając do jeziora… Ze względu na romantyczne widoki jest to jedno z miejsc ulubionych przez tajwańskich nowożeńców. Na polecenie Czang Kaj-szeka, który też lubił tu przyjeżdżać, wybudowano nawet kościół katolicki. Ale w ogóle pełno nad jeziorem różnych świątyń, wśród których najpiękniejsza i najbardziej kolorowa (choć całkiem nowa, bo mającą zaledwie około pół wieku) jest świątynia konfucjańska Wen Wu.

tajw2.jpgRejon jeziora jest też ciekawy ze względu na mieszkających nad nim Aborygenów. Tak się mówi o tutejszych autochtonach, językowo zbliżonych raczej do aborygenów np. z Australii niż Chińczyków. Pamiętam, jak ileś lat temu kiedy jeździłam sobie po Tajwanie stopem, jeden z kierowców zawiózł mnie do aborygeńskiej wioski, gdzie mnie hojnie nakarmiono i przenocowano. W każdym razie nasłuchałam się wtedy, że jeszcze trochę i Aborygeni zatracą swoje tradycje etc., a tymczasem widzę że jest wręcz odwrotnie – wyraźnie jest zapotrzebowanie na to, co lokalne. Na przystani gdzie wsiadaliśmy na łódź którą przeprawialiśmy się przez jezioro grał jeden zespół aborygeński, tam gdzie wysiadaliśmy – drugi, na każdym straganie sprzedaje się aborygeńskie stroje i ozdóbki, a na symbol regionu wykreowano sowę, która według aborygeńskich wierzeń przynosi szczęście. Może i mnie przyniesie, bo dostałam taką sówkę od kapitana naszej łódki… 

I na koniec jeszcze aborygeńska legenda tłumacząca skąd się  wzięli nad jeziorem Aborygeni z plemienia Thao. No więc wcześniej żyli sobie gdzie, ale pewnego dnia myśliwi z tego plemienia wybrali się na polowanie i zaczęli ścigać białego jelenia. No a ten wodził ich przez góry i doliny, aż wyprowadził nad przepiękne jezioro bogate w ryby, po czym wskoczył do jeziora i tyle go widzieli… Teraz turyści oglądają owego jelenia w postaci rzeźby na wysepce pośrodku jeziora.



23 listopada, Tainan (południowy Tajwan)
Śladami Holendrów

 

tajwan5.jpgZjechaliśmy na południe wyspy, jakieś 300 km od Taipej, do Tainan, czwartego co do wielkości miasta Tajwanu (760 tys. mieszkańców). W XVII wieku, przez 38 lat miejsce to okupowali Holendrzy, ale w 1661 roku przybył tu niejaki Cheng Cheng-kung, powszechnie znany jako Koxinga, no i z drobną pomocą swoich 25 tys. żołnierzy, europejskie towarzystwo wygonił. Nie było to oczywiście proste, bo Holendrzy wybudowali wcześniej dwa forty w których bronili się dzielnie przez 6 miesięcy, ale jak już mieli dosyć oblężenia i się poddali, Koxinga potraktował ich łagodnie, to znaczy nie wybił, tylko pozwolił wsiąść na statki i odpłynąć w siną dal. 


Jeden z tych portugalskich portów (Fort Providentia, zwany tez Wieżą Chihkan) dzisiaj oglądaliśmy. Ciekawy był sposób wznoszenia jego murów – przywożone z Indonezji cegły łączyła zaprawa zrobiona z rozgrzanych muszli ostryg z dodatkiem cukru z trzciny cukrowej oraz kleiku ryżowego! Mimo upływu wieków mur trzyma się dobrze, mam wrażenie że lepiej niż współczesne dobudówki.


A co do samego Koxingi to długo sobie nie pożył – zmarł rok po zwycięstwie nad Holendrami, w wieku zaledwie 38 lat, na malarię (teraz zagrożenie tą chorobą jest na Tajwanie już bardzo znikome). Jako bohater narodowy Koxinga został patronem jednej z lokalnych świątyń w której jest też jego muzeum. Tak na marginesie to jego matka była Japonką zajmującą się medycyną, a ojciec jak to ładnie powiedziała nasza przewodniczka – piratem, ale zaraz poprawiła się że wojownikiem. 


Co do światyń, to w Tainanie jest ok. 200 różnych świątyń, gł. buddyjskich, konfucjańskich i taoistycznych, ale nie tylko, bo kościoły też tu widać (ok. 10% mieszkańców miasta to chrześcijanie). 


tajwan2.jpgZ innych ciekawostek dnia to nasza przewodniczka podała trochę oficjalnych statystyk dotyczących tajwańskiej produkcji. Jak się okazuje 80% używanych na świecie maszyn do szycia pochodzi właśnie stąd, podobnie jak 50% opon rowerowych. Poza tym produkuje się tu rocznie 100 mln butów i 100 mln parasolek (wyliczono że tajwańską parasolkę ma co 40 mieszkaniec naszej planety). A co do parasolek to według miejscowych wierzeń nie wolno ich dawać w prezencie, zwłaszcza osobom bliskim, bo to źle wróży (parasolka kojarzy się z deszczem, a krople deszczu – ze łzami). Podobnie nie wypada tu dawać także zegarów (ale nie takich na rękę, tylko dużych) – zwłaszcza osobom starszym, bo to z kolei kojarzy się z upływającym czasem, czyli nieuniknioną śmiercią. Za to wszyscy tu uwielbiaja (nie tylko tu, wszyscy Chińczycy) "złote rybki", których w prezencie się raczej nie daje, za to cieszy się nimi wzrok jak pływają w prawie każdym ogrodowym stawie. Mają przynosić szczęście.



22 listopada, Taipej (Tajwan)
Kapusta pekińska z muzeum

tajwan 6.jpgPo pobudce o jakiejś barbarzyńskiej porze (3.30) przeskoczyliśmy z Hongkongu na Tajwan (1,40 godz. lotu całkiem przyzwoitymi liniami tajwańskimi Eva Air). Właściwie oficjalna nazwa Tajwanu to Republika Chińska, oczywiście nie mającą nic wspólnego z niedalekimi Chinami „właściwymi”. W ogóle to taki trochę dziwny twór, nie uznawany oficjalnie na arenie międzynarodowej. Stąd też Tajwan nie może mieć reprezentacji na Igrzyskach Olimpijskich, a przynajmniej nie pod własną flagą.  Aktualnie z państw europejskich Tajwan uznaje tylko Watykan, a tak poza tym to w sumie tylko 23 „potęgi” w stylu Burkiny Fasso, Gambii, Panamy, Gwatemali i kilku innych którym Tajwan rewanżuje się pomocą ekonomiczną.  Polska też Tajwanu jako niezależnego państwa nie uznaje (oczywiście głównie dlatego by nie narazić się Pekinowi), tak więc nie mamy tu ambasady, za to jest tu Biuro Radcy Handlowego które pełni też obowiązki konsulatu. Tak na marginesie to szef tego Biura, sympatyczny pan Marek, dzisiaj nawet mnie telefonicznie złapał, wyraźnie zdziwiony że jest tu jakaś zorganizowana grupa z Polski, bo ponoć raczej się to nie zdarza (albo może tak rzadko że on o tym nie wie). Niestety, ze względu na nasz napięty program i tak nie ma szansy na spotkanie.

tajwan1.jpgNa Tajwanie już kiedyś byłam, objeżdżając wyspę autostopem i nocując głównie w namiocie plus domach poznanych po drodze Tajwańczyków (był wśród nich jeden z najbogatszych ludzi na Tajwanie), teraz więc z sentymentem wspominam tamte czasy. Trudno mi jednak robić póki co jakieś porównania, na ile wyspa się zmieniła, bo dzisiaj widzieliśmy jedynie Narodowe Muzeum Pałacowe które szczyci się największą na świecie kolekcją chińskiej sztuki. Większość eksponatów stanowi to, co w 1949 roku udało się siłom Kuomitangu wywieźć z Zakazanego Miasta, czyli dawnego pałacu cesarskiego w Pekinie. Mój  ulubiony eksponat to wykonana z jadeitu kapusta pekińska :)  i wystawa porcelany. Tę która służyła cesarzowi można rozpoznać np. po zdobiących ją smokach z pięcioma pazurami (na mniej prominentnych naczyniach smoki miały trzy pazury, ew. cztery jeśli chodziło o jakiegoś lokalnego kacyka lub generała) i kolorze złotym/żółtym, którego nikt inny nie mógł używać, bo inaczej był skracany o głowę.

Aaa, jest coś, co mi się kojarzy z moim poprzednim pobytem na Tajwanie! Niesamowita ilość sklepów "Seven-eleven", amerykańskiej chyba sieci która jest tu na niemal każdym rogu ulicy. Kiedyś były to moje ulubione sklepy, bo czynne prawie całą dobę, więc zawsze mogłam na nie liczyć. Moja grupa teraz też je szybko polubiła, bo mają koncesję na alkohol :). Wódka z ryżu nie jest może najlepsza, no ale w końcu to lokalny specjał, tak więc permanenta degustacja trwa :). Przy okazji - tutejsze "na zdrowie" to: Kampej!




21 listopada, Macau
Azja po portugalsku

mac2.jpgDziś zrobiliśmy sobie jednodniowy, promowy wypad do Makau (Polacy chyba wolą nazwę Makao?). Przypomnę – chodzi o byłą portugalską kolonię położoną w linii prostej (przez morze) ok. 60 km od Hongkongu, 31 grudnia 1999 roku przekazaną Chinom. Podobnie jak i w przypadku Hongkongu, mieszkańcy Makau, chociaż w 94% Chińczycy, wcale się z „wyzwolenia” nie cieszą – z rozrzewnieniem wspominają czasy portugalskie i nadal jako język urzędowy utrzymują obok chińskiego – portugalski. 


Wpływy portugalskie widać też w architekturze, której symbolem jest fasada tzw. katedry św. Pawła (tak naprawdę ani to nie była katedra, ani nie św. Pawła). Tylko fasada, bo reszta się spaliła w pożarze w 1835 roku. Swoją drogą kościoły chrześcijańskie rzucają się w Makau w oczy bardziej niż świątynie buddyjskie, ale tak naprawdę daleko Makau od atmosfery pobożności. To z czego słynie, to głównie nielegalna prostytucja (kobiety „pracujące” to ponoć mac3.jpggł. Rosjanki) i kasyna prześcigające się w pomysłach na atrakcyjność. My akurat byliśmy w „Venetian”, które zgodnie z nazwą stylizowane jest na Wenecję. Na zewnątrz stoi kopia dzwonnicy z placu Św. Marka, jest też niby Pałac Dożów, a w środku, na piętrze ponad ogromną salą z automatami do gry i stołami do ruletki, są służące za sklepy skopiowane "weneckie" kamienice usytuowane nad rzeką (!), po której za 30 dolców można fundnąć sobie rejsik gondolą, ze skośnookimi gondolierkami śpiewające nie tylko włoskie piosenki.


W sumie tyle tam było do oglądania, że nawet nie zdążyłam zagrać w kasynie. Może szkoda, bo wcześniej byliśmy w świątyni buddyjskiej w której można było się sprawdzić jaką kto ma energię i na ile przyciąga się szczęście. Chodziło o to, że pocierało się rączki misy z wodą, a ta woda zaczynała się marszczyć. Chinka przede mną tarła, tarła i nic, a ja podeszłam, kilka razy tylko przetarłam i woda zaczęła bulgotać jak przy wrzątku. Aż się ludzi mac4.jpgzlecieli, cmokali, głośno się dziwili i gratulowali. Czyli proszę mi teraz już nie mówić że mam ADHD  :) – przyjmijmy wersję chińską, to znaczy że rozpiera mnie dobra energia i przez kolejny rok powinnam mieć dużo szczęścia.

Co jeszcze widzieliśmy w Makau? A na przykład Muzeum Grand Prix - chodzi o Formułę1 i Formułę 3, bo wyścigi samochodowe to jedna z czołowych tutaj, dorocznych imprez. Właśnie tydzień temu była ich kolejna edycja. Przejechałam się nawet na symulatorze. Wrzeszczałam przy tym strasznie, bo przy prędkości 190 km/h nie za bardzo wyrabiałam się na zakrętach, i nawet dziwiłam się nieco, że mimo walenia co i rusz w bandy, jakoś nie rozwaliłam tego auta.

mac1.jpgPoza tym byliśmy też w miejscu zwanym Fisherman Wharf – na wzór słynnego nabrzeża w San Francisco. Ale tylko nazwę ściągnięto z USA, bo zabudowa kopiowała domy portugalskie, hiszpańskie i holenderskie, a na końcu uliczki naszym zdumionym oczom ukazało się… Koloseum! Oczywiście wszystkie te budowle służą jako knajpy, sklepy czy miejsca jakichś pokazów. Krótko mówiąc króluje ogólny kicz, którym masowo przyjeżdżający Chińczycy z Chin są wyraźnie zachwyceni.

Aaa, jeszcze widzieliśmy Macau Tower, czyli wieżę telekomunikacyjno-widokową na której na 225 m chyba metrach jest taras widokowy, a także stanowisko do skoków bungy! Chciałabym bardzo skoczyć, tym bardziej że to ponoć najwyższe bungy na świecie (a ja skaczę wszędzie gdzie się da), no ale niestety, raz że nie było czasu, a dwa – cena 300 dolców za skok jest jednak dla mnie zaporowa. Może następnym razem jak tu będę, a wcześniej wygram w kasynie  :).


20 listopada, Hongkong-Wyspa Lantau
Jak się mieszka w Hongkongu

hgk4.jpgZapytałam dziś naszą przewodniczkę, swoją drogą fantastyczną dziewczynę (Zoe ma na imię), czy lepiej jes,t że Hongkong stał się chiński, czy lepiej było zostać pod rządami brytyjskimi (przypomnę: przejęcie Hongkongku przez Chiny to rok 1997, czyli kilka dobrych lat już minęło). No i okazuje się, że po wstępnej euforii że Chińczycy wrócą „do macierzy”, że to przecież podobna mentalność, ten sam język, tradycje itp., okazuje się że wcale mieszkańcy Hongkongu już się tak do Chin nie garną. I tak mają lepiej niż Chińczycy z Chin, bo nikt ich nie cenzuruje i mogą bez problemów korzystać z np. facebooka (Chińczycy z Chin nie…), poza tym zawsze mogli i mogą mieć tyle dzieci ile chcą (w Chinach do tej pory obowiązuje polityka jednego dziecka), no ale wcale tacy zadowoleni z opieki coraz bardziej mieszającego się im w różne sprawy rządu z Pekinu nie są. Oczywiście w wielu sprawach sąsiedztwo Chin jest korzystne – przywozi się stamtąd do Hongkonku ok. 80% żywności, no ale na wszelki wypadek hongkończycy wciąż podkreślają swoją niezależność – mają swoją flagę, walutę, a mentalnie też są różni od swoich „braci”, bo jacyś tacy bardziej kumaci, kreatywni i dużo lepiej zorganizowani.


hkg3.jpgAle i ci, i ci Chińczycy są bardzo przesądni. Wspominałam o tym już wczoraj, ale dzisiaj jeszcze z Zoe wróciłyśmy do tego tematu. Zoe wytłumaczyła mi symbolikę chińskich cyfr, co wygląda następująco:
1-    Najlepsza/y
2-    Łatwość
3-    Dużo energii
4-    Śmierć
5-    Nie ma znaczenia
6-    Wieczność, coś na zawsze
7-    Niby nie ma znaczenia, ale podczas styp zawsze jest 7 potraw, więc jak Chińczycy idą do restauracji (nie na stypę) to zrobią wszystko by nie zamówić właśnie siedmiu potraw
8-    Pieniądze, szczęście w czymś
9-    Długowieczność
10-    Perfekcyjność


Przy numerach telefonów cyfry nie mają niby wielkiego znaczenia, ale… wiele osób ponoć zastrzega, że zgadazają się na każdy numer, o ile nie będzie w nim czwórki. Z kolei zakłady pogrzebowe odwrotnie – zabiegają by mieć czwórkę.
Za to przy numerach samochodów numerki są bardzo ważne. Najlepsze z nich idą na licytację. Ponoć w 1993 roku był gościu który hk-ogolnie.jpgzapłacił coś ok. 2 mln dolarów amerykańskich za numer zawierający tylko jedną cyfrę – dziewięć. Ale inna sprawa że napisy też są w cenie – tablica rejestracyjna samochodu z napisem „I love you” kosztowała monoć 325 tys. dolców USA.

No dobra, ale skoro kogoś stać, to jego sprawa. A tu bogatych akurat nie brakuje. Z tym że nie wszyscy są bogaci. Ponoć przeciętna pensja to 1200 dolarów USA i to przy przyjętym tutaj powszechnie 6 dniowym tygodniu pracy i nadgodzinach za które pracodawcy mają zwyczaj nie płacić (na pytanie o związku zawodowe Zoe się tylko roześmiała). Pracować trzeba, bo ceny już nie są tak niskie jak kiedyś, a mieszkania to już w ogóle horror. Standardowe mieszkanko o powierzchni 50 m kw. kosztuje 450 tys. dolców USA, ale jak się chce takie naprawdę eleganckie, na Wzgórzu Wiktoria, z ładnym widokiem na morze, to trzeba liczyć 50 tys. dolców za 1 m kw.

A właśnie, co do morza to ciekawostka: czy wiecie skąd się wzięła nazwa „Hongkong”? Otóż tw dialekcie kantońskim (powszechnie tu stosowany dialekt chińskiego) oznacza to „pachnący port”. Bo kiedy dotarli tu Brytyjczycy (dobre dwa wieki temu) to faktycznie był pachnący, bo wyrabiano tu różne pachnidła z drzewa sandałowego.

No dobra, a teraz o tym co zwiedzaliśmy. No więc rano pojechaliśmy na Wzgórze Wiktorii (nazwa od brytyjskiej królowej), żeby zobaczyć sobie panoramę miasta – jak na złość było dość kiepsko jeśli chodzi o przejrzystość powietrza. W drodze powrotnej Zoa pokazała nam lokalny hipodrom – ponoć o konie się tu wyjątkowo dba. W klimatyzowanych knajpach puszcza się im muzyczkę, i to hkg2.jpgnie jakieś hity Lady Gaga tylko ambitną klasykę, mają też do użytku basen, w miesiącach zimowych kiedy jest chłodno – podgrzewany. Ale dla kontrastu widzieliśmy też miejscowe więzienie. Powiem szczerze – wyglądało niczym luksusowy ośrodek wypoczynkowy: nad brzegiem morza, w ładnym otoczeniu, z różnymi boiskami do gier zespołowych. Po prostu wakacje!

 Potem przeprawiliśmy się promem na wyspę Lantau (największa z archipelagu ponad 200 wysepek należących do Hongkongu) gdzie pojechaliśmy zobaczyć wioskę rybacką powstałą na falach. Bardzo ciekawe miejsce i przy okazji fajny bazarek suszonych owoców morza. No i przy okazji wizyty w lokalnej świątyni nauczyłam się prostego sposobu na rozróżnianie świątyni buddyjskiej od taoistycznej. No więc w pierwszej składa się w ofierze owoce, wódeczkę, kadzidełka, ale absolutnie nie mięso, no a w taoistycznej – to samo, ale także pieczonego kurczaka, wieprzowinkę itp. Co do owoców to powinny być to owoce zbliżone do kuli, a przynajmniej obłe, bo kulę uważa się za kształt doskonały. Krótko mówiąc pomarańcze, jabłka są okej, ale banany już niekoniecznie (choć idąc z duchem reform niektórzy przynoszą :).


hgk5.jpgGłówną atrakcją Lantau jest teoretycznie Wielki Budda – odlany z brązu w Chinach i przywieziony w 206 kawałkach i na miejscu w 1993 roku złożony. Ma 34 m wysokości, czyli wyższy niż 10-piętrowiec,kosztował 10 mln dolarów Hongkongu , a prowadzi do niego 268 schodków (nie przypadkowo tyle – chodziło o określoną symbolikę, czyli „łatwe szczęście na wieczność”. Potem do parkingu (po drugiej stronie wyspy) wróciliśmy już kolejką linową – to jedyne miejsce w świecie które znam, gdzie zamiast budować drogi zainwestowano w przewożenie ludzi przez wiele kilometrów gondolkami.


19 listopada, Hongkong
Trochę inne Chiny

No i znowu w Azji. Ostatnio jakoś często tu jestem, na tyle często, że co mój organizm przestawi się na daną strefę czasową to ją znowu zmieniam (Japonia – 5 dni, potem 10 dni w Polsce i 6 dniowe Indie, tydzień w Polsce i teraz tutaj). Aktualnie mam 7 godzin różnicy czasu – czyli kiedy w Polsce dzień, to u mnie pora spać.

hkg1.jpgLubię Hongkong. Dzisiaj był dzień luzu, który wykorzystaliśmy na rekonesans sklepowy. Niestety, to już nie takie różnice cenowe jak dawniej, tym bardziej że trzeba uważać, co się kupuje, bo oczywiście wszystko jest wg zapewnień „orginal”, ale pewności mieć nie możemy. 


Wieczorem, po kolacji, poszłam z grupą (bo jestem tu w roli pilota) na nabrzeże obejrzeć „Laser show”. Widowisko jest ogólnostępne, takie „światło i dźwięk” robione codziennie o 20tej kiedy przez kwadrans podświetla się są na różne kolory biurowce stojące na położonej naprzeciw wyspie. Wśród tych biurowców jest m.in. siedziba Bank of China, wielki, 72-metrowy budynek mający 367 m wysokości, dość mocno wyróżniający się kanciastymi bokami. No i właśnie o te ostre kąty od momentu oddania gmachu do użytku (rok 1990) trwa awantura, bo to wbrew zasadom feng shui, do czego Chińczycy przywiązują ogromną wagę. Na domiar złego na szczycie budynku zamontowano dwie anteny, co też jest wbrew feng shui. I jeszcze  – budynek przypomina tasak, wycelowany w inny wieżowiec, firmy HSBC, czyli również banku, największego konkurenta Bank of China, co w ogóle uznano poniżej pasa (tę formę tasaka). Przez długi czas był ogólnospołeczny nacisk, aby siedzibę Bank of China rozebrać, ale póki co stoi i ma się dobrze, choć ponoć nikt nie chce się budować przy feralnych ostrzach.

A co do tutejszych wierzeń i przesądów, to w Chinach nie widzi się nic złego w numerze trzynastym, natomiast bardzo złą cyfrą jest czwórka! Kojarzy się ze śmiercią i wróży nieszczęście. Dlatego też w wielu budynkach unika się czwartego piętra (a także czternastego, czterdziestego itd.). Ponoć w tym gmachu Bank of China też ich nie ma.

 



17 listopada, w autobusie z Rzeszowa
O Muzeum Dobranocek i fajnych ludziach

rzeszow2.jpgJednym z największych plusów moich podróży jest to, że trafiam na fantastycznych ludzi. I nie tylko o moje zagraniczne wojaże mi chodzi – wracam właśnie z Rzeszowa, z odbywającego się tam Podkarpackiego Kalejdoskopu Podróżniczego który utwierdził mnie w przekonaniu, że polskie społeczeństwo to nie tylko kibole, wandale i ksenofobiczni kolesie jak Ci od spalonej w Warszawie tęczy (tęcza to ostatnio „modny” temat; nawet  przy dzisiejszym śniadaniu w hostelu jeden z kolegów z południa Polski do tego nawiązał), ale także mnóstwo naprawdę fajnych i wartościowych ludzi, od których bije ciekawość świata, a zarazem mnóstwo ciepła i pozytywnej energii.

