Blog z roku 2014
Hits: 13528

 

Do największych "sukcesów" tego roku zaliczam przebiegnięcie maratonu (czas 4:17 jak na debiut uważam za całkiem przyzwoity), zdobycie Mt McKinley (najwyższej góry Ameryki Północnej) i Piramidy Carstensza (najwyższy szczyt Oceanii). Inna sprawa że niższe góry też były ciekawe - m.in. Rysy czy australijskie Góra Kościuszki i Góra Strzeleckiego.

Z wypraw globtroterskch najwięcej wrażeń dało mi przejście przez dżunglę indonezyjskiej Papui oraz autostopowe włóczęgi po: Alasce, Timorze Wschodnim i Tasmanii. Z wyjazdów z Pawłem najfajniejsze okazały się narty w Turcji (z ambitnym zwiedzaniem), zaś z wypraw z grupami - trasa Wietnam-Laos-Birma-Kambodża, Wyspy Zielonego Przylądka, zachodnie stany USA oraz jesienna Japonia-Chiny-Korea (Południowa tym razem). Z Polskich wypadów hitem był wyjazd do Torunia  oraz wypad w Bieszczady z wycieczką do źródeł Sanu.

 

31 grudnia 2014 r.

Ostatni dzień roku

wigilia.jpgNo i kolejny rok minął... Dla mnie ogólnie dobry, choć nie powiem - zawsze mógłby być jeszcze lepszy :) (ale gorszy, tfu, tfu, przecież też...). Z czego się cieszę? Nie powiem, wiele rzeczy mi się udało - do Korony Ziemi doszły mi dwie góry  - i to z tych niełatwych (McKinley i Carstensz), moje dwie ostatnie książki (o Evereście i o rejsie na Czukotkę) zostały docenione prestiżową Nagrodą Magellana, grono moich znajomych i Przyjaciół poszerzyło się o kolejne osoby, które lubię i cenię, przebiegłam w przyzwoitym czasie swój pierwszy w życiu maraton, byłam w kilku nowych dla mnie, ciekawych miejscach (Timor Wschodni, Wyspa Strzeleckiego,  Birma, Kambodża itp.)... Trochę tego było. No a co w sumie najważniejsze - wszystko okej z moją rodziną, z moim zdrowiem, no i sam fakt, że w ogóle żyję, bo wiadomo jak to jest w obecnych czasach.

Co mi się NIE udało? No cóż, kilka rzeczy można byłoby wymienić, ale przecież takie jest życie - nie zawsze usłane różami, a jeśli nawet są róże, to przecież mają kolce. Co złe, wolę wymazać z pamięci. Najważniejsze i tak jest to, co przed nami. I Wam, i sobie życzę, aby nie brakowało nam optymizmu, bo jak to często powtarzam - mamy tylko jedno życie, więc trzeba je dobrze wykorzystać.

Na zdjęciu powyżej - wspomnienie z minionych co dopiero Świąt. Wigilia w domu mojego brata, na zdjęciu jestem razem z moim chrześniakiem, 4-letnim Adasiem (tak na marginesie to mam na sobie indonezyjską sukienkę, którą dostałam w prezencie jak byłam 3 tygodnie temu na Bali. Oryginalny batik).

Wracając do Adasia... Układamy razem klocki Lego. Adaś ma ich mnóstwo, podczas gdy dla mnie było to jedno z marzeń mojego dzieciństwa. Niespełnione, bo w PRL-owskiej Polsce takie zabawki miała tylko garstka dzieciaków. Za to Adaś nie wie co to zabawy na trzepaku, których ja nie zamieniłabym na najlepsze Lego. :)



18 grudnia, Warszawa
Po powrocie

Wróciłam już na łono Ojczyzny. Przyleciałam w niedzielę, ale musiałam się jakoś pozbierać, po tej długiej podróży (z Tasmanii do Polski 8 samolotów, bo tak w ramach szukania najtańszych połączeń wyszło). Ostatecznie bagaż doleciał dopiero 3 dni po mnie, bo najpierw utknął w Abu Dabi, a potem w Rzymie, gdzie też miałam przesiadkę, w ramach powiedzonka że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.


Oj, ciężko mi się w kraju zaaklimatyzować. Różnica czasu (w stosunku do Tasmanii 10 godzin plus te powodujące zamęt dla organizmu przesiadki w różnych miejscach) sprawiła że ja, która normalnie nie kładę się przed 2 w nocy spać, teraz padam o 21 i budzę się o 4-ej. Po prostu totalny odpływ.

W skrzynce mailowej setki maili (sorry, jak komuś nie odpowiem – nie jestem w stanie w to wszystko się wgłębić), dzwoniące ciągle telefony. Niektóre miłe, niektóre wkurzające. Te pierwsze to od znajomych, ewentualnie z propozycjami zarobienia jakichś pieniędzy :), te drugie od natrętnych akwizytorów, wśród których na czołówkę wybija się aktualnie firma Netia, dwa razy dziennie próbująca mi wcisnąć swoją ofertę (a za każdym razem coraz mniej grzecznie mówię że nie jestem zainteresowana).

Swoją drogą nie rozumiem jak można tak nie szanować czyjegoś czasu. Wczoraj miałam termin tomografii komputerowej płuc, na którą czekałam ileś tam miesięcy. W prywatnej placówce Lux-Med`u, mającej umowę z NFZ. Jeszcze dzień wcześniej najpierw przysłano mi sms`a przypominającego o badaniu, a potem zadzwoniła do mnie dziewczyna potwierdzająca, czy przyjdę.
 –No tak, prywatna służba zdrowia – pomyślałam sobie z uznaniem.
W dzień badania, czyli wczoraj, będąc już w samochodzie, bo badanie na drugim końcu Warszawy, zadzwoniłam jeszcze dopytując się o lokalizację przychodni. Mówiłam, że tomografia, że właśnie jadę… Przyjeżdżam, a tu miła dziewczyna informuje mnie, że… tomograf od kilku dni (!) nieczynny. Od kilku dni! To dlaczego nikt o tym nie poinformował?

Dobra, dość narzekania. Więcej jest powodów do radości. Bo idą Święta, które lubię, bo Tata zrobił jak zwykle pyszne naleśniki, za którymi na wyjazdach tak tęsknię, bo po iluś tygodniach spania w namiocie, na etapie australijskim nawet bez materaca, bo za ciężki i za duży przy autostopie, mam wreszcie wygodne łóżko, czystą pościel i nie muszę rozglądać się czy nie mam w okolicy węży.

A póki co idę robić pranie… We wszystkich ciuchach z wyprawy wciąż czuję zapach ich uwędzenia w namiocie papuaskich tragarzy :)


11 grudnia, krzaki za Hobart (nocleg) – Port Arthur – przelot do Melbourne
Diabeł wcale nie taki straszny
tas39.jpg tas20.jpg tas71.jpg
tas37.jpg tas21.jpg  

Widziałam diabły! Już przestałam liczyć na to, że się uda, a jednak… Oczywiście chodzi o diabły tasmańskie, ciekawe torbacze wyglądające jak skrzyżowanie szczura z wombatem. Szczerze mówiąc myślałam że są mniejsze, a tu się okazało, że to całkiem spory zwierzak. Dlaczego nazwano je „diabłami”? Raz że w sytuacjach stresowych czy też dla pokazania swojej dominacji, diabły mają zwyczaj otwierania pyska i szczerzenia swoich zębów, co zwłaszcza w nocy (bo to zwierzaki nocne) na pierwszych białasach którzy dotarli do Tasmanii (to oni nadali tę nazwę) musiało zrobić wrażenie (na mnie też zrobiło). Poza tym potrafią wydawać dziwne odgłosy, dość strasznie dla ucha brzmiące, co też się z diabłami kojarzyło. Niestety, te sympatyczne w sumie zwierzaki tak jak pisałam we wczorajszym wpisie, są zagrożone wyginięciem – gryząc się wzajemnie roznoszą między sobą śmiertelną chorobę, rodzaj raka. Miejsce do którego dziś dotarłam, Tasmanian Devil Park w Tarannie (na północ od Hobart), jest jednym z dwóch rejonów Tasmanii, gdzie diabły tasmańskie nie chorują, co daje szanse na zachowanie gatunku.


Przy okazji diabłów miałam też szansę zobaczyć inne występujące na Tasmanii zwierzaki. Na przykład kangury i wallaby, possumy, które po polsku nazywa się fachowo "pałanka kuzu" (kto to wymyślił???) i różne gatunki ptaków. Najwięcej było papug, chociaż ptaszysko które mnie naprawdę zaskoczyło, bo nie miałam pojęcia że takie dziwo istnieje, to frogmouth czyli ptak „żabousty” (po polsku: paszczak australijski). Siedząc na gałęzi stworzenie tak się upodabnia do otoczenia, że samo wygląda jak uschnięty konar. Poza tym nie ma takiego dzioba jak inne ptaki – zadzierając głowę do góry rzeczywiście bardziej kojarzy się z żabą niż ptakiem.

A w ogóle to miałam dziś ogromnego farta. Pomysł wycieczki z trasą o długości 100 km w jedną stronę, po trasie po której jeździ mało miejscowych, głównie turyści (ci raczej autostopowiczów nie zabierają), był mocno ryzykowny, bo o 20 miałam wylot. Spóźnienie na samolot oznaczało zostanie w Australii bez biletu na powrót do Europy, czyli mało fajna perspektywa. Na dodatek rano znowu było deszczowo, co dodatkowo osłabiało moje szanse na szybkie stopowanie. Z drugiej strony: jest ryzyko, jest zabawa:)  – o 6 rano wywlokłam się z namiotu, szybko zwinęłam biwak, zjadłam w pędzie bułę z serem (i tak nic innego nie miałam) i stanęłam przy drodze.

Najpierw zabrał mnie Tim – młody chłopak, który sam podróżuje autostopem, więc rozumiał jak to jest, jak się jest uzależnionym od dobrej woli innych. Po 20 km była przesiadka do kobiety, która jechała kolejne 10 km. Potem długo nie było nic, aż wreszcie trafiłam na niesamowicie życzliwą Ann, która poświęcając swój wolny czas zrobiła mi wycieczkę po ciekawych miejscach, jakie były po trasie. Zatrzymałyśmy się na punkcie widokowym na Zatokę Piratów (szkoda, że były chmury, bo to jedno z najsłynniejszych miejsc na Tasmanii przy słonecznej pogodzie powalające kolorem wody), potem zaliczyłam formacje geologiczne – skalny Łuk i Diabelską Kuchnię (klify), kolejny przystanek był przy kolonii pingwinów bo zamieszkuje w tym rejonie ich jeden gatunek, rozmiarowo z tych małych (akurat poszły na spacer, więc widziałam tylko ich wykopane na plaży nory), no i ostatecznie wysiadłam przy parku diabłów tasmańskich. Do Port Arthur, celu mojej wycieczki zostało 10 km i ten właśnie odcinek okazał się najtrudniejszy do pokonania. Kiedy już zwątpiłam że się uda i zastanawiałam się czy nie zaczynać odwrotu – zatrzymał się elegancki samochód mieszkańca Melbourne i jego azjatyckiej partnerki, więc kwadrans później byłam już na terenie ruin Port Arthur wysupłując ostatnie pieniądze na drogi wstęp (35 dolarów! No cóż, w kieszeni zostały mi jeszcze dwa!).


Port Arthur to historycznie jedno z najważniejszych miejsc na Tasmanii, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ogląda się w nim po części zrujnowane pozostałości po założonej tu w 1833 roku kolonii karnej i funkcjonującym tu w XIX wieku klasztorze. W części muzealnej można poczytać za co się tu trafiało. Na przykład 12-letni chłopiec dostał 7 lat pobytu w Port Arthur za kradzież chusteczki do nosa. Nie było to typowe więzienie – skazani ciężko pracowali, np. przy budowie dróg, przy czym ci z cięższymi wyrokami mieli nogi skute kajdanami. Pilnować ich specjalnie nie było trzeba, bo uciec było prawie niemożliwością - półwysep połączony jest z główną częścią Tasmanii wąskim, zaledwie 30 metrowym przesmykiem, pilnowanym przez żołnierzy z kilkoma agresywnymi psami.

A tak na marginesie to o Port Arthur było bardzo głośno w 1996 roku, kiedy to pewien Australiczyk najpierw zaczął strzelać do gości lokalnej restauracji (zabił wtedy 20 osób), potem ruszył w rajd po okolicy zabijając kolejne 12, a na koniec wziął zakładników, którzy z kolei zginęli w podpalonym przez niego domu (w sumie życie straciło 35 osób). Brutalny morderca dostał karę 35-krotnego dożywocia.


No dobrze, a jak wróciłam na lotnisko? Pani z informacji turystycznej zaproponowała mi autobus za 40 dolarów, ale jak wspomniałam, bo kupieniu biletu wstępu na teren „parku historycznego” mój budżet wynosił już tylko 2 dolce. Stanęłam przy drodze mocno zestresowana czy ktoś się nade mną zlituje, a tymczasem zatrzymał się już drugi z przejeżdżających samochodów. Brian, który mnie zabrał, z nieba mi spadł, bo okazało się że może mnie zabrać dokładnie na lotnisko. Podróż była więc szybka, a zarazem sympatyczna, bo miło się rozmawiało, a przy okazji, na moją nieśmiałą prośbę zaliczyliśmy jeszcze postój na sfotografowanie stojącego przy drodze znaku „Uwaga, diabły tasmańskie”. Tak to skończyła się moja tasmańska przygoda. Trochę liczę, że jeszcze kiedyś tu wrócę :).
 



10 grudnia, Flinders Island – Hobart
Do Hobart na frytki z rybą
 
 
tas50.jpg tas25.jpg Mój ostatni już na tej wyprawie biwak. W lesie na obrzeżach Hobart.
Czy wszędzie gdzie nie pojadę musi padać? Dziś już naprawdę miałam wrażenie że deszczowe chmury przesuwają się razem ze mną. Teraz leżę już w namiocie i też leje. Nie dojechałam do planowanego celu – Port Arthur. Zaczęło się ściemniać, na dodatek padało, tak więc 20 km za Hobart podjęłam decyzję, że nie ma wyjścia, trzeba szukać miejsca na biwak. Akurat trafił się fajny lasek – niby jestem z 50 m od ruchliwej drogi zwanej tu high way`em, ale zarośla są tak gęste, że nikt mnie tu nie widzi. No może co najwyżej poza diabłami tasmańskimi, o ile te ciekawe zwierzaki w tym rejonie żyją. Coraz mniej jest tych diabłów  - w 1998 roku ich populację na wyspie szacowano na 120 tys. osobników, teraz podaje się liczby 17 tys.-42 tys. Powodem jest wyniszczająca je choroba genetyczna, rodzaj raka objawiająca się naroślami na pysku – od momentu ich pojawienia się diabeł(ek) ma co najwyżej pół roku życia.

Dzień spędziłam głównie w drodze. Poranek zaczął się bardzo miło, pysznym śniadaniem jakie zrobiła Jaga. Były m.in. świeżutkie jaja, prosto od hodowanych przez Jagę kur, pomidory i sałata z ogródka i domowy chleb, który Jaga też sama robi. Potem Jaga odwiozła mnie na lotnisko, ale niestety samolot nie wyleciał wcale o rozkładowej godzinie 8.55, tylko o 11.15, co trochę popsuło mi plany odnośnie Hobart. Między Launcaster do którego doleciałam, a Hobart jest około 200 km, ale stopowało się całkiem nieźle (nawet mimo tego,  że początkowo stanęłam nie w tą stronę co trzeba :) ). Główny stop miałam z Brianem, kierowcą autobusu turystycznego, który odwiózł na lotnisko grupę Singapurczyków i wracał na pusto do domu, po drodze zabierając „włóczęgę`inię” z Polski. Brian opowiadał ciekawe historie. Na przykład o pożarach buszu. Ponoć żywioł stapia wtedy nawet znaki drogowe, a samochody, nawet jak się nie zapalą, to wybuchają, od gorąca. Albo pokazał mi białe pola – obsiane białymi kwiatami. Okazuje się że to opium – z Tasmanii pochodzi ponoć 60% światowej produkcji tego narkotyku. Oczywiście wszystko jest pod ścisłą kontrolą i nie jest to do prywatnego użytku tylko na potrzeby firm farmaceutycznych. I jeszcze odnośnie zwyczajów żeglarskich, bo zgadało się, że Brian podobnie jak i ja, jest zakręcony na punkcie żeglarstwa. Otóż w Australii chyba nikomu nie przeszkadza wychodzenie w rejsy w piątek (w Polsce się tego unika), za to istotne jest, by nie zmieniać nazwy łodzi. Czyli jak ktoś kupuje używany już jacht, jeśli nie chce sprowokować nieszczęścia, powinien utrzymać pierwotną nazwę.

Hobart szczerze mówiąc trochę mnie rozczarowało. Spodziewałam się bardziej żeglarskiej atmosfery, ładniejszej, zabytkowej architektury, ale bez rewelacji. Zobaczyłam ratusz, najstarszy w mieście hotel (z XIX wieku), pokręciłam się trochę po porcie, gdzie z braku innych atrakcji zaszalałam i kupiłam sobie porcję Fish and chips (ryba z frytkami), po czym zjadłam to siedząc na mało romantycznym nabrzeżu, aaa – i jeszcze poszłam do Muzeum Morskiego, gdzie znalazłam w nim kilka eksponatów powiązanych z Polską. I tak jest tam m.in. fragment jachtu Otago, na którym pływał Józef Kondrad Korzeniowski, w świecie znany bardziej jako Joseph Conrad (słynny pisarz marynistyczny). Wspomniano też o Batorym (statku), który do Australii przywoził polskie dzieci-sieroty. A z innych ciekawostek, już nie polskich, to pokazano plakaty z XIX wieku, zachęcające kobiety do emigracji do Australii. Wszystkim młodym singielkom oferowano podróż za darmo! (oczywiście tylko w jedną stronę).

No a na koniec dnia miałam trochę problemów by się z Hobart wydostać na drogę wylotową. Miasto duże, w końcu to stolica Tasmanii (zdaje się 300 tys. mieszkańców), z rozległymi przedmieściami. Ostatecznie po przestudiowaniu mapy uznałam że zamiast zasuwać kilometry na piechotę i stracić przy tym mnóstwo czasu, lepiej zainwestować w lokalny autobus wywożący na peryferia. W sumie dobrze że tak zrobiłam, bo autobus wyjeżdża spory kawałek poza osiedla, a jego trasa przecina autostradę.
No dobra, skoro mam raniutko wstać, to czas spać. W tej podróży to ostatnia już nocka pod namiotem!



 
9 grudnia, Flinders Island
Strezleki, wombaty i figówka w domu Jagi
 
Ptaszysko, które ukradło mi mydło. flin60.jpg flin70.jpg fin32.jpg
tas54.jpg flin5.jpg flin30.jpg flin6.jpg

To był jeden z najfajniejszych dni na tej wyprawie. Dzień, który sprawił, że szczerze polubiłam tę wyspę – to jedno z tych miejsc do których chciałabym wrócić. Jedyne co nie dopisało, to pogoda, no ale i tak dobrze że padało tylko z przerwami, a nie ciągle :).


Dzień miałam rozpocząć od gruntownego umycia się, bo w miejscu gdzie spałam był kran, ale okazało się że zniknęło zostawione na noc przy kranie mydełko. Takie małe, wzięte z jakiegoś hotelu. Szybko się zorientowałam kto był złodziejem – lokalna mewa, ładne ale wścibskie ptaszysko z żółtym dziobem. Zdaje się miała ochotę także na moje śniadanie – tym razem wyjątkowo dobre, bo okazało się że jest dostęp do bezpłatnego grilla na gaz, więc mogę sobie swoje buły z serem zrobić w wersji tostowej, na ciepło.


Z miejsca biwaku do początku szlaku na Górę Strzeleckiego miałam ze 2 km po drodze z mnóstwem rozjechanych kangurów (właściwie to wallaby bo kangurów jako takich na Flinders Island nie ma). Ponoć jest ich na wyspie aż 3 miliony! Wskakują po zmroku na drogę i w światłach samochodów głupieją, stanowiąc utrapienie kierowców.

Wejście na Górę Strzeleckiego (Australijczycy mówią: Mount Strezleki) okazało się naprawdę fajną, momentami całkiem wymagającą fizycznie wycieczką. W każdym razie to dużo trudniejsza góra niż Kościuszko, z bardzo ciekawą roślinnością po drodze. Najpierw są lasy czegoś tujo podobnego, potem lasy eukaliptusowe, następnie dżungla i las deszczowy (jest dużo wilgoci, bo to część góry często tonąca w chmurach). Niestety widoków z góry nie było – podobnie jak i na Kościuszce byłam w chmurach, tak więc miałam panoramę na co najwyżej 10 metrów.


Tak jak się spodziewałam, nikogo po drodze nie spotkałam. Kompletna pustka. Na szczęście węży też nie było (przynajmniej się nie ujawniły). Z tymi wężami to rzeczywiście jest pewien problem, bo ich ukąszenie może być śmiertelne. Na szczęście zęby jadowe tego węża tygrysiego którego widziałam poprzedniego dnia są na tyle małe, że przez buty czy grubsze ciuchy się nie przebiją, ale jeśli trafi na odsłoniętą część ciała, w zależności od tego w którym miejscu ukąsił i ile jadu wpuścił – mamy od pół godziny do pół dnia na podanie surowicy. Przeciętnie co roku jedna osoba do lekarza nie zdąża, natomiast nagminnie giną od ukąszeń koty i psy. John, weterynarz którego poznałam w Whitemark (stolicy wyspy) mówił mi, że wąż wężowi nie równy. W przypadku ukąszenia węża tygrysiego z głównej Australii, podaje się jedną dawkę surowicy, na Flinders Island musi być już to dawka podwójna, a na jeden z okolicznych wysepek gdzie węże tygrysie mają dostatek ptaków którymi się żywią, są tak wypasione że dawka musi być potrójna.


Po zejściu z Góry Strzeleckiego jeszcze nie zdążyłam się dobrze zastanowić, co z sobą dalej począć, a tu zatrzymuje się samochód (wcale przeze mnie nie zatrzymywany). Kierowcą okazał się David, właściciel pobliskiego hotelu, który dobrze już wiedział kim jestem, bo na wyspie wieści, m.in. dotyczące nowo przybyłych, rozchodzą się lotem błyskawicy. W rezultacie wylądowałam u Davida na lunchu (pierwsze sałatki od kilku tygodni!), zobaczyłam elegancką posiadłość, zrobiłam sesję zdjęciową objadającym trawnik wollaby (bo rano widziałam je tylko w wersji rozjechanej), a potem David odwiózł mnie do Whitemark i co ważne – nakręcił mi spotkanie z Wombat-Mom, którą jest pracująca w sklepie Kate. Wombaty to - przypomnę – gatunek torbacza genetycznie spokrewniony z koala, ale chodzący po ziemi i ponoć dużo od koali mądrzejszy). W skrócie chodzi o to, że jak ktoś rozjedzie wombata, to sprawdza czy w kieszeni nie ma młodego, a jak jest, to oddaje Kate, która wombaciątko żywi i opiekuje się nim, do momentu gdy zwierzak w pewnym momencie nie wybierze wolności (zawsze w którymś momencie swoją przybraną mamę opuszcza). Aktualnie Kate ma ponad 30 wombatów, które na jej podwórku kopią sobie nory. Nie łatwo takiego torbacza uratować – maleństwa trzeba karmić 5 razy dziennie, pojąc specjalnym mlekiem (takie ze sklepu nie nadaje się), a starsze – żywiąc specjalną karmą. Kate wydaje na to sporą część swoich pieniędzy, ale ratowanie wombatów traktuje bardzo poważnie i wszystko w jej otoczeniu z wombatami się wiąże. Nawet skrzynkę na listy ma pomalowaną w wombaty, a jeden z kwietników to wyrzeźbiony wombat.


Lubię ludzi z pasją, dlatego też Kate od razu zyskała sobie moją sympatię i szacunek. Jak już się nagadałyśmy i zrobiłam sesję zdjęciową, z przystankiem przy tablicy w miejscu gdzie przechodzi 40 południk, pojechałyśmy na spotkanie z Jagą. O Jadze (tak naprawdę – Jadwiga) mówili mi na wyspie wszyscy. Że jest taka Polka, która z mężem na Flinders Island 8 lat temu zamieszkała (dokładniej to przenieśli się tu z Melbourne), a co ważne – widać było że wszyscy Jagę lubią. Szybko się przekonałam, że inaczej być nie może, bo Jaga jest naprawdę super babką. Nie wiem ile lat jest ode mnie starsza, ale młoda duchem, z mnóstwem energii i pomysłów i z dużym poczuciem humoru o czym może świadczyć np. nazwanie łódki „Baba Jaga”. Jaga maluje (zaczęła dopiero niedawno, ale widać że ma talent), fotografuje,  poluje (bo na wyspie wszyscy
polują – dziczyzna to znacząca część lokalnego menu), udziela się przy różnych akcjach charytatywnych, dba o przydomowy ogródek (nie jest to wcale łatwe, bo wollaby chętnie pieczołowicie doglądane kwaty i warzywka zjedzą), no i świetnie gotuje. Wojtek, mąż Jagi, to z kolei spec m.in. od nalewek (piliśmy świetną figówkę) i domowej roboty piwa.