A co do Rzeszowa to odkryciem stało się dla mnie w tym mieście Muzeum Dobranocek (ponoć jedyne w Polsce!). Zupełnie nie miałam pojęcia że takowe istnieje (działa od 2009 roku) – trafiłam na nie przypadkowo, zmierzając do hostelu, w którym nocowałam. Muzeum to istny wehikuł czasu przenoszący nas w czasy dzieciństwa, bo rzecz jasna nie o współczesne dobranocki chodzi, tylko kultowe produkcje większości z nas kojarzone z biało-czarnego jeszcze ekranu. Oczywiście jest tam Bolek i Lolek (nie wiedziałam że pierwowzorem postaci byli synowie reżysera, Jan i Roman), Reksio, Krecik, mój ukochany niegdyś Miś Koralgol czy importowany z Rosji Wilk i Zając, ale także już nieco zapomniani Jacek i Agatka (można zobaczyć jak najbardziej oryginalne lalki), Piaskowy Dziadek, Słoń z „Proszę Słonia” czy Gąska Balbinka. Od razu poczułam się te „-dzieści” lat młodsza. Najbardziej jednak ucieszyły mnie Smerfy, a zwłaszcza Papa Smerf który „ma 542 lata, choć niektórzy powiadają że wygląda na  530" :), no i Smerfetka … Jakby nie było dla niektórych moich znajomych wciąż jestem Smerfetką, bo taką ksywkę ze względu na noszoną kiedyś czapkę, dostałam na kursie w Studenckim Kole Przewodników Beskidzkich. Zdradzę, że miałam też inną „bajkową” ksywkę, która przylgnęła do mnie rzeszow1.jpgchyba w IV klasie podstawówki a na dobre umocniła się w trakcie mojej działalności harcerskiej. Otóż w nawiązaniu do głównej bohaterki popularnej wówczas bajki „Bromba i inni” zostałam właśnie „Brombą”. Do tej pory do chwili obecnej nawet mój brat czy szwagier tak na mnie wołąją (w wersji „Brombka”), a ja do swojego brata, poważnego na pozór biznesmena, nie mówię wcale Paweł, tylko „Brombek” albo „Brombuś”. Niestety, jak na złość akurat na temat tej bajki nic w Muzeum nie było. 


W każdym razie rzeszowskie Muzeum polecam. Szczerze mówiąc to nawet bardziej dorosłym niż dzieciom, choć warto się tam wybrać rodziną, aby pokazać najmłodszym czym fascynowali się ich rodzice.


A wracając jeszcze do tematu poznanych w Rzeszowie fajnych ludzi… Należy do nich m.in. spotkana w Muzeum, zajmującą się marketingiem tej placówki Beata, od której dostałam przesympatycznego Krecika (pamiętacie pewnie taką bajkę?), w tym przypadku w wersji maskotki (mowa o Kreciku rzecz jasna). Ponieważ uwielbiam takie maskotki „od serca”, Krecik już został przywieszony do mojego plecaka i będzie teraz ze mną podróżować po świecie. Jutro leci ze mną na Tajwan.

I na koniec, tak dla dobrego nastroju, przeczytane w Muzeum Dobranocek fragmenty dialogów z bajki „Jacek i Agatka” (aut. Wanda Chotomska):

Agatka: - Jacek, co się mówi na przywitanie?
Jacek: -Nie pamiętam...
Agatka: -No przecież takie słowo, które zaczyna się na dzień…
Jacek: -Dzięcioł!


Albo:

Jacek: -Agatka, czy świnkę morską można wydać za mąż za bułgarskiego żółwia?
Agatka: -Nie można…
Jacek: -Szkoda… Bo ja bym bardzo chciał, żeby się pobrali, i żeby im się urodziły takie malutkie morskie prosiaczki w skorupkach i takie malutkie bułgarskie żółwiaczki w futerkach!


Prawda że fajne?



14 listopada, Warszawa
O rzetelności i wzajmenym szacunku 


Na pewno każdy z Was miał sytuacje, kiedy się na kimś zawiódł. Szczególnie to przykre kiedy chodzi o ludzi, których uważaliście za swoich Przyjaciół (takich przez duże „P”). Ja akurat bardzo serio podchodzę do podziału: znajomi (baaaardzo liczne grono), kumple/kumpele (tu już grono mocno zawężone) i Przyjaciele (bardzo ostra selekcja, zaledwie kilka osób). 

  

Niezależnie kto w której jest grupie, staram się traktować ludzi poważnie, z szacunkiem, ceniąc ich czas i to co robią i szczerze mówiąc tego też oczekuję od innych. Jak już komuś coś obiecam, to jest to dla mnie świętość (chyba mi zostało tak po harcerstwie, kiedy wpajano mi, a ja potem swoim harcerzom że „na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”). Owszem, zdarza mi się o czymś zapomnieć, z czymś nawalić, tylko że jeśli się to już  zdaży, to potem jest mi z tego powodu głupio, a wręcz wstyd, mam wyrzuty sumienia, stać mnie na słowo „przepraszam” no i ogólnie mam świadomość, że nie tak powinno być. Może to podejście wyidealizowane, ale mimo wszystko nie mogę zrozumieć dlaczego coraz więcej osób działa zupełnie odwrotnie: liczy się dla nich wyłącznie ICH korzyść, ICH wygoda, nie liczą się z tym, że zostawiają innych na lodzie, rzucają obietnice których z założenia nawet nie mają zamiaru wypełniać, a co ciekawe – mimo „nawalanki” któryś już raz nie widzą w swoim postępowaniu nic złego, bo przecież ma prawo im się „odwidzieć”. 

 

A wracając do początku tego wpisu - najgorsze jeśli taką osobą okazują się ludzie, których uważaliśmy za Przyjaciół i dociera do nas, że się wobec nich pomyliliśmy. 

 




11 listopada 2013, Karpacz

Dni Lajtowe czyli o Himalajach pod Śnieżką


dni lajtowe2.jpg

Długi weekend spędziłam w Karpaczu. Mam do tego miasta sentyment, bo dawno, dawno temu prowadziłam tam zimowisko swojej drużyny harcerskiej, no a poza tym trochę ponad Karpaczem, znajduje się jedno z moich ulubionych schronisk górskich, czyli Samotnia.

 

Tym razem powód przyjazdu do Karpacza też był „górski”, bo odbywały się tam „Karkonoskie Dni Lajtowe”, czyli krótko mówiąc – festiwal górski. Naprawdę fajna impreza – super ludzie, ciekawi goście (wprawdzie ja też byłam tam jako gość, ale swojej osoby rzecz jasna nie oceniam :) ), organizacyjnie też wszystko świetnie grało. Przez to że było tyle interesujących prelekcji, musiałam zrezygnować z planów „zdobywania” Śnieżki, bo przez trzy festiwalowe dni praktycznie nie było na to czasu. Jedyne co nam się z Pawłem udało (bo tym razem mój mąż też się ze mną wybrał) to zobaczyć Świątynię Wang (drewniany kościół z czasów Wikingów przeniesiony w XIX wieku z Norwegii) i wpaść do Muzeum Sportu i Turystyki (dla jednego z pism przygotowuję artykuł na temat historii narciarstwa), koło którego jest ponoć najkrótsza w Polsce ulica („Skrzatów Karkonoskich” – raptem 30 metrów długości). 

 

No dobra, ale wracając do Dni Lajtowych… Wśród gości był m.in. Denis Urubko, czyli jeden z najlepszych obecnie himalaistów, z którym poznałam się w tym roku w bazie pod Everestem. Denis był tam w związku z pomysłem zrobienia na Evereście nowej, bardzo trudnej drogi, ale niestety, ponieważ zginął jego kompan, z którym mieli razem tego dokonać (Aleksiej Bołotow), nic z tego nie wyszło. Pokazałam Denisowi że piszę o nim (i o Aleksieju) w swojej everestowej książce (bo książka już jest – można ją było na miejscu kupić), a w ogóle dowiedziałam się, że pochodzący z Kazachstanu Denis stara się o polskie obywatelstwo! Byłoby super gdyby je otrzymał, bo jego sukcesy pracowałyby teraz też na chwałę naszego kraju. 

 

dni lajtowe1.jpg

Jeśli chodzi o innych gości, to bardzo się cieszę, że udało mi się na spokojnie pogadać z Adamem Bieleckim, tym który w tym roku zdobył zimą Broad Peak i wokół którego było tyle kontrowersji, zwłaszcza po opublikowaniu głośnego raportu komisji badającej tę tragedię (nieinteresującym się górami przypomnę – z czterech zdobywców tego ośmiotysięcznika, dwóch zginęło). Nie będę kryć, że podpisane pod raportem osoby (Ania Czerwińska, Piotr Pustelnik i inni), choć bardzo je cenię za ich dawne dokonania, teraz znacznie straciły w moich oczach jako ludzie (swoją drogą dobór komisji również jest mocno kontrowersyjny). Adam odwrotnie – mocno zyskał. Chłopak jest mega inteligentny, panuje nad emocjami choć zapewne nie jest to dla niego łatwe i naprawdę szczerze mi go żal, bo uważam że stał się w całej tej sprawie kozłem ofiarnym. Podoba mi się, że w swoich prelekcjach Adam nie mówi o nikim źle, na nikogo nie zwala winy, do nikogo nie ma  pretensji, choć powiedźmy sobie szczerze – mógłby mieć, bo wiele faktów które nie zostały upublicznione, mogłyby Adama odciążyć (a to dociążyć innych, także tych co zginęli). W każdym razie im więcej szczegółów tej sprawy poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu że Adam NIC więcej, ponad to co zrobił, zrobić nie mógł. A gdyby jednak zrobił, on też by pewnie zginął. 

 

 

Oczywiście każdy ma prawo mieć w tej sprawie swoje zdanie. Tylko że obiektywnej prawdy żeby nie wiem co, nie poznamy. Poza tym nie mają prawa oceniać tego co się nad Broad Peaku wydarzyło ci, którzy nie wiedzą jak wygląda wspinanie w górach wysokich, zwłaszcza na ośmiotysięcznikach. A tak naprawdę prawo ocen mają jedynie ci, którzy, byli na ośmiotysięcznikach ZIMĄ. Problem tylko w tym, że takich osób w Polsce prawie że nie ma, podczas gdy internetowych „specjalistów od wszystkiego” mamy niestety tysiące. 

 




4 listopada, Jaipur (Indie)
Polo na słoniach, święte krowy i o przemówieniach indyjskiego premiera

indie-facet.jpg

Jesteśmy w Indiach („-my”, bo jestem tu jako pilot, z grupą) już któryś dzień, a kompletnie nie ma czasu pisać. Powód – program napięty tak, że nawet na wyspanie się nie ma szans.


Wczoraj hitem było zwiedzanie Tadź Mahal – słynnego mauzoleum wybudowanego przez jednego z muzułmańskich władców dla ukochanej żony, dzisiaj z kolei atrakcją nr 1 (przynajmniej dla mnie) była gra w polo na słoniach. Nawet bramkę udało mi się strzelić! Fakt, każdy z nas miał do dyspozycji miejscowego kolesia, który słoniem kierował, no ale wcale nie tak łatwo długim kijem wcelować w piłkę. Największą furorę zrobił słoń, który z premedytacją na piłkę… wlazł, a ta po prostu pękła, na dodatek z wielkim hukiem.


indie-slonie.jpgZ innych zwierząt to najczęściej widujemy tzw. święte krowy. Włóczą się wszędzie, zwłaszcza przy śmietnikach, bo z upodobaniem wyżerają wszelkie odpadki. Taki tutejszy „recycling”. Większość z nich o dziwo ma swoich właścicieli. Mogą czuć się ogólnie bezpiecznie, bo w hinduizmie wołowiny się nie jada, choć akurat wyznawcy innych religii nie mają z tym oporów. Tylko że jeśli mają ochotę na takowe mięso, to jedzą wcale nie krowy, ale rzeczne bawoły. I tylko samce – zabijanie krowich tudzież podobnych samców jest w Indiach zabronione prawem.


I jeszcze jedna ciekawostka… Urzędowym językiem jest tu oczywiście hindi, ale status „narodowych” ma jeszcze ponad 20 innych. Jak twierdzi nasz przewodnik – kiedy premier Indii wygłasza przemówienie, połowa narodu i tak go nie rozumie! Fajnie! :)

 




30 października, Warszawa

O tym jak po 8 miesiącach czekania do lekarza zostałam odesłana z kwitkiem (a właściwie to bez kwitka)

 

Znowu marudzę… Znowu, bo w poprzednim wpisie narzekałam na pociągowych współpasażerów. Dzisiaj będzie o polskim systemie służby zdrowia. 

 

No więc w lutym, zaraz po śmierci swojej mamy, postanowiłam zapisać się do pulmonologa, czyli lekarza od płuc. Chodziło o to, że choroba na którą zmarła moja mama, mianowicie zwłóknienie płuc, może mieć podłoże genetyczne, tak więc chciałam się dowiedzieć, na ile duże jest prawdopodobieństwo że i mnie to spotka, ewentualnie co robić, aby ryzyko zachorowania osłabić. Żeby jednak dostać się do specjalisty, musiałam najpierw zaliczyć lekarza pierwszego kontaktu, co w okresie grypowym jaki wtedy trwał, łatwe wcale nie było, no ale w końcu z triumfem dzierżyłam odpowiednie skierowanie.

 

Z owym skierowaniem musiałam zgłosić się do specjalistycznej przychodni, gdzie poprosiłam o wpisanie na pierwszy wolny termin. Pani w rejestracji coś tam długo szukała, po czym oznajmiła że pierwsza możliwość to 30 października. 9 miesięcy czekania!!! No dobrze, skoro nie ma innej możliwości…

 

Minęło te 9 miesięcy, w trakcie których mocno kombinowałam, aby na przypadający właśnie dzień nic mi nie wypadło. Czując się jakbym wygrała los na loterii, doceniając że dbające o obywatela Państwo stworzyło mi długowyczekiwaną szansę stanięcia przed obliczem lekarza specjalisty, o umówionej godzinie stawiłam się w przychodni. 

 

Kiedy doszła moja kolejka Pani Doktór zamknęła wprawdzie gabinet informując że musi wyjść, ale co tam – czekałam 9 miesięcy to poczekam jeszcze kolejny kwadrans.

W końcu udało się – mogłam przestąpić progi gabinetu.
Usiadłam, czekam... 

- Skierowanie poproszę… - przemówiła Pani Doktor.

Ups! Skierowania nie miałam. Nawet mi to jakoś do głowy nie przyszło, bo po lekarzach raczej nie chodzę, więc w procedurach się nie orientuję, a poza tym byłam przekonana, że skoro przy zapisie ktoś to skierowanie oglądał i rejestrował (bo bez niego nie mogłabym się zapisać), to przecież jest dowód że je miałam i było poprawnie wystawione. Mało tego, przez te 9 miesięcy nawet nie myślałam, że mam tę karteczkę w domu trzymać!

 

Na nic się nie zdały prośby, że przyniosę następnego dnia. Lekarka zasłaniała się systemem, NFZetem, że bez skierowania nie da rady.

 

Pozostaje mi znowu iść do lekarza pierwszego kontaktu, potem od nowa się zapisywać i liczyć, że za kolejne minimum 9 miesięcy nie będę na jakimś kolejnym wyjeździe. Inna opcja, ku której bardziej się już teraz skłaniam, to dać sobie spokój, zakładając że nic mi nie będzie. Tylko po jaką cholerę płacę składki ubezpieczeniowe, z których i tak nic nie mam?







27 października, Warszawa-Wschowa-Warszawa
Jak się fajnie jeździ polskimi pociągami i dlaczego warto przyjechać do Wschowy 


Chyba jestem stara zrzęda. Stara – no bo mam tyle lat ile mam (tzn. ja się za starą nie uważam, ale 20-latkowie mają inne zdanie na ten temat), a zrzęda - bo od wczoraj ciągle się czegoś czepiam.  Normalnie nie lubię marudzić, ale jazda polskimi pociągami jakoś mnie tak do tego zrzędzenia nakręca (a piszę te słowa siedząc w pociągu). I nawet nie chodzi o to, że w pociągu syf, że obdrapany i w toalecie nie ma wody. Tego się tym razem nie czepiam, choćby dlatego że ktoś mi zarzuci że mi się w głowie poprzewracało po ubiegłotygodniowej przejażdżce japońskim Shinkansenem, który mknie z prędkością 300 km/h podczas gdy pasażer siedzi w superwygodnym fotelu i może powiedzieć zupełnie szczerze że jazda japońskim pociągiem naprawdę sprawia mu przyjemność (tak na marginesie w Japonii w transporcie krajowym bilet na pociąg jest droższy niż na samolot).
 
No dobra, zostawmy Japonię. Polski pociąg, w sensie środka transportu, jaki jest każdy wie i na to jako pasażerowie specjalnie wpływu nie mamy. Ale na jakość podróży w sensie przyjemności współobcowania z innymi pasażerami, mamy wpływ wszyscy na zasadzie "nie rób drugiemu co tobie niemiłe".

No więc w pierwszym wczorajszym pociągu (Warszawa-Poznań) trafiłam w towarzystwo kiboli. Określenie „kibice Legii Warszawa” byłoby nieadekwatne – to byli kibole z krwi i kości, wygoleni na łyso, bluźniący w każdym zdaniu, wrzeszczący, krótko mówiąc przysłowiowe "bydło" (nie obrażając bydła w znaczeniu krów). Towarzystwo było męczące, ba, wkurzające, ale jakoś nikt z „normalnych” (czyli niekibolskich) współpasażerów słowa im nie powiedział. Wszyscy siedzieli udając, że chamskie wrzaski zupełnie im  nie przeszkadzają. Mnie natomiast przeszkadzało, powiedziałam więc kibolom, że nie sprawia mi przyjemności ich słuchanie i uprzejmie proszę, aby się uciszyli. Chyba się zdziwili, że ktoś się odważył coś powiedzieć, bo rzeczywiście, przez kwadrans była poprawa. No ale potem znowu – durne kawały i towarzyszący im głupawy rechot, ryk (bo śpiewaniem to trudno było nazwać), sypanie kurwami na prawo i lewo. No to poszłam do konduktora, który towarzystwu powiedzia,ł że jak się nie zamkną, to do Poznania na mecz nie dojadą, bo zakończą podróż w Kutnie. Podziałało. 
 
Drugi pociąg miałam z Poznania do Leszna. W tym dla odmiany wszyscy nadawali przez komórki. Wagon  bez przedziałów, nabity, czyli kilkadziesiąt osób, z których prawie połowa gadała. Nawet głosu nikt nie próbował ściszać. Mało tego – koleś koło mnie przez kilka minut puszczał głośnik rozmowę żeby jego partnerka też słyszała, po czym obydwoje się wydzierali chcąc by słyszał ich ten po drugiej stronie łączy.
 
Nie wiem jak inni, ale mnie akurat męczy słuchanie czyichś rozmów. Już pal sześć, że podróżuję z laptopem i czas podróży chciałabym wykorzystać na pracę.  Czasem przymusowe słuchanie rozmów innych jest wręcz krępujące, choć tu z kolei nie mogę zrozumieć do jakiego poziomu ekshibicjonizmu doszliśmy, żeby na pół wagonu (lub nawet cały) opowiadać o prywatnych, albo wręcz intymnych sprawach. Kiedyś byłam świadkiem jak dziewczyna nadawała publicznie o wizycie u ginekologa, wczoraj natomiast słuchałam zwierzeń nastolatki z imprezy, na której "miała odlot". 
 
Wrócę jednak do porównań z Japonią – tam korzystanie z telefonów w miejscach takich jak autobus czy pociąg jest ograniczone do minimum. Często nawet wprost prosi się pasażerów aby je wyciszyli lub wyłączyli, a jeśli nawet ktoś ma coś pilnego, to rozmawia po cichu i maksymalnie krótko.
 
Dzisiaj wracam już do Warszawy. Tym razem jest trochę lepiej. W pierwszym pociągu miałam przedział z wracającą z imprezy młodzieżą, tak wykończoną, że nawet się nie przebudzili jak przebijałam się przez ich wyciągnięte nogi do mojego miejsca przy oknie. Mało tego, jeden z młodzieńców jak tylko usiadłam, oparł się na moim ramieniu i tak przespał cały odcinek do Poznania, pewnie nawet nie zdając sobie sprawy że wtula się w obcą osobę.
No a teraz – z Poznania do Warszawy mam super warunki, bo poza gburowatym panem który nawet na moje dzień dobry nie odpowiedział, nikogo w przedziale nie ma. Za to w sąsiednim jedzie matka z dwójką dzieci. Wparowali w Poznaniu może nie z pieśnią, ale krzykiem na ustach, bo mały się darł że jest głodny, a matka darła się na niego słowami (tu będzie cytat): - Zamknij się pierdolony bachorze! Idźta kurwa do przedziału! I tak w kółko. Z tego co zrozumiałam z wrzasków, nie zdążyli na przesiadce kupić nic do jedzenia, tak więc w końcu poszłam do nich, wręczając dzieciakowi kupioną chwilę wcześniej drożdżówkę i równocześnie prosząc matkę, żeby ograniczyła się ze swoim kwiecistym słownictwem, bo nawet dorosłym puchną uszy. Co ciekawe, mały spojrzał na drożdżówkę z największą pogardą, bo okazało się, że miał ochotę konkretnie na hamburgera z McDonaldsa, a była za duża kolejka. Czyli skoro drożdżówka mu nie pasowała, wcale taki głodny nie był. Co nie zmienia faktu że mamusi mu współczuję (mamusi synka – również).
 
Powinnam jeszcze napisać jaki był cel mojej podróży. No więc byłam we Wschowej, na pokazie slajdów z Everestu (dokładniej to ja te slajdy pokazywałam przesympatycznej i ciekawej świata wschowskiej publiczności). Wspominam o tym dlatego, że uwielbiam Wschowę (byłam tam już rok wcześniej), a dokładniej – jej mieszkańców. Mieścina w sumie duża nie jest, ale ma jakiś takie fajny klimat (w sensie atmosfery), stwarzany przez tamtejszych społeczników (tu pozdrawiam szczególnie tych którzy organizują spotkania z podróżnikami: Tomka i jego żonę – Kasię, Krzyśka i dbającego o stronę techniczną Zbyszka). Na początku lutego odbywa się we Wschowej ponoć fajny festiwal podróżniczy „Stodroga” (ponoć, bo mimo zaproszeń jakoś nie dane mi było na nim być – zawsze w tym terminie jestem gdzieś na drugim krańcu świata). W każdym razie jak chcecie zobaczyć jak wygląda wschowska gościnność, to w lutym się do Wschowy wybierzcie.
 



18 października, Kyoto (Japonia)
Od Fudżi i czarnych jaj, po szinkansena i gejsze

jap9.jpgGłówną atrakcją dnia okazała się dwugodzinna podróż pędzącym 300 km/h szinkansenem. To w wersji w normalnym ruchu, bo rekord prędkości dla tego pociągu wynosi 525 km/h.  Anglicy nazwali go pędzącym pociskiem – od kształtu lokomotywy i rzeczywiście budzi takie skojarzenia! Inna sprawa, że przejażdżka nim trochę kosztuje – za takie 2 godzinki w szinkansenie trzeba liczyć ok. 13500 yenów (ok. 135 dolców), plus 2500 yenów za bagaż, bo bilet dotyczy tylko podróżnego z bagażem podręcznym.

W drodze do pociągu zahaczyliśmy o miejsce zwane Owakudani. Chodzi o dolinę stanowiącą pozostałość po wybuchłym ostatni raz 3 tys. lat temu wulkanie, gdzie roi się od dymiących fumaroli i gorących źródeł, w których gotuje się zakupione na miejscu jaja. Jaja są normalne, kurze znaczy się, ale po jakimś czasie pod wpływem różnych związków i minerałów, głównie siarki, zmieniają kolor na czarny. To znaczy skorupka, bo wnętrze jest takie jak w zwykłym jaju i smakuje też normalnie (wiemy, bo jedliśmy). Jaja podziałały chyba niczym zaklęcie, bo właśnie w czasie ich konsumpcji rozsunęły się spowijające niebo chmurzyska i wyłoniła się góra Fudżi (3776 m) – no, może nie cała, ale jej wierzchołek stanowiący szczyt wulkanicznego stożka.

jap2.jpgNo a teraz jesteśmy już w Kioto. To taki japoński „Kraków” – najczęściej odwiedzane przez turystów miasto Japonii. Ma zupełnie inną zabudową niż Tokio (bardziej tradycyjną i niższą), no i sporo tu do zwiedzania. Poza tym słynie z gejszy, choć właściwie nie powinno się tak mówić, jako że „gejsza” kojarzy się z prostytutką, a prawdziwa gejsza nie ma nic z nią wspólnego. Prawidłowa nazwa to „geiko”, a dziewczyna która dopiero przygotowuje się do tego zawodu, to z kolei „maiko”. Nie łatwo taką geiko zostać – zdaniem naszej przewodniczki osiąga ten tytuł zaledwie 10% dziewczyn szkolących się wcześniej jako maiko. Chodzi o to, że sama uroda nie wystarczy – geiko to bardzo wszechstronnie wykształcona pani do towarzystwa, która w ramach przygotowania do zawodu uczy się m.in. sztuki konswersacji (na dodatek ze specyficznym słownictwem i akcentem), gry na instrumentach, śpiewu, i mnóstwa różnych rzeczy, które wymagają sporej pracy nad sobą. Poza tym dochodzi mnóstwo ograniczeń – jak się okazuje taka geiko nie może używać telefonu komórkowego, bo uznaje się, że taki nowoczesny gadżet nijak nie pasuje do tradycyjnego kimona. Nagrodą są zarobki – za pół godziny w towarzystwie geiko płaci się 30-40 tys. jenów (300-400 dolców). Nic dziwnego że mało kogo na to stać – wśród klientów są przeważnie celebryci i biznesmeni.