W domu Jagi i Wojtka (w towarzystwie jeszcze  Marysi i Mirka z ich rodziny) spędziłam miły wieczór i noc. Ale fajnie po iluś nocach w spartańskich warunkach móc położyć się na normalnym łóżku, z poduszką pod głową (w warunkach biwakowych wtulam się w polar).


A wracając jeszcze do Jagi… Z zawodu inżynier, po osiedleniu się na wyspie uczyła w miejscowej szkole. Różnych przedmiotów – od fizyki (zgodnie z wykształceniem) po… wychowanie seksualne. Teraz jest na emeryturze, ale czasem dorabia sobie robieniem zdjęć na ślubach. Choć określenie „dorabia się” w tym przypadku nie jest precyzyjne, bo na Wyspie zamiast płacić, ludzie rewanżują się często tym co mają. Stąd też za jedna z sesji zdjęciowych Jaga dostała… dwa barany.

A wrócę jeszcze do tych polowań. Na co się na wyspie poluje? Na przykład na wallaby, których mięso jest bardzo zdrowe, bo chude, z małą zawartością cholesterolu. Poza tym wollaby nikomu tu nie żal, bo są uważane za szkodniki. Nawet jak się zapytałam Kate, czy poza wombatami ratuje też małe kangury, od razu padło, że kangurów nikt w torbach zabitych samic nie szuka, bo nikt ich tu nie lubi. Poza tym poluje się na ptaki, dokładnie tzw. Mutton Bird (czyli „baranie ptaki”, bo puch młodych przypomina futro baranie, a poza tym ich smak kojarzy się z mięsem baranim). Swoją drogą polska nazwa tego gatunku nijak nie kojarzy się z międzynarodową, bo brzmi: burzyk cienkodzioby, albo ardenna. Ptaki te w ramach migracji w zależności od pory roku przemieszczają się między Tasmanią a odległą Kamczatką. W każdym razie na Tasmanię przylatują na okres lęgowy, no i wtedy się na nie poluje (dokładniej – zabija się młode!). Jest ich mnóstwo, więc gatunek nie wyginie, a na wyspie na której z zaopatrzeniem w sklepie bywa różnie, jest to ważne źródło mięsa (pyszne są też ich wątróbki – wiem, bo jadłam!)  i przypominającego tran tłuszczu.



8 grudnia, wieczorem, Flinders Island
Z widokiem na górę Strzeleckiego
flin1.jpg flin42.jpg

Jestem w raju! No, może jeszcze nie zupełnie, bo wciąż żyję, ale tu naprawdę jest „bosko”. Wyobraźcie sobie: fajna polanka, którą przed gorącym słońcem chronią drzewa (tym razem nie eukaliptusowe tylko nieznane mi iglaste), 30 metrów dalej jest turkusowy ocean, który słychać, bo na śliczną, piaszczystą plażę (piasek biały, drobniutki) wlewają się leniwe fale, a z drugiej strony malowniczej zatoczki wyrasta góra Strzeleckiego, której wysokość czytana z mapy (756 m) może nie robi wrażenia, ale trzeba pamiętać że tu przewyższenie jest odczuwalne, bo góra wyrasta wprost z morza. I do tego żadnych ludzi – jestem tu sama samiusieńka.


I byłoby naprawdę super, gdyby nie węże. Dwa w ciągu 10 minut. Lokales który mnie tu przywiózł ostrzegał że węże są jadowite, a ich jad jest śmiertelny. Ledwo odjechał, w euforii biegałam po tym cudownym miejscu z aparatem pochłonięta zdjęciami, a tu mi szszsz… - coś między nogami. No ale pisałam że jestem w raju, to tam przecież wąż był. No cóż, do zamkniętego namiotu nie wejdą, ale samotna wędrówka na górę Strzeleckiego będzie wymagała wyostrzonej uwagi. Pocieszam się, że chyba wąż jeszcze bardziej się obawia mnie, niż ja jego.


Pierwsze wrażenia z Flinders Island – super! I już wiem, że trzeba było tu na dłużej przyjechać. Wysiadając z samolotu (taki mały, leciało  coś koło 10 osób) rzuciłam pytanie czy ktoś nie jedzie w kierunku Trousers Point gdzie zamierzałam biwakować. Jedna z kobiet z miejsca odpowiedziała, że ona co prawda tylko kawałek, do głównego miasteczka wyspy, ale coś postara się zorganizować. Punktem kontaktowym w liczącej ok. 200 mieszkańców „stolicy” (na całej wyspie mieszka ok. 700 osób) jest sklepik prowadzony przez wszsytko wiedzącą sklepową i supermarket gdzie jest lokalna tablica ogłoszeń. Widać że sporo się tutaj dzieje – życie jest jak w rodzinie. Na przykład co czwartek są tańce szkockie, a prowadzi te wieczorki (i uczy tańczyć) pani, która skończyła właśnie… 100 lat! A dziś akurat miał się odbyć przedświąteczny obiad lokalnej społeczności niedaleko Trausers Point. Krótko mówiąc podwózka się zorganizowała, a w międzyczasie Ann zaprosiła mnie jeszcze na piwko do „public pub`u” – całkiem fajnego, swojskiego lokalu gdzie serwują piwo z Tasmanii.

A tymczasem robi się nieziemski zachód słońca. Idę ogladać. Całe niebo czerwone, różowy ocean… Dla takich widoków warto podróżować, niedojadać, niedosypiać, czasem (często) się pomęczyć. Świat jest piękny!!!  



8 grudnia, Launceston (Tasmania)

Przelotem na Tassi (Tasmanii, czyt. Tazi)
Namiastka Holandii na Tasmanii. Ten zabytkowy młyn w Launceston nadal działa. Główna atrakcja Launceston to znajdujący się na obrzeżach miasta wąwóz.

Na zobaczenie Launceston, czy jak mówią lokalesi – „Lansi”, miałam kilka godzin. Dokładniej – półdniową przerwę między lotami (przylot z Melbourne, wylot na Flinders Island), co oznaczało jeszcze konieczność dostania się do miasta z lotniska i powrót na lotnisko. To akurat pewien problem, bo komunikacji lokalnej, taniej znaczy się, tu nie ma, a autobusu lotniskowego kasującego 18 dolarów za dystans 15 km, mój budżet nie obejmował. Na szczęście dzisiaj autostop bardzo dobrze mi zadziałał, choć powiem szczerze z powrotem, na wylocie z miasta miejsce miałam fatalne – autostradę gdzie wszyscy grzali dozwolone 110 km/h. Niedozwolone zatrzymanie się na owej autostradzie zaryzykował niejaki Mark prowadzący biznes z dziewczyną która, uwaga: obiegła (!) całą Australię. Nie wiem ile to dokładnie kilometrów, no ale dobre kilka tysięcy. Zajęło jej to 407 dni, bez dnia odpoczynku, z dziennymi przebiegami (w tym wypadku dosłownie) po 60-70 km! Nie powiem, robi wrażenie!

A co do zabrania mnie z drogi, to przed chwilą, na lotnisku, podszedł do mnie jakiś śmieszny gość i powiedział, że widział mnie przy drodze, ale za późno się zdecydował, więc na pierwszej możliwej zawrotce skręcił by po mnie ponownie podjechać. Tylko że mnie już nie było :).

Co do Launceston to całkiem sympatyczne miasto. I duże – szczerze mówiąc to myślałam że na Tasmanii to poza Hobart są tylko takie małe mieścinki, a tak to pustkowia i drogi dla aut z napędem na 4 koła, ale gdzie tam. Całkiem spora tu cywilizacja, drogi to w dużej mierze autostrady, a samo Launceston to prawie 100 tys. mieszkańców. Centrum przypomina miasteczka angielskie – zachowało się sporo historycznych, wiktoriańskich domów, niektóre jeszcze z XIX wieku i ogólnie tak tu jakoś tak „brytyjsko-amerykańsko”. A, jest nawet wiatrak, więc jeszcze trąci Holandią i irandzkie puby. Z racji tego że jutro będę w głuszy, na łonie natury, co oznacza że nie będzie raczej szansy by zjeść/wypić coś ciepłego (nie mam maszynki), dzisiaj zaszalałam i strzeliłam sobie w Subway`u kanapkę, a potem poszłam jeszcze na kawę – pyszną lattę, co bardzo korzystnie wpłynęło na mój dobry nastrój (w kawiarni jak się dowiedziano że jestem z Polski, poproszono o wpis na  ścianie – narysowałam przy okazji polską flagę).


Główną atrakcją miasta jest rzeczywiście urokliwy wąwóz płynącej nim rzeki. Większość osób ogranicza się tylko do przejechania się nad nim wyciągiem krzesełkowym i powrót mostem wiszącym, ale ja ambitnie (jak też niskobudżetowo) obeszłam go sobie szlakiem trekingowym. Warto było, bo… spotkałam kangura. Właściwie to jak napisałam w smsie do Pawła: czarny kangur przebiegł mi drogę, ale zakładam że to na szczęście. I nie był to jakiś oswojony kangur z zoo, tylko autentyczny, dziki, z leśnych zarośli. Żeby jeszcze gdzieś zobaczyć wombata. No i diabła tasmańskiego, choć akurat na te zwierzątko szansa jest raczej mało (mają problem z jakąś chorobą, która je strasznie wyniszcza).


Dobra, idę do oprawy. Ale jestem padnięta – ostatnią noc spędziłam na lotnisku w Melbourne. Nie było czasu na spanie bo uzupełniałam bloga i ładowałam baterie do aparatu, laptopa, komórki (na Tasmanii przewiduję spanie wyłącznie na dziko tak więc o elektryczności mogę zapomnieć). 




7 grudnia, w drodze z Thredbo do Melbourne
Kościuszko zdobyty!
aus20.jpg aus9.jpg aus27.jpg
Na wschód słońca zaspałam. W nocy, jak już wypaliło się drewno które przed pójściem spać wrzuciłam do piecyka, zrobiło się tak strasznie zimno, że w trosce o zachowanie resztek ciepła, pozamykałam w chatce okiennice. Była druga w nocy, na zewnątrz ciągle lało.

Obudziłam się o 5.45 – było już po wschodzie, ale ze względu na zamknięte okiennice w chatce było wciąż ciemno. Wściekła na siebie zebrałam się tym razem wyjątkowo szybko – kwadrans później byłam już na szlaku (do szczytu zostały 3 km, co według drogowskazów oznaczało 1,5 godziny drogi, a w praktyce – godzinę). Po drodze korzystając z w miarę przyzwoitej pogody (nadchodzące ciemne chmury nie wróżyły że długo się utrzyma), obfotografowałam najbardziej rzucający się w oczy szczyt, oczywiście pewna, że to Kościuszko. Dopiero później okazało się, że wcale nie – na niepozorną Mt Kościuszko w ogóle nie zwróciłam uwagi! :)


Na szczycie byłam o 7-mej. Widoków zero – istne mleko. Nie przeszkodziło to oczywiście w sesji zdjęciowej przy betonowym słupku wyznaczającym szczyt, no i uwieczniłam też tablicę wyjaśniającą, że nazwę „Kościuszko” nadał polski podróżnik Paweł Edmund Strzelecki, który jako pierwszy zdobył tę górę, w roku 1840. 


Niedługo potem, jak już byłam "na odwrocie" spory kawałek od wierzchołka – jak na złość zrobiło się błękitne niebo. Oj, coś chyba górze podpadłam. Później spotkałam nawet innych turystów. Zdaje się że z dołu na nogach tu prawie nikt nie podchodzi – wszyscy korzystają z wyciągu krzesełkowego. Szczerze mówiąc ja też kawałek skorzystałam, tyle że
w dół (dzień wcześniej całą drogę pod górę, w deszczu, przeszłam). Biletu na wyciąg nie miałam, ale zapytałam znudzonego pana wyciągowego czy mogę wsiąść, a on na to, że mogę. W sumie to mogłam dojechać do samego dołu, ale na stacji pośredniej jednak wysiadłam. Powód prosty: wczoraj nie zrobiłam żadnych zdjęć w lesie eukaliptusowym – poczucie obowiązku nakazało mi to nadrobić - naładniejszy odcinek przeszłam sobie jeszcze raz.


A teraz jestem w samochodzie uczynnych Szwajcarów. Bałam się że będę miała problem w autostopowym wydostaniu się z Thredbo, a tymczasem po 20 minutach stania przy drodze wylotowej z miasteczka, siedziałam w wygodnym autku. Moi dobroczyńcy to szwajcarscy farmerzy - bardzo mili, tylko nie za bardzo mówiący po angielsku.


6 grudnia, wieczorem, tuż przy szczycie Góry Kościuszki
3 km od szczytu
 
aus8.jpg aus11.jpg
Całkiem mi dobrze… Teraz, bo jeszcze godzinę temu było wręcz odwrotnie. W piecyku typu koza buzuje ogień, zjadłam sobie otrzymaną od Australijczyków schodzących w dół zupkę-gorący kubek (jedzenie mam, ale nic na ciepło, bo nie przypuszczałam że będzie szansa na wrzątek), no i cieszę się stukaniem deszczu w dach – tym razem nie namiotu, tylko górskiej chatki, w której zostałam jedynym gościem. Łóżek nie ma, stoją tylko drewniane ławy, ale co tam, najważniejsze że mi ciepło. Już ciepło, bo jeszcze niedawno trzęsłam się z zimna. Po prostu powtórka z Papui – deszcz, zimno, przemoczone ciuchy można wyżymać, z butów też można wylewać wodę. Próbuję się jakoś przy tej kozie dosuszyć, ale nie wiem czy się do rana uda.


Tak w ogóle to miałam spać dzisiaj w cywilizacji, w hostelu, ale nie wiedziałam że tu takie drogie hostele! Ostatecznie stwierdziłam że mam trochę inny pomysł na wykorzystanie 35 dolarów, tym bardziej że za Internet trzeba dopłacać kolejne 3 dolce za godzinę - postanowiłam spać w górskiej chacie. Zresztą i tak nie mam wyboru, bo Góry Kościuszki dziś nie zdobyłam. Kompletnie nie trafiłam z pogodą – zaraz jak tylko przyjechałam do Thredbo zaczęła się burza z piorunami, i co prawda burzy już nie ma, ale cały czas leje i leje, co przy silnym wietrze jaki jest na tej wysokości (2000 m), przyjemne nie jest, a tak na poważnie to grozi hipotermią. Stwierdziłam że ze szczytem poczekam do wschodu słońca – mam nadzieję że w międzyczasie się wypada, zwłaszcza że rano zwykle jest ładniejsza pogoda. Zresztą żeby nie wiem co to i tak gorzej być nie może.


Pani z informacji turystycznej u której dopytywałam się o szlak i różne szczegóły odradzała mi wyjście w góry, pocieszając że kolejny dzień też ma być deszczowy, ale w następny już pogoda powinna się poprawić. Jak jej powiedziałam że muszę być jutro wieczorem w Melbourne i to jadąc autostopem mocno się zdziwiła (inaczej niż stopem i tak nie mogę wracać, bo tu komunikacja funkcjonuje tylko australijską zimą, latem zaś nie kursują żadne autobusy). Najbardziej pani-informatorka bała się, że złapie mnie kolejna burza z piorunami, co na Kościuszce jest o tyle ryzykowne, że chodzi się po metalowych chodnikach (w podtekście – ściągają pioruny). Ja sama też się tych piorunów bałam, bo chodzenie w deszczu po górach, to zwykła sprawa, ale zginąć od trafienia piorunem, wcale mi się nie uśmiechało. Stwierdziłam że jak by co, to zejdę z tych chodników nieco w dół i rozbiję się z moim namiocikiem gdziekolwiek, gdzie w miarę bezpiecznie. No ale przede wszystkim optymistycznie liczyłam, że przestanie padać.

Nie przestało. Lało równomiernie cały czas, co sprawiło że nawet zdjęć mi się już nie chciało robić – szłam jak automat, ociekająca wodą i zziębnięta, byleby jak najszybciej do góry i chaty. Początkowy odcinek prowadzi przez bardzo fajny las eukaliptusowy, od czasu do czasu przechodzi się strumienie (ale tu w przeciwieństwie do Papui wszędzie są wygodne mostki), czasem przecina się nartostrady (teraz - rozległe polany) i dwa z funkcjonujących tu wyciągów krzesełkowych, aż wreszcie wychodzi się na wysokogórskie „łąki”. Szczerze mówiąc dziwnie się chodzi w górskiej scenerii na wysokości 2 tys. metrów z hakiem po elegancko ułożonych metalowych chodnikach, tudzież kostce brukowej. Jakoś tak mało górsko… A szczytem zaskoczenia była sytuacja kiedy idę, nic prawie nie widać, bo jestem w chmurach, mimo że jeszcze wcześnie (godzina 16) to jakoś tak przyciemnawo i przygnębiająco, odbijam już na prowadzący do chaty szlak, a tu nagle z tej chmuro-mgły wyłaniają się… światła samochodu! Myślałam że mam omamy, jakaś fatamorgana, a jednak… Cały nastrój obcowania z górami momentalnie prysł…

Samochód okazał się obsługą ultra maratonu, którego trasa prowadzi znad oceanu na Górę Kościuszki. 240 km biegu, od poziomu morza na 2200 m. To znaczy tym razem ze względu na warunki pogodowe końcówkę skrócono – uznano że nie można narażać biegaczy na hipotermię, i metę zrobiono przy chacie w której jestem. Wygrał niemłody już Belg, któremu trasa zajęła coś około 36 godzin, w trakcie których gdzieś tam po drodze przespał się całe 20 minut! Najbardziej niezwykłe jest to, że ci ludzie po tych 240 km wyglądali lepiej niż ja po maratonie, w trakcie którego robi się przecież tylko 42 km.

Kończę pisanie, bo muszę znaleźć jakąś siekierę, by narąbać drewna i dorzucić do ognia… :)


Godz. 11.30
 
Thredbo i słynne w tej miejscowości natrostrady, tyle że latem. aus23.jpg
Wreszcie dotarłam do Thredbo. Ostatniego stopa miałam już całkiem długiego, z Rogerem który 9 lat służył w marynarce wojennej pływając na łodziach podwodnych (tak na marginesie to wcześniej walczył w Wietnamie) i w związku z tym postanowił sprowadzić łódz podwodną do swojego miasteczka, położonego od morza dobre kilkaset kilometrów. Łódź stała się swoistą atrakcją przyciągającą turystów, co rzecz jasna przez lokalnych mieszkańców jest jak najmilej widzialne. W międzyczasie zmieniono też nazwę miasteczka na bardziej „submarinową” – dawniej nazywało się jakoś tam, a teraz jest to …., dla upamiętnienia tak nazywającego się Brytyjczyka, który w 1914 roku w miniaturowej łodzi podwodnej podpłynął do stojącego u wybrzeży Turcji niemieckiego okrętu i wystrzeliwując mini torpedę okręt ten zatopił, tym samym przyczyniając się do wygrania ważnej dla Aliantów bitwy. Podobno żyje druga żona tego Brytyjczyka – „babcia” ma ponad 100 lat, ma się ponoć dobrze i mieszka w Austrii, z Rogerem systematycznie korespondując.


A co do Thredbo, to byłam tu już kiedyś, zimą, ale niewiele z tamtego czasu pamiętam (bo to już ze 20 lat temu). W każdym razie to takie australijskie „Zakopane”, choć dużo mniejsze, i bez folkloru. Snobistyczne miasteczko nastawione głównie na narciarzy (tutaj okres czerwiec-sierpień), choć latem próbujące ściągnąć miłośników rowerów górskich. Wyciągi są raptem dwa, mocno podstarzałe (drewniane krzesełka), ale jest tu kilka całkiem fajnych tras. Jak tu byłam to właśnie wybrałam narty – na Kościuszkę nawet zaczęłam iść, ale jak się zorientowałam, że od górnej stacji wyciągu trzeba drałować jeszcze 6,5 km (w tym przypadku w buciorach narciarskich), to mi przeszło, i wróciłam do zjazdów. Tylko że wtedy do głowy by mi nie przyszło, że będę robić Koronę Ziemi  :).

ps. A propos zdjęcia obok. W drodze do Thredbo mija się miejsce nazywane "Syberia".

 

Godzina 9.50, 12 km dalej niż poprzednio

aus25.jpgWysokościomierz na moim Tissocie wskazuje 1086 metrów. Dzięki temu że jest wyżej niż moje poprzednie miejsce do stopowania, jest nie tylko przyjemnie chłodno, ale nie ma też tyle much! Podwiózł mnie tu… hycel! Facet pracuje na zlecenie parku narodowego, a jego zadaniem jest odstrzeliwanie dzikich psów, które są tutejszym utrapieniem. Nie są to klasyczne dingo, choć niektóre to krzyżówki z dingo. Najbardziej narzekają na nie okoliczni farmerzy, którym psy zabijają owce, ale ogólnie są to zwierzęta uznane za zagrożenie dla lokalnego ekosystemu. Pan Hycel pochwalił mi się zdjęciami zabitych psów (i dzikich kotów również). Koszmarne…


Co do odstrzałów, to ponoć w parku narodowym Kościuszko nie brak też nielegalnych myśliwych. Oczywiście ci nie na psy polują, tylko na jelenie, ewentualnie kangury (na większych wysokościach żyją kangury górskie). Ze zwierzaków są jeszcze poszumy, czyli po naszemu – ostronosy i typowo australijskie wombaty. Mimo licznych drzew eukaliptusowych nie ma koali – wbrew temu co niektórzy myślą występują one tylko w niektórych zakątkach Australii.



Godzina 8, gdzieś w lesie


aus29.jpgLeżę w trawie i gapię się w niebo. To znaczy teraz piszę, więc się na gapię, ale zaraz do tego „zajęcia” wrócę. Uznałam że w Polsce zazwyczaj jestem tak zabiegana, że nie mam czasu na tego typu spędzanie czasu, a szkoda, bo przecież niebo i chmury są na swój sposób fascynujące (za każdym razem inne) i zarazem uspokajające.

Od godziny nie przejechał ŻADEN samochód. W żadną stronę. Wcześniej przejechały dwa, ale ich kierowcy życzliwie pokazali że zaraz skręcają nad pobliskie jezioro. Poza mną i rojem much które swoim brzęczeniem wkurzają mnie do potęgi plus mrówek które oblazły mój plecak bo go nieopatrznie postawiłam na prowadzącej do mrowiska ścieżce, nie ma nikogo.
Krajobraz – trochę jak w Beskidach, tylko te eukaliptusowe lasy nie pasują do tego porównania. I jeszcze niebieskie papużki z czerwonymi dziobami tutaj zastępujące wróble.


5 grudnia, wieczorem, w krzakach :), w okolicach Khancoban
 
aus2.jpg tas23.jpg

Już w namiociku. Do celu (miasteczka Thredbo) zostało mi jakieś 40 km, ale uznałam że i tak już nic nie złapię, bo nie dość że prawie nic nie jeździ, to robi się ciemno (jest 20.30 – tu i tak długi dzień) a poza tym zaczyna się burza. Ostrzegano mnie żebym nie rozbijała się pod drzewami eukaliptusowymi (gum tree) które ściągają pioruny, a poza tym jak już w nie coś strzeli, to mogą przygnieść – jest tu takie jedno, ale profilaktycznie poszłam w bezdrzewny koniec łąki.


Właściwie trudno powiedzieć co to jest – taka ładnie wykoszona łąka. Ładne miejsce, ze znakiem „no camping”. No cóż… Mam nadzieję że w razie czego samotnie śpiącej tu dziewczyny nikt nie wyrzuci. Pytałam o zagrożenia ze strony zwierząt – mogą ponoć pojawić się kangury czy wolaby, ale one akurat ludzi nie atakują, właściwie to muszę uważać tylko na jadowite węże. Profilaktycznie buty schowałam do namiotu.
Dla dobrego nastroju zrobiłam sobie kanapki – wypatrzone w hipermarkecie przecenione buły z nutellą i orzeszki słone na deser. Z racji braku kuchenki nic na ciepło nie będzie.
W sumie to mam prywatny spektakl światło i dźwięk. Światło, bo mrok nocy rozświetla wschodzący księżyc tudzież błyskawica, a co do dźwięków to tych akurat jest mnóstwo.


Kumkanie żab (w pobliżu są jakieś szuwary) miesza się z nadawaniem ptaków – istny sejmik. No i co jakiś grzmoty lub piorun.


W sumie to miałam ogromne szczęście, że tu dotarłam. Mój autobus którym jechałam z Melbourne spóźnił się do Wadongi o prawie 2 godziny.  Jak kupowałam bilet to zapewniano mnie że będzie jechał tyle co pociąg, czyli 3 godziny, wyszło 5. Na dodatek Wadonga okazała się na tyle sporym miastem, że nie miałam pomysłu na którą z dróg wylotowych wyjść łapać stopa. Zapytałam o radę  sympatyczną rodzinkę i… okazało się że jadą w korzystną dla mnie stronę, ok. 150 km w kierunku Thredbo. Z nieba mi spadli, tym bardziej że okazali się przesympatyczni. John i Janny plus ich córka Liza sporo mi też po drod


5 grudnia, w autobusie z Melbourne do Wadonga (Australia, prowincja Victoria)
Miśka w krainie kangurów


Miśka, Misia to ja (przynajmniej dla niektórych), a że jestem w krainie kangurów to potwierdził to znak drogowy stojący przy drodze. Choć właściwie określenie „kangur” właściwe nie jest, bo tak nazywają się tylko te największe z owych torbaczy, a te mniejsze, bardziej popularne kanguropodobne to dla Australijczyków wollabee.


Jak zwał tak zwał, jestem w Australii. Pierwsze zaskoczenie – zimno. Myślałam że jednak będzie cieplej. I do tego wiszące nisko, ciemne, deszczowe chmury, choć póki co jeszcze nie pada. Drugie „zaskoczenie” to to, że jakoś tak tu czysto i cywilizowanie. Po Timorze Wschodnim jakoś tak dziwnie – przeciwieństwo tego co było tam. Ale i ludzie inni – też przeciwieństwo tamtych. Owszem, duża część miłych, kulturalnych, ale to taka „życzliwość cywilizacyjna”, często z wyćwiczonym „uśmiechem nr 5”. Timorczycy byli życzliwi i uczynni z natury, od serca i trochę mi już tego tutaj brak.

Jeśli chodzi o przywianie z Australią, to na dzień dobry miałam ścięcie ze stewardessą w samolocie (australijskie linie Virgin Airlines). Miałam dla siebie cały rząd, 3 miejsca, tak więc rozłożyłam się wygodnie no i lot przespałam. Aż tu nagle ktoś mną potrząsa i  z wielkimi pretensjami że jeszcze nie zapięłam pasów, a tu już lądowanie i żebym się nie wygłupiała że nie słyszę (no nie dosłownie tak, ale ten kontekst). Mówię grzecznie, że to nie złośliwie – normalne że jak śpię, a do tego mam koreczki w uszach, to nie słyszę komunikatów i przecież wystarczy że się mnie grzecznie obudzi. Pani coś tam zamruczała i sobie poszła.

Potem była akcja z celnikami.  Pan od kontroli paszportów coś tam na mojej deklaracji celnej namazał i w rezultacie jako jedyną ze wszystkich pasażerów wzięto mnie na dokładną kontrolę. Bardzo dokładną. Nie wiem o co chodziło – stało przy moim bagażu kilka osób, przetrzepano mi dokładnie cały plecak i każdą rzecz z osobna, zadano mnóstwo pytań, trzy razy pytano co chcę robić w Australii, a następnie pokazać na  mapie miejsca do których jadę. Kilka lat temu jak byłam w Australii miałam podobną sytuację, tylko że wtedy kontrola trwała 2 godziny i skończyła się znalezieniem kupionej w Singapurze pomarańczy (zupełnie o niej zapomniałam), co zaowocowało triumfem celników i uświadomieniem mnie, że to wykroczenie przeciwko australijskiemu prawo (nie wolno przywozić owoców). W końcu łaskawie powiedziano, że tym razem mi wybaczą, ale jak jeszcze raz wejdę w konflikt z prawem australijskim, będę miała poważne kłopoty. Na wszelki wypadek teraz dwa razy sprawdziłam czy czegoś zakazanego nieświadomie nie wwożę, a ostatnie kabanosy zjadłam jeszcze na Bali. Tak czy owak teraz kontrola trwała ty lko 20 minut – nie znaleziono niczego.
 
aus6.jpg aus1.jpg

Za to mało brakowało abym w konflikt z australijskim prawem jednak dzisiaj weszła. Zaczęło się od tego że jeszcze na Bali po przestudiowaniu mapy stwierdziłam, że dojazd pod górę Kościuszki autostopem jest w I fazie za bardzo skomplikowany i czasochłonny. Problemem jest wydostanie się z samego Melbourne, otoczonego różnymi miasteczkami „satelitarnymi”, a żeby nie wiem co,  grafik mam taki że muszę dotrzeć dziś do Thredbo, miejscowości wypadowej na Kościuszkę. Postanowiłam więc że pierwszy odcinek, wydostanie się na  prowincję, pokonam pociągiem. A tymczasem okazało się że akurat dzisiaj pociągu nie ma, tak więc linia (Vicotria Lines) podstawiła autobusy. Bałagan z tym związany był nieziemski  (powiem szczerze, doszłam do wniosku że organizacja w Polskim Busie jest dużo lepsza, autobusy nie gorsze, no i dużo tańsze). Najpierw pan dyspozytor wsadził mnie do autobusy nr 1, ale coś mnie tknęło i zapytałam ruszającego już kierowcę czy na pewno jedzie do Watongi. A on zdziwiony, że nie… No dobra, to przesiadka, do wskazanego mi autobusu nr 2. W autobusie nr 2 kierowca oświadczył, że nie ma mowy – Watongę omija i nie ma zamiaru tam tylko dla mnie wjeżdżać, bo przecież mogę wysiąść w  następnym miasteczku, dokąd jedzie więcej pasażerów. Na to ja grzecznie że nie po to kupowałam bilet do Watongi, by jechać gdzieś indziej (zalezy mi na na Watondze, bo to stamtąd wychodzi droga na której będę łapać stopa), ale kierowca uparcie swoje i że mam przejść do autobusu nr 3. A w autobusie nr 3 (już ostatnim z tych podstawionych), kierowca że nie ma miejsc. A pan dyspozytor że może mi zmienić rezerwację na kolejny dzień. No po prostu rewelacja. Jakimś cudem miejsce się znalazło, usiadłam przeszczęśliwa ładując sobie między nogi swój niewielki tym razem plecak (w Polskim Busie też tak zawsze robię, bo lubię mieć pod ręką swoje rzeczy), a tu przybiega kierowca z awanturą, że to niezgodne z australijskim prawem. Na początku nie wiedziałam co niby niezgodne,  a w końcu dotarło do mnie, że ten plecak, choć przecież nie stał w przejściu i nikomu nie przeszkadzał. Oczywiście przeprosiłam, wyjaśniłam że to mój pierwszy dzień w tym kraju i nie poznałam jeszcze tutejszego prawa, ale jak na razie ciągle tylko podpadówy. Swoją drogą prawo australijskie już jak najbardziej świadomie dzisiaj naruszę – jadąc autostopem, który nie jest w tym kraju legalny.

A co do Melbourne jako miasta…  Jeśli ktoś tu przyleci i będzie chciał dowiedzieć się, jak z lotniska dostać się do centrum taniej niż autobusem lotniskowym za 18 dolców, niech się do mnie zgłosi – powiem co i jak z dużo tańszym, ale dość skomplikowanym dla będących tu pierwszy raz systemem połączeń lokalnych. Centrum miasta – całkiem sympatyczne  - miks architektury wiktoriańskiej i nowoczesnych budowli z betonu, szkła i stali. Centrum można objechać sobie darmowym, zabytkowym tramwajem linii  35 chociaż do wielu miejsc spokojnie można też dojść na piechotę. Z braku czasu, no i ze względu na budżet, odpuściłam sobie zdaje się ciekawe tutejsze Akwarium (chwalą się m.in. rekinami i dziobakami) i wjazd na najwyższy w mieście budynek – 88 piętro biurowca Umeia/// (panoramy dzisiaj pewnie i tak nie było ze względu na chmury). W międzyczasie zaliczyłam sobie jeszcze śniadanie w Hungry Jack`u – australijskim kkodpowiedzniku McDonald`sa. Za fast foodami nie przepadam, ale uznałam, że coś trzeba zjeść bo to może pierwszy i ostatni posiłek dzisiejszego dnia.


A tymczasem przejechaliśmy przez miasteczko Seymour z pomnikiem ku czci Australijczyków którzy zginęli na wojnie w Wietnamie. Dookoła pomnika poustawiono czołg i armaty – od razu przypomniało mi się Muzeum Wojny ogladane pół roku w Sajgonie.
Co do tych australijskich miasteczek, to wszystkie wydają mi się podobne, nie różniące się specjalnie od amerykańskiej prowincji (niskie domki z ogródkami, zero ludzi na chodnikach, bo wszyscy jeżdżą samochodami, podobny system oznakowań).



4 grudnia, wieczorem, na lotnisku na Bali (Indonezja)
W oczekiwaniu na wylot do Melbourne
Ostra selekcja czyli limit bagażu 7 kg

aus24.jpgJestem z siebie dumna! Mój plecak z którym lecę do Australii waży tylko 8,2 kg! Mocno się musiałam nagłowić, aby go „odchudzić”. Problem w tym, że po Australii (mam 4 loty wewnętrzne) latam tanimi liniami, a że za duży, nadawany do luków bagaż, trzeba byłoby na każdym locie sporo dopłacać, podróżuję tylko z małym, podręcznym, z ograniczeniem wagi do 7 kg (drobną nadwyżkę zbiję wyjmując kurtkę i dopychając coś do kieszeni). Ale  restrykcyjne ograniczenie wagowe to jedno, gorzej, że nie mogę zabrać mnóstwa normalnie potrzebnych rzeczy takich jak choćby scyzoryk, krem z filtrem słonecznym czy spray na komary.

Przepakowywanie się w trakcie kilku godzin jakie miałam na przesiadce na Bali (moja wielka torba wyprawowa zostaje właśnie na Bali) było sporym wyzwaniem, zwłaszcza że w Australii muszę być przygotowana na każde warunki pogodowe i temperatury od 5 do 25 stopni. Po długim namyśle zostawiłam kuchenkęak  i związaną z nią menażkę (stwierdziłam że od czasu do czasu jakiś Fast food zaliczę, a jak zamiast herbatą będę poić się wodą, to też nic się nie stanie), therma-rest (będę spać w namiocie na folii NRC i rozłożonych na niej ubraniach), a nawet takie rzeczy jak lusterko (w ekranie tableta wszystko widać) i fenistil – żel na ukąszenia którym smaruję swoje krosty po pluskwach (liczę że w końcu przestaną swędzieć).  Ciekawe jak będzie z namiotem – przestudiowałam różne wytyczne dotyczące rzeczy „zakazanych” w bagażu kabinowym i choć są wymienione różne ostre przedmioty, namiotów (chodzi o szpilki i maszty) na szczęście dla mnie  - nie ma. W każdym razie namiot akurat jest w moim przypadku ważny bo w Australii noclegi dość drogie - zakładam,  że co nie jest zabronione, jest dozwolone.


4 grudnia, w samolocie z Dili (Timor Wschodni) na Bali (Indonezja)
Pożegnanie z Timorem

Pracowite przedpołudnie miałam.  Wstałam o 6-tej, uznając że trzeba ten ostatni już dzień na Timorze dobrze wykorzystać. Na dzień dobry pognałam do latarni morskiej, potem sesja zdjęciowa rybaków wracających tradycyjnymi łódkami  z morza, muzeum ruchu oporu przeciw indonezyjskim okupantom (brak prądu w całym mieście, czyli w efekcie – światła, sprawił, że niewiele mogłam poczytać) i na koniec wystawa „Chaga!” (po portugalsku: „Stop! Nigdy więcej!) w dawnym więzieniu (też chodzi o indonezyjskie represje). W ciągu czterech lat indonezyjskiej okupacji populacja Timoru Wschodniego zmniejszyła się o 23% - w 1974 roku liczba ludności tego państwa liczyła 653 211 osób, podczas gdy w 1978 już tylko 498 433.


Do hostelu wróciłam… stopem. Zapytałam na ulicy jakiegoś chłopaka o drogę, a on zamiast mi tłumaczyć co i jak, wsadził mnie na motor i przywiózł na miejsce. I pewnie utrwaliłby moją niesamowicie dobrą opinię o Timorczykach, gdyby nie kierowca taksówki wiozącej mnie na lotnisko. Ten z kolei wziął ode mnie kasę, miał mi wydać resztę, ale nie wydał – zatrzasnął drzwi i z piskiem opon odjechał. Chodzi o kilka dolców – przeżyję, ale niesmak pozostał. Szkoda, tylko że tego typu ludzie się nie zastanowią, że jedna sytuacja może popsuć coś, na co długo pracowali inni.


3 grudnia, Dili – Bacau – Dili
Dzień fajnych ludzi

timore10.jpg timore8.jpg timor blogowy.jpg
Do Bacau, drugiego co do wielkości miasta Timoru Wschodniego, przyciągnął mnie przeczytany w przewodniku opis tamtejszego „starego miasta”. Naiwnie wyobraziłam sobie całą dzielnicę kolonialnych domów, sympatyczne kafejki etc. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, o czym za chwilę. W każdym razie warto było pojechać – choćby dla ludzi których dziś poznałam.

Na dworzec mikroletów (zapchane busiki) pojechałam razem z parą poznanych w hostelu Szkotów. Jazda z Dili do Bacau to plus minus 3 godziny, czyli w stosunku do mojej górskiej wycieczki – super Express, bo choć to dystans 120 km (przypomnę – w górach 70 km jechałam cały dzień!), drogi w tej części kraju są w miarę dobre (nie to żeby nie było dziur – są, ale mniej, no i nie ma aż takich serpentyn i przepaści). Do Baca .. nie dojechałam – z racji tego że wyczytałam że po drodze, w miasteczku La… jest najładniejszy na Timorze kościółek, wysiadłam by go zobaczyć. Kościółek jak kościółek – w stosunku do naszych, polskich nic nadzwyczajnego, no ale tutaj o tyle ważny że jeszcze z czasów portugalskich.

Gorzej, bo jak wysiadłam, to zrobił się kłopot, by ruszyć dalej. Stałam przy drodze, stałam, a tymczasem nic nie jechało. Aż nagle z bocznej drogi, od kościółka, wyjechał załadowany pick-up z wesołą ferajną na pace. Okazało się że to ekipa… z kościółka. Weseli, wyluzowani młodzi ludzie w t-shirtach, w tym jedna, mówiąca po angielsku dziewczyna, w której od razu wyczułam bratnią duszę. W trakcie kolejnej godziny jazdy wyjaśniło się, że przystojniak za kierownicą to ksiądz, dziewczyna o imieniu Joanna to misjonarka z Portugalii (w samochodzie była jeszcze druga misjonarka – Australijka), a reszta to klerycy, kolejni księża i misjonarze.

Jechali na piknik na plażę, a że zaprosili by się do nich przyłączyć, to specjalnie się nie broniłam. Nie dla jedzenia – to naprawdę fajni ludzie. No i dzięki nim „odkryłam” śliczne miejsce – dziką plażę na której jedyną osobą był stary rybak naprawiający sieci, no i te lazurowe morze w kontraście z białym piaskiem i bujną zielenią. Niestety, ze względu na konieczność powrotu do Dili, nie mogłam z nimi posiedzieć dłużej – portugalski Padre z Joanną odwieźli mnie do miasteczka, opowiadając przy okazji różne ciekawe historie. Na przykład o tym, że niezależnie od utożsamiania się z kościołem katolickim, nadal wiele osób czci bóstwa natury, a noszony na szyi krzyżyk czy różaniec to niekoniecznie symbol wiary, ale sposób na odganianie złych duchów. Podobnie zresztą z trąbieniem na drodze - na ogół jest to rzeczywiście zwrócenie uwagi innych kierowców, rodzaj ostrzeżenia, ale nierzadko trąbi się właśnie żeby odgonić te złe duchy (dotyczy zwłaszcza miejsc gdzie ktoś zginął). I jeszcze co do plaży - okazuje sie że tu na plażach są krokodyle! I to nie ma z nimi żartów, bo to z gatunków tych niebezpiecznych, mających po kilka metrów długości (5-6 to normalka). Ponoć w ubiegłym tygodniu kogoś zjadły. A ja pierwotnie miałam pomysł, by rozbić się na plaży!

Swoją drogą to krokodyle są tu zwierzakami "świętymi". Wiąże się to z legendą o pochodzeniu Timorczyków - że jakoby ich grand-grand-grand pradziadkiem był właśnie krokodyl, a jak tłumaczył portugalski Ksiądz - kto by się odważył zabić pradziadka? Przywiązanie do krokodyli jest tu do tego stopnia istotne, że nawet kszatłt ktraju porównuje się do tego gada.

Po powrocie do miasteczka lunęło! Strasznie lunęło, a właściwie to przyszła straszna burza, którą przeczekałam w poportugalskiej posadzie (rodzaj eleganckiego, drogiego hotelu). To właśnie jeden z tych kolonialnych budynków jakie ostały się w Becau - jednym z dwóch (!) jakie się doszukałam (jeśli nawet są inne, to w ruinie). Rozczarowana starówką postanowiłam pocieszyć się filiżanką timorskiej kawy, co było dobrym pomysłem, bo w kafejce spotkałam Szkotów. Trochę się zagadaliśmy, ale zakładałam że skoro jest dopiero 16-ta, to spokojnie będzie jeszcze mnóstwo busików do Dili. Gdzie tam - lokalesi życzliwie poinformowali mnie, że nie będzie żadnego - najbliższy dopiero następnego dnia. Zmroziło mnie, bo jak to następnego dnia, następnego dnia to ja muszę z Dili wylecieć. Ileś osób mnie zapewniło, że szans na transport nie mam żadnych, no ale od czego stop! Pierwszy samochód jaki się zatrzymał jechał... do Dili właśnie. W środku dwóch braci - Hugo i Carlos, miłe chłopaki pracujący przy rozwożeniu worków z ryżem. Musieliśmy jeszcze zawieźć ryż w jedno miejsce, a potem już w długą do stolicy. Jak już dojechaliśmy mówiłam im, że niech mnie zostawią gdziekolwiek, ale gdzie tam - choć nie było im po drodze, dowieźli mnie praktycznie pod sam hostel. I jak tu nie lubić Timorczyków?





2 grudnia, Maubisse – Dili (Timor Wschodni)
Tam gdzie ryż rośnie

Uff, ale gorąco! Wieczór, ale termometr wskazuje 30 stopni, a ja dosłownie płynę (w kontekście pocenia się). A znajomi  z Polski donoszą że w kochanej Ojczyźnie minus 7. Żeby tak wypośrodkować. No i te cholerne komary stąd zabrać.

Wróciłam do Dili. Niestety, dotarło do mnie, że pętla którą chciałam zrobić po Timorze jest w ciągu kilku dni po prostu nierealna do przejechania. Ten transport tutaj, przynajmniej w rejonach górskich jest po prostu koszmarny, no a ja pojutrze mam wylot. Mimo to, dzień był bardzo udany.

Obudziło mnie o 4.30 (!) pianie koguta! Na półtorej godziny przed moim budzikiem. Nie to, żeby zapiał sobie raz – piał tak z kwadrans, jakby się upajał głosem ze swojego dzioba. Obiecałam i sobie, i jemu, że jak tylko będzie okazja zamówić pieczonego kurczaka, to w odwecie na pewno to zrobię!

Kiedy kilka minut po 6-tej wywlokłam się z namiotu, zaciekawione dzieciaki już na mnie czekały. Poszliśmy razem pooglądać widoki, a potem wspólnymi siłami (bo dzieciarnia bardzo chciała pomagać) zwinęliśmy mój namiocik. Wkrótce pojawiła się mama, a zaraz po niej – Franciszek, gospodarz, i nie było zmiłuj się – trzeba było pójść do chaty na kawę ze świeżo wypieczonymi, domowymi bułkami. Gospodarze byli co prawda lekko zawstydzeni, że nie posiadają nic do bułek, ani masła, ani dżemu (to naprawdę biedna rodzina – nie stać ich na takie delikatesy), ale wytłumaczyłam im, że i tak jestem im ogromnie wdzięczna. Tak na marginesie to dzisiaj dokładniej obejrzałam sobie chatę (wczoraj było trochę przyciemno). W rogu izby mają kapliczkę z Matką Boską, na pozostałych ścianach są wycinki prasowe z piłkarzami (to pewnie ze względu na gospodarza), jakieś aktorki (to pewnie dziewczyny) i flaga timorskiej partyzantki z czasów walki z armią indonezyjską.

Bardzo polubiłam tę rodzinkę. Głupio mi było, bo na pożegnanie dzieciaki chciały całować mnie… w rękę. Najstarsze poszły mnie odprowadzić do drogi, tym bardziej że i tak musiały iść po wodę (kwadrans drogi w jedną stronę, z powrotem, z baniakami pod górę).
Przy  drodze postałam sobie trochę, ale że nic nie jechało, to postanowiłam pójść do miasteczka (Maubisse) na piechotę. Fajnie się szło, bo w dół, przez lasy kawowe (faktycznie kawowe zarośla mają tu po kilka metrów wysokości i rosną w sumie zupełnie dziko), z przystankiem przy kilku chatach ze skupiskiem grobów.  Tu tak chowają. Owszem, są normalne cmentarze, ale na wsiach robi się groby obok domów. Łażą po nich psy, dzieciaki siadają sobie na krzyżach… Na pewno w tym wydaniu nie jest to smutne miejsce.

W Maubisse nawet dość szybko złapałam powrotnego pick-upa. Tym razem nie ciężarówę, tylko właśnie zwykłego pick-upa, z ławeczkami na maks 12 miejsc siedzących. Ale nie tutaj. Ruszyliśmy w składzie 20 osobowym, aby po drodze jeszcze pasażerów dobierać. Szczerze mówiąc za każdym razem gdy ktoś się dosiadał wydawało mi się, że nie ma siły – nie ma miejsca na kolejne osoby. Ale kiedy dobiliśmy do 26 i kierowca dalej dobierał, zrozumiałam że tutejsze samochody są jakby z gumy. Poza tym nie ważne że podróż trwa kilka godzin – kozy można wsunąć pod ławki, dzieci upchnąć na podłodze, dorośli faceci mogą trzymać się rusztowania (w razie deszczu zakłada się na nim plandekę) i wisieć w połowie poza autem…

Nie wiem ile w końcu osób załadowano, bo nagle moim oczom ukazały się śliczne tarasy ryżowe i kryte strzechą chatki. Decyzja była błyskawiczna – wysiadam! Kierowca i współpasażerowie nie mogli się nadziwić, że jak to, przecież to „zwykłe” pola ryżowe, no ale dla mnie było tam po prostu bajkowo.
timore3.jpg timore16.jpg

Chodzenie po tarasach okazało się pewnym wyzwaniem, bo groble oddzielające poletka są wąskie i dość niepewne konstrukcyjnie, a wpaść w ryżowisko nie zamierzałam, m.in.  ze względu na ryzyko schistosomatozy (chodzi o wnikające pod skórę ślimaczki drążące sobie potem w naszym ciele kanaliki). W sumie warto było się zatrzymać.

A potem znowu była jazda… Tym razem w prawie pustej ciężarówce (oprócz mnie tylko 5 osób, w tym paląca papieros za papierosem babcia z kozą na sznurku. Co do palenia, to strasznie dużo osób tu pali, poczynając od nastolatków którzy u nas przynajmniej by się kryli. Teraz dla odmiany na pace było głośno (ustawione na full głośniki z których płynęło lokalne disco polo) i adrenalinowo, bo kierowca jechał ze sporą fantazją. Mimo że droga nie miała nawet stumetrowego odcinka prostego, po prostu zakręt po zakręcie, a niektóre to naprawdę mrożące krew agrafki, facet jechał na zasadzie: gaz do dechy, hamulec do dechy i tak na zmianę, włączając w to przed zakrętem jeszcze donośny klakson. Zwolnił nieco dopiero jak dojechaliśmy do miejsca wypadku – kilka godzin wcześniej na zakręcie właśnie zderzyły się dwie ciężarówy (towarowe, bez pasażerów), po czym obie runęły w kilkudziesięciometrową przepaść. Zrobiło się z tego koszmarne „widowisko” – wszyscy stawali i „podziwiali”, zażarcie komentując, żartując, śmiejąc się. Mnie tam wcale do śmiechu nie było – myślałam o tych kierowcach (zginęli) i ich rodzinach, a także o tym by dojechać szczęśliwie do Dili.

Na końcówce drogi do Dili dosiadła się jeszcze sympatyczna dziewczyna mówiąca trochę po angielsku. Wychodzi na to że marzeniem każdego młodego Timorczyka jest… uciec z wyspy. Najlepiej do Australii lub Europy. Tutaj perspektywy są kiepskie – problemy z pracą, a nawet jak się ją znajdzie, to przeciętne zarobki wynoszą 150-200 dolarów miesięcznie. Duża część społeczeństwa wciąż nie umie pisać, a poza językiem Tatum (timorski), żadnego innego nie znają (oficjalnie w szkołach uczą się indonezyjskiego, portugalskiego i francuskiego, ale poziom jest raczej kiepski).


W Dili nawet myślałam o tym żeby jeszcze gdzieś za miasto wyjechać i sobie przebiwakować pod namiotem, ale zwyciężyła chęć skorzystania z internetu i jutrzejszej wycieczki „na lekko”, bez plecaka z całym ekwipunkiem. Zanim pojechałam do hostelu, poszłam jeszcze na bazar. Kupiłam sobie awokado (dolar za 5 sztuk) i kiść bananów (takie małe, bo ponoć im mniejsze tym lepsze smakowo). Namawiano mnie jeszcze na arak (lokalny bimber z palmy), jedynie dolar za litr, ale nie jestem fanką tego trunku (swoją drogą w przewodniku jest ostrzeżenie, że zdarzały się przypadki śmierci i utraty wzroku po tym specyfiku).