A jak jest z prawdziwą prostytucją? Jest ona w Japonii oficjalnie zakazana. A w praktyce oczywiście istnieje, bo przecież owoc zakazany najbardziej smakuje.





18 października, ryokan u stóp góry Fudżi
Onsen, yakuta i tatami

jap6.jpgWyspałam się jak mało kiedy. I to bynajmniej nie w łóżku. Dzisiaj śpimy w ryokanie, co oznacza hotel w typowo japońskim stylu. Konkretnie – pokój wyłożony jest bambusowymi matami tatami, na które wchodząc trzeba zdjąć buty. To znaczy swoje buty zostawia się w przedpokoju, zamieniając je na tzw. gata (czyli to co nazywamy „japonkami”), natomiast na wejście do łazienki ubiera się jeszcze inny typ kapci, tym razem plastikowych. Całe umeblowanie pokoju stanowi niski stolik przy którym są dwa, hmm, może nie tyle krzesła, co oparcie z poduchą, a siada się z nogami podwiniętymi lub ewentualnie po turecku. Łóżka nie ma – spanie to rozkładany na podłodze materac, na którym jest normalna pościel i poduszka wypełniona ryżem. Co ważne – posłanie rozkłada się tak, żeby głowa nie była na północ, bo to wróży śmierć. Materac z pościelą pani pokojowa rozkłada kiedy gość jest na kolacji – w ciągu dnia cały „sprzęt” do spania ukryty jest we wbudowanych w ściany szafach, przez co w pokoju jest dużo miejsca. Pytałam naszej przewodniczki – ona w domu też tak ma, czyli żadnego łóżka tylko ten uprzątany na dzień materac. W małych japońskich mieszkankach to bardzo praktyczne. Aaa, na wyposażeniu pokoju jest składana szczotka do drapania się po plecach! :)

W ogóle wszystko tu bardzo tradycyjne. Goście chodzą w yukatach – to rodzaj prostego kimona, który kojarzy się bardziej ze szpitalnym szlafrokiem, przewiązywany pasem obi. Ważne jest by poły yukaty założyć lewa na prawą, nigdy odwrotnie bo kojarzy się to z nieboszczykiem. Wystąpiliśmy w tym stroju także na tradycyjnej kolacji suto zakrapianej sake, czyli winem ryżowym pitym w wersji na zimno lub podgrzanej (uznaliśmy że lepsza na zimno). Kolacja też oczywiście tradycyjna, czyli uproszczając – owoce morza, wodorosty, serek tofu etc. No a potem był czas na onsen, czyli gorące źródła, których tutaj, u stóp góry Fuji pełno (jeszcze Fuji nie widzieliśmy, po przyjechaliśmy po zmroku).

Onsen to całkiem fajna sprawa. Wejścia są oddzielnie dla kobiet i facetów, przy czym trzeba pamiętać o całej procedurze. Czyli buty zostawia się przy wejściu, potem swoje rzeczy wkłada się do koszyka (szafek nie ma) i do części łaziennej wchodzi tylko z małym ręczniczkiem, oczywiście nago. Bo co ważne – przed wejściem do basenu trzeba się dokładnie umyć. Nie opłukać, ale wyszorować. Pryszniców w europejskim znaczeniu nie ma – każdy ma swoje stanowisko mycia gdzie sobie siedzi i się tym swoim ręczniczkiem niczym myjką szoruje, płucząc go w otrzymanej misce. Potem jeszcze ten ręcznik (już mokry) bardziej wstydliwym może posłużyć do zasłaniania się, a wchodząc do basenu zwyczajowo kładzie się go sobie na głowie. W onsenie siedzi się raczej krótko, bo woda gorąca (w tym naszym – ok. 40 stopni) – właściwie większość czasu zajmuje to mycie i potem – nacieranie się różnymi kosmetykami.



17 października, Tokio
Targ tuńczyków

jap1.jpgDzień rozpoczęłam baaardzo wcześnie, bo wraz z Agnieszką, dziewczyną z pilotowanej przeze mnie grupy, pojechałyśmy na targ a aukcją tuńczyków. Wpuszczają tam codziennie tylko 120 osób, co oznacza że aby się dostać, trzeba być tam około 4-ej. W każdym razie z hotelu wyjeżdżałyśmy o 3.30, co po zaledwie 2 2,5 godzinach spania i 7 godzinach przesunięcia czasowego w stosunku do Polski, fajne nie było, no ale w końcu szkoda być na drugim końcu świata i tego nie zobaczyć.

Tuńczyki są ogromne. Panowie aukcyjni z pomocą latarek i czegoś na wzór pogrzebacza zaglądają do ich naciętych ogonów  (pewnie oceniają jakość mięsa), po czym wychodzi gostek, dzwoni specjalnym dzwonkiem i zaczyna się aukcja. Właściwie to słychać tylko śpiewny głos tego gostka – kupujący nic nie krzyczą tylko używają gestów.

jap3.jpgW ciągu dnia mieliśmy jeszcze kilka godzin na to aby coś w Tokio zobaczyć. Największe wrażenie na większości osób z grupy zrobił salon pachinko czyli hazardowy salon, gdzie dziesiątki Japończyków (głównie facetów ale pojedyncze kobitki też były) siedzą przy automatach z przesypującymi się kulkami, niektórzy wyraźnie od tej ogłupiającej gry uzależnieni. Na ogół zachodzą tam prosto z pracy, pewnie dla odreagowania zawodowych stresów, chociaż odpocząć w takiej atmosferze nie sposób (chmura papierosowego dymu i do tego ryk puszczonej na cały regulator muzyki mieszający się z odgłosem kulek z automatów). W pachinko nie gra się na pieniądze – jest to zabronione. Nagrody to jakieś gadżety, maskotki, użyteczne przedmioty.

Byliśmy też w szintoistycznej świątyni Muji (szintoizm to główna religia Japonii), gdzie duże „wow” grupy wzbudziły wystawione do oglądania beczki po sake (sake używa się w świątyni do celów rytualnych – zarówno do picia, jak i „uświęcania” świątynnej ziemi).
Zaliczyliśmy też widok z 45 piętra tokijskiego ratusza – jest tam platforma widokowa z rzeczywiście fajną panoramą tego już 13-milionowego miasta. W sumie to szkoda, że mamy tak mało czasu na Tokio, no ale jak się przyjeżdża do Japonii na 3,5 dnia (bo tak nam wypada) to nie ma wyboru – zwiedzanie jest w typowo „japońskim” stylu.



16 października, Tokio
Automaty, ukłony...

jap8.jpgNo to jestem w Tokio. Jeszcze tydzień temu byłam na Zanzibarze, wczoraj – w Dubaju (przesiadka), no a dziś już w Japonii. Przylecieliśmy kilka godzin temu, po 10-godzinnym locie krążąc jeszcze nad miastem, bo w ciągu dnia szalał w mieście tajfun, lotnisko było czasowo zamknięte, więc jak już wiatr się uspokoił, zrobił się powietrzny korek. Do tajfunów (podobnie jak do trzęsień ziemi) są tu przyzwyczajeni, zwłaszcza o tej porze roku, no ale i tak 14 osób ponoć zginęło.

Jak na razie przeżywamy może nie tyle kulturowy, co technologiczny szok. Choćby taka toaleta – obok sedesu jest panel z licznymi przyciskami, których jeszcze do końca nie rozgryzłam, poza tym że można ustawić sobie szum wodospadu, aby zagłuszyć krępujące toaletowe odgłosy. Albo w knajpie stojak na parasole – niby normalny, ale mokry parasol po włożeniu od razu jest foliowany, żeby nie ociekał. Wszędzie zresztą stoją jakieś automaty, ale element ludzki też jest widoczny – obsługa w białych rękawiczkach. W białych rękawiczkach są panowie oddźwierni w hotelu, personel metra dopychający w godzinach szczytu pasażerów nie mieszczących się w pociągu, kierowcy taksówek… A co do taksówek to drzwi są otwierane i zamykane automatycznie – żadnego trzaskania, nic. I w środku każda taksówka ma koronkowe pokrowce na zagłówkach.

Najfajniejsze są jednak te wszechobecne pokłony. Już się dowiedziałam -  między przyjaciółmi tylko się schylamy tyle o ile, przy spotkaniach biznesowych - na jakieś 30 stopni, kiedy jesteśmy w obecności osoby wymagającej więcej szacunku lub za coś przepraszamy, jest to przedział od 45 do nawet prawie 90 stopni. W każdym razie wszyscy się tu wszystkim kłaniają. Nawet kasjerka w supermarkecie zanim weźmie od nas pieniądze - ukłoni się, potem jak odchodzimy - znowu. Czasem aż głupio, zwłaszcza gdy biją przed nami czołem osoby od nas starsze.

Ciekawy kraj, tylko trudno się dogadać – nawet jak ktoś niby mówi po angielsku, to i tak zwykle trudno go zrozumieć.





16 października, Tokio




7 października, Zanzibar (wyspa należąca do Tanzani)
Pieprz, wanilia i goździki

tan2.jpgJako że na Zanzibarze mamy 3 dni (potem już do domu…), dzisiaj zaliczyliśmy sztandarową tutaj wycieczkę, czyli Spice Tour. Chodzi o zwiedzanie plantacji przypraw, bo przecież nie na darmo Zanzibar nazywany jest „Wyspą Przyprawową”. W końcu nie każdy wie jak rosną goździki (najsłynniejszy zanzibarski produkt eskoportowy), wanilia, cynamon czy kardamon, nie mówiąc o pieprzu. Co do pieprzu to wszystkich zaskakuje że kolorowy pieprz to wcale nie różne jego gatunki – barwa zależy od stopnia „obróbki”. Czyli niedojrzały pieprz jest zielony, jak dojrzeje staje się czerwony, potem jak się go zerwie i ususzy robi się czarny, a jak poleży dzień-dwa w wodzie, dzięki czemu można zdjąć mu łupinę, otrzymujemy pieprz biały.

tan1.jpgPrzy okazji próbowaliśmy też trochę różnych owoców. Aktualnie jest sezon na tzw. jack fruit, czyli inaczej mówiąc owoc drzewa bochenkowego, nie mówiąc o papajach, mango i bananach, z których poleca się tu szczególnie odmianę takich o malutkich owocach, zwanych „lady fingers” czyli „kobiece palce”.

Popołudnie z kolei spędziliśmy na starówce miasta Zanzibar, będącego stolicą wyspy, czyli w tzw. Stone Town. Trochę zaniedbane miejsce, z proszącymi się o odnowienie domami, ale mimo wszystko labirynt wąskich uliczek przynajmniej dla mnie ma sporo uroku. Najwięcej zainteresowania w grupie wzbudził dom Freddiego Mercurego (nieżyjącego już wokalisty zespołu Queen), który w zanzibarskiej stolicy się urodził i mieszkał do 7 roku życia, no i bazar, na którym kupowaliśmy m.in.  cukierki z owoców baobabu. Kto ze znajomych to czyta, to jak będziecie u mnie – przypomnijcie się, to Was poczęstuję! :)



4 października, Moshi (Tanzania)
Kilimandżaro zdobyte!

tan3.jpgZeszliśmy z Góry! Mowa o Kilimandżaro. Wynik niezły – na 17 osób w grupie na sam szczyt (5989 m) weszło 14, choć niektórzy ostro walczyli ze swoim organizmem, który wbrew pozorom na wysokości 6 tys. różnie reaguje. Góra technicznie niby prosta, ale że różnie na niej może być świadczy choćby to, że w przeddzień- naszego „szczytowania” (2-giego października) zginęły na niej 2 osoby – jeden Hindus (choroba wysokościowa) i jeden lokalny tragarz (hipotermia). U nas też wiele osób miało kryzysy i ogólnie łatwo dla większości osób nie było. Dość powiedzieć że na noclegu moi koledzy-współspacze stwierdzili że mają dość gór, a że było dość zimno, leżąc w śpiworach roztaczaliśmy głośne wizje słoneczka na czekających na nas plażach Zanzibaru. Inna sprawa, że tylko zeszliśmy w dół (nocujemy teraz w Moshi, mieście u stóp Kili) i już większość towarzystwa zaczęła planować kolejne górskie eskapady.

tan4.jpgDla mnie było to trzecie już wejście na Kili. Teraz wydaje się to proste, ale jak sobie pomyślę jak męczyłam się za pierwszym razem, to aż mi się niedobrze robi. No cóż – dopadły mnie klasyczne objawy choroby wysokościowej i omal bym nie weszła. Jakoś się jednak zmobilizowałam i się udało, a teraz pilnuję swoje ekipy by nie powtórzyły moich błędów, co oznacza przede wszystkim za szybkie wchodzenie i za mało picia. Powinno się wypijać co najmniej 4 litry płynów i chodzić wlokąc się noga za nogą co w języku suahili tłumaczy się jako pole-pole.

Obok: Dowód że lodowce na szczycie Kilimandżaro wciąż jeszcze istnieją!



25 września, Ngorongoro (Tanzania)
Karibu Afrika!

tanz3.jpg„Karibu” to w języku suhalili „witać”. No bo znowu jestem w Afryce. Kiedy byłam tu ostatni raz (też w Tanzanii) w lutym br., obiecywałam sobie że muszę trochę od Afryki odpocząć i dla odmiany pojeździć trochę (chodzi o pilotowanie grup) do Azji lub Ameryki Południowej. A tu masz – minęło kilka miesięcy i znowu przyjechałam!

Tak naprawdę to głównym magnesem było dla mnie Kilimandżaro, na którym już wcześniej bywałam, ale ze względu na plany mojej nowej książki chciałam posprawdzać różne informacje. No ale super, że w programie mamy też safari i to w dwóch moich ulubionych w Afryce miejscach – parku narodowym Serengeti i rezerwacie w kraterze Ngorongoro, a potem jeszcze Zanzibar, gdzie z kolei nastawiam się na nurkowanie (mam w grupie kilku zainteresowanych tym nurków).

tanz1.jpgNgorongoro, przerabialiśmy dzisiaj. Mieliśmy niesamowite szczęście do lwów  - spotkaliśmy ich w sumie kilkanaście sztuk. Było też wielkie stado gnu i towarzyszące im zwyczajowo zebry, a także czarny nosorożec, czyli z dwóch gatunków afrykańskich ten rzadszy (bo jeszcze jest nosorożec biały – a tak naprawdę paradoksalnie obydwa są szare). O małpach, zebrach, hipopotamach, różnych gazelach, czy bawołach już nie wspominam. No i różne ptactwo – dużo flamingów, strusi, sekretarze (nazwa od piórka wyglądającego jakby miały za uchem długopis)... Największe wrażenie zrobiły na nas jednak ptaki, dokładnie orły, spotkane w miejscu, gdzie mieliśmy piknik lunchowy. Wyjątkowo śmiałe, a wręcz bezczelne bo dwóm osobom ukradły trzymanego w ręku kurczaka. Tak po prostu nadleciały, lotem „koszącym” i te obgryzane przez nich kurczaki wyrwały.

tanz2.jpgOdwiedziliśmy też wioskę Masajów. Oczywiście zajrzeliśmy też do ich chat. Budową chat zajmują się kobiety, przy czym wygląda to tak że najpierw stawia się rusztowanie z gałęzi, na to pakuje się suchą trawę, a z wierzchu oblepia krowim łajnem, dzięki czemu chałupka w czasie deszczu nie przecieka. Co 10 lat jest przeprowadzka do nowej „willi”. Bieżącej wody czy elektryczności w takiej rezydencji rzecz jasna nie ma – w środku jest jedynie palenisko (pali się krowim łajnem), obok tego dwa posłania – na jednym śpi matka z dziećmi, na drugim jej mąż (sam!), a do tego jest jeszcze miejsce wydzielone dla małych kóz czy cielaków.

O Masajach można długo, ale nie tym razem…  Padam ze zmęczenia, a jutro wczesna pobudka bo jedziemy do Serengeti. Kiedy następny wpis – nie wiem, bo kolejne noce na safari mamy w namiotach (dzisiaj jest lodge), więc z internetu nici, a potem już na Kilimandżaro!




13 września, Warszawa
O niedoszłej krwiodawczyni co ją autobus ochlapał

Wszystko pewnie dlatego że to 13-tego, na dodatek piątek.

No więc w ramach akcji przydawania się społeczeństwu, już dawno temu wymyśliłam sobie że będę oddawać krew, zwłaszcza że mam bardzo poszukiwaną grupę 0 Rh (-).

Problem w tym że przez swoje częste podróże do krajów tropikalnych krwi tak sobie, kiedy chcę, oddawać nie mogę, bo krwiodawców obowiązuje po powrocie z niektórych krajów okres karencji, czasem nawet do roku. A ja przecież ciągle gdzieś wyjeżdżam. Już raz jednak myślałam że jest okej, bo nie byłam w tropikach tylko przez kilka miesięcy żeglowałam w Arktyce, a tam przecież jest dość sterylnie. Niestety, odrzucono mnie także i wtedy, bo jak się okazuje nawet od powrotu z cywilizowanego USA trzeba było ileś tam odczekać. Zresztą pisałam już o tym na blogu jakiś czas temu, przy okazji zarejestrowania się z kolei w banku szpiku.

W każdym razie teraz – powtórka z rozrywki. Znowu nie. A że za tydzień znowu wyjeżdżam (Afryka), wychodzi na to że moją krwią jednak dzielić się nie mam jak.
 
-No to skoro tak, to przydam się w domu!– postanowiłam, wsiadłam w samochód i zamierzałam pojechać do Tesco po brokuły do zrobienia pysznej zapiekanki na kolację. Tylko że po drodze, mimo ulewnego deszczu, co w tym wypadku istotne, wstąpiłam jeszcze na cmentarz na grób Mamy. Wychodzę z cmentarza, idę wzdłuż ulicy, a tu pędzi autobus. To co pamietam to rzut oka na ogromna kałużę, akurat na mojej wysokości, a potem to już tylko ściana wody, obfity prysznic i po chwili ja, sierota ociekająca i przeklinajaca, już nawet nie w duchu, tylko na cały głos.

Po brokuły już nie pojechałam…




10 września – Fort William, Ben Nevis (Szkocja)
Wspinaczka na Bena i o Pięknym Karolku, co synem Marysieńki Sobieskiej był

szkocja72.jpgDziś wcześniej niż zwykle zjedliśmy śniadanie – chcieliśmy jak najszybciej wystartować w góry. Cel był nie byle jaki, bo sam Ben, a oficjalnie - Ben Nevis, najwyższa góra Wysp Brytyjskich (1343 m). Oczywiście trzeba brać pod uwagę, że tu startuje się prawie od poziomu morza, tak więc trochę przewyższenia jest, choć tak naprawdę największym problemem jest pogoda. Dziś faktycznie była ona trochę „w szkocką kratkę”, bo poranek był w miarę słoneczny, potem jednak naszły chmury i choć do połowy góry wchodziło się w krótkim rękawku, a niektórzy też w krótkich spodenkach, to potem już, od wejścia w strefę chmur oziębiło się tak, a do tego mżyło, że współczułam tym, którzy nie zabrali ciepłych polarów, kurtek, czapek i rękawiczek (ja tam miałam, Zbychu też). 

Dziwne że oni tutaj tych szlaków nie znakują, ani nie budują w górach schronisk, tym bardziej że zwłaszcza na Bena wchodzi naprawdę dużo osób. Muszę powiedzieć że większość szkocja75.jpgjest dobrze przygotowana do górskich wycieczek (dobre buty, odpowiednie ciuchy, mapy, kompasy, nawet jedzenie liofilozowane do którego wrzuca się saszetkę z czymś co taką potrawę podgrzewa). No i miło że ludzie się pozdrawiają – co i rusz słychać sympatyczne „hallo”. Swoją drogą spotkaliśmy chłopaka z Polski (właściwie to on nas poznał, po czapkach z polską flagą) – podobnie jak i my przyleciał na tydzień zobaczyć Szkocję.

W sumie te tutejsze góry to taki miks Tatr z Bieszczadami. Na szczycie Ben Nevisa widoków nie było (chmury), za to wpakowaliśmy się do małego schronu gdzie zrobiliśmy sobie kanapkowy lunch`yk. W schronie (drewniana buda obita aluminium) siedziała już jakaś para rodem z Anglii, która zdobycie szczytu postanowiła uczcić piwkiem nazywającym się, a jakże, Ben Nevis. Anglicy okazali się na tyle mili, że nawet nas tym piwkiem poczęstowali szkocja60.jpg(my w rewanżu wyciągnęliśmy termos z herbatą).

W sumie wycieczka zajęła nam – z tymi kanapkami i mnóstwem przystanków na zdjęcia, bite 6 godzin (wejście i zejście) – o 3 godziny niż sugerowano w opisie szlaku. A na zakończenie, już przy dojściu do samochodu, trafiliśmy znowu na nasze ulubione szkockie krowy! Ale urocze to zwierzaki. Zastanawiamy się tylko, czy mając taką długą grzywkę zasłaniającą oczy, nie ślepną?

Luz czasowy wykorzystaliśmy na przejście się bardzo sympatycznym deptakiem w centrum Fort William i zajrzenie do Muzeum Zachodnich Wyżyn (West Highland Museum). Nie jest to może najciekawsze muzeum Szkocji, ale kto tu będzie - warto zajrzeć (tym bardziej że jest darmowy wstęp). Dzięki ekspozycji dowiedziałam się, że w tutejszych okolicach w czasie II wojny światowej szkolono komandosów – oficjalnie brytyjskich, ale pan z muzeum powiedział że także i polskich, walczących potem m.in. w czasie desantu na Normandię (słynny D-Day). Największym odkryciem była jednak szkocja70.jpgwidniejąca na jednym z muzealnych portretów Maria Klementyna Sobieska, córka Jakuba Sobieskiego, a wnuczka Jana III Sobieskiego, która okazała się (ja akurat o tym nie wiedziałam) matką tak ważnego w historii Szkocji Księcia Karolka Pięknego/Ślicznego, czyli niedoszłego pretendenta do tronu brytyjskiego.

Teraz jesteśmy już po kolacji, na którą poszliśmy do gospody w miasteczku Ballachulish, w okolicy którego, nad przepięknym lochem (czyli jeziorem) nocujemy. Uznając że dzień bez fish and chips (ryby z frytkami) jest dniem straconym, zamówiliśmy sobie te danie, z którym na pewno Szkocja będzie nam się kojarzyć. Rybą był jak zwykle tutaj haddock czyli po polsku – plamiak, łupacz albo wątłusz srebrzysty (wszystkie te nazwy dotyczą tej samej atlantyckiej ryby z rodziny dorszowatych). Rybka pyszna, choć trzeba przyznać że scampi and chips – serwowane tutaj powszechnie panierowane małże z frytkami, są równie pyszne. A że tuczące? No cóż…



9 września – Wyspa Skye – Fort William (Szkocja)
Z wyspy na wyspę

szkocja61.jpgAle szkoda nam było opuszczać Skye. Naprawdę szczerze polubiliśmy tę wyspę. A ja się ucieszyłam tym bardziej, że wreszcie trafiliśmy na krowy!!! Nie byle jakie, tylko specjalny ich gatunek ze szkockich wyżyn, takie z oczami zasłoniętymi przez długą grzywkę, a do tego z wieeeelkimi rogami.