A w hostelu najpierw przywital mnie Achilles! Tak nazywa się tutejsze psisko, głupie strasznie, ale z takim wyrazem pyska, że trudno go nie lubić. Na drzwiach dormitorium w którym mam łóżko jest kartka by zamykać drzwi, bo Achilles kradnie różne rzeczy, a potem przerabia je na wióry. Co do złodziejskich zwierząt, to przypomniało mi się, że jak byłam na Bali (3 dni temu) w Małpim Gaju, to małpa, która wskoczyła mi na głowę, bawiła się moim uchem. Delikatnie, nawet przyjemne to było. Dopiero potem zrozumiałam jaki cel miał małpiszon – z ucha zniknął mój kolczyk  :).
 


1 grudnia, jakaś wioska bez nazwy, w okolicach miasteczka Maubesse (Wschodni Timor)
Biwak przy wiosce
 
timore1.jpg timore2.jpg timore12.jpg
Ale w fajnym miejscu dziś biwakuję! Wypatrzyłam tę wioskę z drogi – stałam usiłując złapać stopa, lało jak z cebra, nic od 40 minut nie jechało (nawet jeden samochód), a tymczasem była już 16-ta, więc stwierdziłam, że właściwie to zamiast myśleć o stopie, powinnam wyczaić jakieś miejsce do spania.  Namiocik (mój ukochany North Face ważący 1 kg!) mam ze sobą, śpiwór i Therma-rest też, tak więc jestem z noclegami zupełnie niezależna. W każdym razie widniejące na szczycie stożkowe dachy pokryte strzechą sugerowały że jest to wioska tradycyjna. I rzeczywiście tak jest.

Właściwie to trudno nazwać to wioską. Mieszka tu jedna rodzina – małżeństwo w moim wieku z dwanaściorgiem (!) dzieci. Nie mają bieżącej wody (noszą ją w kanistrach z miejsca odległego o mniej więcej kilometr), gotują na rozpalonym w kuchni ognisku-palenisku, prąd niby jest, choć jego wykorzystanie ogranicza się do dwóch słabiutkich żarówek, telewizji i innych urządzeń elektrycznych – brak. Pan domu pracuje w szkole jako nauczyciel wf-u – do pracy ma 12 km które pokonuje na piechotę! Pani domu zajmuje się dzieciarnią i obrabia przydomowe poletka (głównie z fasolą). A co w tym wszystkim najważniejsze – nikt z nich nie narzeka na swój los, wręcz przeciwnie. Są szczęśliwi bo mieszkają w ładnym miejscu, z widokiem na całą okolicę, nic więcej od życia nie oczekują, cieszą się tym co mają. Podobnie dzieciaki – nie mają właściwie żadnych kupnych zabawek, bawią się tym co mają dookoła – kamieniami, patykami, chłopcy porobili sobie proce. Starsze rodzeństwo zajmuje się młodszym i widać że jest między nimi niesamowita więź.
 

Mimo problemów językowych, dość szybko się zaprzyjaźniliśmy. Zaprosili mnie do spania w domu, ale dobrze wiem, że w namiocie wyśpię się lepiej. Ale z kurtuazyjną wizytą (no i nie powiem – pchana ciekawością) do ich chaty jednak poszłam. Na szczęście miałam na tablecie trochę różnych fotek – z Everestu, Papui, no i z Polski – byli zachwyceni oglądaniem. W zamian ugościli mnie timorską kawą i kolacją – ryżem z jakąś „trawą” (bliżej nie określona zielenina).


A właśnie, co do lokalnej kawy. Timor z niej słynie, bo górzyste wnętrze wyspy i związane z tym warunki klimatyczne, sprzyja uprawom. Serwuje się ją na słodko, często z dodatkiem dużej ilości słodkiego, skondensowanego mleka, co tworzy swoisty „ulepek”. W chacie u rodzinki kawa była bez mleka, słodzona normalnym cukrem. Co do cen to w lokalnej knajpce zapłaciłam za kawę 50 centów – śmiesznie tanio.
Niestety, to co się dzisiaj nie udało, to transport. Fakt, trochę za późno wstałam, bo nie przestawiłam wczoraj zegarka (w stosunku do Bali na Timorze jest +1 godzina), czyli zamiast o 6, wstałam o 7-mej, potem się trochę grzebałam, ale nie zmienia to faktu, że z transportem nie jest tu łatwo. Początkowo zakładałam że powinnam wystartować z jakiegoś dworca mikroletów (busików), ale okazało się, że gdzie tam – najlepiej stać w określonym miejscu (znaku żadnego nie ma) na drodze wylotowej  z miasta. W każdym razie ostatecznie nie jechałam żadnym mikroletem tylko ciężarówą, na pace z lokalsami. Oprócz „ładunku ludzkiego” pakę wypełniały jeszcze liczne kartony, torby, worki, zgrzewki napojów, dwa kurczaki i jedna koza. Koza była biedna, bo się nie miała czego trzymać, więc na zakrętach rzucało ją od jednej „burty” ciężarówy do drugiej.

W końcu po 3 godzinach dojechaliśmy do miasteczka będącego końcem kursu, tylko że zaraz potem okazało się że to wcale nie Maubesse, gdzie myślałam że jedziemy, a położone dużo bliżej  Au… coś tam. Czyli w te 3 godziny zrobiliśmy 40 km!!! Fakt, droga była fatalna, z dołami, wąska etc., ale mimo wszystko.


No cóż, obejrzałam sobie lokalny bazarek, za 1,5 dolca w mocno syfiastej lokalnej spelunce zjadłam rosół z ryżem i kurczakiem, potem podeszłam jeszcze do pomnika zabitych w czasie II wojny światowej aliantów, aż w końcu stwierdziłam, że dobra, trzeba ruszać dalej. Jak na złość widoków na to, że przyjedzie jakiś normalny środek transportu nie było żadnych, tak więc postanowiłam stopować. Nie czekałam długo – zatrzymała się ciężarówa wioząca piasek na budowę. Podjechaliśmy z 15 km i – trzeba było wymieniać koło. Pół godziny w plecy. Potem się rozpadało. Ale jak! Ledwo było coś widać, co przy tej wąskiej drodze i braku barierek chroniących przed wjazdem w przepaść, za fajne nie było.  Na dodatek kierowca i tak do interesującego mnie Maubesse nie dojeżdżał – wysadził mnie wcześniej. To właśnie było to miejsce gdzie utknęłam na dobre i w końcu postanowiłam szukać miejsca na biwak.


Bilans drogi? Przez cały dzień przejechałam 65 km!!! Rany, w takim tempie to przez 2 tygodnie nie objadę tego w sumie małego przecież państewka! I jeszcze ta deszczowa pogoda! Teraz też grzmi, choć nie pada. Może burza przejdzie bokiem, bo w namiocie to akurat żadna frajda.




30 listopada, Dili (Timor Wschodni)
Trudne początki
 
Flaga Wschodniego Timoru. Mój pierwszy timorski autostop - z grupą wracających z plaży nastolatków. Plaże w okolicach Dili.
Mała modelka. Ładnych dziewczyn jest na wyspie mnóstwo. Świeżo zrobiony sok z awokado, z dodatkiem czekolady :).  

Timor Wschodni (Timor-Leste) to jedno z najmłodszych państw świata. Przestał być portugalską kolonią dopiero w 1999 roku, ale co z tego, skoro zaraz potem teren ten zajęły wioska indonezyjskie. Zakłada się, że armia indonezyjska zabiła 100-200 tys. Timorczyków – jak na tak niewielki obszar to dużo.  Skończyło się interwencją ONZ i przeprowadzaniem referendum, w którym 78,5 % mieszkańców wybrało niepodległość. Jednak z proklamowaniem wolnego Wschodniego Timoru (bo zachodnia część podzielonej wyspy pozostała indonezyjska) trzeba było poczekać do 2002 roku. Potem zresztą też wcale nie było różowo. Świadczy o tym choćby zamach stanu z 2008 roku i ogólnie kiepska sytuacja polityczno-gospodarcza tego kraju. Wciąż jest to jeden z najbiedniejszych krajów świata i szczerze mówiąc nie sądzę aby mu się szybko polepszyło.


Niestabilną sytuację kraju odzwierciedla mój dzisiejszy lot tutaj. Przychodzę sobie na lotnisko w Denpasar (Bali) wymagane 2 godziny wcześniej, szukam na lotniskowych ekranach gdzie moja odprawa, a tu nic, nie ma takiego lotu! Serce mi zaczęło szybciej bić, że może pomyliłam daty, ale sprawdzam – na bilecie czarno na białym stoi że mam bilet na 10 raną, a zegarek wskazuje 8. Aż tu nagle wyświetla się: lot do Dili – „last call”… Gonię do stanowiska odpraw, a tam mnie podobnych ileś osób – wszyscy przyszli wyluzowani że tyle czasu, a tymczasem dowiedzieli się, że samolot ma wystartować ponad 1,5 godziny przed czasem. A tymczasem miłe dziewczę szczebiocze że no problem, lot przyśpieszyli, ale polecimy po południu. No nie, poniosło mnie. Na ogół jestem spokojna, ale tym razem zrobiłam awanturę. Skuteczną, bo start samolotu wstrzymano, a mnie plus 6 innych osób szybko przeprowadzono na skróty przez wszelkie kontrole.


W ten to sposób znalazłam się na Timorze 1,5 godziny wcześniej niż miałam w planach, na dzień dobry nadziewając się na czterech Słowaków. Zaskoczenie, bo Timor Wschodni nie jest kierunkiem turystycznym, a tu jeszcze Bracia Słowianie. Chłopcy zabrali mnie do swojej taksówki, proponowali też że mogę zamieszkać z nimi, bo mają wolne miejsce w pokoju, ale powiem szczerze – zamiast mieszkać w dobrym pokoju, wolę swojski „backpacker hostel” (chyba jedyny w mieście), z towarzystwem obieżyświatów z różnych krajów. W ten to oto sposób płacąc 12 dolców dziś śpię na piętrowym łóżeczku w 12-osobowym dormitorium, ale ogólnie w pokoju mamy puchy – poza mną jest jeszcze tylko Japończyk i Australijczyk.


No dobra, a jak miasto, czyli Dili (stolica)? Szczerze mówiąc to jedna z brzydszych stolic, jakie znam. Położona ładnie, nad zatoką morską, zabudowana niskimi domami (najładniejsze budynki to ambasady różnych krajów i całkiem elegancki pałac prezydencki), ale całość sprawia wrażenie prowizorki – tak bez ładu i składu. Na dodatek trudno się zorientować gdzie się jest, bo nie ma żadnych nazw ulic. Są za to różne billboardy - że Timorczycy muszą razem patrzeć w przyszłość (trąci nieco komunizmem), albo uświadamiające - o naturalnym planowaniu rodziny (to kościelne), czy że panująca tu denga - może zabić (nie ma na tę chorobę żadnego zabezpieczenia). A jak ludzie? Ano świetni! Bardzo komunikatywni, otwarci, sami zagadują, chcą wspólne fotki.

W ramach oglądania tutejszych atrakcji pojechałam kilka kilometrów za miasto zobaczyć wielkiego Chrystusa, który podobnie jak ten w Rio (ten z Rio ma ponad 30 metrów, ten stąd – 27 metrów) ma błogosławić miastu. Jakby nie było zdecydowana większość społeczeństwa to katolicy. Ledwo mogłam „zdobyć” wzgórze z Chrystusem, bo ciągle mnie ktoś zaczepiał, prosząc o wspólne zdjęcia. Również na powrocie – wracałam „stopem” i załapałam się na pick-upa wiozącego młodzież wracającą z plaży – całą drogę pokonaną z nimi na „pace” spędziliśmy na przystrykaniu wspólnych fotek.

A co do plaży, to ładne tu mają… Co ważne – kobiety,  w tym już młode dziewczyny, nie paradują w kostiumach kąpielowych, tylko kąpią się w koszulkach i krótkich, a często nawet i w długich spodniach. Swoją drogą nie brak tu naprawdę ładnych dziewczyn! Z kolei faceci widać że dużą wagę przykładają to tężyzny fizycznej. Mnóstwo z nich ćwiczy, biega, więc pewnie nie na darmo jedną ze sztandarowych imprez wyspy jest styczniowy maraton.


Gdzie jeszcze byłam? W katedrze. Ponoć jest to największa katedra katolicka w południowo-wschodniej Azji, i jak się okazało – na popołudniowej, niedzielnej mszy św. – pełna. Zostałam na mszy bo świetnie śpiewają – aż miło było słuchać. Z zaobserwowanych spraw – w gronie ministrantów jest tu tyle samo chłopców, co dziewczyn!
A na koniec dnia poszłam na tzw. Waterfront, czyli nabrzeże, gdzie ponoć wieczorami przychodzą tłumnie lokalesi. Dzisiaj nie przyszli, bo się rozpadało. Zmokłam do suchej nitki, bo oczywiście kurtkę zostawiłam w hostelu. Na poprawę nastroju poszłam sobie do lokalnej knajpki gdzie co prawda z menu nic nie zrozumiałam, ale trafiłam dobrze – na ryż z warzywkami. W ramach rozszyfrowywania lokalnych nazw wzięłam sobie do tego jeszcze soczek figurujący pod tajemnicza nazwą „Albooat”. Pani nie umiała wytłumaczyć o jaki owoc chodzi – dopiero później okazało się żę to zmiksowane awokado z dodatkiem… czekolady. 



29 listopada, Bali (Indonezja)
O kawie z kupy i małpie na głowie
 
No cóż,pozwoliłam sobie wejść na głowę :) Nagrobki oczekujących na kremację. Widoczna swastyka nie ma nic wspólnego z nazizmem - to jeden z tradycyjnych symboli hinduizmu. Tak wygląda cyweta, co ziarna kawy lubi jeść. Tarasy ryżowe w okolicach Ubud.

Super udany dzień. To dzięki Karolinie (pisałam o niej dzień wcześniej), która załatwiła mi na dzisiaj samochód z kierowcą.


Wprawdzie główny cel wyjazdu – Kintamani, czyli położone u stóp wulkanu malownicze jezioro widziałam tylko… na pocztówkach (jak tam przyjechaliśmy lało i nic kompletnie widać nie było) ale wycieczka po wyspie i tak była pełna wrażeń. Pooglądałam sobie  urokliwe tarasy ryżowe (niestety, tam też akurat lało), w jednym z licznych tutaj „Małpich Lasów” pofotografowałam „krewniaków” (jeden z kolegów-makaków bez krępacji wskoczył mi na plecy i następnie usiadł na głowie). Przy małpach był też cmentarz (to że małpy siadają tu sobie na nagrobkach, nikogo nie dziwi). Większość mieszkańców Bali to hinduiści, tak więc po śmierci są kremowani. Problem jednak w tym, że kremacja jest bardzo droga i wiele rodzin na nią tak od razu nie stać. W takim przypadku zmarłego chowa
 się do ziemi „na przeczekanie” (stąd te nagrobki), a jak rodzina kasę na ceremonię kremacyjną uzbiera, wtedy dopiero wykupuje się resztki nieboszczyka i się go spala. A co do różnych, szokujących może niekiedy zwyczajów (już niepogrzebowych), to odbywają się tu walki kogutów. Ptakom przypina się do łapek ostre jak brzytwa ostrogi no i zaczyna się pojedynek. Oczywiście to rozrywka dla miejscowych, bo turystom raczej nikt się tym nie chwali.


No i jeszcze kawa! Na Bali uprawia się kawę m.in. w odmianie balijskiej (taki gatunek, bo kawa „arabica” też tu rośnie), ale najsłynniejsza to ta zwana „Luwak Coffee”. W tym wypadku nie chodzi o jakiś gatunek krzewów – kluczem do sukcesu, wyjątkowego zdaniem koneserów smaku, są cywety, sympatycznie wyglądające zwierzaki, które dojrzewające owoce kawy zjadają, no i oczywiście też je wydalają. Na to tylko czekają ludziska – odchody są zbierane, potem czyszczone, tak by odzyskane ziarenka (uprzednio w przewodzie pokarmowym
cywet odpowiednio fementujące) móc wyłuskać i uprażyć. Cały proces przygotowywania takiej kawy odbywa się ręcznie i wymaga czasu, co wpływa na ostateczną cenę kawy Luwak Kopi – około 500 dolarów za kilogram! Linda, młoda dziewczyna której rodzina zajmuje się kawowym biznesem, tłumaczyła mi, że ich plantacja jest już jedną z nielicznych, gdzie pozyskiwanie takiej kawy odbywa się zgodnie z tradycyjnym sposobem. Czyli że owszem, jest kilka cywet zamkniętych w klatkach, żeby można je było pokazać turystom, ale tak naprawdę to bazuje się jednak na cywetach żyjących dziko, bo tylko to daje gwarancję jakości pitej potem kawy. Problem w tym, że dieta zwierzątek jest bardzo zróżnicowana – na ogół jedzą różne owoce, a kawę raczej rzadko, wybierając przy tym najlepsze, najbardziej dojrzałe ziarna. Tymczasem na coraz liczniejszych plantacjach żeby uprościć wyszukiwanie wydalonych ziaren, cywety trzyma się w niewoli, narzucając im dietę, dla zwiększenia zysku opartą głównie na owocach
krzewów kawowych. Tylko że wtedy nie zawsze są to ziarno najlepszego sortu, nie mówiąc o tym, że więzienie cywet też nie zasługuje na pochwałę. A jak smakowo ta kawa, za przeproszeniem - z kupy? Ja akurat smakoszem kawy za bardzo nie jestem, więc okej, dobra była, ale powiem szczerze – najbardziej smakowała mi zwykła kawa balijska z dodatkiem kokosa. Ale jak już się na Bali przyjedzie – kawę Kopi Luwak na pewno warto, choćby i z ciekawości kupić.

 

27, 28 listopada, Bali (Indonezja)
Koniec z dżunglą

Carolina w  czasie naszej kolacji na plaży.Aż trudno nam uwierzyć że jeszcze kilka dni temu byliśmy w dżungli Papui, przeklinaliśmy błoto, ciągły deszcz i przedzieranie się przez zarośla, no a teraz już mamy to o czym tak na Papui marzyliśmy – upragnione plaże Bali.

Właściwie to wyprawa już się oficjalnie skończyła i towarzystwo się porozjeżdżało. Wczoraj jeszcze poszliśmy z Arkiem, Szczepanem, Sławkiem, Ricardem, Unaiem, Edem i Samem (polsko-hiszpańsko-argnetyńsko-brytyjski miks) na pożegnalne piwo, a dzisiaj już zostałam sama. Zresztą ja też już pojutrze wylatuję – na Timor Wschodni. Z Unaiem umówiliśmy się w Australii na wspólne zdobywanie Góry Kościuszki, ale to dopiero za ponad tydzień.

Dziś z kolei na kolację i może nie tyle piwo, co sok z oryginalnie wyciętego kokosa wyciągnęła mnie Caroline, przemiła dziewczyna z Adventure Indonesia, firmy organizującej wyprawę na Piramidę Carstensza. Fajne miejsce wybrała – stoliki ustawione na plaży, wprost na piasku, z widokiem na Ocean i błyszczący w górze księżyc. Wreszcie poczułam że jestem na wakacjach w tropikach. A w Polsce ponoć przymrozki.



Blog z wyprawy na Piramidę Carstensza, najwyższy szczyt Oceanii (4884 m), czyli przejście trudnej dżuńgli na Papui plus część wspinaczkowa -  zapraszam tutaj


25 października, Walencja (Hiszpania)
Z safari na stadion
 
wal5.jpg wal6.jpg wal8.jpg

Walencja chlubi się ponoć najlepszym w Europie ogrodem zoologicznym. Skoro tak to wypadało je zobaczyć.  Przyznaję, szłam dość sceptycznie nastawiona, no bo co to za przyjemnosć oglądać zwierzaki w klatkach, a tymczasem to co zobaczyłam przebiło moje oczekiwania. Zoo jest rzeczywiście świetne, bo nie ma w nim klatek, wybiegi są duże i urządzone z niesamowitą inwencja. Po raz pierwszy mogłam popatrzeć „spod wody” na zanurzonego hipopotama, zrobiłam wreszcie porządne zdjęcia nosorożcom (byłam tyle razy na safari, a jednak nigdy się to nie udało), zakochałam się w gorylu, natrzaskałam fotek surykatkom i ogólnie spędziłam wśród zwierzaków miłe przedpołudnie.



W ramach obiadu przeszliśmy kurs gotowania paelli, uważanej na świecie za hiszpańskie danie narodowe. Szczerze mówiąc to  nie wiedziałam, że paella pochodzi właśnie z Walencji (czyli to nie tyle danie hiszpańskie, ale raczej walencjańskie). Oryginalna wersja stąd to ryż z fasolą, kurczakiem i królikiem. Co do ryżu to się go wcześniej nie gotuje - wrzuca na patelnię surowy, a że na patelnię wcześniej wlewa się wywar, to ryż dojdzie do siebie wchłaniając płyn. I jeszcze - ryż jest zwykle lokalny, czyli nie żaden tam chiński, tylko z upraw w Hiszpanii (koło Walencji jest trochę ryżowych poletek). Patelnia to taka jak na zdjęciu - z dwoma uchwytami, bardzo ciężka, używana przeważnie wyłącznie do paelli. A skąd nazwa "paella"? Z różnych wersji jakie słyszałam najbardziej podoba mi się poznana tutaj. Ano w dawnych czasach, kiedy miejscowi rolnicy pracowali 7 dni w tygodniu, a tylko po południowej mszy w niedziele robili sobie wolne, faceci zwyczajowo odciążali w niedzielę swoje żony, gotując paellę. Jak się mówiło: gotowali "dla niej", a to po hiszpańsku "para ella". Potem jedną sylabę wyrzucono i wyszło własnie "paella".



Na koniec dnia razem z jednym z kolegów poszliśmy zobaczyć sobie Mestallę – stadion na którym gra miejscowa drużyna piłki nożnej (F.C. Walencja). Nie to, żebym była jakąś fanką futbolu, wręcz przeciwnie. No ale stwierdziłam że skoro już tu jestem, to może warto ten stadion zobaczyć, zwłaszcza że może zaimponuję 4-letniemu chrześniakowi, który właśnie poszedł do piłkarskiej szkółki :). W każdym razie stadion zrobił na mnie wrażenie bo rzeczywiście jest ogromny (60 tys. widzów), a mogliśmy zajrzeć też i do szatni (pokazana obok na zdjęciu), i do różnych innych zakamarków. Dzisiaj dla miejscowych kibiców był zresztą ważny dzień, bo klub został kupiony przez jakiegoś biznesmena z Singapuru. Teraz wszyscy liczą na zastrzyk gotówki, co może dałoby klubowi szansę na ponowne sukcesy (dawniej miejscowa drużyna zaliczała się do europejskiej czołówki).




24 października, Walencja (Hiszpania)
Fiesta, sjesta i maniana
 
wal1.jpg wal3.jpg wal2.jpg

Jak widać za długo w domu nie pobyłam - dopiero wróciłam z Kalifornii, no a teraz już Walencja (a w międzyczasie wypadły jeszcze dwa dni spędzone w okolicach Pułtuska :).


Pomyślałam sobie, że Walencja to miasto, gdzie mogłabym się przenieść na emeryturę. Pogoda rewelacja – statystycznie tylko 14 dni deszczowych w roku, a nawet teraz, późną jesienią, temperatury rzędu 25 stopni (3 dni temu było ponoć 40!, ale to „wina”  powietrza znad Sahary). Cenowo – podobnie jak w Polsce, jedzenie – super (no, może tylko z dodawanych do mnóstwa potraw ośmiorniczek bym zrezygnowała), no i fajni ludzie. Obowiązujące tu hasło będące kwintesencją lokalnej mentalności, czyli: fiesta, sjesta i maniana, też by mi w sumie nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie :). 

Poza tym to takie „przyjazne” miasto. Niby trzecie co do wielkości w Hiszpanii, ale nie przytłacza, wręcz przeciwnie – jest przyjemne, bo ma ładną starówkę, blisko morze z pięknymi plażami, a przez środek miasta biegnie mający 12 km park (zrobiono go na miejscu dawnego koryta rzeki; rzekę skierowano na obrzeża). Park jest super – wiem, bo poszłam tam rano biegać (takich jak ja było mnóstwo, bo tutejsze ludziska są sportowo bardzo aktywne).



Co do tej starówki i jej ciekawostek to w miejscowej katedrze mają legendarny kielich uważany za Świętego Graala, czyli ten, którego w czasie Ostatniej Wieczerzy miał ponoć używać Jezus (kościół oficjalnie potwierdził, że tak, to ten!). Swoją drogą warto się wdrapać na dzwonnicę katedry (dwieście kilka schodów), bo panorama jaka jest z góry wynagrodzi trudy tego wchodzenia.


Ale nie mniej ciekawa niż Starówka jest tu też nowoczesna architektura. Zresztą zobaczcie sobie na zdjęciu obok. W tego typu budynkach mieści się m.in. Muzeum Nauki i Akwarium. Co do akwarium to hitem jest przeszklony tunel w którym dookoła mamy rekiny. Coś podobnego widziałam w Sydney, ale w końcu łatwiej nam chyba wyskoczyć do Walencji niż do Australii.