Do popołudniowego promu zdążyliśmy jeszcze objechać południe wyspy i wpaść do zamku MacDonaldów w Armadale . W porównaniu z innymi, licznymi w Szkocji podobnymi budowlami, ten akurat zamek na kolana nie rzuca, ale za to ma ładne ogrody.

Po pół godzinnym rejsie promem, znowu znaleźliśmy się w Szkocji „głównej” (chciałoby się napisać odruchowo „na kontynencie”, ale przecież to też wyspa). Droga z Mallaig, portu słynącego z połowów śledzi do Fort William w okolicach którego śpimy uważana jest jak najbardziej słusznie za drogę widokową (chociaż droga z Fort Augustus na Skye bardziej nam się podobała), ale żeby nie było że tylko jedziemy i jedziemy, stanęliśmy sobie po drodze w szkocja64.jpgmiasteczku Glenfinnan gdzie przejeżdża słynny w Szkocji „Pociąg Jakobitów” (popularny pomysł na 1-dniową wycieczkę) i gdzie jest ciekawy, XIX wieczny wiadukt. Szczęśliwie się złożyło, że według rozkładu mieliśmy godzinę do nadjechania pociągu, a wiadomo że lepszy wiadukt z pociągiem niż bez. Wleźliśmy wiec na jedno z okolicznych wzgórz i robiąc sobie sjestę wśród paproci, uwaleni na trawce czekaliśmy na ów pociąg. Trochę nas rozczarowało, że nie był to, jak się spodziewaliśmy (bo tak sugerują pocztówki i zdjęcia w folderach), pociąg ciągnięty przez parowóz, tylko zupełnie nowoczesny, ale pal sześć, i tak wyglądało to całkiem ładnie.

szkocja65.jpgNastępnym przystankiem był znajdujący się przed samym Fort William początek Kanału Kaledońskiego, czyli ciąg śluz zwanych Schodami Neptuna, pozwalający statkom i jachtom na wskoczenie z poziomu morza na wysokość 20 m wyżej, czyli taką na jakiej jest pierwsze z ciągu jezior (Loch Lochy). Akurat się śluzował jakiś statek, ale szczerze mówiąc bardziej niż on pochłonęło mnie podziwianie Ben Nevisa – góry na którą jutro mamy wchodzić. Ben Nevis jest górą uważaną za bardzo humorzastą, ponoć zwykle ukrytą w chmurach, tak więc trzeba było korzystać z okazji i trzaskać zdjęcia szczytu, który akurat chwilowo w chmurach nie był.




8 września – Wyspa Skye (Szkocja)
Stary Człowiek ze Storr, stary człowiek i morze

I znowu udało nam się z pogodą. Mimo zapowiedzi wcale nie padało, choć fakt, po słonecznym poranku zrobiło się dość pochmurnie.

szkocja34.jpgPogoda dzisiaj była ważna, bo pływaliśmy morskimi kajakami. Było super – dużo fajniej niż się spodziewałam, może dlatego że tym razem mieliśmy przewodnika, doświadczonego kajakarza z Walii. Walijczyk najpierw wziął nas na krótki egzamin jak sobie radzimy z manewrowaniem kajakiem (pływanie bez statecznika, slalom między palami pomostu etc.), po czym chyba uznał że nie jest źle i zrobił nam naprawdę ambitną wycieczkę, zwłaszcza że z powrotem było pod wiatr i fale. Poza widokami wyspy od strony wody fajne było wpływanie do bazaltowtch jaskiń szerokich praktycznie na szerokość kajaka i wielka skała, rodzaj pinakla, który może mało romantycznie nazwałam „Fiutem Starca”. „Starca”, bo jedną z najsłynniejszych skał wyspy, jest Stary Człowiek ze Storr. Oczywiście też pojechaliśmy go zobaczyć – przypomina trochę naszą „Maczugę Hekulesa” z Ojcowa, tylko że tu akurat nie ma wapienia.

szkocja53.jpgPonieważ większość turystów dochodzi wyłącznie do Starca (od parkingu według wskazówek 45 minut drogi, choć my, ze zdjęciami po drodze wyrobiliśmy w 25), albo w ogóle fotografuje Starca tylko z daleka, w ramach poszukiwań ciekawych, bardziej odludnych miejsc zrobiliśmy sobie sympatyczny trekking po okolicy, stwierdzając że pal sześć Starzec – to co jest dalej jest jeszcze bardziej spektakularne, bo każda z samotnie stojących skał ma inny, niesamowity kształt. Żadnych turystów nie spotkaliśmy, za to ciągle towarzyszyły nam owieczki i zające! W każdym razie wyszła bardzo fajna wycieczka i jedynie na końcu władowaliśmy się w małe bagienko. A właśnie, w opisach tutejszych szlaków podają nie tylko stopień trudności, ale także stopień zabagnienia! Z kolei co do szlaków, to nie ma tutaj zwyczaju oznaczania ich w jakikolwiek sposób – jest mniej lub bardziej widoczna ścieżka, pewnie wychodzi się z założenia że każdy powinien zainwestować w mapę, i tyle.

szkocja41.jpgZ ciekawych skał byliśmy jeszcze przy Kilt Rock z ładnym wodospadem spadającym wprost do morza. Nazwa pochodzi od ciekawych kolorów przypominających wzór z kiltów, czyli szkockich spódniczek.

Oczywiście zahaczyliśmy też o zamek, bo dzień bez zamku jest w Szkocji dniem straconym. Tym razem nie było to jednak nic powalającego – skromniutkie ruiny zamku MacDonaldów w miejscu zwanym Duntulm, z tabliczką przy płocie, że nie można na ich teren wejść, bo klif na którym stoją grozi obsunięciem. Dużo ładniejszy jest niedaleki cmentarzyk z grobem Flory MacDonald, żyjącej w XVIII wieku lokalnej bohaterki, która mając 23 lata ratowała uciekającego do Franci pretendenta do brytyjskiego tronu - Karola Edwarda Stuarta, zwanego też Ślicznym Karolkiem. Tak na marginesie to przystojniak był wnuczkiem naszego króla Jana III Sobieskiego.

szkocja52.jpgNa koniec, zabierając jeszcze belgijskich autostopowiczów (ciągle tu kogoś podwozimy, bo wyspa roi się od stopowiczów) pojechaliśmy jeszcze do Portree, mającej tysiąc mieszkańców stolicy wyspy, właściwie to jedynego tutaj miasteczka z prawdziwego zdarzenia (nawet latarnie były). Miasteczko można przejść w kwadrans, ale jest bardzo urokliwe, zwłaszcza jeśli chodzi o port z kotwiczącymi w otoczeniu gór łódkami i kolorowymi domkami wzdłuż nabrzeża.



7 września – Wyspa Skye (Szkocja)
Góry, whisky i foki

Od kilku osób słyszałam, że w wyspie Skye można się zakochać i… coś w tym jest. I to nawet mimo tego, że ponoć przeważnie tu leje. Nie na darmo nazwa wyspy w języku gaelickim szkocja16.jpgznaczy: Wyspa Mgieł (tak na marginesie to wszystkie nazwy miejscowości są tu dwujęzyczne – po angielsku i gaelicku, a właściwie to gaelicku w odmianie szkockiej, jednym z języków należących do grupy języków celtyckich).

Wyspa jest magnesem przede wszystkim dla tych, co lubią krajobrazy i przestrzeń. Trochę mi się kojarzy z Nową Zelandią. Ludzi tu mało, miejscowości rzadko, a tak to tylko morskie zatoki, góry i pastwiska, na których pasą się owce. I ta gama kolorów – od jesiennych, żółto-brunatnych, przez fiolet (kwitnące wrzosowiska), po soczystą zieleń, taką jak na wiosnę.
Drogi są wąskie, nawet bardzo wąskie, wiele tak na szerokość samochodu, ale  na szczęście bardzo często są mijanki. A przy drogach stoją znaki „Uwaga, strachy”. Chodzi o takie strachy na wróble, bo faktycznie w wielu miejscach stoją wymyślne postacie. Tak naprawdę to efekt festiwalu, w trakcie którego mieszkańcy robili owe strachy, no i głosowało się które najfajniejsze.

szkocja14.jpgHasłem dzisiejszego dnia miały być góry Cuillins – najwyższy z tutejszych masywów (trochę ponad tysiąc metrów wysokości). Niestety, od samego rana już padało, a kiedy przyjechaliśmy na punkt startowy wybranego przez nas szlaku w góry, już nie padało a lało jak z cebra. W tej sytuacji uznaliśmy że może warto przeczekać i pojechaliśmy do niedalekiej, jedynej na wyspie destylarni whisky (Talisker), gdzie w ramach wycieczki przerobiliśmy cały proces produkcji, a na koniec próbowaliśmy jak smakuje taki 10-letni tutejszy trunek (oj, całkiem dobrze smakuje! :) ). Namawiałam Zbyszka aby zafundował sobie 35-letniego Taliskera za jedyne 525 funciaków (jakieś 2625 zł), ale chyba nie miał drobnych. Tak na marginesie to Talisker dodaje się też do mieszanki słynnego Johny Walkera, bo wiele osób nie wiem, że Johny Walker to nie produkt jakiejś konkretnej destylarni tylko mieszanka wielu whiskaczy, z różnych miejsc (tzw. blended whisky). Oczywiście szkoccy koneserzy takimi mieszankami gardzą, pijąc jedynie konkretne whisky z konkretnych destylarni, czyli tzw. single malt`y.

szkocja18.jpgPo destylarni, ponieważ ciągle lało, pojechaliśmy jeszcze na północno-zachodni kraniec wyspy zobaczyć zamek Dunvegan, od prawie 800 lat rezydencję szefów klanu MacLeod (bo w Szkocji to same „maki” – Mc… lub Mac…). Zamek jak zamek, jak już się tu jest, warto zobaczyć (choć wstęp prawie 8 funciaków, czyli ok. 40 zł), ale szczerze mówiąc bardziej niż zamkowe wnętrza spodobał nam się rejsik łódką wypływającą z niewielkiej przystani pod zamkiem. Nagrodą za kolejne wydane 6 funtów jest ładny widok na zamek (od strony lądu nie robi specjalnego wrażenia, za to od wody wygląda znacznie fajniej), a przede wszystkim – uchatki! (celowo nie piszę „foki”, choć wiele osób tak je nazywa, ale to zupełnie inna rodzina zwierząt).

W międzyczasie się rozpogodziło, tak więc wypadało wrócić w góry. Żeby mieć power do wchodzenia  w jednej z przydrożnych knajpek dla lokalesów wzięliśmy sobie na wynos wyjątkowo dobrą rybę z frytkami plus małże z frytkami (zawsze bierzemy dwa różne zestawy, aby potem się dzielić po połowie i dzięki temu spróbować jak najwięcej miejscowych specjałów).

szkocja20.jpgW góry wystartowaliśmy dość późno, ale za to – szybko. Gnaliśmy więc w górę całkiem szybko, po raz kolejny upewniając się, że podane w internetowych rozpiskach czasy są chyba dla rodzin z dziećmi. Celem było położone w górze jeziorko – coś w typie naszego Czarnego Stawu. Porównanie do Tatr jest właściwe, bo tutejsze góry mimo że dość niewysokie (ale przewyższenie jest spore, bo przecież wyrastają praktycznie z poziomu morza), rzeczywiście Tatry przypominają. Nad jeziorkiem poza nami były jeszcze owieczki – mocno nas zdziwiły, że tak wysoko wchodzą aby samopas rachityczną trawę.

W drodze powrotnej przeżyłam chwile grozy, bo Zbychu schodząc bardzo stromą, kamienistą ścieżką bardzo nieprzyjemnie spadł – niby niewiele, ale na tyle skutecznie że się trochę poharatał. Na szczęście po ratowników dzwonić nie trzeba było (tak na marginesie – tutaj w takich sytuacjach dzwoni się pod 999, czyli na policję, choć ogólnoeuropejski numer alarmowy szkocja13.jpg112 też w sumie działa) – uznaliśmy że poszkodowany przeżyje na plasterkach które przypadkowo miałam ze sobą, a zabandażuje się już na kwaterze.

A na zakończenie, już podczas powrotu z gór (czytaj: w trakcie jazdy) mieliśmy przepiękny zachód słońca! Po prostu co chwila wzdychaliśmy że tak tu pięknie i stawaliśmy na kolejne foto-stopy.
      




6 września – Aviemore – Loch Ness - Wyspa Skye (Szkocja)
Kajakowe poszukiwania Potwora i dwa zamki w jednym dniu

szkocja23.jpgDzień minął nam pod znakiem Loch Ness, najsłynniejszego ze szkockich lochów, jak tu nazywa się jeziora. Byłam nad nim trzy razy i trzy razy lało, ale tym razem nie lało, więc wreszcie mam jakieś zdjęcia. Z planów wykąpania się w jeziorze wprawdzie nic nie wyszło (nawet nie dlatego że woda była zimna, ile raczej z braku czasu), za to naprawdę sporo zobaczyliśmy.

Zaczęliśmy od położonych tuż przy brzegu ruin zamku Urquahart, gdzie szczerze mówiąc moje największe zainteresowanie wzbudziła średniowieczna maszyna do miotania kamieni, tzw. trebusz. Potem wpadliśmy do Loch Ness Monster Expedition w wiosce Drumnadrochit aby dowiedzieć się co-nieco o Nessie – słynnym potworze wyglądającym niczym dinozaur, na którego wizerunku wszyscy tutaj robią wielki biznes. Nessie występuję w roli skarbonek, kubeczków, maskotek, na lodówkowych magnesach i śliniakach dla niemowląt. A jak z prawdziwym potworem, wciąż nie wiadomo, tym bardziej że jezioro ma 250 m głębokości, trudno więc te głębiny zeksplorować (choć próbowano – batyskafami, miniaturową łodzią podwodną, sonarami i innym specjalistycznym sprzętem). Z różnych „sensacyjnych” doniesień o których wspominano na wymienionej wyżej wystawie, było to, jak to jeden facet „znalazł” nad brzegiem jeziora tajemnicze ślady. Dopiero po jakimś czasie przyznał się, że zrobił je własnoręcznie… stojakiem do parasoli, którego podstawę tworzyła noga hipopotama (w latach 30.tych popularny gadżet, przez który na afrykańskich safari masowo odstrzeliwano hipopotamy).

szkocja10.jpgPunktem kulminacyjnym naszego „podboju” jeziora było popływanie po nim kajakami. Kajaki były nie byle jakie, bo bardzo profesjonalne, co równało się z określeniem chybotliwe. Jak to się stało że żadne z nas się nie wywróciło, to nie wiem, tym bardziej że kiedy wypłynęliśmy, przyszła wielka czarna chmura, błyskawicznie się rozwiało i zrobiła się spora fala. No ale jakoś daliśmy radę, choć nie powiem – zmoczeni deszczem, troszkę naszą wodną przygodę musieliśmy skrócić i tam dokąd chcieliśmy (do zamku) nie dopłynęliśmy. Jon od którego pożyczaliśmy kajaki mówił, że standardowa wycieczka kajakowa w ramach której przepływa się całe jezioro, mające 39 km długości, trwa 4 dni. Wydaje się dużo, ale trzeba wziąć pod uwagę, że jest tu trochę do oglądania, a same jezioro jest na tyle trudne do pokonania, że często robi się na nim spora fala.

szkocja27.jpgSwoją drogą Loch Ness to jedna z części znanego dobrze żeglarzom Kanału Kaledońskiego stanowiącego przecinający Szkocję skrót z Morza Północnego na właściwy Atlantyk i jego część zwaną Morzem Irlandzkim. Aby móc z tej drogi skorzystać, tzn. „wskoczyć” na jezioro które jest położone na wysokości 16 m n.p.m., zbudowano ciąg śluz. Najciekawsze są w miasteczku Fort Augustus, gdzie rzecz jasna też pojechaliśmy, choć akurat pechowo nie śluzowana żadnych łódek.

Docelowo musieliśmy dzisiaj dojechać na Wyspę Skye, drugą co do wielkości z Wysp Brytyjskich. Już sama droga dojazdowa była przepiękna, bo tutejsze krajobrazy są naprawdę niesamowite. Trochę kojarzą mi się z Norwegią, trochę z Wyspami Owczymi. Co do owiec to też jest tu ich mnóstwo, choć na przykład dzisiaj widzieliśmy też pasące się… lamy.

szkocja12.jpgPo drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy zamku Eilean Donan, który ulotki z informacji turystycznej zachwalają jako „najbardziej romantyczny” ze szkockich zamków. Do środka nie udało nam się wejść, bo byliśmy już za późno (ostatnie wejście jest o 17, a byliśmy kwadrans po), ale i z zewnątrz jest fajny, zwłaszcza że znajduje się w przepięknej scenerii, nad morską zatoką (właściwie to fiordem), w otoczeniu gór. Podobno kręcono tu sceny do jednego z odcinków Bonda, a także znany hollywoodzki film „Nieśmiertelny”.

No a teraz jesteśmy już na Skye, jednej z tzw. Wysp szkocja24.jpgZachodnich, w archipelagu Hebrydów. Mieszkamy w miasteczku Sligachan, choć słowo „miasteczko” oznacza dokładnie jeden hotelik połączony z pubo-restauracją gdzie wczoraj zjedliśmy gulasz z jelenia (ponoć lokalny specjał). Tutaj atmosfera jest już typowo górska – wszyscy w polarach, goretexach, górskich butach i – co nas trochę zastanowiło – w kurtkach puchówkach! Dla kontrastu są też tacy co chodzą w krótkich spodenkach, choć mnie akurat obydwie te wersje wydają się lekko przesadzone. Zobaczymy jutro, jak wyjdziemy w góry. A co do naszej mieściny to niby nic w niej nie ma, ale w miejscowym barze, „Seumas`Bar”, mają ponad 370 rodzajów whisky! Imponująca jest taka kolekcja butelek.



5 września, Aviemore – Góry Cairngorm, a właściwie - Grampiany
Góry, wrzosy, renifery i szkockie owczarki

szkocja1.jpgAle fajny dzień! I pogoda dobra, zupełnie nieszkocka, bo "nie w kratkę" (pokropiło dopiero wieczorem).

Zaczęliśmy od wycieczki górskiej. Góry Cairngorm słyną jako zdaje się jako najlepszy w Wielkiej Brytanii ośrodek narciarski, ale to zimą rzecz jasna. Teraz, czyli w końcówce lata, przyjeżdżają tu miłośnicy wędrówek, a i my też przyjechaliśmy specjalnie po to, by trochę pochodzić.

Tutejsze góry wysokością przypominają nasze Beskidy, za to wyglądem już nie, bo granica lasu kończy się dość szybko, na wysokości 300-400 m n.p.m., natomiast wyżej są już tylko trawiasto-kamieniste pagóry. Wygląda to dość osobliwie i sprawia wrażenie ogromnych, dzikich zupełnie przestrzeni.

Plan był taki, żeby sobie wjechać na górę kursującym tu pociągiem-zębatką (coś w stylu naszej kolejki na Gubałówkę), a potem zrobić wycieczkę na drugi co do wysokości szczyt nie tylko Szkocji, ale w ogóle Wielkiej Brytanii, Ben szkocja90.jpgMacdui (4296 stóp, czyli 1309 m). Tylko że okazało się, że ci co wjeżdżają pociągiem, jeśli nie wynajęli przewodnika, nie mogą wyjść sami na szlak – wyjeżdżają do góry - oglądają widok z tarasu i wracają. W tej sytuacji nie było wyboru – jeśli zachciało nam się chodzić, to trzeba było drałować od parkingu do góry na piechotę. W sumie nie był to żaden problem, bo pogoda była super, widoki też, a tempo mieliśmy takie, że traskę do górnej stacji pociągu liczoną na półtorej-dwie godziny zrobiliśmy w godzinę. Ben Macdui sobie jednak odpuściliśmy, bo stwierdziliśmy że za dużo jest w okolicy do zobaczenia, a mamy na ten rejon tylko jeden dzień. Weszliśmy więc tylko na całkiem przyjemny, niewiele niższy szczycik Cairn Gorm (4084 stopy, czyli też 1200 m z hakiem), gdzie zrobiło się na tyle zimno że przeprosiliśmy się z czapkami i rękawiczkami, po czym zrobiliśmy sobie całkiem ambitną, kilkugodzinną górską pętelkę. Śmiesznie, bo po drodze, akurat gdy rozmawialiśmy na temat braku dzikiej zwierzyny, wyłoniło nam się kilka tajemniczych kształtów, które najpierw wzięliśmy za kozice, potem za krowy (:) ), a które ostatecznie okazały się… reniferami! Naprawdę, bo tutejsza okolica słynie ze sprowadzonych ze Szwecji reniferów, pomysł z bodajże lat 50. XX wieku. Jest ich teraz tutaj ok. 150 sztuk.
szkocja3.jpg
Potem, już w dolinie, wpadliśmy jeszcze do centrum informacyjnego dotyczącego reniferów, gdzie można z bliska przyjrzeć się tym przesympatycznym zwierzakom. Ponieważ na Boże Narodzenie wykorzystuje się je do różnych reklam i programów w których ciągną mikołajowe sanie, przy reniferowej zagrodzie jest nawet skrzynka na listy do Św. Mikołaja, na której profilaktycznie poinformowano, że opróżnia się ją raz w roku, na Boże Narodzenie.

Kolejnym przystankiem była sesja zdjęciowa jednego z licznych tutaj górskich jeziorek, a następnie wypad na farmę na której organizowane są pokazy pracy psów pasterskich, oczywiście psów nie byle jakich tylko najprawdziwszych owczarków szkockich. Niesamowite jak mądre to zwierzaki! Facet z farmy mówił że ma ich 35 (w tym jeden ślepy), a pomagają mu zajmować się stadem szkocja7.jpg2500 owiec. Pasterz rozmawia z psami głównie przy pomocy gwizdów i okrzyków, przy czym nie tylko psy dzięki nim wiedzą co mają robić, ale również owce (np. jak mają iść - wolno, szybko czy zatrzymać się). Ochotnicy mogli też popróbować strzyżenia owiec (oczywiście chciałam) i pokarmić małe owieczki mlekiem z butelki ze smoczkiem (tym bardziej chciałam).

A wieczorem poszliśmy sobie na kolację na organizowany raz w tygodniu w jednej z tutejszych knajp „szkocki bufet”. Wreszcie miałam okazję spróbować jak smakuje haggis – szkocki specjał kulinarny na który składają się różne podroby (serca, wątroba, płuca) zaszyte i duszone w owczym żołądku. Wyglądaj jak kaszanka, a w smaku, cóż, specyficzne. Ale zjeść się dało, choć ułatwiła to poniekąd pinta (0,568 l) szkockiego piwa. Co do piw to uznaliśmy, że polskie zdecydowanie lepsze  :).



4 września, Warszawa-Glasgow-Aviemore
Witaj Szkocjo!

szkocja50.jpgNo to zaczynamy naszą szkocką eskapadę. „My”, to znaczy ja i mój kumpel, Zbyszek Bąk (ci co chodzą po górach pewnie go znają – zdobywca Everestu sprzed 2 lat).  Mamy tydzień czasu i ambitny zamiar obskoczenia trzech tutejszych łańcuchów górskich z najwyższą górą Wielkiej Brytanii, jaką jest Ben Nevis i ponoć przepiękną Wyspą Skye.

Przylecieliśmy do Glasgow (tanie połączenia Wizzair`a), gdzie odebraliśmy z wypożyczalni zaklepany wcześniej samochód, no i ruszyliśmy w trasę. Trochę kiepsko jeśli człowiek myśli że ciągle jedzie pod prąd, ale muszę przyznać, że Zbyszek w tym lewostronnym ruchu radzi sobie naprawdę super.

szkocja9.jpgPonieważ jakoś nigdzie nie pobłądziliśmy, nigdzie też nie było korków, wyszło na to że mamy sporą rezerwę czasową którą wykorzystaliśmy na zobaczenie otoczonego ładnym parkiem  Zamku Blair (obsługa podkreśla że nazwa zamku i rodu do którego należał nie ma nic wspólnego z Tony Blair`em, do roku 2007 premierem Wielkiej Brytanii). Co do tego ogrodu to jest w nim mnóstwo pięknych modrzewi – jak nam powiedział pracujący w zamku Polak, mieszkający od 8 lat w Szkocji David (tak wynikało z tabliczki jaką nosił), jeden z właścicieli zobowiązał się, że nasadzi tych modrzewi 50 tysięcy. Jak to jaśniepan zrobił? Jasne że nie ręcznie - według legendy wsadził tyle nasion w armatę i wystrzelił, zalesiając okolicę.