16 października, w samolocie z Los Angeles do Warszawy
O Ameryce - trochę (ale nie tylko) religijnie.
kal13.jpg kal14.jpg kal1.jpg kal4.jpg


Wyjazd do Kalifornii był tak intensywny, że w ogóle nie było szans na pisanie. No ale kiedy jeżdżę z grupami, jako ich pilot, to tak już bywa - najpierw praca, a potem prywata i przyjemność (czyli np. pisanie bloga).   


Nie będę opisywała tego co tu zwiedzaliśmy, bo to akurat "turystyczne standardy" (poza wspomnianym już Las Vegas i Wielkim Kanionem Kolorado jeszcze San Francisco, park narodowy Yosemite, Dolina Śmierci, Los Angeles z Holywood etc.), ale trochę o tym jakie są Stany. No więc dla mnie osobiście są... dziwne. Fajny kraj na wakacje, ale do zamieszkania na stałe - już nie (podkreślam: to moje osobiste zdanie). Nawet nie  umiem wytłumaczyć co tam mi nie gra: jedzenie, biurokracja, sztuczność, megalomania (wszystko najlepsze, największe, najwspanialsze) i mnóstwo innych "drobiazgów". Może po prostu mam inne nastawienie do życia.
Przykład? Zabrałam grupę w Los Angeles na cmentarz Forest Lawn Glendale gdzie pochowano wiele znanych osób. M.in. Michaela Jacksona (przy kaplicy gdzie leży fani ciągle kładą kwiaty) czy naszego wybitnego malarza - Jana Stykę (do niego zaraz jeszcze wrócę). W każdym razie w samym centrum tego cmentarza, po którym notabene jeździ się samochodami (my np. autokarem), a na groby wjeżdża się mechanicznymi kosiarkami, zlokalizowane jest muzeum... motocykli. Myślałam że to jednoślady jakiegoś pochowanego tam słynnego motocyklisty, ale gdzie tam. Pytam pani z muzeum w jakim celu zrobiono to muzeum:

- For fun! - usłyszałam (dosłownie: dla fanu).
Po prostu boki ze śmiechu zrywać. Super fajne - wystawa motocykli w otoczeniu grobów. Nie wiem, mi akurat jakoś nie pasuje. Dla mnie cmentarz to cmentarz - może niekoniecznie miejsce śmiertelnej powagi, no ale jednak nie "dla funu".               

Albo inny obrazek, też natury religijnej. Sklep z pamiątkami w chińskiej dzielnicy w San Francisco. Z jednej strony półki z  t-shirtami (całkiem fajne i niedrogie), kiczowate miniaturki słynnego mostu Golden Gate, a w środku figurki. Jakie? No więc stoi koło siebie Matka Boska, Jezus, a w środku Spider Man, trochę dalej jeszcze Shrek. I znowu: nie jestem osobą religijną, ale mimo wszystko jakoś mi ten zestaw nie gra. Ale może przesadzam?


Ale żeby  nie było ze tylko narzekam i że mi się Ameryka nie podoba... Wrócę do tego Jana Styki o którym wspomniałam na wstępie. Otóż ku mojemu zaskoczeniu przygotowując się do tego wyjazdu odkryłam że na wymienionym cmentarzu w Los Angeles nasz wybitny malarz jest pochowany, a przy okazji jest tam też jego niezwykłe dzieło - 60 metrowej długości obraz "Golgota", czy jak kto woli: "Ukryżowanie". Ponoć to największe w świecie dzieło o tematyce religijnej. Wrażenie robi potężne, bo aby go obejrzeć zasiada się w sali takiej jak w teatrze, przy wygaszonym świetle, po czym gdy na sali jest zupełna cisza, rozsuwa się kurtyna i wyłania się te wielgachne malowidło. Jak trafiło do Stanów? Otóż miało być pokazane w St Louis na Wystawie Światowej w 1904 roku, ale czegoś tam nie domówiono,
mało tego - zabrakło pieniędzy na zabranie obrazu z powrotem do Polski i trzeba było go zlicytować. Ostatecznie obraz zakupił milioner z Los Angeles, no i ostatecznie dziełem chlubimy się nie my, Polacy, a Amerykanie, którzy o Janie Styka mówią: Dżon Stajka.


I na koniec jeszcze o jednym naszym rodaku o którym mało kto wie, że to Polak, a tymczasem w Alei Gwiazd w Hollywood ma nawet swoją "gwiazdę" (chodzi o te słynne gwiazdy na chodniku, w okolicach teatru gdzie rozdawane są Oskary). Ów Polak to: Max Factor. Jestem pewna że mało kto kojarzy że to w rzeczywistości urodzony w Zduńskiej Woli wybitny charakteryzator filmowy Maksymilian Faktorowicz. Słynna firma kosmetyczna "Max Factor" założona została właśnie przez niego. On też wymyślił powszechnie stosowany do tej pory termin "make up". Jeśli chcecie się jeszcze coś o nim dowiedzieć - zajrzyjcie tutaj .         


       
13 października, Las Vegas, Grand Canyon
Wenecja na pustyni, indiański helikopter
 
kal6.jpg kal16.jpg kal10.jpg kal2.jpg

Dotarliśmy do Las Vegas (ja i moja grupa). A skoro jesteśmy w mieście rozpusty i hazardu, to stwierdziłam że wypada w kasynie zagrać. Przeznaczyłam na ten cel 5 dolców, ale już po dwóch odkryłam, że hazard mnie nie wciąga (mimo że wygrałam - 15 centów!  :)  ), pozostałe trzy schowałam do kieszeni i ruszyłam w miasto. Na dzień dobry, czy raczej dobry wieczór dostałam ulotki z dziewczynami na telefon (najtańsze za 35 dolarów), choć trochę zdziwiona zapytałam wręczającego je pana czy wyglądam na osobę potrzebującą kobiety (?), a potem pochłonęła mnie już nocna sesja zdjęciowa. Co jak co, ale
w pomysłach na wyróżnianie się twórcy kasyno-hotel są nieźli. Nasz, ten w którym mieszkamy, to Luxor - ma wygląd wielkiej piramidy strzeżonej przez sfinksa (tak na marginesie to moloch jaki trudno sobie wyobrazić - ponad 4 tysiące pokoi!). Po sąsiedzku mamy Excalibur który wygląda jak zamek z bajki (ponoć ma nawiązywać do legendy o rycerzach króla Artura), dalej jest m.in. New York-New York ze Statuą Wolności, Paris z Wieżą Eiffle`a i Łukiem Triumfalnym niewiele mniejszym od prawdziwego, poza tym m.in Ceasar Palace gdzie można poczuć się jak w starożytnym Rzymie, a z boku jest wypisz-wymaluj Fontanna di Trevi, do tego Venetian - kasyno kopiujące Wenecję (zrobiono np. Pałac Dożów, dzwonnicę z placu Świętego Marka, a po kanałach można przepłynąć się gondolą) itp. itd. A do tego tłum rozbawionych, tudzież napitych/naćpanych przybyszy z przeróżnych stron świata i w różnym wieku, chociaż aby zagrać w kasynie trzeba mieć minimum 21 lat.


Ale Las Vegas to też dobry punkt wypadowy na wycieczki. Na przykład nad zachodni brzeg Wielkiego Kanionu Colorado, gdzie zrobiono SkyWalk - wypuszczony ponad krawędź kanionu szklany podest. Dla mnie nieco przereklamowany, ale zależy co kto lubi. Ponoć fajny był lot helikopterem, bo w głównej części Kanionu, tam gdzie jest park narodowy, ze względu na ochronę przyrody do Kanionu się nie wlatuje, no ale zachodni brzeg parkiem nie jest, tylko należy do Indian, którzy mają swoje udziały w helikopterach, dzięki czemu zezwalają na wylądowanie na samym dole, przy rzece, 1200 metrów poniżej miejsca startu. Gorzej bo chcą za to ponad 200 dolarów, tak więc musiałam odpuścić. Jak wygląda dno Kanionu i tak wiem, bo kiedyś miałam okazję zrobić sobie wycieczkę w dół (pieszą).


A co do widoków to Grand Canyon jest fajny, ale na mnie największe wrażenie zrobiła Dolina Śmierci, a zwłaszcza widoczek, którego nie miałam okazji zobaczyć  przejeżdżając te pustynne tereny autostopem (ileś lat temu). Chodzi o tak zwany Zabrisky Point (od nazwiska gościa który kierował znajdującą się tam kopalnią boraksu). Ale odjazdowy widok tam jest! Wiele pustyń widziałam, ale ta z Doliny Śmierci należy do moich ulubionych (przy okazji - to także jedno z najgorętszych na świecie miejsc, no i najniższy punkt USA - depresja mająca minus 87 metrów!).




28 września, Warszawa
Mój pierwszy maraton
 
mar6.jpg mar1.jpg mar4.jpg mar2.jpg

Dziś biegłam w Maratonie Warszawskim (przypomnę: dystans 42 km 195 m. Mało kiedy jestem z siebie po biegach zadowolona, ale tym razem nawet jestem. Poszło lepiej niż myślałam. I to mimo tego, że ostatnie 3 tygodnie byłam w Azji, gdzie prowadząc grupę miałam trochę utrudnione trenowanie (coś tam jednak kosztem wysypiania się biegałam) i że przez ostatnie dwie noce po powrocie dobiła mnie różnica czasu, tak więc trudno przy bezsennych nocach mówić o właściwej regeneracji.


Początkowy cel był prosty: przebiec maraton, z naciskiem na "przebiec" (nie "przejść"), a czas nie ważny. No ale jak przyszło co do czego, czyli do konieczności zadeklarowania się na jaki czas wystartować (bo od tego uzależnione jest gdzie stanie się na starcie), stwierdziłam że spróbuję obstawić 4 godziny 20 minuty. Po konsultacji z dużo bardziej doświadczonymi ode mnie i ostrzeżeniach że za szybkie tempo początkowe może mnie z biegu wyeliminować, zaczęły mnie nękać dylematy, że przesadziłam - może sensownie będzie 4:40.  Ostatecznie uznałam że najlepsza będzie opcja środka - 4:30, no i tam też stanęłam, tuż obok prowdząego tę grupę "zająca" (doświadczonego biegacza utrzymującego na dany czas równe tempo).

W drodze na start (podwoził mnie Paweł) drogę przeciął nam czarny kot. Przesądna nie jestem, no ale wiecie, mamy XXI wiek, a wolałabym tego kocura nie spotykać. Uliczka była jednokierunkowa więc zawrócić i tak nie było jak.


Biegło się super. Pierwsze 10 km przebiegłam spokojnym tempem z tą swoją grupą na czas 4:30, ale potem uznałam że zaryzykuję i jednak przyśpieszę. Ostatecznie dogoniłam grupę na 4:20 i ją również przegoniłam, meldując się na mecie z czasem 4 godzin 17 minut i świadomością, że w sumie mam zapas sił na lepszy wynik. W każdym razie żadnych skurczy , mroczków przed oczami, słynnej "ściany" po 30 km (kiedy to człowiek nie jest w stanie zrobić kolejnych kroków), nic takiego nie miałam. Owszem, po 35 km trochę bolały mnie już nogi, ale nie na tyle, żeby zwalniać (zresztą mówiłam sobie: im szybciej dobiegniesz, tym szybciej odpoczniesz). A jaka to radość jak już się wpada na Stadion Narodowy (bo tam właśnie kończył się maraton)! Nawet łezkę ze wzruszenia uroniłam.
 
W ogóle fajny był ten bieg. Po pierwsze - można było spojrzeć na Warszawę z innej perspektywy. Trasa była sama w sobie ciekawa (Most Poniatowskiego-Marszałkowska-dookoła Starówki-Wisłostradą do Wilanowa-Ursynów - Puławską do Alej Jerozolimskich i ostatecznie na Stadion Narodowy), ale to jednak inaczej jeździć po ulicach, a inaczej po nich biegać (w dodatku przebiegając na czerwonym świetle :)  ). Najlepszy był  tunel - normalnie ruchu pieszych tam nie ma, a teraz jeszcze biegacze sprawdzając jego akustykę wykrzykiwali przeróżne okrzyki.

Druga rzecz to kibice! Ludzie byli naprawdę niesamowici - krzyczeli, klaskali, wiele osób miało specjalnie przygotowane hasło. Jeden gościu stał z plakatem: "Dla mnie wszyscy jesteście wariatami" i pod spodem: "Szacun". Albo a propos tej osławionej "ściany" czyli osłabienia po 30 km, czego tak boją się biegacze. No więc ktoś tam miał transparent: "Trasa sprawdzona. Żadnej ściany nie ma".

Z kibiców najwięcej sympatii wzbudzały u mnie dzieciaki (do których należał też mój 4-letni chrześniak, Adaś) i starsze kobitki, siwowłose panie, machające i wykrzykujące że damy radę. Nie wiem jak na innych, ale na mnie taki doping działa.


A właśnie. Dziękuję wszystkim którzy mi kibicowali (teraz mówię o stojących na trasie znajomych czy osobach z rodziny), ale szczególne podziękowania mam dla:
- Wojtka T. (kolegi jeszcze z liceum :) ) za wspólne treningi, rady, podanie mi na 15 km butelki z izotonikiem i wspólne przebiegnięcie 1 km :)
- Krzysia z Sopotu - też za rady, porannego smsa przekonującego że "dam radę", a potem internetowe śledzenie moich poczynań na trasie
- chłopaków z firmy Ergo Sport za zrobienie mi miesiąc temu testów jak stawiam przy bieganiu stopy (polecam każdemu) a potem dopasowania mi cudownych butów (z dużą zniżką, bo inaczej bym nie mogła ich kupić).
- Mariusza z firmy kulturystyka.sklep.pl który zaopatruje mnie w Carbosnack`i i inne odżywki sportowe, dzięki którym mam doładowanie energetyczne (na samych bananach rozdawanych po drodze chyba nie dałabym rady)
- Justyny, koleżanki reprezentującej w Polsce szwajcarską firmę Sportique która ma różne fajne kremy i żele przeciw otarciom, na zmęczone mięśnie etc. Justa sama biega, więc dobrze wiedziała co mi się przyda :)
- no i jeszcze: mój kochany mąż, który sam nie biega, ale każdy mój bieg mocno przeżywa, kibicuje na trasie i wita na mecie, na koniec zawsze stwierdzając, że skoro przybiegam niespecjalnie zmęczona, to znaczy że nie dałam z siebie wszystkiego. Chyba ma rację, ale w takim razie jest szansa że następnym razem  będzie jeszcze lepiej.                                                                                                                                            



25 września, w czasie lotu z Pekinu
O kraju bez facebooka i jak to jest z podróbkami
 
tygr40.jpg tygr45.jpg tygr42.jpg tygr41.jpg

Kilka dni jakie spędziliśmy w Chinach minęło mi wyjątkowo szybko, intensywnie, a zarazem miło (to zasługa mojej naprawdę fajnej grupy). Co do tej intensywności to zaczynałam dzień wcześnie rano (a wstawać wcześnie nie znoszę), no bo to już ostatnie dni przed niedzielnym maratonem, tak więc wolałam trzymać się twardo mojej treningowej rozpiski. W Pekinie robiłam sobie pętelki wokół Zakazanego Miasta, w Xian – wzdłuż zabytkowych murów miejskich, w każdym razie po raz kolejny przekonałam się, że jak się chce, to biegać można wszędzie.


W Chinach nie byłam dobre kilka lat, tak więc sama byłam ciekawa, co się w tym kraju dzieje. Zabytki się rzecz jasna nie zmieniły – Terakotowa Armia jak stała tak stoi, Chiński Mur też, Zakazane Miasto czy Pałac Letni – podobnie. Na placu Tiananmen w Pekinie wciąż wisi porter Mao, którego mauzoleum jest tak samo oblegane jak kiedyś (mimo tego, że tłumy zwiedzających nigdy nie wiedzą, czy oglądają oryginalnego, zabalsowanego Wodza, czy jego woskową kopię). Cenzura też na tym samym poziomie co dawniej – skrzynki mailowej nie dane mi było sprawdzać, bo serwer gazeta.pl wciąż jest w Chinach blokowany, podobnie jak i inne serwery e-mailowe (swoją drogą w Chinach nie działa także Facebook czy Twitter).

Ale ileś rzeczy się jednak zmieniło. Ubyło rowerów – przybyło samochodów (gorzej, bo wielu Chińczyków ma słabe pojęcie o przepisach ruchu drogowego, więc panuje wolna amerykanka), Chińczycy mniej plują (pluciu – nawet w sklepach czy w autobusach towarzyszyły odpowiednie efekty dźwiękowe), a jeśli chodzi o sprawy socjalne to zaczęto odchodzić od polityki zgody na tylko
jedno dziecko w rodzinie (swoją drogą coraz więcej Chińczyków już w ogóle nie chce mieć dzieci). No i ogólnie jest jakoś bardziej „światowo”. Zwłaszcza w architekturze! Najbardziej pod tym względem zaimponował nam Szanghaj w którym wyrosły naprawdę niesamowite wysokościowce. Już prawie na ukończeniu jest budynek, który ma ok. 600 m i ma zostać drugim co do wysokości budynkiem świata (bo najwyższym wciąż pozostanie jeden taki w Dubaju). My wjechaliśmy sobie na jego sąsiada – biurowiec w którym na setnym piętrze, prawie pół kilometra (!) nad ulicą zrobiono taras widokowy. Widok zapiera dech, tym bardziej że miasto jest ogromne (według tego co mówił nasz przewodnik: 24 mln mieszkańców!). Inna ciekawa opcja widokowa to popatrzenie sobie na dzielnicę nowoczesnych budynków z deptaku przy tzw. Bundzie – najlepiej nocą, bo wtedy budynki są kolorowo podświetlone.


A co jeszcze ciekawego jeśli chodzi o Chiny? No więc ku mojemu zaskoczeniu w Pekinie wywołano wojnę podróbkom! Naprawdę! Nie ma już straganów obwieszonych podrabianymi kurtkami North Face`a czy torebkami niby-Gucci. Owszem, można je kupić, ale dopiero jak ktoś potajemnie wyciągnie je spod lady, a najlepsze jakościowo, najdroższe rzeczy niby znanych firm w ogóle kupuje się w konspiracji. Przekonaliśmy się o tym, jak zapytano nas czy chcemy iść na „Black market”. Myślałam że chodzi o zwykły bazar, ale gdzie tam… Zwieziono nas na jakiś podziemny parking, pusty niczym w kryminalnym filmie, potem podprowadzono do zamkniętych na cztery spusty metalowych drzwi, które po wykonanym przez pewnego Chińczyka telefonie, na określone hasło otworzyły się. W rezultacie coś co wyglądało z zewnątrz na drzwi do zsypu śmieci albo zapomnianego przez świat magazynu, okazało się eleganckim sklepikiem pełnym podrób torebek z logami znanych firm i niby-markowych zegarków. Wprawdzie nic nie kupiłam, ale zobaczyć jak działa taki konspiracyjny market - było warto.


Ale to było w Pekinie. W Xian nadal podróby sprzedaje się na normalnym ulicznym bazarze i nikt ich konfiskaty się nie boi. A jakby tego było mało, na ulicach co i rusz widać chińskie „7 Eleven”. Oryginalnie jest to sieć amerykańskich całodobowych sklepów, ale Chińczycy zamiast rozwijać amerykański kapitał zrobili swoją podróbkę owej sieci, która nawet logo ma prawie identyczne. Z kolei zamiast wspomnianego nie działającego w Chinach facebooka, Chińczycy stworzyli swój własny portal społecznościowy będący kalką tamtego. Ciekawe kiedy wymyślą, jak skopiować swój wygląd na imponujący im wzór europejsko-amerykański? Jak na razie Chinki jeżdżą na operacje plastyczne do Południowej Korei, gdzie masowo poprawiają sobie nosy (normalnie mają płaskie, a chcą mieć smuklejsze, lekko zadarte) i powieki (bo mają na oku jeden fałd, a chcą mieć powiekę dwufałdową, optycznie powiększającą oko).


Kończę, bo lądujemy w Dubaju… Przesiadka, a za kilka godzin już w Polsce. I przygotowania do kolejnej podróży bo za 10 dni wylatuję w drugą stronę. Kierunek: Kalifornia.




20 września, Seul
Wieści z Korei (Południowej)
 
kor4.jpg kor2.jpg kor1.jpg kor3.jpg

Tyle się dzieje, że brak mi czasu aby na bieżąco opisywać Koreę. Kilka lat temu byłam w Korei Północnej i aż mi się wierzyć nie chce, że tu, godzinę jazdy od granicy od "tamtej" Korei (bo tak mniej więcej położony jest Seul), ludzie mają tak odmienne życie. Pytałam mieszkańców Seulu czy wierzą w połączenie obu Korei – na ogół odpowiedź jest taka, że nikt nie ma złudzeń że w najbliższej przyszłości to nastąpi. Starsi, owszem, szczerze by tego chcieli, zwłaszcza że granica porozłączała rodziny, a poza tym i tu, i tu jest praktycznie ten sam naród, mający taki sam język, taką samą kulturę i tradycję. Za to co do młodzieży, to widać raczej niechęć do pomysłu zjednoczenia – górę bierze pragmatyzm, bo w Korei Południowej zbyt wygodnie się żyje, aby chcieć jeszcze wyciągać z biedy rodaków z Północy. Tak czy owak wzajemne stosunki aktualnie dobre nie są.


Przy okazji zapytałam o tunele, które swego czasu wykryła pod swoim terytorium Korea Południowa. Otóż w latach 70-tych okazało się że Koreańczycy z Północy kopią takowe pod granicą i dalej, pod sąsiadami, w celach niewątpliwie militarnych. Jeszcze kiedy o nich nie wiedziano, zagadką stały się tajemnicze zniknięcia żołnierzy pilnujących przygranicznych terenów – teraz już wiadomo że przyczyną były „tunelowe rajdy” żołnierzy z Północy. O tunelach powiedział rządowi w Seulu pewien północnokoreański inżynier, któremu udało się uciec ze swojej ojczyzny, a że sam był w projekt zaangażowany, wskazał gdzie owe tunele są. Najbardziej niezwykłe jest to, że zmuszony do odpowiedzi o co chodzi z tunelami rząd w Phenianie powiedział że to żadne tunele wojskowe tylko… szyby kopalni węgla! Jakby na udowodnienie tej tezy pokazano czarne ściany! Tymczasem ściany okazały się… pomalowane, a jakoże, na czarno, a to że na tym terenie węgiel kamienny w ogóle w owym rejonie nie występuje, tylko jest tam typowy granit, jakoś do rządu z Północy nie przemawiało. Jeden z takich tuneli o długości 1,7 km, 75 m pod ziemią, można ponoć zobaczyć (my nie widzieliśmy) podczas specjalnych wycieczek na granicę.
 

Co do Seulu to całkiem ładne to miasto, przecięte rzeką przez którą wybudowano 30 mostów! Zwłaszcza jak się spojrzy na nie z tarasu widokowego na usytuowanej na wzgórzu, mającej ponad 200 m wysokości Wieży Seulskiej. Zabytków też tu trochę jest – pięć pałaców królewskich, niektóre na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jednak centrum Seulu to  głównie sklepy. Koreańczycy uwielbiają zakupy. Lubią się modnie ubierać i bardzo dbają o swój wygląd. Wszyscy, nawet faceci, mają hopla na punkcie gładkiej skóry, zwłaszcza w odniesieniu do twarzy, i nawet faceci stosują makijaż (podkład, krem wybielająco-matujący, regulowanie i podmalowywanie brwi). Z drugiej strony miejscowi panowie nie lubią zbyt wyzywająco zachowujących się kobiet – zamiast demonek sexu wolą skromne, niewinne (czy może raczej stylizujące się na takowe) dziewczyny. W każdym razie kiedy zapytałam jakie jest główne kryterium doboru partnerki/partnera, na pierwszym miejscu wcale nie był charakter ani pieniądze, ale wygląd.


W Korei tak naprawdę byliśmy krótko – niecałe 4 dni, z czego większość czasu spędziliśmy poza Seulem, w parku narodowym gór Seorak, gdzie zrobiliśmy sobie krótki treking oraz w położonym nad oceanem (otwarty Pacyfik) miasteczku Sokcho. Fajny targ rybny tam mają. Choć właściwie ryb jako takich jest tam mało – część sprzedawanych tam zwierzaków morskich wcześniej nigdy nie widziałam. W ramach kolacji zjedliśmy sobie kalmary i ośmiorniczki w tempurze (czyli panierce), hitem jednak był pociachany przy nas żywcem (!) i zaserwowany na surowo mięczak zwany tutaj potocznie „morskim ananasem”. Stworzenie wygląda okropnie, chociaż skórkę ma całkiem przyjemną (wiem, bo odważyłam się wziąć to paskudztwo do ręki), ale w smaku jest całkiem okej. Za to smażonych larw jedwabnika nikt już nie próbował. Ja zresztą też nie, bo już miałam okazję kiedyś je jeść i w zupełności mi wystarczy.





14 września, Kioto - Nara (Japonia)
Japonia która zaskakuje
 
tygrysy23.jpg tygrysy25.jpg tygrysy21.jpg
tygrysy22.jpg tygrysy20.jpg  
  
Największe odkrycie dzisiejszego dnia? Instrukcja obsługi japońskich toalet. Zobaczyłam ją w jednym z takich przybytków i co się okazało? Że ani ja, ani nikt z całej naszej grupy poprawnie się nie załatwia. Tradycyjne japońskie toalety nie mają muszli klozetowej, to coś dopasowanego do pozycji „kucznej”, jak to niektórzy mawiają – „pozycja na Małysza”. Tylko że na całym świecie przy takich kibelkach sobie kucałam moim zdaniem normalnie, a tymczasem w Japonii jest inaczej – kucać trzeba twarzą do zbiornika wodą, czyli na odwrót niż u nas. A zresztą – popatrzcie na zdjęcie obok.


Z innych ciekawostek dzisiejszego dnia, to biegając rano (mają tu fajną ścieżkę biegową wzdłuż rzeki) trafiłam na całkiem sporo osób śpiących pod  licznymi w Kioto mostami. Tyle że tutaj nie są to tacy zwykli żule – niedomyci, pod wpływem alkoholowego upojenia. Ci tutejsi wyglądają na czystych, mają niekiedy ładne śpiworki, a zdjęte z nóg buty ustawiają koło siebie równiutko postawione, bez obawy że ktoś im gwizdnie.


Poza tym trafiłam też na spotkanie psiarzy. Schodzą się w niedzielny poranek w jedno miejsce, ze swoimi czworonogimi pupilami rzecz jasna, oglądają te psiny, poznają je ze sobą, a przy okazji sobie biesiadują, bo przynoszą ze sobą ciasteczka, herbatę w termosie i inne „uprzyjemniacze”. Sympatyczne…


Co jeszcze? Ano mamy piękny, słoneczny dzień, co oznacza że Japończycy chodzą z rozłożonymi parasolami. Dla nas, Europejczyków, wygląda to dość dziwnie, ale w sumie przecież sama nazwa „para-sol” oznacza „na słońce, od słońca”. Według tradycji japońskiej ciemna skóra wcale nie jest ładna – dawniej kojarzyła się z ubogą klasą chłopską, która była opalona po pracy w polu, w przeciwieństwie do arystokracji, która swoją białością podkreślała że w upalny dzień pracy się nie ima. Dzisiaj takie podziały nie obowiązują, ale chodzenie w słoneczny dzień pod parasolem jest jak najbardziej w dobrym tonie.


A co do zwiedzania, bo w końcu po to do Japonii przyjechaliśmy, to dzisiaj wyskoczyliśmy na wycieczkę do Nary – pierwszej stolicy tego kraju (została nią Nara w VII wieku). Jest tam sporo ciekawych świątyń, w tym jednak taka co szczyci się ponoć największym w świecie drewnianym Buddą (16 m wysokości), a poza tym są tam oswojone daniele (czyli samice sarny). Jest tych zwierzaków około 1200, oswojonych, chodzących samopas po  ulicach, między sklepami i bezczelnie zaczepiających turystów, co nie dziwi, bo oczywiście
zawsze coś tam od turystów wysępią. Trochę nas oburzyło że wielu Japończyków daje im słodycze w papierkach (!). Inna sprawa że widzieliśmy też jak jeden z jelonków zajadał się porzuconą przez kogoś mapą, a kiedy mu kredowy papier zabraliśmy (jakby nie było w trosce o jego zdrowie), był wyraźnie niezadowolony. Przy okazji – przypomniało mi się: w Japonii bardzo trudno o kosze na śmieci, a w wielu miejscach jest wręcz wyraźnie napisane: w tym rejonie koszy nie ma, swoje śmieci zabierasz ze sobą. Wkurza nas to strasznie, bo upychamy te swoje śmieci po kieszeniach, ale dla miejscowych to zupełnie naturalne. Ponoć nawet matki zmieniające dzieciakom pampersy noszą te zużyte ze sobą, nie mając absolutnie pretensji, że w taki oto sposób, czyli oszczędzając na wywozie śmieci, państwo zarabia. Chcemy mieć drugą Japonię? Oj, chyba nie wszystko byśmy chcieli stąd przenieść na polski grunt.




13 września, Tokio-Kioto (Japonia)
Trzynasty – szczęśliwy
 
tygrysy1.jpg tygrysy8.jpg tygrysy6.jpg

Dzisiaj trzynasty, ale w Japonii to nie ma znaczenia, bo tu pechowa jest czwórka. Poza tym dzisiaj w lokalnych świątyniach tyle zrobiłam dla zapewnienia sobie szczęścia, że przynajmniej na najbliższe kilka dni wystarczy. Żeby nie wyjść na zbyt zachłanną, nawet picie wody ze źródełek zapewniających: miłość, urodę i pieniądze, już sobie odpuściłam, choć tu może akurat nie tyle o posądzenie o zachłanność chodziło, ile bardziej o długą kolejkę, jaka do owych źródełek stała.


Dzień rozpoczęłam bardzo wcześnie, bo przed szóstą, jako że według mojego planu treningowego do maratonu (zostały już tylko dwa tygodnie) musiałam dziś zrobić  sobotnie 10 kilosków. Przy okazji sprawdziłam swoje nowe buty biegowe (profesjonalne Brooks`y, z których cieszę się jak małe dziecko – tu przy okazji pozdrawiam chłopaków z Ergo Center którzy mi dali na te śliczne turkusowe butki sporą zniżkę!). Sprawdzają się super, aczkolwiek tu się w ogóle fajnie biega, bo pełno
biegaczy dookoła (Japończycy lubią aktywne spędzanie czasu), no i 4-km trasa wokół Pałacu Cesarskiego, choć niestety asfaltowa jest po prostu ładna widokowo (przynajmniej z punktu widzenia turystki).


Po śniadaniu był 2,5 godzinny przejazd shinkansenem, słynnym pociągiem który jest nie tylko super szybki, ale i super punktualny – w skali roku nie przekroczył jeszcze spóźnienia rzędu 36 sekund (a ja jak ostatnio jechałam PKP z Warszawy do Krakowa na 3 godzinnej trasie miałam 2 godziny obsuwu!). W ten to miły i szybki sposób (odległość jak z Warszawy do Szczecina w 2 i pół godziny), wylądowaliśmy w Kyoto. A potem zaczęły się drobne "schody", bo rozgryzienie tutejszego systemu transportowego opisanego, a jakże, "krzaczkami", kosztowało mnie trochę nerwów. Pytani o połączenia Japończycy najpierw długo dumali nad mapą, potem odpalali mapki w swoich komórkach, potem zaczynali coś dukać, na
koniec coś tam z dumą wskazywali i kończyli swoje rady zwrotem „maybe” (być może), sugerującym że wiemy, że nic nie wiemy. W ten to sposób straciliśmy dużo czasu, a w sumie się nic nie dowiadywaliśmy. W każdym razie hasło „maybe” stanie się chyba hasłem przewodnim naszej wycieczki. Z kolei pani w ryokanie w którym nocujemy (tradycyjny japoński hotelik ze spaniem nie na łóżkach, lecz na rozłożonych na podłodze matach i na poduszcze wypełnionej ryżem) przyjęła inny system: zasypuje mnie litanią różnych wypowiedzi, oczywiście tylko po japońsku, i za nic nie może zrozumieć, że nie mam pojęcia o co jej chodzi.


Dobra, idę spać, bo rano, przed wyjściem na zwiedzanie, muszę przebiec 16 km…




12 września, Tokio, góra Fudżi (Japonia)
I znowu Japonia
 
tygrysy3.jpg tygrysy2.jpg tygrysy7.jpg

Kto był w Tokio, wie co to znaczy poruszanie się po tym mieście metrem. Około 300 stacji, 9 mln pasażerów dziennie, w godzinach szczytu istny potok ludzi, a w oznaczeniach dominują "krzaczki". Wczoraj najeździliśmy się metrem do oporu bo wraz z moją dzielną grupką (kameralnie, osiem osób) zwiedzaliśmy miasto poruszając się właśnie metrem, bez lokalnego przewodnika. Przerobiliśmy turystyczne standardy, czyli Pałac Cesarski (z zewnątrz, bo do środka można wejść tylko dwa razy w roku, m.in. na cesarskie urodziny), słynny targ rybny, świątynię w dzielnicy Asakusa (pielgrzymów przyciąga tam mający 5,5 cm posążek szintoistycznego bóstwa), no i widok z ratuszowej wieży (platforma widokowa na 41 piętrze, czyli wyżej niż Pałac Kultury. A swoją drogą oni tutaj też mają coś co architektonicznie przypomia Pałac Kultury, tylko bardziej klockowaty - patrz: zdjęcie obok). Najbardziej cieszę się że wreszcie udało mi się
dotrzeć do zwykle pomijanego w programach wycieczek pomnika psa. Chodzi o Hachiko, sympatycznego psiaka który zasłynął ze względu na swoją wierność. Otóż codziennie odprowadzał na dworzec dojeżdżającego do pracy swojego pana, a po południu przy stacji go witał. Niestety pan któregoś dnia po prostu zmarł. Wierny pies nieświadomy co jest grane, przychodził na stację przez kolejne 10 lat. Pożegnał się z tym światem w 1935 roku, ale cow ważne ludzie docenili lojalność czworonogiego Przyjaciela. Stacja przed którą stoi pomnik (Shibuya) to teraz jeden z najbardziej ruchliwych węzłów komunikacyjnych Tokio – jest tu nie tylko kolej, ale także stacja początkowa aż trzech linii metra. Pomnik Hachiko stoi przed wejściem i o dziwo, ciągle ma swoich wielbicieli  – aby się przy nim sfotografować, często trzeba czekać w kolejce.


No ale to było wczoraj. Dziś natomiast było Fudżi. Nie sklep fotograficzny, tylko góra. Ale mnie kociło aby odpuścić autobus który przywiózł nas na wysokość 2400 m (punkt końcowy drogi asfaltowej) i pójść na w sumie niedaleki już szczyt (3776 m). Tym bardziej że naprawdę tłumy ludzi szły do góry. Zaimponowała mi karność Japończyków nawet w górach – u nas grupy turystyczne idą sobie luźno, rozciągając się czasem na duże dystanse, bo przecież każdy chce iść swoim tempem, podczas gdy wycieczki japońskie tworzą zwartą kolumnę, równe dwa szeregi, z przodu przewodnik, z tyłu też, bez szansy na jakiś indywidualizm.

Po powrocie do Tokio zrobiliśmy sobie z kolei wieczór kulturalny. Konkretnie – kupiliśmy wejściówki (bo dużo tańsze od normalnych biletów) na spektakl kabuki. To taka tradycyjna japońska sztuka teatralna, w której faceci robią sobie specjalny makijaż i odgrywają postacie kobiece. Nie wiem czy to górskie powietrze, czy że tak powiem wpływ degustowanej w busie butelka sake, albo też prozaicznie – różnica czasu (w stosunku do Polski 7 godzin), w każdym razie coś sprawiło, że większość z nas już po 10 minutach spała. Afrontu jednak nie było, bo Japończycy zdają sobie sprawę, że dla cudzoziemców ten typ sztuki jest delikatnie mówiąc specyficzny. Z drugiej strony kabuki podobać się może lub nie, ale uważam że skoro już się pół świata przejechało, zobaczyć trzeba.





6 września, schronisko nad Popradskim Stawem (Tatry, ale tym razem słowackie)
Znowu na Rysach :)
 
rysy2.jpg rysy5.jpg rysy11.jpg rysy10.jpg

W środę byłam na Rysach od strony polskiej, dzisiaj, czyli w piątek, znaczy się dwa dni później, od strony słowackiej. Tym razem w innym już towarzystwie (Janek, Adaś i Paweł, plus zaprzyjaźniona ekipa słowacka), no i co najważniejsze - tym razem była przepiękna pogoda.


Mając w końcu skalę odniesienia muszę potwierdzić – tak, wejście na Rysy od strony słowackiej rzeczywiście jest sporo prostsze (łagodniej, mniej łańcuchów, mniejsza ekspozycja), no ale tak czy owak te tysiąc metrów przewyższenia tutaj też musieliśmy zrobić. Ale były widoki! No i tym razem weszliśmy również na główny wierzchołek Rysów, bo nie wszyscy wiedzą, że mający 2499 m szczyt rzeczywiście jest w Polsce najwyższy (na nim przebiega granica), ale w rzeczywistości to przedwierzchołek, bo tuż zaraz jest drugie kamieniste wybrzuszenie, już po stronie słowackiej, no i tam jest dobre 4 metry więcej! Krótko mówiąc mnóstwo osób które chwalą się że były na Rysach wcale najwyższego ich punktu nie zdobyło!

Po sesji zdjęciowej na szczycie (Janek, który jest Słowakiem, ale ma żonę Polkę wniósł flagi obydwu krajów), zeszliśmy sobie do Chaty pod Rysami – najwyższej położonego schroniska w całych Tatrach (2250 m). Do jego głównych atrakcji należy… toaleta. Znajduje się ona 100 m w bok od głównego budynku, ale warto się do niej przejść, bo jaką panoramę ma się tam, siedząc na sedesie! Dokładniej - siedzimy twarzą w kierunku przepaści, a ściana przed nami jest przeszklona! Polecam, nawet jeśli żadna potrzeba fizjologiczna nas nie goni.


Po drodze możemy zobaczyć jeszcze wymalowane na kamieniach na czerwono ślady stóp. To z kolei… „Stopy Lenina”. Lenin rzeczywiście na Rysach był, ale pewnie w grobie się przewraca na myśl że rzekome jego stopy porównuje się tu do stóp yeti :).


Co do samej chaty to jest to już jej odbudowana wersja – poprzednia została zniszczona przez lawinę w 2001 roku (remont zakończono w lecie 2012 roku). Ta współczesna to już zupełnie nowoczesna konstrukcja, zbudowana tak, aby nie zniszczyły jej kolejne lawiny. Za to wnętrze jest stylizowane na stare i bardzo klimatyczne. Duża to zasługa stojącego po środku pieca kaflowego. Najbardziej nastrojowo jest wieczorami, bo w chacie nie ma elektryczności, po zmroku oświetla się ją lampami naftowymi.

Całe zaopatrzenie do chaty, sprzęt, gaz, etc. trzeba do chaty donieść – dojechać się tu nie da. Normalnie wnoszeniem zajmują się tragarze, „tatrzańscy Szerpowie", czyli po słowacku: "nosicze", zabierający jednorazowo 60-80 kg! Jeśli ktoś z turystów ma ochotę spróbować swoich sił, też może. Na dole, przy rozpoczęciu podejścia, wyłożone są rzeczy do zabrania – np. worki cebuli, butle z gazem itp. Wystarczy że weźmie się „drobne” 5-10 kg, a jaką się ma potem satysfakcję! Jest też nagroda od obsługi schroniska – darmowy „tatranski czaj” - kubas aromatycznej herbaty z dodatkiem górskich ziół.  




3 września, schronisko Roztoka (Tatry)
Rysy zdobyte

rysy1.jpgJuż jakiś czas temu pomyślałam sobie że to trochę wstyd, że byłam na Evereście a nie byłam na Rysach, postanowiłam więc to nadrobić.  Okazją stało się hasło kolegi Janka-Słowaka (faktycznie Słowaka), żeby zrobić szybki wypad w słowackie Tatry i wejść tam na Rysy. No ale znowu – wejść na Rysy od strony słowackiej, a co z polską? No to wykombinowałam żeby to połączyć. Akcja była błyskawiczna: sprawdzenie prognoz pogody na Tatry, pociąg do Krakowa (spóźnił się 2 godziny), potem bus do Zakopca, gdzie spotkałam się z Piotrkiem Ś. (tym samym z którym zdobywałam Mt McKinley) i jego kolegą z Australii – Pawłem, potem, już po zmroku jazda do Palenicy i dwugodzinny, nocny marsz do schroniska w Morskim Oku. Pokojów już nie było, została tylko podłoga, no ale chyba byłam mocno zmęczona – jak się uwaliłam, to o umówionej 5.30 nawet budzika nie słyszałam – skuteczny w dobudzeniu okazał się dopiero Piotruś tarmoszący mnie za ramię.


rysy3.jpgO 6.25 wyruszyliśmy. Było obłędnie! Wschodzące słońce oświetlało góry, Morskie Oko (jeziorko) spowijały malownicze poranne mgły, wyżej położony Czarny Staw pod Rysami zachwycał turkusem wody…  Niestety, w części podszczytowej góry, przy łańcuchach, pogoda się zepsuła – naszły chmury, temperatura spadła, na grani wiało jak diabli, no a ze szczytu widoków nie było już żadnych.

Oczywiście jak zeszliśmy w dół, pogoda znowu się poprawiła i znowu zrobiła się całkiem przyzwoita widoczność. Był jednak jeden duży plus takiej mieszanki pogodowej – na szlak na Rysy poszło stosunkowo mało ludzi, co zdecydowanie usprawniło wspinanie.

rysy6.jpgA teraz jestem już w schronisku w Roztoce. Moi koledzy wrócili już do Krakowa, a ja przymierzam się do spania. Znowu podłoga, bo schronisko załadowane na full. Nawet z miejscem na podłodze nie tak łatwo, bo wszystkie lepsze miejscówki na korytarzach już dawno pozajmowane. Ale nie jest źle – rozłożyłam się w stołówce pod stołem.
W sumie fajny wieczór był – zebrało się sympatyczne grono, głównie dawnych harcerzy, była gitara, no i przerobialiśmy repertuar od piosenek turystycznych po zapomniane kawałki Kaczmarskiego i Gintrowskiego. Jeju, jak mi brakowało takiego wieczornego śpiewania! Zawsze wyjazdy w góry mi się z tym m.in. kojarzyły. No ale czasy się zmieniają – teraz już mało kto nosi ze sobą gitarę. "Co było, nie wróci, i szaty rozdzierać by próżno..." - śpiewało się w jednej z piosenek Okudżawy i niestety, chyba to racja.





31 sierpnia, Warszawa
Gdyby było łatwo, nie byłoby warto

pnp5.jpgNiestety, dzisiejszy półmaraton (dokładniej: Półmaraton Praski BMW) – 21 km 097 m, poszedł mi poniżej swoich oczekiwań. Nie będę podawała czasu jaki miałam (dobra, najważniejsze, że wyrobiłam się w mniej niż 2 godziny) – jestem trochę na siebie zła, bo było gorzej niż roku temu w półmaratonie w Błoniach, gdzie przecież wszyscy narzekali na silny wiatr i wprawdzie łagodny, ale długi podbieg.


Nie wiem co poszło nie tak, może po prostu byłam zbyt zmęczona (jeszcze 2 dni temu zrobiłam sobie wyczerpujący trekking w Alpach), do tego niewyspana (bo na wyjeździe do Szwajcarii czasu na wysypianie się nie było), a może zrobiłam błąd, bo na początku dałam się podpuścić i wystartowałam z „zającem” nadającym tempo na 1 godzinę 50 minut, co z założenia było niewykonalne. Dla niewtajemniczonych pmp2.jpgwyjaśniam: „zając” to taki facet (ok, kobitka też może być) który prowadzi grupę chętnych do osiągnięcia danego czasu (w związku z tym narzuca odpowiednie tempo i je utrzymuje), a rozpoznać go można po przyczepionych balonikach, dzięki czemu jest widoczny dla biegnących z tyłu. Wytrzymałam z nim pierwsze dwa kilometry, a potem już odpuściłam – wiedziałam że przez cały czas takim tempem nie dam rady.

W sumie to biegło mi się tak sobie, bo było gorąco (może dlatego było tak dużo omdleń – patrole ratunkowe naprawdę miały co robić), a poza tym dwa pmp1.jpgrazy złapała mnie kolka (najprawdopodobniej efekt zjedzonego za późno śniadania) , no i raz pojechałam na rzuconej na asfalt skórce od banana (rozdawali je chyba na 17 km), co naciągnęło mi jeden z mięśni. Ale i tak miałam szczęście, bo biegnąc w pierwszej połowie peletonu, załapałam się jeszcze na wodę, a ci którzy zostali z tyłu ponoć musieli zbierać z ziemi niedopite butelki. Tak na marginesie to organizatorzy również „dali ciała” z koszulkami – rozmiary nijak się miały do tych zamawianych, no i w rezultacie wiele dziewczyn (bo problem dotyczył gł. pań – mnie również)  zostało z całkiem fajnymi koszulkami które zamiast do treningów mogą służyć za koszule nocne.

pmp4.jpgA tak w ogóle to za miesiąc już Maraton Warszawski. Dzisiaj do mety dobiegłam ze sporym zapasem sił – myślę że na maraton by starczyło. Z drugiej strony jak pomyślę ile jeszcze muszę przez ten miesiąc w ramach przygotowań wybiegać, to aż słabo mi się robi. Stojący dzisiaj na trasie kibice mieli taki napis, który utkwił mi w pamięci: „Gdyby było łatwo, nie byłoby warto”. Święta prawda!

PS. Co do kibiców: dziękuję moim koleżankom które na chyba 7-tym, a potem 15-tym kilometrze tak skutecznie i energicznie krzyczały: „Monika, dawaj!” czy coś w tym stylu, że aż inni biegacze gratulowali mi tak zażartego dopingu. Nie macie dziewczyny pojęcia jak mi to pomogło – akurat męczyłam się z tym nieszczęsnym atakiem kolki, ale z wrażenia mi zaraz przeszło!

Na koniec powinnam jeszcze napisać, kto wygrał? Kenijczyk John Tanui, który dobiegł do mety z czasem 1:03:51. Pierwsza kobieta (siódma w klasyfikacji generalnej) to Iwona Lewandowska, która miała czas 1:13:10.





29 sierpnia – Przełęcz św. Bernarda – Zurych (Szwajcaria)
Pożegnanie gór

sz5.jpgTeraz już jestem w pociągu do Zurychu (swoją drogą zawsze w Szwajcarii jestem pod wrażeniem działania tutejszych kolei) i… tęsknię za górami. Okej, we wtorek jadę w Tatry, no ale Alp mi już brakuje.  Wiedząc że tak będzie, poranek wykorzystałam co do minuty. Wstanie o tej 5-tej rano było wprawdzie koszmarem, wiedziałam jednak, że jeśli chcę zdążyć na popołudniowy samolot to czas na górskie wędrówki mam tylko do 8-mej rano.


Zgodnie z umową ze Stefanem wykorzystałam jego toyotkę, pojechałam na stronę włoską i wyruszyłam w górę szlakiem, który mi polecił. Początkowy etap robiłam jeszcze po ciemaku, aż w końcu zaczęło świtać i zrobił się tak niesamowity spektakl kolorów, że zamiast piąć się do góry stałam jak urzeczona i patrzyłam na czerwone dosłownie sz19.jpgniebo od którego odcinały się czarne kształty gór. Tutaj również nie było nikogo, no może poza świstakami, których zobaczyć mi się nie udało, ale za to doskonale je słyszałam.

Pocieszam się, że dojście do grani, która miała być celem, i tak było bez sensu, bo nachodzące chmury odbierały nadzieję, że będzie stamtąd coś widać (owe „coś” to miał być m.in. Mt Blanc). Rezerwę czasową jaka została mi w związku z ciut wcześniejszym zawróceniem, wykorzystałam jeszcze na wejście na górę ponad Przełęczą św. Bernarda. Zmachałam się jak diabli, czuję, że bolą mnie nogi (ciekawe jak w związku z tym przebiegnę niedzielny półmaraton!), ale warto było, bo widoki przy porannym świetle były obłędne. No a na koniec obiecałam sobie, że ja tu na pewno wrócę! Jak da radę to zimą, na skitury (tylko ponoć trzeba uważać, bo to dość lawiniasty teren). 



28 sierpnia, Przełęcz św. Bernarda (Szwajcaria - granica z Włochami)
Bernardyny i zaczarowany górski świat

sz17.jpgNa pewno każdy z Was ma takie miejsca, które go „zaczarowały” i do których chce wracać. Dla mnie od dzisiaj takim miejscem stanie się Przełęcz św. Bernarda. Wiem, pewnie wiele osób powie, że przecież nic tu nie ma – klasztor, jeden sklepik, dwie restauracje, a dookoła tylko góry i góry. No i jeziorko które w połączeniu z tymi górami i wrażeniem oddalenia od cywilizacji sprawia że nawet ja, osobniczka z ADHD, z przyjemnością mogę siedzieć godzinami na jakimś kamieniu i nic nie robić, tylko gapić się, gapić, chłonąć energię i cieszyć się, że takie miejsca istnieją.