Do Aviemore które jest naszą bazą wypadową w góry (masyw Grampianów) dojechaliśmy już wieczorem, jeszcze przed dojazdem do naszego pensjonatu (Bed&Breakfast) ladując w lokalnym Tesco aby zrobić zakupy na jutrzejsze wyjście w góry. A co ciekawego w Tesco? Polacy! Gdzie się człowiek nie ruszy, wszędzie „nasi”. Kolejny przystanek stanowiła knajpa serwująca fish and cheaps, czyli kultową na  Wyspach „potrawę” (ryba z frytkami).
W sumie fajne to miasteczko (mowa o Aviemore) – pełno knajpek i sklepów (sporo ze sprzętem górskim), no i hoteli. Takie tutejsze Zakopane.



1 września, jezioro Kisajno, Giżycko
Jak żeglować bez ręki i nogi?

Ale fajne pływanie dzisiaj było. Wzięliśmy z Miśkiem Sasankę (typ łódki-kabinówki) i popłynęliśmy do Sztynortu, a że rozwiało się całkiem nieźle, w pewnym momencie zrzuciliśmy nawet foka i tylko na grocie robiliśmy regularne 6 węzełków (tak przynajmniej wykazywał nasz żeglarski GPS).

Jednak nie o naszych „wyczynach” żeglarskich chcę tu opowiadać, tylko o prawdziwych Bohaterach, choć oni sami za Bohaterów się nie uważają. No więc z racji tego że stacjonujemy w Międzynarodowym Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodjnej (żeglarze kojarzą ten ośrodek często jeszcze pod starą nazwą, czyli „Almatur nad Kisajnem”), zupełnie przypadkowo trafiliśmy na odbywające się tu regaty Pucharu Polski Żeglarzy Niepełnosprawnych. Większość tych ludzi nie ma rąk lub nóg, na łódki wsiadają ze stojących na kei wózków, ale jachty mają zupełnie normalne, bez żadnych specjalnych udogodnień, a i w załodze też nie płynie z nimi żaden „pełnosprawny”. W każdym razie niesamowite, jak fantastycznie dają sobie radę,  w najmniejszym stopniu nie odstając w umiejętnościach od żeglarzy stuprocentowo sprawnych. Mało tego imponujące jest to, jaka radość życia od nich bije! Widziałam fotorelacje z innych tego typu imprez – jestem przekonana że dyskoteka w trakcie której chłopcy na wózkach szaleją na parkiecie z głuchoniemymi dziewczynami może być o niebo fajniejsza od niby podobnych imprez dla pełnosprawnych. No i codzienność tych ludzi – Marek Winiarczyk, szef ośrodka pokazywał mi zdjęcie młodego chłopaka, z jedną ręką i z kikutem jednej nogi, poruszającym się na… desce, takiej zwykłej deskorolce. Ponoć nawet do centrum Giżycka (ze 2 km) na niej jeździł, odpychając się jedną jedyną posiadaną ręką. Mało tego, ze zdjęć biła postać niezwykle pozytywnego, wesołego gostka, który wcale nie rozpacza nad swoim losem, tylko przyjmuje go jakim jest, wykorzystując życie na 200 procent.

Kilka dni pobytu wśród niepełnosprawnych i głuchoniemych (za sąsiadów w naszym domku mamy przesympatyczne głuchonieme małżeństwo z małym dzieckiem, niestety też głuchym) nauczyło mnie zupełnie inaczej patrzeć na tego typu osoby. Przede wszystkim zrozumiałam, że nie na pomocy czy współczuciu im zależy, ale bardziej na tym, by jak najbardziej zauważać ich obecność, traktować ich zupełnie naturalnie, a nie odwracać wzrok udając, że taka grupa ludzi nie istnieje. Ale aby byli jednymi z nas, trzeba stwarzać im ku temu możliwości – chodzi zarówno o utrudniające codzienne funkcjonowanie ludzi na wózkach schody czy zbyt wąskie drzwi, ale także – organizowanie imprez w których niepełnosprawni mogą uczestniczyć na takich samych zasadach jak i pełnosprawni. Giżycki ośrodek specjalizuje się w kursach żeglarskich dla niepełnosprawnych, zakończonych egzaminem na patent żeglarza, absolutnie bez żadnej taryfy ulgowej. Instruktorzy też są niepełnosprawni. Efekt? Szczerze mówiąc mam wrażenie że poziom szkolenia jest wyższy niż na większości "normalnych" kursów, jakie widziałam.

Wspomniałam wcześniej o Marku Winiarczyku, facecie, który choć sam pełnosprawny, jak mało kto rozumie potrzeby niepełnosprawnych, a jego życie kręci się właśnie wokół idei zaszczepiania niepełnosprawnym pasji żeglarstwa. Marek ma milion pomysłów, mnóstwo energii, ale problemem jest kasa, tym bardziej że dofinansowania jakie dostaje na swoje akcje z instytucji państwowych są naprawdę symboliczne. Jeśli ktoś chciałby mu pomóc (niekoniecznie tylko finansowo – poszukiwani są także fundatorzy nagród czy chętni do wszelkiej innej pomocy) – piszcie do niego.  Warto pomagać, tym bardziej że jak mówi Marek: większość z nas ma szansę zostać kiedyś niepełnosprawnym. Kwestia tylko - kiedy?



30 sierpnia, Giżycko
Mazury – cud natury!


Udało mi się wreszcie wyjechać na zasłużony urlop z moim mężem. Nie jest to proste, bo trudno nam dograć się z terminami. Z wyborem kierunku też nie było łatwo, bo ja chciałam w Bieszczady, ale ostatecznie stwierdziłam, że w końcu ja akurat ciągle gdzieś jeżdżę, a dla Pawła są to jedne z nielicznych dni w roku, kiedy może wyrwać się z pracy w Warszawie, tak więc niech będzie jak on chce, co oznaczało wyjazd na Mazury.

gizycko3.jpgW sumie to taka trochę podróż sentymentalna, bo jesteśmy w Giżycku, gdzie swego czasu, mając wtedy po kilkanaście lat, byliśmy na obozie harcersko-żeglarskim. Dokładniej to miałam wtedy z 13-14 lat i na ten obóz dojeżdżałam, co oznaczało zupełnie samodzielną podróż pociągiem i potem szukanie po Giżycku reszty ekipy która tu dopływała z Mikołajek. Nikt po nas nie wychodził na dworzec (po nas, bo byłam z kolegą z klasy), szczerze mówiąc to nawet nie za bardzo wiedzieliśmy w której przystani nasi koledzy zacumują, a w tych czasach nie było przecież telefonów komórkowych. Nie wiem czy w dzisiejszych czasach rodzice puścili by swoje dzieciaki w taką podróż bez żadnej opieki – wtedy było to chyba bardziej normalne.
  
Oczywiście od opisywanych czasów jakieś 30 kilka lat temu wielokrotnie bywałam na Mazurach, przeważnie żeglując, choć faktem jest że zdecydowanie bardziej mogę się określać jako żeglarz morsko-oceaniczny niż jeziorowy. I chyba tak zostanie, bo dochodzę do wniosku że Mazury są fajne, ładne, ale dla żeglarzy drogie! Porównałam sobie ceny z mojego ubiegłorocznego rejsu przez Biskaje do Lizbony, kiedy staliśmy w marinach Francji, Hiszpanii i Portugalii, no i jakby nie patrzeć wychodzi na to, że tam wychodziło nam taniej niż tutaj. Tam płaciliśmy przeciętnie 35 euro za dobę od jachtu, co przy 10 osobach załogi oznaczało 3,5 euro. W tym już było wliczone korzystanie z prądu, wody, łazienek. A w Polsce? Weźmy pod uwagę np. marinę w Rynie. Ładną, fakt, ale na uboczu głównego szlaku żeglarskiego. Opłata wynosi 8 zł od osoby, do tego 5 zł za 5 minutowy prysznic, 2 zł za 2 minuty zmywania naczyń (a nie ma co kryć, w 2 minuty po obiedzie całej załogi nie pozmywamy), nie mówiąc o opłatach za podłączenie do ładowania i tankowanie wody. Jakby nie patrzeć, wyjdzie drożej.

Dobra, koniec narzekania - idziemy wziąć łódkę i na wodę!
   


28 sierpnia, Warszawa
Szpik chętnie oddam!

Tyle się mówi o potrzebie oddawania krwi czy szpiku kostnego, a tymczasem wcale nie łatwo je oddać.  Chcąc się do czegoś dobrego przydać, próbowałam z jednym i drugim kilka razy, ale zwykle jak się dowiadywano o moich podróżach, mimo zapewnień że jestem zdrowa, sprawna etc., słyszałam grzeczne „dziękujemy”, albo zwyczajne „okres karencji po powrocie skądś tam wynosi 30 dni” i nikt nawet nie chciał słuchać, że zgłaszam się w 29, bo w 31 znowu wyjeżdżam. W końcu jednak okazało się, że mogę się przydać. To znaczy czy mój szpik będzie komuś pasował i da mu szansę na życie, tego na tym etapie nie wiadomo, ale przynajmniej mogę spróbować. No więc któregoś dnia o tym że chcę oddawać krew i szpik powiedziałam Ani Czerwińskiej, znanej himalaistce, z którą się dobrze znam, a która swój  szpik komuś już dała. Anka jak o tych moich niewykorzystanych chęciach usłyszała, wiedząc jak wiele osób czeka na dawców, obiecała z kimś tam mnie skontaktować, co właśnie teraz uczyniła. No i dzięki kontaktowi Ani sprawy potoczyły się błyskawicznie – wystarczyło przejechać z jednego końca Warszawy na drugi, wypełnić dwa formularze, oddać krew i sprawa banku szpiku została już jest załatwiona. Szybko, fachowo, bez wyszukiwania miliona problemów. Za tydzień z kolei idę oddać krew do Stacji Krwiodawstwa (tym bardziej że mam rzadką grupę O Rh (-) czyli jestem idealnym, poszukiwanym często dawcą). A tak przy okazji co do tej grupy 0 Rh (-) – ponoć nie występuje ona w ogóle w Chinach! Jeśli ktoś ją ma i nie daj Boże na wyjeździe do Chin coś mu się stanie, lepiej żeby nie miał potrzeby podawania krwi, bo najnormalniej w świecie mogą jej Chińczycy nie mieć.




27 sierpnia, Warszawa
Biegusiem – czyli kolejny półmaraton (21,0975 m)

Część dzisiejszego dnia zajęło mi odbieranie telefonów. To że ktoś ciągle dzwoni, to akurat nie dziwne, ale dzisiejsze telefony były o tyle zaskakujące, że z życzeniami imieninowymi! W ten oto sposób dowiedziałam się, że dzisiaj są ponoć imieniny Moniki, choć ja zawsze myślałam że są tylko raz w roku, 4 maja. W każdym razie za polmaratonblonie.jpgżyczenia dziękuję, choć na przyszłość kolegę który dzwonił przed 8-mą błagam – dzwoń trochę później, bo ja raczej przed 2-gą w nocy nie kładę się spać, więc do 8.30 jestem ogólnie niekomunikatywna i moge być też nieświadomie niemiła!

A z innych spraw to w niedzielę pobiegłam sobie półmaraton. Dokładniej odbywające się w Błoniach Mistrzostwa Czegoś Tam (czego nie wnikam, bo i tak mi było to obojętne, chodziło o samą chęć startu). Poszło przyzwoicie, czyli godzina 58 minut, co biorąc pod uwagę upał i to że się biegło pod dość silny wiatr, oznacza całkiem niezły wynik. Ku swojemu miłemu zaskoczeniu w swojej grupie wiekowej byłam czwarta, a w ogóle to wśród kobiet miałam miejsce 26 na 68 pań (ogólnie kobiet biegło mało, facetów za to coś koło 470). Większość startujących stanowili „ściganty” z różnych klubów, a i tak wszyscy narzekali, że życiówek nie zrobili, właśnie przez ten wiatr. Oczywiście pierwsze miejsca obstawili Kenijczycy – zawodowi biegacze, którzy na stałe zamieszkują teraz na Węgrzech i zarabiając jeżdżąc na różne imprezy (znaczy się – permanentnie wygrywając :)  ).





17 sierpnia, Warszawa
Komputer z przerwą na whiskey :)

irlandia-blog1.jpgWłaściwie to ostatnio przy komputerze spędzam dnie i noce (tak to trzeba nazwać, bo kończę pracę około godziny 2,3 w nocy). Książkę o Evereście już skończyłam (pisanie, bo teraz trwa praca redakcyjno-graficzna), ale nadrabiam zaległości związane z normalną pracą dziennikarską, no i przygotowuję teksty na „zapas” bo już wkrótce rozpoczynam fazę „mocno wyjazdową” (Szkocja, Tanzania, Japonia, Indie itp., plus trochę wypadów w Polsce). Właściwie jedyne aktywne przerywniki to co drugi dzień bieganie, tym bardziej że za tydzień mam półmaraton.
 
irlandia-blog2.jpgAle… Tak po prawdzie to miałam w międzyczasie jeden sympatyczny przerywnik wyjazdowym, jakim było pilotowanie grupy do Irlandii. Sympatyczny, bo z fajną ekipą, z którą poza zwiedzaniem Dublina pojeździliśmy też mini-bolidami na torze wyścigowym i zrobiliśmy wycieczkę do parku narodowego Killarney, gdzie w programie mieliśmy rowery, łódki i dużo, dużo Guinessa (piwa znaczy się), tudzież whiskey (tę irlandzką pisze się z „e” w środku, dla odróżnienia od szkockiej, bez „e”). Ku mojemu miłemu zaskoczeniu, grupa, choć w przeważającej części męska, mimo degustacji owych trunków była nad wyraz grzeczna i kulturalna (dzięki chłopaki!), mało tego – po imprezie zakończonej o drugiej w nocy, o piątej zebrała się ekipa biegająca! Swoją drogą biegało się super - po leśnych duktach, nad jeziorem i co ważne - nawet pogoda jak na Irlandię dopisała, bo ani razu nie lało.
 
No a za dwa tygodnie do Szkocji… Głównym celem jest Ben Nevis, najwyższa góra nie tylko Szkocji, ale całych Wysp Brytyjskich. Wysokością nie powala (1344 m), ale startować na nią będziemy praktycznie od poziomu morza. A zresztą nie o wysokość chodzi, tylko o widoki i zobaczenie, jak tam jest.
 
 
 
5 sierpnia, Warszawa
A skąd ona ma kasę?
 
Wczoraj na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad. Ze mną, na temat Everestu.
 Ogólnie nie piszę o tym, że co się na mój temat ukazało, albo że miałam gdzieś okazję wystąpić, bo takie chwalenie się uważam trochę za tzw. obciach. Po prostu – jak kogoś dany temat interesuje to przeczyta, posłucha, obejrzy, ale nie wymagam od swoich znajomych by śledzili moją „karierę” :) medialną. 
 
Teraz o tym wywiadzie wspominam, bo zrobiła się pod nim spora dyskusja (pod nim czyli mam na myśli forum). Mam wrażenie że część zabierających głos albo nie przeczytała tekstu, albo przeczytała go mało uważnie, bez tzw. zrozumienia. Tak jak się zresztą spodziewałam, najwięcej emocji wzbudziła sprawy kasy. Skąd miałam tyle pieniędzy na wyprawę, różne insynuacje… Nie rozumiem, skąd tyle zawiści, bo chyba inaczej tego nie można nazwać. Nikt z piszących, często bardzo krzywdzące komentarze, nie bierze pod uwagę, że jeśli ma się jakiś cel, marzenie, pasję, a gorzej z pieniędzmi, to:
1) albo można założyć, że przecież nie ma się szans na realizację, więc lepiej np. iść z kumplami na piwo i sobie ponarzekać że inni to mają dużo lepiej
2) ruszyć głową, pracować od świtu do nocy, rozejrzeć się za sponsorami (sami nie przychodzą, ich znalezienie to również bardzo ciężka praca), zrezygnować z wielu przyjemności na rzecz oszczędzania, no i zrezygnować z piwa ze znajomymi (bo w tym czasie trzeba będzie pracować). Wtedy jest już szansa, że może się uda. 
 
Nie wierzycie że się da? Zostawmy mnie… W tym roku na Evereście była Olga N., pielęgniarka z małej miejscowości na południu Polski, swoją drogą super fajna dziewczyna. Niestety Everestu nie zdobyła, ale zamierza spróbować jeszcze raz (bo ma pasję, marzenie, cel). Podobnie jak ja - Olga do bogatych nie należy, nie ma bogatego męża, spadku nie dostała, ale na Evereście jej bardzo zależy. Ostatnio jak rozmawiałyśmy wspominała o wyjeździe na kilka miesięcy za granicę. Determinacja? Tak, bo właśnie to jest droga do sukcesów.
 
Z wielu wypowiedzi bije zazdrość, że mi się udało i że taki wywiad się ukazał. Co niektórzy podważają moje górskie kompetencje. Nie rozumiem – przecież intencją tego wywiadu nie jest lansowanie się, ale opowiedzenie o tym jak jest na Evereście, tym którzy może zechcą się tam wybrać i szukają informacji, albo nigdy się nie wybiorą, ale chcą się dowiedzieć co i jak, z czystej ludzkiej ciekawości. Mam duży respekt do Gór, świadomość moich umiejętności, chociaż w góry tzw. wysokie jeżdżę od dawna (wiem, wiele osób kojarzy mnie raczej z żeglarstwem, ale góry w moim życiorysie też zawsze były), jednak wcale nie uważam że jestem himalajskim autorytetem. Sama zresztą zaoponowałam, kiedy Gazeta.pl chciała zapowiedzieć wywiad z „himalistką”, mówiąc że się nią nie czuję, bo za himalaistów uważam Kukuczkę, Wielickiego, Pustelnika i inne tego typu osoby, do których mi daleko. Mało tego – wcale nie jest moją ambicją bicie rekordów, wyczynowe wspinanie, wchodzenie na najwyższe tylko szczyty, choćby z racji tego, że mam zupełnie inne podejście do gór. Jeżdżę w góry bo lubię, zdobywam te, które mnie jakoś inspirują (na Matterhorn wspinałam się bo… śliczny), a równie ważna jak wierzchołek jest dla mnie cała otoczka – ludzie których tam spotykam (zwłaszcza miejscowi), przyroda, widoki, związane z tym miejscem wierzenia. Tak też było na Evereście. Nie chodziło ani o moje ego, ani o próbę wpisania się w historię polskiego himalaizmu, tym bardziej że wejście klasyczną drogą nie jest w obecnych czasach traktowane w kategoriach wyczynu. Jednym z głównych powodów (poza tym że po prostu chciałam tam wejść, tak sama dla siebie), było to, aby sprawdzić na sobie ile jest prawdy w tym, co się o tej górze opowiada. Od początku było wiadomo, że nawet jak nie wejdę na szczyt, książkę o Evereście napiszę, ale żeby ją uczciwie napisać (bo to książka o Górze, a nie o mnie), muszę dojść dokąd tylko będę w stanie i wszystkiego po drodze doświadczyć. 
 
A na zakończenie dziękuję wszystkim którzy w sympatycznych komentarzach dali znać, że oprócz tych, którzy za wszelką cenę chcą „dokopać”, są też normalni, kulturalni czytelnicy, z którymi warto dzielić się wrażeniami. Zakładam że takich (tych „normalnych”  :) ) jest większość, bo przecież nie wszyscy się na forum wpisują.
 
I jeszcze – dziękuję za pytania, na które odpowiem… No właśnie – kiedy, to już zależy do portalu Gazeta.pl
 

27 lipca, Warszawa
Zabiegaj o pamięć czyli Bieg Powstania Warszawskiego

bieg powstania-chlopcy.jpgJeśli chodzi o Powstanie Warszawskie, to moje harcerskie wychowanie sprawiło, że jest to rocznica dla mnie wyjątkowo ważna. Dla obecnego młodego pokolenia – chyba niekoniecznie, o czym świadczy choćby to, że większość młodzieży ma problem żeby Powstanie umiejscowić w czasie. W końcu tyle powstań było w naszej historii, a czy Styczniowe, Listopadowe czy Warszawskie – jaka to różnica? Z ulicznej sondy, której wyniki puszczono w radio, wynikało że są nawet tacy, którym Powstanie Warszawskie myli się z Bitwą pod Grunwaldem albo Stanem Wojennym.

Skoro tak kiepsko z wiedzą historyczną w społeczeństwie, bardzo podoba mi się pomysł z organizowanym w Warszawie już od dobrych 13 lat Biegiem Powstania Warszawskiego. Do wyboru dystans 5 i 10 km – pobiegłam na dychę. W tym roku limit startujących wynosił 7 tys. i trzeba powiedzieć że po chyba 3 dniach już nie było miejsc!

W każdym razie hasło imprezy – „Zabiegaj o pamięć” wydaje się bardzo skuteczne. Zawsze to jakaś forma uczczenia Powstania, na pewno w jakimś stopniu zakorzeniająca w świadomości naszego społeczeństwa, przynajmniej tej aktywniejszej jego części (ale kibiców przecież też), że warto o takih wydarzeniach pamiętać. Biegi uliczne mają naprawdę sporo fanów, a mam wrażenie że dla niektórych uczestników to także okazja do nauczenia się Roty czy Hymnu, bo przed startem biegu wszyscy śpiewają, a przy innnych okazjach pewnie nawet nie słuchają. Poza tym bieg ma wyjątkową oprawę – poza okolicznościowymi koszulkami, biegnie się jeszcze w biało-czerwonych opaskach ze znakiem Polski Walczącej, bieg powstania.jpgtu i ówdzie rozlega się huk bomb i strzały z karabinów, poprzebierani "powstańcy" budują barykad, a na starcie/mecie słychć powstańcze piosenki, choć nie tyko taką typową martyrologią trąci – były też piosenki o Powstaniu w wersji… rapowej.

Imponującego wyniku niestety specjalnego nie zrobiłam, ale sama jestem sobie winna, bo myślałam że bieg jest… jutro i nie zdążyłam się odpowiednio przygotować. Po prostu coś mi się pomieszało z kalendarzem. Finał był taki, że właśnie wybierałam się po południu na krótkie rozbieganie przed jutrzejszym startem, a tu Kasia z I piętra, jak się okazuje także biegająca, zastrzeliła mnie z pytaniem czy już idę na bieg? Ja zdziwiona, na jaki bieg? Na to Kasia mi uświadomiła, że bieg startuje za 2,5 godziny (start był o 21-ej). No i panika, bo oczywiście nie wiedziałam gdzie mam numer startowy, Paweł który miał mnie na bieg zawieźć i mi podać na 6 km butelkę z izotonikiem był na drugim końcu Warszawy, a ja sama miałam na ten wieczór inne plany.

Na start zdążyłam, ale gdzieś przy końcu (każdy kto biega wie jakie to wkurzające jak się ma przed sobą tłum ludzi, których chcemy wyprzedzić, a oni jak na złość plączą się między nogami :) ), na dodatek mimo późnej pory gorąc był jak diabli, na 6 km złapała mnie kolka, a, i jeszcze były dwa długie podbiegi (Warszawiacy kojarzą – ul. Sanguszki). Wyszło 55 minuty 45 sekundy, co plasowało mnie mniej więcej w 1/3 "peletonu", ale w końcu duża część startujących to ludzie trenujący w klubach, a ja cóż, szary amator. Pocieszam się, że jak już wejdę do kategorii wiekowej „Kobiety 70+” to wtedy będę miała nawet szansę na podium :). Kobiet po 70-tce akurat mało biega, za to u facetów konkurencja wśród 70-latków była na tym akurat biegu całkiem spora. Ale co tam 70-latki, był też 80-latek! I to z czasem 1 minuta 6 sekund, czyli jak na ten wiek rewelacja (zwłaszcza w stosunku do młodych zawodników przybiegających /przychodzących na metę z czasami ponad półtorej godziny).




22 lipca, Warszawa
Niedzielny spacer



starowka.jpgWpawdzie umowa z wydawnictwem Bezdroża odnośnie tego, że do końca lipca oddam książkę o Evereście sprawiła, że prawie nie odchodzę od komputera i poza książką nie zajmuję się prawie niczym (m.in. nie piszę do nikogo maili – wybaczcie!), wczoraj, czyli w niedzielę stwierdziłam że mój mózg potrzebuje jednak chwili resetu i wybrałam się z Pawłem (mężem) oraz tatą na Starówkę. Rzadko tam chodzę, bo wiadomo, brak czasu, tak więc zrobiła wielkie odkrycie: całkiem fajna ta nasza Starówka! Tłum ludzi, fajny „klimacik”, super! 

To co rzuciło mi się w oczy to liczni, nawet bardzo liczni "osobnicy" zbierający kasę… W różnej formie. Facet grający na jakichś blatach (nawet fajnie mu szło), muzyk z akordeonem (też okej), trochę dalej trębacz któremu chętnie bym dała kasę, żeby już przestał, na Placu Zamkowym kiwający się w takt muzyki emeryt poozdabiany kwiatkami (ten wzbudzał u mnie uczucie politowania) i kilka chodzących maskotek – pewnie studentów poprzebieranych za Tygrysa, Misia Puchatka i wielką Pandę (kiczowate). Pomiędzy tym wszystkim mało grzeczne, wręcz nachalne dziecko rumuńskie, uśmiechnięte dziewczyny sprzedające balony i trochę innych osób, bo każdy przecież chce zarobić. A kto mi się najbardziej spodobał? Chłopcy z bębnami z kartką prosto z mostu informującą że zbierają „na podróż do Afryki”. No skoro tak, to dałam! :)



 
 

3 lipca, Warszawa
Post scriptum do Everestu, a raczej do wywiadu z Anią Czerwińską

Trochę się wkurzyłam. Mój siedzący w sąsiednim pokoju małżonek (bo ja siedząc nad pisaniem książki muszę mieć kompletną ciszę, czyli siedzę w swojej "komputerowej klitce"), przesłał mi linka do wywiadu Ani Czerwińskiej jaki zamieścił portal Wirtualna Polska (link tutaj ). Z Anią znamy się od dawna, bardzo ją lubię i szanuję, co nie zmienia faktu, że nie we wszystkim się zgadzamy. A w przypadku tego wywiadu nie zgadzam się z wieloma kwestiami…

O Evereście mam akurat prawo się wypowiadać, no bo przecież z niego co dopiero wróciłam. Jednym z powodów aby tam pojechać, poza tym że jako osoba od lat związana z górami więc zrozumiałe, że chciałam Górę Gór zdobyć, było też i to, by zobaczyć jak tam naprawdę jest (mowa o ludziach, atmosferze, weryfikacji tego co się o Evereście mówi w mediach itp.). Wróciłam i teraz sama się zastanawiam, jak Everest przedstawiać aby za bardzo nie przesadzić w żadną ze stron. W kość dostałam, ale jeśli zacznę  o tym mówić, spece od gór stwierdzą że jestem mięczakiem. Jeśli powiem że Everest to bułka z masłem (choć wcale tak nie jest), odezwą się głosy, że właśnie, przecież wiadom że każdy (?) może tam wejść, że to tylko kwestia kasy etc. (zwykle mówią tak ci, którzy nawet na treking do Base Campu się nie wybiorą, bo wiedzą że nie dojdą).

Oczywiście nie zamierzam robić z siebie „bohaterki” i „wielkiej himalaistki”, bo mam zbyt duży respekt do gór, a zarazem świadomość, że do tych prawdziwych Wielkich Himalaistów nie dorastam nawet do pięt. Z drugiej strony widzę jakąś dziwną tendencję do umniejszania sukcesów tych którzy tam wchodzą teraz przez tych, którzy tam byli wcześniej. Bo przecież dawniej to było ciężko, a tymczasem teraz to komercha, tłumy itp. Rozumiem rzecz jasna że nie ma co porównywać zimowego wejścia (pierwszego w świecie na dodatek) Leszka Cichego i Krzyśka Wielickiego (rok 1980) z obecnymi wyprawami. Za to nie widzę większej różnicy pomiędzy trudnością wejścia Ani i mojego (może na korzyść mojego, bo Ania miała własnego Szerpę, a ja nie). Ania wchodziła w 2000 roku, czyli w czasach kiedy używano już goretexów, polarów, etc. czyli różnica w ubiorze odpada. Poręczówki – teraz są, ale wtedy też były. Butle z tlenem – nie zmieniły się (od lat korzysta się głównie z takich rosyjskiej produkcji). Zadeptanie? Media na okrągło pokazują zdjęcia z ubiegłego roku kiedy rzeczywiście zrobiła się wielka kolejka na szczycie, ale już np. w tym roku, kiedy ja wchodziłam (23 maja), przez większość część ataku szczytowego szłam zupełnie sama, jedynie w dali widząc kilka zapalonych czołówek (bo teraz wchodzi się nocą). A co do trudności technicznych to nie przesadzajmy – Uskok Hillary`ego (obydwie z Anią wchodziłyśmy tą samą drogą) przez ten czas się nie wypłaszczył, ani też i góra się nie obniżyła… 

A co do Simone Moro i jego bójki z Szerpami… Simone to super fajny chłopak, fantastyczny wspinacz (w końcu czołówka światowego himalaizmu), ale wszyscy którzy byli w tym czasie w Obozie II (wys. 6400 m) wiedzą, że to niestety Simone sprowokował awanturę. Tyle że w świat (znaczy się – do mediów) poszła wersja wyłącznie Simone, który zaraz po aferze wsiadł w helikopter i poleciał do Katmandu, uruchamiając kontakty z dziennikarzami. Szerpów nikt o zdanie nie pytał, a z Internetu mało który z nich korzysta, więc swojej wersji zdarzeń przedstawić nie mogli. Ani Czerwińskiej pod Everestem w tym roku nie było – podejrzewam że opis sytuacji też zna tylko z mediów.

To co wyżej napisałam nie jest atakiem na Anię… To naprawdę super babka i mam nadzieję że wybaczy mi ten wpis, ale cenię sobie szczerość i wymianę poglądów, nawet jeśli są diametralnie różne.



30 lipca, Warszawa
Po rosyjsku

Ale się ostatnio ukulturalniam - nie mogę wyjść z (auto)podziwu :). Jak by nie patrzeć - zaledwie 3 tygodnie temu wróciłam z Everestu, a już dwa razy byłam w teatrze! Po tych dwóch miesiącach życia w namiocie, w mało cywilizowanych warunkach, na pewno taki zastrzyk kultury (za moich młodzieńczych lat mówiło się: odchamienia :)  ), dobrze mi zrobi.

Dzisiejsze wyjście było tak naprawdę dość spontaniczne, bo wyczaiłam że w Buffo jest ostatnie przed przerwą wakacyjną wystawienie „Wieczoru rosyjskiego” na który od dawna chcieliśmy z Pawłem pójść. Skoro tak, to jak to mawia mój mąż - jako rodzinny KaOwiec (młodym wyjaśniam: "Kulturalno-Oświatowa") przypuściłam atak na tzw. wejściówki (bilety były wyprzedane) i o dziwo - się udało! Wejściówki do Buffo sprzedaje się od godziny 18, jest ich 30, kiedy więc  przyszłam o 18 minut 6 myślałam że będzie ok. Miałam szczęście – wzięłam ostatnie dwie!

Potem mielismy szczęście jeszcze raz, bo sala była pełna, ale pewna miła pani mająca miejsce w jednym z najlepszych rzędów, podeszła do mnie i powiedziała, ze jej znajomi nie przyjdą, czyli możemy na ich miejscach z Pawłem usiąść (bo normalnie wejściówka w Buffo upoważnia tylko do stania).
 
W każdym razie spektakl - super! Fakt, nie wymaga nadmiernie procesu myślenia, ale za to ubawić się można setnie. Świetna choreografia, fajnie dobrane utwory (od arii i zrobionego z Międzynarodówki kankana, po Okudżawę i różne nastrojowe ballady czy współczesny rosyjski pop). I do tego dobre teksty, bo trzeba powiedzieć, że Józefowicz umie zabawić publikę, a teksty miewa mocne.

Co ciekawe – lepiej bawili się starsi – młodzież chyba nie rozumie grypsów z „tamtej” epoki (mowa o czasach tzw. komuny), nie mówiąc o tym że nie rozumie rosyjskiego, a w tym spektaklu to akurat ważne. Co do mnie, to coraz częściej widzę korzyści, że znam ten język. W czasach młodości nie chciałam się go uczyć (względy "polityczne"), załapałam go tak naprawdę później, włócząc się z plecakiem po różnych rejonach byłego Sojuza. A teraz, choćby przy słuchaniu rosyjskich ballad, jak znalazł… W każdym razie wizytę w Buffo -  szczerze polecam!



28 czerwca, Warszawa
Halo! Oferujemy bezpłatnie…


Poranek jakich wiele. Pełna zapału siadam do domowego komputera, jako że pracuję w domu (aktualnie piszę nową książkę). Komputer jeszcze nie zdążył się załadować, kiedy dzwoni telefon. Stacjonarny, co oznacza że do ataku ruszyli akwizytorzy. No tak, Instytut Medyczny z zaproszeniem na bezpłatne badanie serca. Znam temat, bo dzwonią do mnie co drugi dzień (za każdym razem kto inny) i na sam dźwięk ich nazwy dostaję alergii. Jak zwykle proszę o wykreślenie mnie z bazy adresowej i jak zwykle mam świadomość, że nikt tego nie zrobi.

Nie mija pięć minut jak zaczyna mnie napastować „Akademia Zdrowia”. Po drugiej stronie chłopak ewidentnie czyta z kartki zadany tekst. Powinnam się cieszyć – oni również chcą zadbać o moje serce, również za darmo. Ponieważ to dopiero początek dnia, staram się być miła. Tłumaczenie, że jestem okazem zdrowia i dziękuję, pana po drugiej stronie słuchawki nie zniechęca – skoro nie ja, to na pewno ktoś z bliskich. Bliscy to nasz skarb, trzeba o nich dbać…

Oczywiście ani ta firma, ani tuzin podobnych z medyczną nazwą, nie mają nic wspólnego z normalną służbą zdrowia – wiem co mówię, bo raz z ciekawości dałam się namówić, żałując potem, że zmarnowałam swój cenny czas. W skrócie: przeprowadzone w jakiejś wynajętej salce bezpłatne badanie (nacisk na to „bezpłatne”) miało mnie przekonać, że na pewno potrzebuję oferowany sprzęt, lek lub zabieg (płatny rzecz jasna). Szczerze mówiąc mam nawet wątpliwości czy prowadzący „badania” to lekarze – raczej wyćwiczeni w sposobie mówienia marketingowcy, świetnie manipulujący zwłaszcza emerytami.

Wracam do pracy usiłując się skupić… Nic z tego – znowu  telefon… Tym razem firma proponująca bezpłatne spotkanie z pomocą w aranżacji wnętrz. Nie mam zamiaru niczego aranżować? Pani przekuje, że tak mi się tylko wydaje. Przyjdę do nich to na pewno zmienię zdanie …

Mija kwadrans, wchodzę w fazę skupienia nad tym co mam zrobić. Telefon… Tym razem pani z jednego z banków. Propozycja karty kredytowej.  Bezpłatnej rzecz jasna. Mam już dwie karty? Słyszę, że warto mieć trzecią. A przy okazji wziąć kredyt. Kredytu też nie chcę? Szkoda, mogłabym pojechać na wymarzone wakacje. Moja cierpliwość się wyczerpuje.

Potem wreszcie upragniona cisza. Długa, bo pół godzinna. Wreszcie mogę wejść na obroty z moją pracą. Ale nic nie trwa wiecznie. Dzwonek… -Tu Instytut Diagnostyki Termoregulacji… Jestem bliska szału. Niegrzeczne rzucenie słuchawką nie ma sensu, bo i tak zadzwonią ponownie. Rozważam zrezygnowanie z domowego telefonu - na numery komórkowe akwizytorzy jakoś mniej nie dzwonią. W przeciwnym razie jeszcze trochę i rzeczywiście nabawię się jakiejś choroby. Psychicznej. Tylko czy wtedy podejrzany Instytut Medyczny, Diagnostyczny i jakikolwiek inny będzie mi w stanie pomóc?



25 czerwca, Warszawa
Aklimatyzacja do poziomu Wisły


Oj, trudno mi się po Evereście pozbierać. Mój mąż radzi mi, abym na trawniku przed blokiem rozstawiła sobie namiot, to szybciej się zaaklimatyzuję. A ja rzeczywiście mam problem by przywyknąć teraz do warszawskiej rzeczywistości, ruchu na ulicach, kłótni polityków, dzwoniących ciągle telefonów i wiecznego pośpiechu, bo przecież wszystko tutaj jest „na wczoraj”. Tam, w górach znaczy się, zamiast samochodów słychać było co najwyżej huk lawin i dzwonki jaków, istotna była jedynie pogoda i to czy wyjść/zejść do innego obozu, czy poczekać, z informacji żadne tam "Kozaczki" czy "Pudelki" tylko poważne sprawy typu kto wszedł na szczyt, a kto nie, czy udała się kolejna akcja ratunkowa, bo helikopter pod koniec latał już prawie non stop… 

Tymczasem ciągle popełniam jakieś gafy… Choćby dzisiaj… Na dzień dobry psiknęłam sobie pod bluzkę piankę do golenia swojego męża, bo przecież wypadło mi już z głowy, jak wygląda mój domowy dezodorant. Później, w miejskim autobusie, stałam przed drzwiami jak jakiś buszmen, który nie wie, że aby otworzyć drzwi, trzeba nacisnąć guzik (uświadomił mi to miły chłopiec, lat około 5). Z kolei w nocy trudno mówić o odpoczynku, bo ciągle tylko chodzę i chodzę – to znaczy śni mi się, ale co się namęczę to moje (na szczęście raków we śnie nie przypinam i nie mam już everestowego odruchu sikania do butelki).

Za to ciągle jem! Z tych 8 a może i nawet 10 kg jakie zrzuciłam w Himalajach, większość już nadrobiłam, bo przecież teraz „muszę” nacieszyć się, tym czego przez dwa miesiące nie miałam. Świeże warzywa i owoce – okej, ale pakuję w dużych ilościach również chleb, ciastka, naleśniki, pełne cukru owoce, kaloryczne sery. Na swoje szczęście już wróciłam do biegania – w ostatnią niedzielę pobiegłam nawet w Kobiecym Biegu Samsunga na 5 km, zajmując całkiem przyzwoite 229 miejsce, na coś koło 2 tysiące zawodniczek. Teraz w planach Bieg Powstania Warszawskiego, czyli 10 km. No i pisanie książki o Evereście. Jeśli wszystko pójdzie planowo, ukaże się na jesieni!



4 kwietnia - 9 czerwca

WSPINACZKA NA MT EVEREST


Zapraszam na bloga na stronie wyprawy - czyli tutaj .





18 marca
Dwa konkursy - Kolosy kontra Rejs Roku

Przez ten wyjazd na narty nie opisałam jak minął mi poprzedni weekend, a co niektórzy z Was o to pytają. Może nie tyle o sam weekend w tych pytaniach chodzi, co o imprezy na które pojechałam do Trójmiasta.

Zacznę od Kolosów, czyli odbywającego się w czasie Ogólnopolskich Spotkań Podróżników, Alpinistów i Żeglarzy w Gdyni konkursu z honorowymi nagrodami za największe osiągnięcia minionego roku (kategorie: podróże, alpinizm, żeglarstwo, jaskinie i wyczyn roku). Bardzo lubię tę imprezę i bez dwóch zdań uważam ją nie tylko za największy, ale też za najlepszy festiwal podróżniczy w Polsce. Fakt, impreza zmieniła się bardzo w trakcie jej już czternastu edycji (z racji tego że od początku przez wiele lat byłam w Kapitule oceniającej zgłaszane projekty, znam ją doskonale) i rzecz jasna często z nostalgią wspominamy czasy, kiedy było to bardzo kameralne spotkanie, a żeby zobaczyć pokazy stało się w wielogodzinnych kolejkach i siedziało w kucki na podłodze. Teraz do dyspozycji jest wielka sala sportowa na kilka tysięcy miejsc (ok, w kolejkach do środka nadal się stoi), super nagłośnienie, ogromny ekran, tak więc to już zupełnie coś innego, ale moim osobistym zdaniem atmosfera nadal jest fajna, tym bardziej że na Kolosy zjeżdża się zawsze czołówka polskiego środowiska podróżniczego i zawsze jest z kim pogadać.

Przyznam że trudny mieliśmy orzech do zgryzienia, kogo nagrodzić (w Kapitule już nie jestem, ale wchodzę w skład tzw. Rady, również głosującej na zgłoszone wyprawy). Problem w tym, że mamy wśród Polaków grono podróżników realizujących naprawdę fajne, ambitne  projekty, ale coraz trudniej wymyśleć w tych projektach coś wyjątkowego. Tak jak jakiś czas temu wyprawa rowerem powiedzmy na Nordkapp wzbudzała wielki podziw, tak dzisiaj nie jest to już żaden wyczyn, bo zrobił się to już pewien „standard”. Rowerem do Pekinu? Też już było… Rowerem przez Himalaje? Też... W ogóle teraz jakaś „moda” się zrobiła na wypady rowerowe… Podobnie – spowszechniały wyprawy autostopowe oraz dookoła świata (coraz więcej osób rzuca  pracę w korporacji i jedzie sobie w świat na kilka miesięcy, albo kilka lat). Świat się „zmniejszył”, coraz trudniej czymś naprawdę błysnąć.

W każdym razie dyskusja, przynajmniej w kategorii „Podróże” była długa, bo każdy z nas miał inne „typy”. Jakie ostatecznie były wyniki – można sprawdzić tutaj .

Dobra, a teraz o Rejsie Roku… Szczerze mówiąc na wręczenie nagród Rejs Roku trafiłam tylko dlatego, że obiecałam zjawić się na powiązanym z tym konkursem dorocznym spotkaniu Bractwa Kaphornowców (to ci, którzy opłynęli Przylądek Horn, czyli się łapię). Impreza miła, no i różnych znajomych można spotkać… Mowa o Bractwie, bo Rejs Roku w moich oczach stracił od ubiegłego roku totalnie. Dlaczego? Już wyjaśniam: idea jest szczytna i pożyteczna, ale w aktualnym wykonaniu jest dla mnie konkursem opartym na kolesiostwie i różnych interesach. Nie kryję, byłam rozżalona że za nasz rejs „Anną” (w dwie osoby, trudny i niebezpieczny polarny rejs po trasie której przed nami nikt nie robił) nie został w żaden sposób zauważony, ale rozrzalenie pal sześć - chodzi o mechanizmy, jakie tym konkursem rządzą. Rozumiem żebyśmy przegrali z rejsami lepszymi, ambitniejszymi ale nie, przegraliśmy, bo jak usłyszałam od Sekretarza Generalnego PZŻ – „nie zadbaliśmy o lobbing”. Czegoś nie rozumiem. To co to za konkurs, jeśli decyduje nie obiektywizm i kompetencja w ocenach, tylko wcześniejsze urabianie sobie Kapituły i jej głosów? Z tego co mi doniesiono, nasz rejs w ogóle nie został wzięty pod uwagę, bo: 1) większość Kapituły nawet nie raczyła przeczytać materiałów go opisujących  2) część Kapituły gdzieś się spieszyła i po godzinie stwierdzono że czas kończyć  obrady, a więc naszego rejsu z założenia nie zdążono przedyskutować. Poza tym tak czy owak były inne priorytety, bo przecież wiadomo że jeśli w Kapitule jest właściciel stoczni jachtowej na której odbywał się jeden z rejsów, to wiadomo że promocja jego jachtów jest sprawą ważniejszą niż nasz rejs na 30-letnim jachcie.

Ale dobra, było, minęło, a jak było w tym roku? Do nagrody Srebrnego Sekstantu dla Tomka Cichockiego nie mam uwag – jak najbardzziej należało mu się. Ale nagrody dla Kuby Strzeczkowskiego za rejs przez Atlantyk nie rozumiem. Chłopak dostał jacht (znowu promocja pewnej stoczni), na dodatek jacht super wyposażony, miał duży budżet na przygotowania i doświadczonego kapitana który go szkolił, płynął raptem 3 tygodnie w pasatach, czyli specjalnych umiejętności żeglarskich to nie wymaga (równy, stabilny wiatr, przyjemna pogoda), a więc gdzie wyjątkowość tego rejsu? Podobnych i zdecydowanie lepszych rejsów polscy żeglarze robią mnóstwo i jakoś się o nich nie mówi. Czyli co, dajemy nagrody za znane nazwiska i dobre układy z mediami (bo Kuba to głos radiowej "Trójki").

Przy okazji nagrody dla Kuby (którego tak w ogóle to bardzo lubię, ale oddzielam sympatię od obiektywnego oceniania), prowadzący uroczystość Rejsu Roku powiedział że historia polskiego żeglarstwa odnotowała tylko trzech dziennikarzy którzy żeglują po morzach i oceanach, czyli Krzysztof Baranowski, Zbyszek Urbanyi i teraz – Kuba Strzeczkowski. No cóż, wydawało mi się, że jest nas jednak więcej…

A propos kompetencji to zaraz potem ktoś inny ważny zabrał głos i ze zdumieniem usłyszeliśmy o Srebnrym SekstanSie… Kiedy padło to pierwszy raz, myślałam że się facet przejęzyczył, przy drugim razie – już mnie poważnie zatkało, za trzecim razem uznałam, że skoro gościu myli pojęcia ("sekstanS" to coś innego niż "sekstanT"), to jednak nie najlepiej świadczy to o tym konkursie.


17 marca
Do Włoch na tiramisu

Ponieważ skipass na Nauders poza wyciągami austriackimi obejmuje jeszcze dwa niedalekie miejsca już po stronie włoskiej, dzisiaj zrobiliśmy sobie wypad do jak to się mówi: "Słonecznej Italii". Granica przebiegaze 2 km od Nauders, a więc daleko nie było. Niestety Italia nie okazała się słoneczna tylko mocno pochmurna, chociaż właściwie trudno mówić o tym regionie „Włochy” skoro mówi sięw nim po niemiecku, wszędzie są nie hotele, tylko  „gasthofy” i na każdym kroku lokaslesi podkreślają że ogólnie bliżej im do Austriaków, niż do Włochów. Trudno się dziwić, bo region ten, oficjalnie nazywany Południowym Tyrolem, do Włoch należy raptem sto lat, a wcześniej zawsze była to Austria.

Mimo wszystko szczątki włoskich wpływów jednak ku naszej radości znaleźliśmy, a były nimi: pyszne tiramisu (ogromna porcja za zaledwie 3 euro) i rewelacyjna cappuccino.

Co do nart, to nie da się ukryć, że strona austriacka jest dużo lepsza (więcej wyciągów, no i nowocześniejsze), za to bardzo nam się podobało jezioro z którego wód wystaje… wieża kościoła. Budując tamę i sztuczny zbiornik (dawno temu, na rozkaz Mussoliniego), istniejącą tam wioskę przeniesiono na wzgórza, ale dzwonnicę zostawiono. Wygląda oryginalnie, zwłaszcza teraz , kiedy dookoła jest tafla lodu.




16 marca, Nauders (Tyrol, Austria)
U zbiegu trzech granic

tyrol2.jpgFajny dzień! Po trzech dniach w St Anton przenieśliśmy się do dużo mniejszego Nauders, miasteczka położonego w pobliżu styku granic Austrii, Włoch i Szwajcarii (wszędzie widać drogowskazy na słynne, w sumie niedalekie St Moritz). Bardzo tu sympatycznie, a i wyjeździć na nartach też się można naprawdę nieźle, bo choć tu „tylko” 120 km tras (dla porównania – w Polsce najlepsze ośrodki oferują zwykle kilkanaście km) to jeszcze bardzo szerokie i super przygotowane. Inna sprawa że na pozytywne wrażenia niewątpliwie wpływ ma też i pogoda. Wreszcie wyjrzało słońce, pojawiło się błękitne niebo i co tu kryć – świat stał się piękniejszy.