Przyjechałam tu w ramach wycieczki kończącej naszą dziennikarską konferencję i teoretycznie powinnam tu być tak jak wszyscy, trzy godzinki, by potem zjechać na elegancką kolację do położonego w dolinie Rodanu Martigny. Tyle że jak tylko tu dotarłam, wiedziałam, że żadna siła mnie już w dół nie ściągnie – pal sześć kolacja i dobry hotel – mogę spać na podłodze w klasztorze, mogę przetrwać na jakimś batonie jaki mi się ostał w plecaczku, ale zostać tu na trochę dłużej po prostu muszę.

sz7.jpgW ramach naszego konferencyjnego programu zaliczyliśmy spacer z psami-bernardynami, które stąd się wywodzą. Psiska są urocze – jeden taki wylizał mnie soczyście, ale jak się patrzy na taką mordę, to człowiek nawet się cieszy z takiej oznaki czułości. Można sobie z tutejszej hodowli takiego bernardyna zafundować – kosztuje to 2400 franków szwajcarskich, ale i tak nie ma tak, że od razu się go dostaje – po wypełnieniu zgłoszenia wchodzi się na listę oczekujących i czeka nawet i 2 lata. W międzyczasie ludzie z Fundacji Barry`ego (Barry to taki słynny bernardyn, który na początk XIX wieku uratował ponad 40 osób) robią wywiad, czy psisko będzie miało odpowiednie warunki – przykładowo zapracowane od świtu do nocy małżeństwo nie mające na dodatek odpowiednio dużego mieszkania, szansy na zwierzaka raczej nie ma.


sz10.jpgPsy są na Przełęczy od maja do listopada, tzn. wtedy, kiedy można tu dojechać. W pozostałe miesiące w roku droga jest zasypana śniegiem, chociaż prowadzone przez zakonników i pomagających im wolontariuszy schronisko działa okrągły rok (zimą wiele osób dociera w te okolice na rakietach lub nartach ski-tourowych).  Zakonników jest tu obecnie tylko kilku, ale były czasy kiedy ich wspólnota liczyła ponad 50 osób. A co do obsługi, to okazało się że pracuje tu Agnieszka – dziewczyna z okolic Łodzi, która przyjeżdża tu do pacy od iluś już lat (na początku spędziła tu nawet zimę).

Miejsce jest naprawdę magiczne. Zwłaszcza jak już wyjedzie ostatni autobus zwożący turystów i robi się cisza. Właśnie wtedy poszłam sobie na spacer wokół jeziorka – nie spotkałam nikogo, nawet na posterunku granicznym (bo tuż pod przełęczą przebiega granica szwajcarsko-włoska) nie było kompletnie nikogo. I jakoś tak mnie w tym pustkowiu naszło, że wieczorem poszłam na klasztorną mszę. Religijna raczej nie jestem, ale w sz14.jpgtym przypadku, w takim otoczeniu, miałam jakąś taką wewnętrzną potrzebę zjawić się w Domu Bożym. A na koniec dnia poznałam Stefana – chłopaka który wraz z żoną prowadzi należący do opactwa hotelik. Cenię ludzi z pasją, a u Stefana tę pasję, jeśli chodzi o prowadzenie hotelu, widać. Na dodatek niesamowicie sympatyczny i uczynny z niego człowiek, czego przejawem było m.in. to, że doradzając mi gdzie się wybrać na poranny trekking, oddał mi kluczyki do swojej Toyoty, żebym podjechała sobie do miejsca skąd startuje szlak. Lojalnie uprzedziłam, że nigdy w górach samochodu nie prowadziłam, a tam przecież ostry zjazd, serpentyny, przepaście etc. - Stefan wcale nie wystraszył się moim brakiem doświadczenia, tylko o 11 w nocy zapakował mnie za kierownicę i pojechaliśmy na jazdę próbną. W każdym razie może nie było tak tragicznie, skoro nie zabrał mi kluczyków :). Dobra,nastawiam budzik na 5-tą rano i idę spać.



27 sierpnia, Saint-Maurice - Martigny (Szwajcaria)
Od komiksów po wina

sz1.jpgPamiętacie komiksy o wyczynach Kapitana Żbika? To pytanie do „starszej młodzieży” (takiej jak ja :)  ). Młodsza młodzież (ta współczesna) może kojarzyć bardziej publikowaną obecnie serię fantasy pt. „Thorgal”. Ich autorem (a także mnóstwa innych komiksów i okładek książek) był Grzegorz Rosiński, który aktualnie mieszka w Szwajcarii, a do końca roku w zamku na obrzeżach miasteczka Saint-Maurice (francuskojęzyczna część Szwajcarii) można oglądać wystawę prac wspomnianego rysownika. Miło mi się zrobiło, zwłaszcza że we wszelkich informacjach podkreślano że pan Rosiński to Polak.


A co do samego miasteczka to ponoć często zjawiają się w nim goście (dotyczy głównie Amerykanów) którym Saint-Maurice pomyliło się z Sankt Moritz – oczywiście żeby nie było za łatwo, obie miejscowości są położone w różnych częściach Szwajcarii :).

sz16.jpgPoza twierdzą z zabytków jest do obejrzenia w St-Maurice jeszcze zabytkowe opactwo, ale powiem szczerze – ze względu na krótką noc (z różnych przyczyn położyłam się dopiero o 4 rano, a o 7-mej trzeba było wstać), nie za bardzo umiałam się skupić na opowieściach przewodnika, który z zapałem opisywał każdy kościelny witraż. Za to prawdziwą przyjemnością okazała się degustacja win w tradycyjnej rodzinnej winnicy (dolina Rodanu z nich słynie). Zazwyczaj mało kto kojarzy Szwajcarię z produkcją wina, a tymczasem pochodzące stamtąd wino jest naprawdę dobre. Problem w tym, że jest go na tyle mało, że starcza na zaspokajanie lokalnych potrzeb – ponoć tylko 1% idzie na eksport.



25 sierpnia, Zermatt (Szwajcaria)
Narciarskie lato

sz4.jpgJestem już w Szwajcarii - odkąd dawno temu przez 3 tygodnie spędziłam tu jedne z fajniejszych wakacji pracaując przy zbieraniu śliwek na szwajcarskie sznapsy (tak, tak, wakacje przy pracy też mogą być fajnem i mówię to zupełnie serio), wracam tu zawsze bardzo chętnie.


Tym razem zaczęłam od pobytu w Zermatt, czyli w otoczonym górami miasteczku, do którego większość ludzi przyciąga głównie słynny Matterhorn. Dla niewtajemniczonych przypomnę – chodzi o jedną z najpiękniejszych gór świata, szwajcarski czterotysięcznik, który został nawet uwieczniony na opakowaniach tabletek Toblerone.

Matterhorn rzadko się odsłania, bo nawet jeśli w Zermatt jest ładna pogoda, szczyt tej góry spowity jest chmurami. Ja na przykład byłam w Zematt ileś razy i sensownych zdjęć Matterhornu ciągle nie mam, bo zawsze było coś nie tak z pogodą. Najlepsza była wtedy, kiedy wspinałam się na „Mata”, ileś lat temu, no ale że to góra dość trudna, tak więc nie za bardzo było mi w głowie skupianie się na fotografowaniu. Tym razem miałam trochę szczęścia - rano chmur nie było, tak więc śniadanie w hotelu zjadłam sobie właśnie z widokiem na przepięknie odsłonięty Matterhorn, dziwiąc się sama sobie, że kurde, jak ja tam wlazłam?  :)

sz2.jpgW Szwajcarii jestem w ramach konferencji dziennikarskiej, stąd właśnie jeśli chodzi o noclegi wersja „hotel” (normalnie byłby to pewnie namiot  lub hostel). W każdym razie ponieważ przyjechałam dzień wcześniej niż reszta, to miałam dzień luzu, który postanowiłam wykorzystać na jazdę na tutejszym lodowcu na nartach. Szwajcarzy twierdzą że mają tu około 20 km letnich tras, i rzeczywiście, trzeba przyznać, że pojeździć tu można, bo choć te 20 km tras oznacza w sumie 4 orczyki, to zjazdy są całkiem długie. Dość powiedzieć, że trenują tu ekipy przyjeżdżające np. z Austrii czy Francji – skoro przyjeżdżają tutaj, to znaczy że u nich aż takich warunków nie ma.

Jak to latem, wyciągi zamykane są stosunkowo wcześnie – w tym przypadku około 13-tej, bo jeśli grzeje słońce to i tak później nie da się już jeździć, z racji rozmiękłego, „cukrowatego” śniegu (dziś z braku słońca i przy temeraturze u góry -3 stopnie (dobrze że wzięłam ciepłe rękawiczki, podczas gdy na dole +15).  Na konto luzów czasowych poszłam sobie sz11.jpgzobaczyć „Lodowy Pałac” –  wykute wewnątrz lodowca przejścia ozdobione rzeźbami z lodu. Wybór rzeźb – od figury Matki Boskiej po lodowe Audi (tzn. samochód jak samochód, ale charakterystyczny znaczek ma).

A już na dole, łażąc sobie po Zermatt, jak zwykle kiedy już tu jestem odwiedziłam cmentarzyk alpinistów którzy na okolicznych górach stracili życie. Dziś wyjątkowo nie przyniosłam z sobą zerwanych po drodze polnych kwiatków,  które zostawiałam na grobie 24-letniego Krzysztofa Guzka, chłopaka który zginął na Matterhornie w 1992 roku (tak naprawdę zgineło tu dużo więcej Polaków, ale tylko ten jeden "nasz" grób jest). Na szczęście paliło się tam kilka zniczy – widocznie ktoś z rodaków tu chwilę przede mną było. A swoją drogą cholernie smutne te groby… Dobrze że nie zachodziłam na ten cmentarz przed moją wspinaczką na Matterhorn...



23 sierpnia, Warszawa
Ekoterroryzm, czyli batalia o Zatokę

Przy blogowym wpisie dotyczącym Jastarni wspomniałam o aferze, jaka tam się rozkręca. To znaczy napisałam wtedy, że wrócę do tego tematu.  Ogólnie chodzi o to, że ekolodzy domagają się zamknięcia Zatoki Puckiej dla wszelakich aktywności, bo jakoby przeszkadza to tamtejszym zwierzakom. Czyli wszyscy deskarze, kajciarze, nurkowie i inni wielbiciele sportów wodnych, że tak powiem: paszli won. Stracą ci, którzy są fanami wymienionych sportów, stracą mieszkańcy Półwyspu Helskiego z  obsługi  z turystów żyjący, stracą rybacy, bo przy okazji ekolodzy chcą też przeforsować zakaz łowienia ryb przy użyciu sieci, bo w sieci czasem zaplątać się mogą również ptaki (dziwne, że gdzie indziej łowienie sieciami nikomu nie przeszkadza?). Kto zyska? Oczywiście ekolodzy, bo wieść gminna niesie, że wcale nie na ochronie przyrody nie zależy, ile na funduszach unijnych jakie mogą pozyskać na swój projekt.


Żeby nie było wątpliwości – ja też staram się być proekologiczna, jestem za segregowaniem śmieci, oszczędnością wody, ochroną przyrody etc.,, ale nie wpadajmy w paranoję! Jeden z moich mądrych kolegów (Krzysiu – pozdrawiam!) dosadnie, ale chyba słusznie pomysły takie jak ten opisany, nazywa "ekoterroryzmem". Szkoda że słowo „ekologia” powoli traci swój prawdziwy sens, a coraz częściej oznacza „biznes”, „szantaż”, „wymuszanie kasy”.

Chore! Mam nadzieję że zwycięży zdrowy rozsądek i za rok znowu będę mogła na Zatoce Puckiej pływać na desce (co pewnie morświnom tak bardzo nie przeszkodzi, bo po prawdzie i tak nie jest to zakres ich występowania).



18 sierpnia, Warszawa
Od biegania do sukienki

Najpierw się pochwalę! No więc wczoraj, w ramach przygotowań do maratonu, przebiegłam 30 km i nawet specjalnie się nei zmęczyłam. Ku swojemu miłemu zaskoczeniu zakwasów też dzisiaj nie mam, choć  Misiek (mój mąż) skomentował to krótkim: "znaczy, że się obijałaś". Największym wyczynem w tym wszystkim było to, że mimo niedzieli musiałam o 6 rano zwlec się z wyra, co jako typowej "sowie" jest dla mnie nie lada wyczynem. No ale był też plus - biegając tyle kilosów las otaczający działkę rodziców poznałam na wylot -nawet mi wcześniej do głowy nie przyszło, że tyle w nim ładnych duktów i polanek.


No dobra, ale tak naprawdę to chciałam nawiązać do tematu z głównej strony portalu Onet.pl. Jednym z tematów dnia uznano tam - tu przytoczę tytuł potem powtarzany jeszcze w innych portalach: "Żona Boruca w sukience za jedyne 150 zł!". Pomijam fakt, że  to w ogóle żenada zajmować się takimi sprawami, a nawet jeśli lud takie bzdety lubi, media mogłyby postawić na kształtowanie ciut ambitniejszych gustów czytelniczych. Nie rozumiem jednak, czy to coś złego mieć sukienkę za 150 zł? Bo widzę że według naszych mediów (chodzi też o inne teksty w innych pismach i portalach) - chyba tak. Podobnie jak ubierać się w sieciówkach, czy założyć na publiczną imprezę dwa razy ten sam ciuch. Na szczęście celebrytką nie jestem, tak więc w nosie mam takie opinie, a powiem szczerze - nie zmieniłabym swojego podjeścia nawet jeśli miałabym więcej pieniędzy (na razie i tak każda złotówka jest odkładana na listopadową wyprawę na Piramidę Carstensza).  A tak w ogóle to tylko nieliczne z moich sukienek kosztowały 150 zł - wszystkie były raczej tańsze, choć wcale nie myślę że są złe, brzydkie czy kiepskie jakościowo. A swoją drogą ciekawa jestem za ile kupuje swoje ciuchy dziennikarka pisząca takie durne teksty.


10 sierpnia Jurata-Jastarnia-Warszawa
Aktywnego weekendu ciąg dalszy

jas10.jpgWłaściwie to piszę to już 11 sierpnia, w poniedziałek, po powrocie do Warszawy. Wszystko mnie boli, no ale to na własne życzenie. Niedzielny poranek zaczęłam od pobudki przed 6-tą (i to ja, poranny śpioch!) bo według mojego planu treningowego przed maratonem wypadało 26-kilometrowe wybieganie. Nie było zmiłuj się – zwlokłam się z wyra i pobiegłam do Helu, gdzie przy okazji zobaczyłam sobie latarnię (do tej pory znałam ją tylko z morza, kiedy na rejsach wpatrywałam się w jej światło).


Po powrocie z biegania i szybkim śniadanku podjechaliśmy do Szkoły Zdrowia, wspominanej już dwa dni temu bazy windsurfingowej, którą poza atmosferą lubię też za duży wybór sprzętu, no i kolejne godziny spędziłam na wodzie. Miałam super dechę, ślizgową, super fajny żagielek, a tymczasem wiatr wprawdzie był lepszy niż 2 dni temu, ale jas12.jpgznowu – o ślizgu można było tylko marzyć (choć momentami całkiem obiecująco szkwaliło).
A na koniec spotkałam Pana Władka – lokalnego Kaszuba i Marka – jego syna, którzy opowiedzieli mi o bulwersujących projektach dotyczących Półwyspu Helskiego i Zatoki Puckiej. Napiszę o tym szczegółowiej za kilka dni, bo temat jest ważny. Ogólnie chodzi o pomysły ekologów. Ja akurat staram się być proekologiczna, ale jestem też za zdrowym rozsądkiem, a mam wrażenie że coraz częściej ekologom chodzi nie o ochronę przyrody, ale o kasę, grubą kasę.


9 sierpnia, Jastarnia-Jurata
Na wraku Delfina i spotkanie w Juracie

jas1.jpgNo i jednak udało się zanurkować. Z samego rana zrobiłam sobie 10 km bieg, wracam, a tu miła informacja (przypomnę że mieszkamy na kempingu w bazie nurkowej) że są wypłynięcia na dwa wraki. „Groźnego” znałam – nurkowałam na nim kilkakrotnie, wybrałam więc „Delfina” – drewniany trałowiec o długości 41 metrów, przeznaczony do kasacji w 1957 roku i służący jako tarcza strzelnicza na poligonach. Ostatecznie statek zatonął na głębokości 21 metrów, niby nie dużo, ale trzeba pamiętać że 20 metrów w Bałtyku to tak jak 30 w innych wodach, bo i temperatura, i przejrzystość wody sprawiają że to dość specyficzny akwen. Powiem szczerze – fanką nurkowania w Bałtyku nie jestem, no ale traktuję to typowo szkoleniowo, wychodząc z założenia że kto radzi sobie w takich morzach, w tropikalnych nie ma już problemów, a na odwrót, różnie bywa.


Nur był fajny, bo po pierwsze – miałam za partnera Maćka, bardzo doświadczonego instruktora, który świetnie znał wrak, więc pokazał mi na nim każdą chyba dziurę, a po drugie – jak na Bałtyk - była super widzialność (choć oczywiście latarek używaliśmy). Ryb nie widzieliśmy, jedynie na przystanku bezpieczeństwa (na głębokości 5 metrów staliśmy 3 minuty) otoczyły nas meduzy.

Drugim „wydarzeniem dnia" :)  był mój wieczór autorski w Juracie. To że było miło, to zasługa zarówno sympatycznej publiki, ale przede wszystkim sympatycznego, a zarazem profesjonalnego prowadzącego (dzięki Krzysiu! :) ). Na koniec, już przy prywatnej rozmowie, okazało się że kolega-prowadzący biega maratony, co zaowocowało dużą ilością rad, które na pewno mi się przydadzą (do mojego pierwszego maratonu jeszcze tylko półtora miesiąca).



8 sierpnia, Jastarnia-Hel
Początek Polski i hurra! Deska!

jas2.jpgZ racji tego że jutro mam w Juracie tzw. wieczór autorski na które ściągnęło mnie wydawnictwo National Geographic, namówiłam Pawła abyśmy przyjechali na Półwysep Helski ciut wcześniej. Ku mojemu zaskoczeniu mój mąż-pracoholik jakoś nawet zorganizował sobie dwudniowy urlop, no od wczoraj jesteśmy w Jastarni, bo to ulubiona w tym rejonie moja miejscowość.


Nocujemy na kempingu przy mojej zaprzyjaźnionej bazie nurkowej (tzw. JASA), gdzie ileś lat temu robiłam swoje nurkowe licencje (najpierw OWD, potem AOWD – nurkowie wiedzą o co chodzi). Dziś jednak z nurów dzisiaj nic nie wyszło (było tylko wypłynięcie kursowe z bardzo płytkim zejściem pod wodę koło miejsca zwanego Torpedownią), czym wcale się nie zmartwiłam, bo tym samym było jasne, że mam czas na deskę. Pływanie na desce uwielbiam, problem jednak w tym, że nie mam swojego sprzętu i w ogóle mam mało ku temu okazji.

W Szkole Zdrowia (bo tak nazywa się moja zaprzyjaźniona baza windsurfingowa, którą zresztą ze szczerego serca polecam) spotkałam trochę dawnych znajomych a wśród nich jas4.jpgAdasia Bakesa - mojego ulubieńca, długoletniego szefa szkolenia w bazie, który teraz jest wiceprezesem Polskiej Federacji Windsurfingu. Nie widziałam go kilka lat, a więc radość ze spotkania była wielka (przy okazji poznałam narzeczoną Adasia której Adaś dzień wcześniej się oświadczył i jej dwa śmieszne yorki), wypiliśmy po kawie, no a następne kilka godzin spędziłam już na wodzie (to znaczy na desce). Wiało kiepskawo, w każdym razie warunki ślizgowe to niestety nie były, no ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Popołudnie spędziliśmy z kolei w Helu (miejscowości Hel) gdzie na wczasach  jest z kolei mój  brat z rodzinką. Port helski znam bardzo dobrze, bo jako żeglarz ileś razy w tamtejszej marinie cumowaliśmy, ale na spacer na cypel kończący Półwysep Helski wybrałam się pierwszy raz. Stoi tam kamień z tablicą, że to „Początek Polski”. No fakt, dalej już nic nie ma, tylko morze.

jas11.jpgA co do wakacji na Półwyspie Helskim to uderzyły mnie ceny! Śliwki czy morele które w Warszawie kupujemy za 4 zł, tam kosztują 15! Obiad w stylu smażona ryba, frytki, surówka plus najtańszy napój – 50 zł za dwie osoby (w zwykłej smażalni, wcale nie żadne ekskluzywne miejsce)… Mój brat mi mówił że dzienni wydaje 30 zł na toalety (rodzice plus dwóch małych chłopców). Patrząc ile ludzie tam wydają (no bo tu lody, tam gofry, dalej jakiś stragan z pamiątkami, wieczorem piwsko jedno, drugie...) – utwierdzam się w przekonaniu, że spokojnie za pieniądze wydane na takich plażowych wakacjach na „bzdety”, można by było mieć pełną wrażeń podróż np. w Azji. Ale – co kto lubi. Oczywiście nie odradzam wyjazdów "w Polskę". Chodzi mi jedynie o tych, którzy twierdzą, że nie podróżują tylko dlatego, bo ich na to nie stać.




5 sierpnia, Warszawa
Po Przystanku Woodstock czyli o tym co pokazał Fakt

wood1.jpgOstatni weekend spędziłam na Przystanku Woodstock. Pewnie dla niektórych to zaskoczenie, zwłaszcza że choćby po znajomych widzę, jak różne (mieszane) reakcje ta impreza wywołuje. Ja akurat przeciw Woodstockowi nic nie mam, bawić się ogólnie lubię, ale przyznaję, że ja również jechałam tam z mieszanymi uczuciami z prostego powodu: masowe festiwale muzyczne  z setkami tysięcy ludzi (na Woodstocku mówiono nawet o 700 tysiącach) nie są moim ulubionym pomysłem na spędzanie wolnego czasu. No ale dobra, nigdy tam nie byłam, więc choćby z czystej ciekawości chciałam na własne oczy przekonać się, jak to wygląda. Tak naprawdę to wyciągnął mnie na ten Woodstok kolega "Kanion" (niektórzy z Was wiedzą o kim mówię :)), namawiając abym w ramach woodstockowego "Himalayan Camp", zrobiła dwie prelekcje mające na celu zachęcanie młodzieży do tego, by miała jakieś pasje, w tym przypadku podróżniczo-górskie.

 
wood2.jpgCo do Himalayan Camp to super pomysł. Dużo się w nim działo (ścianka wspinaczkowa, etc.), prowadząca to ekipa też rewelacja, ale nie o tym chcę pisać tylko o Woodstocku jako takim. Bo wróciłam, ledwo usiadłam, a tu mój małzonek pokazuje mi internetowe wydanie Faktu (normalnie nie jesteśmy jego czytelnikami, ale wyszukiwarka to wyrzuciła), a tam co? Wielki tytuł: "Woodstock - Błoto, pijaństwo, seks i... dobra zabawa". "Dobra" to tak z ironią, w odniesieniu że po pijaku, w otchłaniach rozpusty etc. A pod tym zdjęcie jakiejś roznegliżowanej małolaty i następne - leżącego na ziemi gościa z podpisem "alkohol leje się strumieniami". No i mną zatrzęsło, bo nic mnie tak nie wkurza, jak manipulowanie informacjami przez media, które poniekąd kształtują społeczeństwo. Rozumiem że fotoreporter chciał mieć takie zdjęcia, by je redakcja wzięła (zresztą pewnie od początku miał powiedziane że ma zrobić coś, co ludzie będą chcieli oglądać), a redakcji zależy na rosnących słupkach klikalności, bo to szansa na premię, ale w końcu jakaś granica w naginaniu faktów powinna być. Jestem daleka od tego, by mówić że Woodstocku to impreza abstynentów, ale nie przesadzajmy - jak się pojedzie na przeciętne polskie wesele, też będą takie obrazki jak te które pokazał Fakt. Seks? Ja jakoś na nic specjalnie bulwersującego nie trafiłam, a pokazanie na zdjęciu przytulonej do siebie pary o niczym nie świadczy. No i słynne błoto... Powiem szczerze, ja byłam wręcz rozczarowana, że się tam nic specjalnego nie działo :). To znaczy dziać się działo - wood3.jpgwszyscy się świetnie bawili, skakali, ochlapywali się, jakiś śmieszny gostek jeździł w tym baseniku na rowerze, a że było strasznie gorąco, to chętnych do kąpieli było mnóstwo (bo to niedokładnie gęste błoto, tylko błotnista woda dająca namiastkę ochłody). Dość powiedzieć że ja sama miałam ochotę tam wskoczyć, a kiedy zaczął się koncert zespołu "Piersi" to już w ogóle mnie nosiło by razem z innymi w bajorku potańczyć. W sumie jedyne co mnie powstrzymało, to to, że akurat byłam sama i nie miałam co zrobić z aparatem fotograficznym. W każdym razie żadnych sensacyjnych zdjęć nie zrobiłam, bo nic sensacyjnego nie było. Nie było żadnych golasów, żadnych lasek topless, tak więc albo fotoreporter Faktu miał dużo szczęścia że takie scenki zobaczył, albo może za drobną opłatą załatwił sobie "ustawkę"? Nie ma siły, jak ktoś chce zrobić tendencyjne zdjęcia to je zrobi, a że nie oddają one obiektywnie rzeczywistości, to już nie fotografa problem (przynajmniej w jego mniemaniu).

wood6.jpgJedyne co mi się na Woodstocku rzeczywiście nie podobało, to śmietnik jaki ludzie zostawiają po sobie na dzikich leśnych obozowiskach. Wiem coś o tym, bo z racji mojego biegowego treningu (musiałam tego dnia machnąć 24 km), trochę się po okolicznych lasach naganiałam. Ale te śmietnisko  to  nie kwestia imprezy jako takiej, nie wina Owsiaka, tylko braku jakby to powiedziec: "świadomości ekologicznej" nie tyle wsród woodstockowiczów, ale w narodzie jako takim.