Poza tym było też miło, bo dojechała do nas na kilka godzin Kasia Gaczorek, moja koleżanka która mieszka w Austrii od dwóch lat i bardzo sobie to chwali (choć od Polski bynajmniej się nie odcina). Zjeździliśmy wzdłuż i wszerz całą austriacką część regionu – jutro przyjdzie czas na stronę włoską. Ku swojemu zaskoczeniu spotkaliśmy Polaków – a myśleliśmy że to tyrol22.jpgmiejsce przez „naszych” jeszcze nie odkryte! Kogo jeszcze spotkaliśmy? Białego niedźwiedzia! Wielkiego, w przenośni i dosłownie śnieżnobiałego (wyrzeźbionego w śniegu).

Teraz jest już wieczór i walczę z zakwasami. Nie wiem czy to dobry pomysł po całym dniu na nartach zaaplikować sobie jeszcze 12 km bieg. No ale za tydzień mam w planach Półmaraton Warszawski, a dobrze byłoby nie zająć ostatniego miejsca :-).
 
Ps. Pytałam Kasię co w Austrii mówiło się o tragedii naszych himalaistów na Broad Peak. Okazuje się że właściwie to się NIC nie mówiło.  Jeśli kogoś interesuje jak to jest z odbiorem w świecie tych polskich wejść zimowych na ośmiotysięczniki to zapraszam tutaj .


14, 15 kwietnia, St Anton – Lech
Wieści z nart

tyrol7.jpgCoś mamy pogodowego pecha. Cały czas albo sypie, albo nachodzą takie chmury że nic nie widać. Mimo to wczoraj zrobiliśmy sobie wycieczkę do objętego tym samym skipassem Lech-Zurs, można powiedzieć że siostrzanego ośrodka narciarskiego, jeszcze bardziej ekskluzywnego niż St Anton. Metodą kombinacji tras i wyciągów dotrzeć się tam nie da, bo jest jedno miejsce gdzie chcąc niechcąc trzeba wsiąść w skibuss (no, chyba że na zasadzie off piste – tak się da).

Co do Lech to kiedy byłam tam kilka lat temu spotkałam na stoku holenderską rodzinę królewską, ale powiem szczerze – jakoś wolę St Anton bo wydaje mi się mniej snobistyczne.

W każdym razie w ramach poznawania słynnego Lech zrobiliśmy z Miśkiem tzw. Weisse Ring czyli Biały Okrąg – rozległą górską pętlę jaką można zrobić praktycznie nie zdejmując nart. Łatwo nie było, bo nartostrady akurat trudne nie są, ale kilka razy wpadliśmy w tak gęstą mgłę, że się zgubiliśmy i zjeżdżaliśmy nie do końca tam gdzie chcieliśmy.

tyrol5.jpgZ braku widoków atrakcją dnia stała się ustawiona na stoku krowa (sztuczna), którą na potrzeby sesji zdjęciowych można sobie wydoić (skorzystałam), a także Ice Bar gdzie wnętrze rzeczywiście wykonane jest z lodu i gdzie tego dnia akurat było dużo cieplej niż na zewnątrz (na zewnątrz około minus 20, w środku prawie tropik, czyli z minus 5).

To wczoraj, a dzisiaj? Rano było jeszcze pogodowo jako tako, co rzecz jasna ambitnie wykorzystaliśmy. Przy okazji trafiłam na szkolenie lawinowe dzieciaków – bardzo mi się podoba że już od małego uczy się tu respektu do gór i radzenia sobie w razie niebezpieczeństwa. St Anton to mekka freerajdowców i duża szansa że te dzieciaki też wkrótce nimi zostaną. Co jednak ważne, większość tych, którzy wybierają jazdę poza trasami jest do tego, przynajmniej sprzętowo, przygotowana. Widać to choćby po plecakach – większość z nich posiada system ABS czyli tyrol1.jpgpompującą się w razie czego „skrzydło-poduszkę”, która porwanego przez lawinę wynosi na wierzch chroniąc go przed zasypaniem (i uduszeniem). Oczywiście łopaty i sondy lawinowe przypięte do plecaków to też tutaj standard.  Niestety, taki specjalistyczny sprzęt trochę jednak kosztuje – plecak ABS to „drobne” 800 euro.

Od jutra już zmieniamy miejsce – kolejne 3 dni spędzimy w Nauders, jednym z najmniej znanych Polakom ośrodków narciarskich Tyrolu. Stoki St. Anton pożegnaliśmy zjeżdżając czarną traską na której w 2001 roku rozgrywano Mistrzostwa Świata. Fajny zjazd, nachylenie takie jakie lubię, tylko znowu ta okropna mgła sprawiająca, że momentami nie wiedziałam czy jadę w górę czy w dół. Pocieszam się że od jutra ma już być ładnie!



13 marca, St Anton (Tyrol, Austria)
O tym co ma Św. Antoni do nart i o winie za 80 tys. euro za butelkę

st anton1.jpgWreszcie mam zasłużone wakacje! A że jest zima, to są to rzecz jasna wakacje narciarskie, wraz ze swoim mężem, aby choć trochę zrekompensować mu stres związany z moją 2,5 miesięczną wyprawą na Everest.

Nie jestem pewna czy Święty Antoni chciałby sobie poszaleć na nartach (może wolałby snowboard?), ale chyba się tam w niebie cieszy, że ma w Austrii taką znaną wioskę swojego imienia. Wioska, a właściwie cały okoliczny region to jeden z najlepszych na świecie regionów narciarskich i trzeba przyznać że rzeczywiście jest tu pod tym względem super.

Mamy z Pawłem zostać w St Anton przez 3 dni, przy czym jutro i pojutrze mamy jeździć sami, a na dzisiaj dano nam instruktora-przewodnika. Harald, bo tak miał na imię, był kiedyś w snowboardowej kadrze narodowej Austrii, ale jeździ też rewelacyjnie na nartkach. Miał kiedyś okazję zajmować się Putinem – podobno zamknięto specjalnie dla niego stok, a i tak miał 15 swoich ochroniarzy plus jeszcze kilkudziesięciu austriackich!
 
st anton2.jpgPogoda niestety dziś była niespecjalna (widoczność momentami spadała do zaledwie kilku metrów), tak więc Harald zabrał nas do jednej z najlepiej wyposażonych piwniczek winiarskich (w skali na pewno Europy, a może i świata?) znajdującej się w wiosce St. Christoph, w hotelu który już przed wiekami służył jako zajazd dla podróżujących przez tutejszą przełęcz. Piwniczka była niesamowita – kilka tysięcy butelek w jednym tylko pomieszczeniu (a hotel ma ich kilka), a wśród nich taka, która kosztuje „drobne” 80 tys. euro (fakt, za 18 litrów bo to wielka butla)! Nawet nie bardzo stare to winko – francuskie, rocznik 2005. Na razie chętnych na niego brak, ale ponoć na takie buteleczki za 40 tys. euro chętni od czasu do czasu się znajdują (okazuje się, że najczęściej Niemcy, na drugim miejscu - Rosjanie). Patrzyliśmy po zdjęciach, kto był w gronie gości piwniczki – m.in. wspomniany Putin (nie pamiętano co pił), król Hiszpanii i Norwegii, holenderska rodzina królewska, książę Luksemburga, Tina Turner… - lista jest długa. No i my! (:)), choć przyznaję, w naszym przypadku skończyło się tylko na oglądaniu.

Drugą atrakcją dnia był wjazd na Vallugę (2811 m) – najwyższy szczyt regionu, na który da się wjechać wyciągiem. Dokładniej jest to malutka, 5-osobowa kolejka linowa która w pewnym momencie znajduje się aż 230 m nad stokiem dojeżdżając do skalistego wierzchołka będącego granicą między Tyrolem i Voralbergiem, a zarazem działem wodnym pomiędzy zlewiskami Morza Czarnego (bo tutejsze potoki zasilają Inn, wpadający potem do Dunaju) i Morza Bałtyckiego. Widok był super, bo było się ponad chmurami. Ze szczytu na upartego można zjechać – trzeba jednak wynająć w tym celu lokalnego przewodnika. My niby mieliśmy Haralda, ale stwierdziliśmy że aż takimi fanami free rajdu chyba nie jesteśmy i wróciliśmy na przygotowane traski, na których tego dnia i tak łatwo nie było.



5 marca, Warszawa
Co się stało na Broad Peaku


Pytancie mnie, co myślę na temat tragedii w Karakorum? Jeśli chodzi o tematykę górską, zapraszam teraz już na stronę swojej wyprawy na Everest, gdzie nie tylko o Evereście jest mowa. Stronka nazywa się www.everestexpedition.pl , a wątek wydarzeń na Broad Peak znajduje się na blogu - wystarczy kliknąć tutaj i zajrzeć na wpis z 16 marca.



4 maca, Warszawa
O tym jak T-Mobile robi w konia swoich klientów

Nie ukrywam, jestem mocno wkurzona… Niniejszy tekścik będzie ku przestrodze tych, którzy są (albo chcą być) klientami sieci T-Mobile (dawniej Era).

Ja z tą siecią związana jestem już od lat, nie raz wymieniałam w niej telefony za przysłowiową złotówkę, tak więc nie zdziwiłam się, gdy kilka dni temu zadzwonił miły pan i poinformował, że operator przygotował dla mnie lepsze niż dotychczas warunki, no i telefon. Mówił długo jak nawiedzony, ciągle w kółko to samo, tak więc w pewnym momencie powiedziałam mu nawet, że już daną rzecz powtarza po raz trzeci, a ja nie mam czasu, proszę więc o konkrety. Szczerze mówiąc na telefony akwizytorów tego typu jestem zwykle nie czuła, ale tym razem miałam wyjątkowo dobry humor i postanowiłam być grzeczna, a poza tym rzeczywiście kończył się mój dotychczasowy abonament. Ostatcznie uznałam, że okej, oferta wydaje się być dobra, no i skierowałam pana do swojego małżonka, który w kwestii telekomunikacji jest w naszej rodzinie osobą ostatecznie decyzyjną. Wynika to poniekąd z tego, że Paweł jest bardziej kumaty niż ja w sprawach techniki, a przy okazji mniej entuzjastycznie przyjmuje różne propozycje (inaczej mówiąc - działa bardziej zdroworozsądkowo), ale tym razem także mój sceptyczny zwykle mąż stwierdził, że może być, więc uznałam że tak jest.
 
Minęło kilka dni, w trakcie których ludzie z T-mobile (bo oprócz pana wydzwaniała jeszcze pani) wyjątkowo aktywnie (żeby nie powiedzieć upierdliwie) dobijali się do mnie telefonicznie aranżując kuriera z umową i tym nowym aparatem za złotówkę.

Kurier przyjechał wczoraj. Aparat przywiózł, dał do podpisania umowę. Podpisałam bo przecież co i jak uzgodniliśmy telefonicznie, mego operatora znam od dawna, tak więc do głowy mi nie przyszło, że ktoś będzie chciał mnie robić w konia. Zrsztą czytać kilku drobno zapisanych kartek i tak nie było warunków, bo kuriera zapraszać do domu nie zamierzałam, a na klatce schodowej zepsuło się światło. O tym że przez kuriera straciłam całe popołudnie (zakładałam że przyjedzie o 14-tej, przyjechał po 17-tej, a ja nie mogłam wyjść z domu), to już pal sześć.

Kilka godzin później wrócił z pracy mój mąż. Zdziwił się trochę, że do telefonu dołączono kartę SIM, co sugerowało nowy numer. Patrzę w papiery, a tam faktycznie nowy numer! Coś mnie tknęło – telefonu nie rozpakowaliśmy. Domyśliliśmy się jednak, że prawdopodobnie ktoś zamierza wykorzystać naszą nieświadomość i wpakować nas w kolejny numer (w podtekście: abonament), podczas gdy cały czas byliśmy pewni (tak też wynikało z rozmów prowadzonych przez ludzi z Biura Obsługi), że chodzi o dotychczasowy numer.

Mocno wpieniona (trudno żeby było inaczej jak człowiek czuje się oszukany) z miejsca zadzwoniłam do Biura Obsługi T-Mobile, ale to nie takie proste się połączyć – po trzeciej serii długotrwałego odsłuchiwania że mam wciskać kolejne cyferki z klawiatury, bo trzeba wybrać temat rozmowy (licznik w tym czasie rzecz jasna bije…) straciłam cierpliwość na tyle, że uznałam że rano osobiście pojadę do biura T-Mobile.
 
Pojechałam. Straciłam czas na dojazd, potem kilka złotych na parkowanie, następnie znowu czas na strasznie wolno posuwającą się kolejkę, ale w końcu triumfalnie stanęłam przed panią konsultantką. I co? Okazało się że to w biurze nic nie zrobią, bo konsultanci telefoniczni to inna bajka. I że nie powinnam brać telefonu przez kuriera (a skąd ja to niby mogłam wiedzieć? Jest XXI wiek, więc normalne że się z usług kuriera korzysta). Wyszło na to, że jedyne co mogę zrobić, to napisać reklamację (kolejny stracony na to czas) i odesłać telefon (czas i kasa), choć szczerze mówiąc nie za bardzo nawet wiem do kogo ten nieszczęsny aparat wysłać.

Reklamację rzecz jasna napiszę… Z Urzędem Ochrony Konsumenta i pokrewnymi organizacjami też się skontaktuję. Szkoda tylko że takimi praktykami T-Mobile robi wszystko aby stracić wiernych do tej pory klientów.



17 lutego, Warszawa
Dobry Człowiek… (więcej o mojej Mamie - tutaj )

mama-grob.jpgPrzepraszam wszystkich którzy liczyli na bloga z Afryki, ale to co się w międzyczasie działo z moją Mamą sprawiło, że nawet jak były tak zwane wolne chwile, nie za bardzo miałam nastrój do pisania.

Wczoraj był pogrzeb Mamy… Denerwowałam się bo w pewnym momencie pod znakiem zapytania było, czy zdążę. W środę przy wylocie z Dar es Salam (miasto w Tanzanii) menadżerka linii KLM poinformowała mnie, że do Amsterdamu, owszem, dolecimy, ale ze względu na atak zimny w Amsterdamie odwołano 54 loty, m.in. do Warszawy. Na szczęście udało się znaleźć miejsca w innym samolocie, ale siwych włosów w międzyczasie mi trochę przybyło.

Pogrzeb... Starałam się jakoś trzymać, ale to w takich chwilach bardzo trudne. Do trumny Tata włożył szklanego aniołka z napisem „Kocham Cię” – dałam go Mamie, kiedy leżała w szpitalu.

W każdym razie dziękuję tym, którzy uczestniczyli w Ostatnim Pożegnaniu mojej Mamy – to że było tak dużo ludzi, świadczy o tym, że prawdą było to, jak w nekrologach napisał o Mamie mój Tata: DOBRY CZŁOWIEK.

Jestem też wdzięczna wszystkim, którzy smsowo czy mailowo przysyłali mi słowa otuchy, jak też tym, którzy nie pisali, ale byli przy mnie i mojej rodzinie myślami.

Na zdjęciu obok – grób Mamy zaraz po pogrzebie…  "Grób"? Jakoś wciąż nie mogę oswoić się z tym słowem...


ps. Obiecuję, że jak się trochę pozbieram, nadrobię zaległości stronkowe.




10 lutego, Zanzibar
Smutno… (śmierć mojej Mamy)

mama-fot.jpgWczoraj w nocy umarła moja Mama. Na ogół nie piszę o moich bardzo prywatnych, w sumie intymnych doświadczeniach na blogu, ale są sytuacje wyjątkowe. Bądź co bądź to Mama, osoba dzięki której istnieję, jestem kim jestem, która mi tyle poświęciła. Poza tym niektórzy z zaglądających na tego bloga moją Mamę znają…

Nie przypuszczałam, że to tak ciężko, kiedy umiera ktoś bliski, a jest się tak daleko. Teraz już trochę ochłonęłam – wczoraj nie byłam w stanie pisać i ogólnie trudno mi się było pozbierać. Właściwie to miałam ochotę zaszyć się gdzieś na cały dzień i po prostu go przepłakać. No ale jestem tu w pracy (jako pilot grupy) i trzeba się było zmobilizować. W końcu 17 osób  jakie mam w grupie przyjechało tu na beztroskie wakacje i nie powinnam obarczać ich swoimi problemami. Cały dzień przechodziłam w ciemnych okularach, bo rzecz jasna co chwila wylewał mi się deszcz łez. Z drugiej strony był to dzień kiedy dużo się działo i jako pilot miałam sporo pracy, co chyba mi też trochę pomogło…

Inna sprawa, że mam akurat bardzo miłą i „ludzką” grupę. Kiedy dostałam SMSa z informacją o śmierci Mamy akurat wymeldowywaliśmy się z hotelu w Aruszy i stałam ze wszystkimi przy recepcji. Przeczytałam tylko początek i… najnormalniej w świecie się rozpłakałam. Podbiegło do mnie kilka osób - nawet nie przypuszczałam że zwykłe przytulenie przez jedną z pań, tak bardzo może w takiej chwili pomóc.

Mam żal do losu, że zabrał Mamę zanim wróciłam do Polski (jeszcze tylko 5 dni!). Nie zdążyłam dać jej afrykańskiego naszyjnika jaki obiecałam jej kupić (noszę taki sam i spodobał Jej się), no i nie powiedziałam Jej kilku rzeczy, które chciałam. Na szczęście Tato obiecał że poczekają z pogrzebem do mojego powrotu (nie mam jak wrócić wcześniej). Odetchnęłam z ulgą, bo bardzo mi zależy aby Mamę pożegnać… 


7 lutego, Park Narodowy Serengetti – okolice Ngorongoro(Tanzania)
Balonem nad sawanną

kt-balon.jpgDzisiaj głównym punktem programu dnia było latanie balonem. Wymagało to wprawdzie wstania o 4.50, co przyszło mi z dużym bólem (przy okazji odkryliśmy czające się przy samochodach hieny), ale w sumie warto było. Balonem już co prawda kiedyś latałam (w Austrii, nad Alpami, gdzie załapałam się przypadkowo, bo jakaś ekipa z zawodów balonowych szukała„balastu”), ale tu wszystko wyglądało inaczej. Największa różnica dotyczyła startu, no bo tutaj kosz balonu nie jest wcale ustawiany pionowo, tylko kładzie się go na ziemi, tak że załoga wchodzi do wyznaczonych „półek” układając się w stosunku do ziemi horyzontalnie). Podobnie zresztą jest przy lądowaniu.

Sam lot też był niezwykły, bo lecieliśmy dość nisko nad sawanną, chociaż szkoda że zestaw zwierząt na jaki trafiliśmy, do imponujących nie należał (dwa lisy, trzy zebry, jedna  hiena i maluteńka antylopka dik-dik). Niestety, jak się okazuje większość zwierzaków jest w tej chwili w ramach migracji na południu parku. W sumie najwięcej zwierzaków spotkaliśmy już po wyjeździe z Serengetti. Największe wrażenie zrobił na mnie samotny słoń stojący zaledwie kilka metrów od naszego samochodu, stadko lwic wylegujące się przy jakimś bajorze i zupełnie nie zwracających uwagi na to, że są otoczone kilkunastoma samochodam oraz olbrzymie stado gnu i zebr. Przy okazji kt-zebry.jpgdowiedziałam się dlaczego dwa ostatnie wymienione warunki ciągle wędrują razem! Jak się okazuje gnu mają słaby wzrok i węch, tak więc pod tym względem liczą na zebry. Z kolei dla zebr też jest to dobry układ, bo z kolei gnu mają łatwość wynajdywania wody. Mądre to wszystko!

Po drodze złapaliśmy gumę (na tutejszych wertepach to normalne), choć na szczęście w miejscu gdzie nie ma już lwów. Zaraz pojawił się jakiś masajski chłopak, którego obdarowaliśmy różnymi upominkami, od zapalniczki (przyda mu się do rozpalania ogniska), po kolorowanki. Chłopczyk wyglądał poczciwie, dostał więc dużo, ale kiedy zapytaliśmy czy możemy mu zrobić zdjęcie, bez ogródek zażądał… 10 dolców! No cóż, wdzięczność ludzka nie ma granic :).

Teraz już jesteśmy na noclegu. Tym razem, po 2 nocach w spartańskich namiotach, mamy teraz przepiękny lodge z widokiem na krater Ngorongoro. Wysokościomierz pokazuje że to prawie 2500 m nad poziomem morza. Niby wysoko, ale komary latają… Mam tyko nadzieję, że te które mnie co jakiś czas kłują, nie są jednak malaryczne.



5 lutego – Park Narodowy Serengeti (Tanzania)
Obóz po sąsiedzku ze słoniami

kt-slon.jpgDziś nocujemy w obozie. Fajnie, bo ja akurat wolę namioty od luksusowych hoteli. O zachodzie słońca ok. 100 m od obozowiska przedefilowało nam stado słoni, teraz zaś wszyscy się już położyli spać, więc teoretycznie jest cisza, ale nie do końca, bo dopiero teraz słychać jak żyje sawanna. Coś tam piszczy, cyka, bzyczy, krzyczy, wyje… Te od głosy wycia to chyba hiena (kazano nam schować do namiotów buty, bo podobno hieny je kradną). O, a po ekranie laptopa chodzi mi przywabiona światłem modliszka!
Co do laptopa to Internetu nie ma, ale ku mojemu zdziwieniu jest zasięg w komórce! Tu, pośrodku równin Serengeti, taki kawał od jakiegoś najbliższego miasta!

A tak w ogóle to fajny dzień. Zaczęłam go wcześnie rano, bo o 6.30 zrobiłam sobie półtorej godziny biegania. Pobiegłam do oddalonej o kilka kilometrów wioski, co było dość ciekawe i sympatyczne, bo wszyscy spotykani po drodze pozdrawiali mnie radosnym „Jambo” (tutejsze „witaj, dzień dobry”). W pewnym momencie miałam wokół siebie towarzystwo biegnących maluchów, które akurat zmierzały do szkoły i postanowiły się ze mną ścigać.
Głównym wydarzeniem dnia była wizyta w wiosce masajskiej. Rzecz jasna to trochę „cepelia”, bo Masajowie mają w tym rejonie cztery takie wioski , do których mogą zajechać turyści, więc nie ma co ukrywać, że choć faktycznie w tych wioskach mieszkają, to jednak jest to komercja. Z drugiej strony pieniądze jakie się płaci za wjazd do wioski idą ponoć na całą społeczność masajską, i to nie tylko na daną wioskę, ale też i te, które turystów nie przyjmują. Tak w ogóle to oryginalni Masajowie skarżą się że coraz więcej jest „podrobionych” Masajów –  ponieważ jest to „sztandarowe” plemię Tanzanii, być Masajem i sprzedawać masajskie pamiątki (też podrabiane) oznacza niezły biznes.

ks-masajowie.jpgMasajowie wciąż są odporni na wpływy  cywilizacyjne. Mieszkają w bardzo skromnych chatach, przy budowie których stosuje się krowie łajno, podstawą bytu jest bydło (jeden  z ulubionych napojów to mleko zmieszane z bydlęcą krwią), no i przechodzą różne swoje rytuały  (spotkaliśmy po drodze chłopców o pomalowanych na biało twarzach, co oznacza że przeszli niedawno obrzezanie i teraz miesiąc-dwa muszą radzić sobie poza domem). Jak nam powiedziano, w społeczności masajskiej rodzi się znacznie więcej dziewczynek niż chłopców, stąd też wielożeństwo. Przeciętna cena żony to 10 krów, więc nie każdego na liczne żony stać, choć ponoć są tacy którzy mają ich ponad 30! (mowa o żonach, nie krowach). Każda żona ma swoją własną chatę, no i facet nie może żadnej zaniedbywać (seksualnie mam na myśli)  – nie może na przykład spędzić z tą samą dwóch kolejnych nocy.  Za to jeśli ma te 10 żon może zostać wodzem -  oddzielić się z rodziną z dotychczasowej wioski i założyć swoją własną osadę. I jeszcze jedno – małżeństwa aranżują rodzice, młodzi nie mają nic do gadania. Pytałam oprowadzającego nas chłopaka, wykształconego w mieście, czy uważa ten system za dobry. Z pełnym przekonaniem powiedział że tak!

kt-marabut.jpgPo Masajach zjedliśmy sobie piknikowy lunch. Tym razem obyło się bez niespodzianek, bo jedynym zwierzęcym towarzyszem naszej biesiady był poczciwy marabut. Piszę o tym, bo kiedy byliśmy w Parku Narodowym Lake Nakuru mieliśmy perypetie z pawianami. Sprytne małpy wskoczyły do samochodu i w ciągu błyskawicznej akcji wykradły pracowicie przygotowane kanapki. Jak ktoś określił:  uznały że przyjechał catering :-). Mało tego, ponieważ właściciele kanapek zaczęli dzielnie małpy odganiać, te chyba złośliwie na odchodne na siedzeniach narobiły!

W drodze do obozu zaliczyliśmy jeszcze błyskawiczne safari. Mnie osobiście najbardziej podobało się stado słoni – dwa maluchy z mamami i ciotkami. Stadko stało zaledwie kilka metrów od nas więc wrażenia były niesamowite. Widzieliśmy też mnóstwo zebr i… bociany! Nie wykluczone że były to nasze polskie boćki, tyle że jakieś takie wychudzone. Chyba w Polsce jednak im lepiej…



2 lutego, Park Narodowy Nakuru (Kenia)
Równik, Kikuje i dzień żyrafy!

kt-flamingi.jpgSłoni jak nie było tak nie ma. W parku narodowym Aberdare naoglądaliśmy się głównie bawołów (mieliśmy wątpliwości, czy je ktoś tam przywiązał? Stały w jednym miejscu jak wmurowane), bo słonie nie raczyły nam się pokazać. Teraz, w kolejnym parku, czyli Nakuru, też dominują bawoły. Fakt, widzieliśmy też parkę lwów i nosorożce (białe i czarne, choć na ironię oba gatunki są szare), ale jak na razie najchętniej w naszej grupie fotografowane i tak są zebry i żyrafy. Tak w ogóle to Nakuru słynie z flamingów, których teoretycznie jest tu ponad 2 miliony (ciekawe, jak to policzono?), ale tylko teoretycznie, bo myśmy widzieli tylko dyżurne, małe stadko. Nasi kierowcy twierdzą, że to dlatego, że jest za wysoki poziom wody (teoretycznie to pora sucha, ale ze względu na anomalie pogodowe, codziennie chyba leje deszcz), tak więc biedne ptaki mają za głęboko na wyławianie swoich ulubionych alg i przenioszą się powoli na inne jeziora.

kt-rownik.jpgW sumie główną atrakcją dnia stało się przekroczenie równika. Miły Samuel, który prowadzi tam sklep, pokazał nam doświadczenie z miednicą z której spuszcza się wodę, a na powierzchni wody kładzie się zapałkę, służącą jako wskaźnik. No więc jeśli pójdziemy ze 20 m na północ od równika (na „naszą” półkulę), woda będzie wylatywać w formie wira zgodnego z ruchem wskazówek zegara. Jeśli powtórzymy eksperyment choćby 20 m na południe, wir utworzy się w stronę przeciwną, zaś dokładnie na równiku – żadnego zawirowania nie ma, woda po prostu stoi. Wszystko związane jest z siłą Coriolisa, czyli kłania się fizyka. Fakt, że jeśli przyjrzymy się np. wodzie wypuszczanej ze zlewu, to będzie tak samo tak jak napisałam.

Zaliczyliśmy też przystanek przy Wodospadzie Thomsona, który ma 75 m wysokości, ale większe zainteresowanie niż wstęga wody wzbudzili pozujący do zdjęć Kikuje (cena za tę przyjemność: 100 szylingów od osoby) oraz chłopak z kameleonami. Na koniec był jeszcze przystanek przy plantacji herbaty, bo z tych upraw Kenia akurat słynie (niezależnie od kawy). Ktoś z grupy zadał pytanie o kakao – w Kenii kakaowców się nie uprawia, ale są takie plantacje np. w Ghanie (Afryka Zachodnia).

Dobra, kończę bo muszę jeszcze przed snem rozłożyć moskitierę (to tak na "wsiakij słuczaj", bo jak na razie nie widziałam ani jednego komara!) i zjeść kupione mango. Akurat jest sezon na te owoce, a ja je tak lubię. Są też owoce marakui (owoc pasji), papaje i pomidory drzewne (polska nazwa tych ostanich: cyfomandra). Kiedyś przez te pomidory miałam spięcie z kelnerem w Ekwadorze, bo myślałam że jak zamawiam sok pomidorowy, to wiadomo o jaki sok chodzi. Tymczasem dostałam pomarańczową ciecz smakującą niczym maliny, no i od tej pory wiem, że pomidor nie jedno ma imię…



1 lutego, Aberdare National Park (Kenia)
Zielono mi czyli pozdrowienia z afrykańskiego buszu

kt-kikujka.jpgPrzez najbliższe dwa tygodnie pilotuję grupę na safari. Wczoraj przylecieliśmy do Nairobi, no a dzisiaj jesteśmy już w pierwszym na trasie parku narodowym – Aberdare. Malutki to park w park w porównaniu z innymi (zwłaszcza z Serengetti gdzie będziemy później), nie ma tu też szans na zobaczenia tak zwanej Big Five (brak lwa), ale miejsce jest o tyle niezwykłe, że zamiast wypatrywać zwierzaków z okien samochodu, siedzi się na werandzie lub na oszklonym tarasie, a zwierzaki same podchodzą na odległość kilkunastu metrów. Mają w tym interes, bo tuż koło lodge`u w którym się mieszka znajduje się bajorko z wodopojem. Aktualnie mamy paradę bawołów, ale mamy nadzieję że wkrótce przyjdą też słonie.

Lodge nazywa się Ark, czyli Arka, co ma nawiązywać do biblijnej Arki Noego, do której też przychodziły różne zwierzaki. Swoją drogą budynek faktycznie przypomina zanurzony w oceanie zieleni statek -  ma taką budowę na zewnątrz, ale i wewnątrz też są jakby pokłady, a nawet koło sterowe.

A tymczasem nadeszły hieny! No to zamieniam komputer na aparat fotograficzny!



26 lutego, Warszawa
Gdy przestajesz widzieć, czyli „Niewidzialna wystawa”

Byłam dzisiaj na „Niewidzialnej wystawie”. Polecam każdemu kto mieszka lub pojawi się w Warszawie, bo w ciągu półtorej godziny zupełni zmieni nam się perspektywa postrzegania świata. Chodzi o świat niewidomych, bo to im poświęcona jest wystawa, jak też oni są po niej przewodnikami.

Mało tego – po części „widzialnej”, kiedy poznajemy tajniki alfabetu Braille`a i różnych urządzeń ułatawiajacych niewidomym korzystanie ze środków techniki (już teraz wiem jak mój niewidomy znajomy czyta e-maile i jak na nie odpisuje, nie robiąc najmniejszej literówki!), na godzinę sami stajemy się „niewidomi”. I tak, zamknięci w kompletnych ciemnościach, próbujemy się rozeznać gdzie co jest w mieszkaniu, potem wychodzimy na  zainscenizowaną "ulicę" (oczywiście omal nie wyrżnęłam na pierwszym krawężniku)… Szczegółowo co i jak opisywać nie będę, bo nie pójdziecie, a warto! Powiem tylko tyle, że nie zdawałam sobie sprawy, że np. samo zapłacenie za cokolwiek może być dla kogoś kto nie widzi takim problemem (no bo jak połapać się jakie pieniądze dajemy?). W każdym razie od teraz, widząc ludzi z białą laską, będę zdawać sobie sprawę jak to jest, gdy przed oczami mamy wyłącznie czerń.
 
Plusem wystawy jest to, że nie ma w niej żadnego zadęcia, moralizatorstwa, użalania się nad pokrzywdzonymi przez los… Wręcz przeciwnie – niewidomi przewodnicy tryskają humorem i mają taki do siebie dystans, że początkowe bariery i nieśmiałość aby nie zadać jakiegoś niedorzecznego pytania, błyskawicznie znikają.

Jak się dowiedziałam – wystawa zostanie w Warszawie do końca tego roku, a co potem, to się okaże. Szczegóły na jej temat – tutaj .


15 stycznia, Leukerbad (Szwajcaria)
Jak zostałam specjalistką od ratraków

ch-narty w leukerbad.jpgWłaściwie cały dzień i wieczór spędziłam na stoku. Najpierw jeżdżąc z Davidem na nartach, a że David jeździ dobrze i szybko, starając się za nim nadążyć, uznać że się wyjeździłam (specjalny program który David ma w komórce wykazał że nasze prędkości przekroczyły w pewnym momencie 80 km/h). Szkoda tylko, że pogodowo było kiepsko – zero widoków, bo wszystko w chmurach, za to plusem było to, że przez cały dzień spotkaliśmy jedynie garstkę osób.

Swoją drogą całkiem fajne trasy tu mają – w sumie ok. 50 km, poza jedną jedyną niebieską, same czerwone i czarne (choć tutejsze czarne są dość proste).
W międzyczasie Dawid załatwił mi, żebym po nartach dołączyła do ekipy panów "ratrakowych" i zabaczyła, jak wygląda przygotowanie stoków. Bardzo ciekawe doświadczenie, po którym teraz będę  inaczej patrzyła na równiutkie jak stół trasy (to znaczy będę wiedziała ile pracy włożono w ich przygotowanie).

ch-ratrak.jpgJeździłam dwoma ratrakami – najpierw najbardziej doświadczony Gustav (40 lat pracy) wziął mnie na ratrak sunący do góry na wyciągarce, co pozwala na przygotowanie najbardziej stromego stoku. Potem przeskoczyłam pod opiekę młodziutkiego Rene który z kolei jeździł po łagodniejszych trasach, ale miał też trochę skomplikowanych manewrów przy wyciągach. No i najważniejsze – sama też mogłam ratrakiem pokierować! Ale machina! Pisten Bully (to marka, zdaje się niemiecka), moc 410 koni mechanicznych, a kosztowało to cudo 500 tys. euro. Wielkie to to, ale prowadzi się nadzwyczaj lekko. Nie ma kręcenia jak w samochodzie – wszystko naszpikowane elektroniką i każdy najmniejszy ruch drążkiem sprawia, że maszyna od razu reaguje i skręca. Nie ma biegów, za to jest mnóstwo różnych przycisków, wykresy, liczby… Rene mówił że potrzebował dwóch dni, aby to opanować.

Panowie ratrakowi pracują na stoku od godziny 16 do 23, a jak jest duży opad śniegu to jeszcze rano, od 4 do 9 (do otwarcia wyciągów). Akurat dzisiaj sypało śniegiem jak diabli, no ale do końca już nie zostawałam – zjadłam z moimi nowymi znajomymi kolację (mają taki przerywnik w knajpie na górze) i około 20-tej grzecznie się pożegnałam. Umowa była że zwiozą mnie do drogi, skąd miałam przejść przez las jeszcze kilka kilometrów. I tu miłe zaskoczenie – w trakcie kolacji panowie ustalili, że z tą samotną wędrówką przez ciemny las to tak mało przyjemnie, no i uruchomili specjalnie dla mnie wagonik kolejki linowej, który zwiózł mnie do samego centrum Leukerbad! Miło!

No a jutro już powrót, czyli pora do domu... 




14 stycznia, wieczorem
Sauna, wino i tatar z lodami

Sympatycznie w tym Leukerbad. Na dobry początek, David, mój tutejszy opiekun, nawiasem mówiąc Belg, który czuje się Szwajcarem (ale szwajcarskiego obywatelstwa wciąż nie ma), zabrał mnie kolejką linową na przełęcz zwaną Gemmi (2350 m n.p.m.). To ponoć fantastyczny punkt widokowy, ale piszę „ponoć”, bo z racji chmur nie za wiele było widać. No ale i tak było ciekawie, bo zjedliśmy sobie na górze pyszne rosti – tutejszy specjał (zapiekanka z ziemniaków plus liczne dodatki) i miło pogadaliśmy, bo David mimo że mieszka tu tylko 12 lat, o tutejszej okolicy wie chyba wszystko (nawet zna lokalny dialekt, który należy do najbardziej specyficznych w całej Szwajcarii).

Popołudnie spędziłam testując tutejsze centrum wellness, co poniekąd było moim dziennikarskim obowiązkiem, bo przecież Leukerbad to największy ośrodek termalny w całych Alpach. Dawid załatwił mi wejście do „Łaźni rzymsko-celtyckiej”, co brzmiało nieco tajemniczo, a miało trwać 2 godziny. Wizja siedzenia dwóch godzin w saunach i basenach przy moimi usposobieniu jawiła mi się szczerze mówiąc średnio atrakcyjnie, ale przeżyłam miłe zaskoczenie. Ogólnie chodziło o to, aby przejść cały „szlak” różnych saun i basenów plus w środku zaliczyć masaż z pilingiem. Tak się przejęłam podanymi czasami, że jak było napisane  w baseniku z lodowato zimną wodą, że trzeba przesiedzieć w nim minutę, to się zawzięłam i wysiedziałam bite 50 sekund, aż mnie prawie poskręcało. Kiedy zapytałam obsługę, czy ktoś tę minutę jest w stanie wysiedzieć, spojrzeli na mnie jak na niespełna rozumu wyjaśniając, że nie, nikt, bo chodzi tylko o zamoczenie. No a ja myślałam że w Szwajcarii to tak restrykcyjnie wypada przestrzegać podanych wytycznych :)

Po saunach byłam jeszcze z Davidem na kolacji. Fajna knajpka, super jedzenie, choć momentami nieco zaskakujące zestawy. Ponieważ jak się okazało oboje jesteśmy miłośnikami dobrego tatara, zamówiliśmy go sobie w ramach przystawki, po czym dostaliśmy go z dodatkiem… lodów czekoladowych. Muszę przyznać, że oryginalne… Poza tym miałam okazję spróbować lokalne wina. W samym Leukerbad winnic nie ma, bo to jednak wysoko, ale nieco niżej jest wioska Varen, z której pochodzi słynne tutaj wino Pfyfoltru (w praktyce - czerwone pinot noir). Pyszne! Nawet nie wiem kiedy wypiliśmy całą butelkę. Przy okazji Dawid wyjaśnił mi skąd na etykietkach tego wina motyl. Chodzi o to, że ze względu na różne insekty niszczące winorośle, w otoczeniu winnic sadzi się drzewa i różne rośliny zwabiające owe insekty, przez co winorośle są bezpieczne. Przy okazji przylatują też liczne motyle, na tyle liczne, że uznano je za symbol wspomnianego winka.


14 stycznia, przed południem
W drodze do Leukerbad

Ale tu się zmieniają widoki. Przenoszę się teraz na 2 dni do Leukerbad – to już niemieckojęzyczna część Szwajcarii. Teraz akurat jadę autobusem, wąską drogą wijącą się nad  przepaścią, w dole mam miasto Leuk i dolinę Rodanu. Na zboczach – winnice. Przykryte pierzyną śniegu, smutne, bo puste, czekające na wiosnę. Dziwnie wyglądają te winnice, jakby nie było kojarzące się przecież z ciepłym klimatem, a do tego jeszcze gdzieniegdzie palmy (!, sama oniemiałam!). A przecież to rejon słynący z terenów narciarskich! Zresztą odległe jeszcze o kwadrans drogi Leukerbad to też ośrodek narciarski.

ch-bramy slonca.jpgTeraz już zostałam sama – reszta naszej międzynarodowej grupy dziennikarskiej albo już leci, albo jedzie na lotnisko. Czekając na swój pociag, wykorzystałam trochę luźniejszy poranek na bieganie. Miejscowi w Morgens poradzili mi, że jeśli koniecznie chcę „pojoggingować” to najlepiej w parku. Śmiesznie, bo ten park to normalny, dziki las, ale faktem jest, że ma powyznaczane ścieżki do chodzenia czy zimą jeżdżenia na nartach biegowych. A do tego jest w nim mnóstwo wiat na pikniki – nikt ich nie pilnuje, ale wszystko utrzymane w idealnym porządku. Trochę zazdroszczę tego Szwajcarom – tego że tu dobro ogólnospołeczne po prostu się szanuje, nikt niczego nie niszczy, nie koczują w takich miejscach żadni menele. I tego, że tu ludzie są względem siebie jacyś tacy życzliwsi niż u nas. Choćby te mówienie sobie „dzień dobry”, niezależnie od tego czy się kogoś zna, czy nie. A w moim warszawskim bloku chociaż ludzie z widzenia się znają, nie mówią sobie nic, jeszcze często się odwracając.


12,13  stycznia, Morgens (Szwajcaria)
Narty w Bramach Słońca

Szczerze mówiąc jak rano wstałam i zobaczyłam co widać za oknem (znaczy się nic nie było widać, bo dolina była w chmurach i sypało śniegiem), bez entuzjazmu myślałam o dniu na stoku. A tymczasem było rewelacyjnie! Wyratrakowane w nocy trasy pokryła warstwa ch-avoriaz.jpgpuchu, ludzi nie było wcale, na dodatek w wyższej partii gór było się już ponad chmurami, tak więc zrobiło się błękitne niebo (bądź co bądź region nazywa się "Bramy słońca" - "Portes du Soleil").

Zresztą wczoraj też było super -  błękitne niebo dla odmiany było, ale za to i ludzi sporo. Pojechaliśmy na nartach do Avoriaz - miasteczka narciarskiego już po stronie francuskiej. Dziwne wrażenie sprawia - postawione na stoku wieżowce, choć faktem jest że wszystko jest dość przemyślane i choć nie jestem fanką takich budowli w górach, to wygląda to całkiem w porządku. Plusem jest też to, że nie ma opcji jeżdżenia po Avoriaz samochodem - od parkingu można dojechać albo kolejką linową, albo specjalnymi ekologicznym pojazdami na gąsienicach, natomiast w samym miasteczku rolę taksówek pełnią dorożki.
Ale co by dużo nie mówić - strona szwajcarska jednak jest pod względam architektury ładniejsza!


11 stycznia, wieczorem, Champery (Szwajcaria)
Jak trenowaliśmy curling


W ramach integracji ekipy (bo poza mną w Champery są jeszcze dziennikarki/rze z Kanady, Holandii, Węgier i Włoch plus kilkoro Szwajcarów), zabrano nas na profesjonalny stadion do curlingu. W 2010 roku odbywały się na nim Mistrzostwa Świata.

ch-curling.jpgZ curlingiem miałam do czynienia dwa razy w życiu i nie mogę powiedzieć, żeby był to sport, który mnie wciągnął, no ale skoro to lokalna specjalność, to wypadało zobaczyć. W sumie było fajniej niż myślałam, bo uczył nas prawdziwy ekspert, Mike, tak naprawdę  Kanadyjczyk osiadły w Szwajcarii, curlingowy maniak (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), a zresztą trudno żeby było inaczej, skoro jest trenerem szwajcarskiej kadry narodowej w tej dziedzinie.

Z pchaniem kamieni (każdy waży dobre 20 kilogramów) szło nam tak sobie, ze szczotkowaniem lodu (kto oglądał zawody curlingowe wie o co chodzi), jeszcze gorzej, ale warto było spróbować. Co do tych szczotek to Jimmy ma taką, która kosztuje 30 tys. franków! No, nie dokładnie szczotka, tylko przyklejone do niej plastrem urządzonko, które potem na specjalnym ekranie pokazuje, ile machnięć szczotką wykonano, z jaką siłą, jaki to miało wpływ na lód etc. Ponoć na razie są tylko dwa takie urządzenia na świecie – jedno gdzieś w Kanadzie i drugie właśnie tutaj, w Champery.

A co do Champery to jest to jedna z czterech szwajcarskich miejscowości wchodzących w skład jednego z największych europejskich regionów narciarskich, zwanego „Bramy Słońca”. Osiem pozostałych miasteczek regionu to już Francja. Inna sprawa że nawet nasza szwajcarska opiekunka, Monica, stwierdziła, że tutaj wszystko jest bardziej francuskie niż szwajcarskie. Język, jedzenie, no a przede wszystkim mentalność. Ale o tym więcej jutro…


11 stycznia, Warszawa – Zurych – Champery (Szwajcaria)
O podróży szwajcarskim pociągiem


W Warszawie mam takie urwanie głowy, że na bloga brakuje czasu, no ale na wyjeździe Internetu i wyciszona komórka sprawiają że łatwiej o te chwile na swoje potrzeby.
No dobra, jestem w Szwajcarii. Służbowo, wysłana przez jedną z redakcji (dziękuję i doceniam :-)) na międzynarodowy wyjazd dziennikarski. Dokładniej to jestem w Champery, tuż przy granicy z Francją, sympatycznym, kameralnym miasteczku będącą bramą wypadową do słynnego ośrodka narciarskiego „Bramy Słońca”, którego część (1/3) należy do Szwajcarii, a większość (2/3) do Francji.

Dotarłam z przygodami. W samolocie spałam jak zabita, bo spędziłam nockę na pisaniu artykułu, więc jak usiadłam w fotelu jeszcze przed startem, tak obudziłam się już po wylądowaniu w Zurychu, z przerwą na wciągnięcie roznoszonej herbaty, co zajęło mi pewnie z pół minuty. Na pociąg na który się szykowałam, nie zdążyłam, bo obsługa lotniska miała obsuw z wyładunkiem bagaży, ale to nic przy tym, że po przesiadce w Lozannie, straciłam kolejne połączenie. Dokładniej to zaczepił mnie chłopak w wojskowym moro, a że w Szwajcarii wszyscy są w stosunku do siebie mili, to nie było powodu aby z nim nie pogadać. Chłopak miał ciekawą historię, bo jego ojciec jest z Hiszpanii, matka z Ekwadoru, ale on urodził się w Szwajcarii, więc jest Szwajcarem, tyle że teraz pracuje w Tajlandii (w obsłudze hotelu) i właśnie zamierza się żenić z również tam pracującą Chinką. Teraz przyjechał do ojczyzny na krótko, w sumie po to aby zaliczyć bynajmniej nie obowiązkowe ćwiczenia wojskowe, bo w Szwajcarii jest tak, że mężczyźni mają przydzielony sprzęt wojskowy w domach, tylko zgłaszają się na poligony. W każdym razie miło się gadało, tym bardziej że chłopak jest zapalonym płetwonurkiem (tak jak ja), więc opowiadaliśmy sobie o różnych fajnych miejscach na nury, a tym gdzie wysiąść się nie przejmowałam, bo koleś na początku już wspomniał, że on też ma przesiadkę w tym samym miejscu, czyli uznałam że jak jest lokalesem, to wie co i jak.

Niestety się przeliczyłam… W pewnym momencie chłopak (swoją drogą bardzo przystojny tylko po cholerę te dwa kolczyki w nosie i jeden w brwi?) spojrzał przez okno i usłyszałam – nie powiem co, bo się wstydzę, z rzeczową informacją, że właśnie ruszyliśmy ze stacji gdzie mieliśmy wysiąść. Na dodatek jechaliśmy ekspresem, tak więc najbliższa stacja na której mogliśmy wysiąść była ho, ho, daleko znaczy się. Krótko mówiąc sporo trwało, zanim wróciliśmy tam gdzie powinniśmy pierwotnie wysiąść. Inna sprawa że nudno nie było. Dowiedziałam się na przykład jak tu (w Szwajcarii) jest z językami… Jak wiadomo urzędowe są cztery: francuski (akurat jestem w strefie francuskojęzycznej), niemiecki, włoski i retoromański (mówi w nim mniej niż 1% społeczeństwa). Mój rozmówca posługuje się francuskim, angielskim, a niemiecki miał w szkole, ale pozapominał. Sam przyznał że czasem ma problemy aby dogadać się z rodakami we własnym kraju. W wojsku z kumplami z innych rejonów ojczyzny mówi po… angielsku, przepalatając różne słowa, albo na migi.

Co do pociągów to jestem zaskoczona, bo w każdym pociągu jeździ patrol policyjny, a przez głośniki nadaje się komunikaty aby uważać na kieszonkowców. Gdzie jak gdzie, ale w Szwajcarii, w kraju, gdzie ogólnie wszystkim się wydaje że to oaza uczciwości? No niestety nie, co jest zasługą oczywiście głównie imigrantów. Kurcze, mam nadzieję że ci złodzieje to przynajmniej nie z Polski?

Back to top