W każdym razie redaktorom Faktu życzę  trochę więcej dziennikarskiej rzetelności i uczciwości. Bo o tym że przy okazji Woodstocku było też mnóstwo pozytywnych inicjatyw i  ciekawe szkolenia (psychologiczne, medyczne, prorodzinne i inne), czy rozwijające horyzonty myślowe spotkania z ciekawymi ludźmi, już nie napisali. Widocznie wychodzą z założenia, że to co normalne, czytelników nie przyciągnie.                                                                              




10-13 lipca, Świnoujście
Szalony weekend

swin1.jpgDawno nie miałam tak szalonego, a zarazem udanego weekendu. Szalonego, bo na w sumie 2,5 dnia wolnego, dwa trzeba było spędzić w dużej mierze w samochodzie (w każdą stronę do przejechania było ponad 700 km). Na szczęście drogi w Polsce coraz lepsze, no a tak czy owak - warto było!


Pojechaliśmy z Pawłem do Świnoujścia poniekąd służbowo - miałam tam wystąpić w ramach imprez towarzyszących Mistrzostwom Europy w Match Race`ingu (dla niewtajemniczonych: ogólnie chodzi o żeglarstwo - pewną formułę regatową). Swoją drogą impreza ciekawa i widowiskowa - kibicowaliśmy oczywiście "naszym", a konkretnie załodze Przemka Tarnackiego, którego bardzo cenię, no ale tym razem nie miał szczęścia. Wygrali Włosi, przed Szwajcarami, a na trzecim miejscu uplasowali się Szwedzi.

swin2.jpgCo do Świnoujścia, to byłam tam już kilka razy, kończąc w tym porcie rejsy morskie, ale zawsze sprowadzało się to do szybkiego zdawania jachtu kolejnej załodze, po czym w pociąg i do domu. Miasta i wysp, na których jest położone (ponad 40!!!) poznać nigdy nie zdążyłam. Teraz zaległości w przyśpieszonym tempie nadrobiłam, o co zadbali o to nasi mieszkający w Świnoujściu znajomi - Ewa i Mirek (z Mirkiem poznaliśmy się dawno temu na wyprawie do Peru).

Szczerze mówiąc nie przypuszczałam że tyle tam do oglądania. Przede wszystkim forty - widzieliśmy trzy, a każdy zupełnie inny charakterem (mój ulubiony to Fort Gerharda, po którym oprowadzają niezwykle zaangażowani w swoje role młodzi ludzie poprzebierani w historyczne stroje). Ma też Świnoujście najwyższą w  Polsce, bo 64-metrową latarnię morską (świetny punkt widokowy na port), no i swój słynny wiatrak, stanowiący charakterystyczne zakończenie sięgającego spory kawał w morze falochronu.

swin4.jpgByliśmy też po stronie niemieckiej. Ja nawet dwukrotnie, jako że najpierw, bladym świtem do Niemiec pobiegłam (w ramach treningu zrobiłam sobie 18 kilometrową traskę transgraniczną). Swoją drogą to niesamowite, że dożyłam czasów, kiedy mogę sobie, ot tak po prostu, bez żadnych kontroli, do Niemiec pobiec! Potem z kolei Mirek wyciągnął nas za granicę  samochodem - celem stała się nadmorska kawiarenka z m.in. winem i tiramisu, co poniekąd było powodem do zaskoczenia, jak nas tam sympatycznie traktują (bo miło że niemieccy kelnerzy uczą się polskich słówek).

A ze zdziwień już ze strony polskiej, już nie tak miłych, to to że jak się okazuje, coraz trudniej zjeść na wybrzeżu polską rybę! Rosyjski mintaj, egzotyczne krewetki, jakieś oceaniczne ryby z mrożonek - proszę, ale z tym co wyłowią nasi rybacy już tak łatwo nie jest. Ponoć się nie opłaca ryb skupować, bo prąd do pracy chłodni kosztuje więcej niż wyniósłby zysk ze sprzedanych ryb. Chore...



6 lipca, Borsuki koło Pułtuska
Teraz Polska!!!

dzialka1.jpgPo ponad miesiącu na Alasce, głównie w górach, na lodowcach, fajnie było wrócić „na Ojczyzny łono”. A że bardzo dawno nie byłam na rodzinnej działce, w pobliżu Pułtuska (jakieś 60 km od Warszawy), w przepięknych lasach skraju Puszczy Białej, z przyjemnością dałam się swemu Tacie na działkę wyciągnąć. Przyjemność była tym większa, że Tata zrobił swój popisowy chłodnik, który mogę jeść na śniadanie, obiad i kolację przez cały miesiąc i pewnie by mi się nie znudził. Ja swoją drogą przywiozłam m.in. alaskańskiego łososia, w marynacie domowej roboty – prezent od rodzinki, która zabrała mnie tam na stopa (dla tych co nie czytali bloga – przemieszczałam się na Alasce autostopem).


dzialka2.jpgA co do działki, to korzystając z okazji poszłam sobie trochę pobiegać. Zrobiłam dobre kilkanaście kilometrów, bo wypada zacząć się przygotowywać do sierpniowego Półmaratonu Praskiego, a przy okazji miałam okazję do różnych przemyśleń. Na przykład takich że właśnie do takich widoków jakie mam na tych nadnarwiańskich terenach – jeżdżąc po odległych zakątkach świata tęsknię. Boże, jak tu u nas ładnie. Choćby lasy (na południowej Alasce lasy niby są, ale te nasze ładniejsze), ukwiecone łąki czy pola ze złotymi łanami zbóż. I jeszcze bociany!!! Wiem, w innych krajach też są (kiedyś byłam w tureckiej wiosce, gdzie miały gniazdo dosłownie na każdym słupie), ale mimo wszystko dla mnie to będą NASZE, polskie ptaki. Ktoś spyta pewnie, dlaczego wyjeżdżam na drugi koniec świata, skoro tak się zachwycam Polską? No właśnie choćby po to, aby docenić swój kraj!



27 maja-koniec czerwca, Alasce
Głównym celem była wspinaczka na Mt McKinley/Denali, zaliczany do Korony Ziemi najwyższy szczyt Ameryki Północnej). Udało się, choć z mocnymi przeżyciami. Było też trochę czasu na autostopowe pojeżdżenie po Alasce. Szczegóły - kliknij tutaj


23 maja, w Warszawie, po Nepalu
I znowu Everest!

nepal1.jpgCały ubiegły tydzień spędziłam w Nepalu pilotując moją ulubioną grupę z którą jeżdżę od iluś już lat. Hitami  wyjazdu był:  rafting na którym chyba nie było osoby która by nie zaliczyła kąpieli w rzece (niekoniecznie z własnej woli – życzliwi koledzy zawsze pomogą :) )   2) latanie motolotnią w okolicach Pokhary. Chciałoby się powiedzieć, z widokiem na Annapurnę (jeden z dziesięciu nepalskich ośmiotysięczników), ale z racji mocno zamglonego powietrza ośnieżonych szczytów widać nie było. Oczywiście standardowo, jak to w Nepalu, zaliczyliśmy też lot widokowy z panoramą Everestu - to już nie motolotnią, ale samolotem.


Ale to było w zeszłym tygodniu, a póki co mam ostatnie dni przygotowań do wyjazdu na Alaskę. Pokój zawalony sprzętem, ja zaś tkwię w amoku wynikającym z tego że doba ma tylko 24 godziny a nie 48 choć i to byłoby za mało. Mimo to znalazłam czas, aby miską truskawek uczcić moją rocznicę wejścia na Everest. Dzisiaj, czyli też 23 maja, weszła na szczyt Chinka Jing Wang, która mimo tego, że po nepalui2.jpgtragicznej kwietniowej lawinie w której zginęło w sumie 17 Szerpów władze nepalskie oficjalnie Everest „zamknęły”, ona akurat do tej decyzji się nie zastosowała. Ambitna dziewczyna dzięki sponsorom  wynajęła helikopter i opłacając ponoć 20 jego kursów (każdy za nie mniej niż 2 tys. dolarów) przerzuciła cały sprzęt od razu do obozu II (chodziło o przeskoczenie niebezpiecznego Icefallu) i postanowiła działać mimo braku poręczówek. Decyzja mocno kontrowersyjna, no ale Chinka z pomocą 5 Szerpów cel osiągnęła i Everest zdobyła. Co ciekawe, na szczycie byli dopiero o 18.30!!! co oznacza najpóźniejsze „szczytowanie” w historii Everestu (zresztą wystartowali z ostatniego obozu dopiero o 9-tej rano!). Zwykle ekipy wychodzą na noc dzięki czemu na szczycie są o świcie (ja startowałam o 21, na szczycie byłam o 5.45), ale dzięki temu przy zejściu (co jest bardziej niebezpieczne niż wejście) ma się dzień, czyli widać gdzie co jest. Chinka zrobiła inaczej, ale dlaczego nie wiemy. Wyjaśni się jak wróci do bazy i będzie można ją zapytać, ale tak czy owak - szacun!




10 maja, Kioto (Japonia), wylot do Polski
Zielona herbata trochę inaczej

japan17.jpgOstatni dzień w Japonii wykorzystaliśmy na dokończenie zwiedzania Kioto. Byliśmy m.in. w Pałacu Szoguna, słynnym ze „słowikowych podłóg” (ich specjalna konstrukcja sprawia że specyficznie „ćwierkają”, co w dawnych czasach zdradzało niepowołanych podsłuchiwaczy), potem zaś był czas na Złoty Pawilon – pokryty 24-karatowym złotem budynek malowniczo położony nad jeziorkiem ozdobionym fioletowymi irysami (akurat kwitły). Pawilon wprawdzie w 1950 roku został podpalony przez jakiegoś szalonego mnicha, ale po odbudowaniu wygląda równie dobrze, a może nawet i lepiej.

Po obiedzie w gronie chętnych skoczyliśmy jeszcze do bambusowego lasu. Robi wrażenie, bo rzeczywiście są tych bambusów tysiące. No a na koniec były zakupy, no bo coś do Polski wypada przywieźć. Po długich dylematach zostałam szczęśliwą posiadaczką kilku kompletów pałeczek oraz tutejszej specjalności – ryżowych naleśników z nadzieniem z czerwonej fasoli. Nie wiem czy obdarowanym owe naleśniki będą smakować, ale uznałam że to lepsze niż np. suszone ośmiornice, które nie każdemu mogą przejść przez gardło. Sobie zafundowałam lody o smaku – no właśnie – czerwonej fasoli i zielonej herbaty, a takżze powszechnie znane, także z Polski, batoniki Kit-kat, tyle że w lokalnej wersji czyli z koloru zielone. Byłam ciekawa, czy to zielone to smak zielonej herbaty czy ostrego japońskiego chrzanu wasabi? Okazuje się, że wersja pierwsza (herbata).



9 maja, z Hakone do Tokio
Od lisków do gejsz


japan19.jpgZgodnie z wczorajszymi planami wspomaganymi tym, że jakoś nie mogę tu rano spać (to pewnie ta różnica czasu: +7 godzin) – przed śniadaniem trochę  pobiegałam. Standardowe 10 km z przerywnikiem na niewielką, zupełnie pustą lokalną świątynię.

Wczesnym popołudniem byliśmy już w Kioto – dawnej stolicy Japonii, jednym z najciekawszych w tym kraju miast (taki odpowiednik naszego Krakowa). Przyjechaliśmy tam Shinkansenem, który jak przystało na super-szybki pociąg, mknął z prędkością zdaje się 270 km/h (szybciej też jeżdżą, chociaż nie na tym odcinku).

japan16.jpgPonieważ Kioto to miasto świątyń, kilka z nich wypadało zwiedzić. Zaczęliśmy od świątyni bogini Inari – jednego z najważniejszych bóstw w dominującej w tym kraju religii szintoistycznej. Miejsca poświęcone Inari łatwo rozpoznać – pełno przy nich kamiennych lisków, które uważa się za posłańców bogini (dokładniej powinny być to białe lisy). A że Inari jest kojarzona głównie z biznesem i kasą, wykupiliśmy specjalną ceremonię w trakcie której kapłani udzielili nam błogosławieństwa na dobre interesy (inna sprawa, że mamy wątpliwości, czy w katolickim kraju będzie to działać?). Japończycy jednak w pomoc Inari wierzą, o czym świadczy ilość zafundowanych tori – specjalnych bram oznaczających święty teren, które stawia przy tej akurat świątyni każda szanująca się firma (w rezultacie są tych tori tutaj tysiące).

Zaliczyliśmy też ceremonię parzenia herbaty. Aby dojść do mistrzostwa w tej dziedzinie, trzeba szkolić się latami, ale parzenie to jedno, a wypicie tego napoju to również wielka sztuka. Żeby nie popełnić gafy, trzeba wziąć czarkę w odpowiedni sposób, przekręcić ją trochę zgodnie z ruchem wskazówek zegara, pozachwycać się wzorem i dopiero potem delektować się napojem. Chociaż słowo „delektować się” dla mnie akurat nie jest zbyt odpowiednie, bo powiem szczerze – zielona herbata podawana w trakcie tego typu ceremonii mnie akurat nie leży. Wolę zwykłą, czarną, której w Japonii prawie że nie ma (chyba że w knajpkach popularnych wśród turystów, bo Japończyk czegoś takiego nie tknie).

Punktem kulminacyjnym dnia był wieczór z maiko. Tak nazywa się dziewczyny kształcące się na gejsze, choć tak mówią o nich tylko cudzoziemcy, bo w Japonii jest to słowo uznawane za  obraźliwe – powinno się używać formy geiko. No więc zanim maiko zostaną geiko, od wieku mniej więcej 15 lat przez 5 lat uczą się wszystkiego co powinna wiedzieć i umieć dama do towarzystwa. „Towarzystwa” – nie znaczy seksu, bo błędem jest utożsamianie geiko (gejsz) z prostytutkami. Większość z nich traktuje swoją pracę jako swego rodzaju misję propagowania japońskiej kultury. Wbrew pozorom wcale dużo nie zarabiają – przynajmniej na etapie bycia maiko większość zarobków zgarnia właścicielka szkoły u której dziewczyny mieszkają, wydzielając im jedynie kieszonkowe. Swoją drogą trzeba być nieźle zdeterminowaną, aby japan12.jpgzostać taką maiko/geiko – przykładowo: nie można mieć chłopaka/męża, no i choćby taka fryzura – układa się ją raz na tydzień, a żeby ją utrzymać, trzeba spać trzymając głowę na specjalnym podgłówku.

A skoro zahaczyłam o temat miłosnego sparowania... Ola opowiadała dziś o tutejszych „hotelach miłości”. Nie chodzi o domy publiczne tylko miejsca dla zupełnie legalnych par. Jest ich mnóstwo, bo w ciasnych mieszkaniach poprzedzielanych cienkimi, bardzo akustycznymi ściankami, z różnego typu uniesieniami nie jest łatwo. Nic dziwnego że powszechnie przyjęte jest korzystanie z lokali na godziny. Są one samoobsługowe i bez okien, a na parkingu miejsca są oddzielone specjalnymi przepierzeniami, co gwarantuje pełną dyskrecję. Poza tym pary takie przybytki lubią, bo można sobie wybrać pokoik z odpowiednim wystrojem. Pokemony? Proszę! Słodkie serduszka i różowe falbanki? Nie ma sprawy. Ceny – od 2300 jenów (nie całe 80 zł) za godzinę.


8 maja, Hakone (Japonia)
Kąpiel w winie (w sake też)

Dzisiejszy dzień minął nam pod znakiem góry Fudżi oraz osobliwych kąpieli. To znaczy Fudżi (niektórym myli się z Fidżi :) )znowu prawie nie widziałam (wyłoniła się na krótko, co i tak znaczyło że dłużej niż moim poprzednim japan4.jpgrazem na tej trasie), ale i tak praktycznie cały dzień spędziliśmy w jej okolicach. Zaliczyliśmy rejs statkiem po jeziorze utworzonym w kalderze jednego z dawnych tutejszych wulkanów, zjedliśmy jajka ugotowane w bulgocącym bajorze naturalnie podgrzewanym przez kipiącą w głębinach lawę, jednak główną atrakcją były kąpiele w basenach zasilanych termalnymi źródłami, co oczywiście też jest zasługą wulkanów. Oryginalność owych kąpieli polega w tym przypadku na tym, że każdy basen czymś się wyróżnia. W jednym kąpiemy się w rozwodnionej kawie (zbożowej), potem jest basen wypełniony zieloną herbatą, dalej m.in. na szczęście w biznesie, no ale największą frajdę sprawił nam basen z czerwonym winem (choć ja miałam wrażenie, że to raczej barszcz czerwony :)) oraz inny – z sake, czyli tutejszą wódką z ryżu. Zastanawialiśmy się, czy siedząc w takiej alkoholowej kąpieli można się przez skórę upić, ale jakoś symptomów tego stanu nie zauważyliśmy, więc albo nie, nie można się upić, albo może tego alkoholu jest tak mało?

japan11.jpgZ ciekawostek – jadąc tutaj (bo w otoczeniu tych gór-wulkanów dzisiaj nocujemy), przejeżdżaliśmy przez miasto Kawasaki. Pewnie większości z nas kojarzy się ono, jak najbardziej słusznie, z fabryką motocykli, jednak w Japonii jest ono sławne także z czego innego: co roku na początku marca odbywa się tu Festiwal… Fallusa, czy jak kto woli - Członka. Z miejscowej świątyni w której przechowywany jest olbrzymi fallus, wynosi się wówczas ów organ na „spacer po mieście”, a w pochodzie uczestniczy mnóstwo ludzi, począwszy od par które pragną mieć dziecko, ale mają z tym problem, po rozbawionych homoseksualistów. Wszyscy oczywiście piją duże ilości sake i kupują lizaki w kształcie fallusa czy waginy, no i potem chodzą sobie po ulicach w wesołych nastrojach, bezpruderyjnie liżąc wspomniane narządy :).
japan15.jpg
Co jeszcze z ciekawych rzeczy? Nauczyliśmy się zakładać kimono! Ładne, eleganckie kimono kosztuje tu majątek, często matki przekazują je córkom. Podobno za najbardziej eleganckie uważa się zakładane na specjalne okazje (typu pogrzeb itp.) kimono czarne z herbami rodowymi. Ile kosztuje kimono? Ola mówiła że za takie przyzwoite, choć bez szału, trzeba liczyć ok. 300 tys. jenów, co oznacza jakieś 10 tys. zł. Nic dziwnego, że czasem, np. na ślub, dziewczyny kimona wypożyczają. Specjalna sztuka to coś takiego upiąć i powiązać – jest nawet specjalny zawód „pań pomagających założyć kimono”. Największa trudność to zawiazać podtrzymujący kimono pas zwany obi ,  na którym wiąże się specjalną, przypominającą plecak kokardę (z tyłu). Kiedyś Japonki nosiły w takim pasie wachlarz i - uwaga! - sztylet do ewentualnego bronienia swojej cnoty. :)

Dobra, koniec pisania – idę spać, bo rano muszę wcześniej wstać, aby trochę pobiegać… Do wyjazdu na wyprawę na McKinleya (najwyższa góra Ameryki Północnej) już tylko 2 tygodnie, więc trzeba szlifować kondycję.


7 maja, Tokio (Japonia)
Trochę o japońskiej stolicy


Co zobaczyć w Tokio pisać nie będę, bo od tego są przewodniki. Ograniczę się do tego o czym przewodniki raczej nie piszą…


japan2.jpgNo więc że miasto ogromne, to wiadomo (20 mln mieszkańcow jeśli liczymy mieszkańców 23 stołecznych dzielnic i drugie tyle, jeśli bierzemy pod uwagę także przyległości). Widzę że Japończycy lubią kopiować innych – widać to m.in. w budowlach. Jest więc Tokio Tower wyglądająca jak trochę pomniejszona Wieża Eiffle`a, jest Disneyland i nawet wielkie diabelskie koło – wypisz-wymaluj kojarzące się z London Eye (też takie koło) w brytyjskiej stolicy.

Inne spostrzeżenie – na ulicach brak koszy na śmieci. Jak nam wytłumaczyła Ola, to w obawie przed bombami które można w nich ukryć. Co w takim razie robi się ze śmieciami? Ano nosi się ze sobą. Ponoć nawet na pampersach jest napisane, aby matki przewijając dzieci np. w toalecie domu handlowego, zabierały zużytą pieluchę ze sobą (ciekawe – do torebki? A może lepiej kieszeni?) i wyrzucały w domu, w poczuciu obywatelskiego obowązku nie obarczając tym miejskich instytucji.

Centrum Tokio to oczywiście drapacze chmur i dużo, dużo reklam czy neonów. Najdroższą dzielnicą jest Ginza, gdzie wg danych Oli za metr kwadratowy biura czy apartamentu trzeba zapłacić 10 mln jenów (dla porównania na obrzeżach Tokio można wynająć kawalerkę 20 m kw - tutejszy standard, za jedyne 70 tys. jenów miesięcznie). A co do mieszkania to zaskoczyło mnie, że Japończycy nie mają w domach ogrzewania! Zimą ciepło tu bynajmniej nie jest, ale że ludzie panicznie boją się pożarów, to nikt żadnych piecyków gazowych sobie nie montuje, co najwyżej ratując się olejowymi czy elektrycznymi, choć to akurat mało wydajne urządzenia. Myśląc o mieszkaniu trzeba jeszcze sobie załatwić, miejsce parkingowe – inaczej możemy nie dostać zezwolenia na korzystanie z samochodu.

japan1.jpgW ramach poznawania atmosfery miasta byliśmy m.in. w ulubionym rejonie młodzieży – chodzi o ulicę … gdzie przychodzą różne ciekawe „oryginały”. Trudno nie zauważyć że ogólnie młodzi Japończycy są dość infantylni, a przynajmniej tak sugerują ich ubiory. Dominują małoletnie lolitki – najcześciej z kucykami, w spódniczkach mini (krzywymi, a często też grubymi nogami tu się nikt nie przejmuje), mocno umalowane, z różowymi i krzykliwymi dodatkami i gadżetami które u nas cieszą głównie przedszkolaków. No ale o gustach się ponoć nie dyskutuje.

Z kolei wieczorem z częścią grupy poszliśmy sprawdzić życie nocne Tokio. Oj dzieje się tu, dzieje. O godz. 23 klub w którym byliśmy dopiero się zapełniał, ale potem, mimo że była środa, zrobiło się całkiem tłoczno. Ostrzegano nas abyśmy uważali na czarnoskórych chłopaków z Nigerii, że to niby taka tutejsza mafia. Rzeczywiście po ulicach kręci się ich całkiem sporo. A co do klubu to najciekawsza była tabliczka „no dance” (nie tańczyć), wisząca tuż nad parkietem :). To ponoć po to, by lokal nie płacił za specjalną licencję taneczną. Czyli ludzie tańczą, ale przecież klub informuje że nie można. Jak widać w Japonii też kombinują.


6 maja, Tokio (Japonia)

Chopin na traktorze czyli japońskie obrazki

japan6.jpgNo i znowu jestem w Japonii (znowu, bo ostatni raz byłam tu w październiku 2013 r., o czym można poczytać na pisanym wtedy blogu). I znowu jako pilot, trochę z utęsknieniem już czekając na mój od dawna planowany prywatny-globtroterski wyjazd w czerwcu na Alaskę.

Poprzedni razem jak przylecieliśmy, nie mogliśmy wylądować bo kończył się tajfun, z kolei tym razem dzień przed nami było w Tokio silne trzęsienie ziemi. Silne na tyle, że ponoć jest problem z korzystaniem z wielu bankomatów, a w hotelu w którym mieszkamy zapowiedziano że od godziny 23 nie będzie prądu, co oznacza brak światła, Internetu i nie działające windy (to ważne, bo mieszkamy na 28 piętrze). Podejrzewam że nie będzie też działało podgrzewanie deski klozetowej i to chyba będzie największy „dramat” :). Może ktoś pamięta, że poprzednim razem pisałam o guziczkach pozwalających włączyć odgłosy typu szum wodospadu albo śpiew ptaków, żeby nie było słychać efektów dźwiękowych tego co robi się w ubikacji, ale tym razem zamiast tego mam w hotelowym kibelku Hi-tech panel sedesowy do ustawiania różnej temperatury toaletowego siedziska i różnego rodzaju fontann myjących nasze wypięte cztery litery (pod kątem i z siłą z jaką sobie tylko życzymy).

japan10.jpgNaszą przewodniczką jest Ola, Polka która mieszka tu od 3 lat i ma japońskiego męża oraz dwóch uroczych brzdąców, mówiących i po polsku, i po japońsku. Na zimę Ola lata do Polski, bo jak się śmieje – w Polsce cieplej. Co ciekawe – w tym roku kiedy u nas narzekaliśmy na wyjątkowo dziwną, bezśnieżną zimę, w Japonii mieli „zimę stulecia”, której jednym z efektów jest np. to, że dopiero teraz sadzi się tu ryż, choć powinien już dawno rosnąć (lądując widzieliśmy z samolotu ogromne połacie ryżowych poletek). A co do zimy, to dziwne, ale Japończycy nie mają w domach ogrzewania. To znaczy wstawiają sobie małe piecyki olejowe lub elektryczne, ale centralnego czy gazowego grzania nie uznają, bo panicznie boją się pożarów. Według Oli są cztery rzeczy których Japończycy się boją, czyli: 1) trzęsienia ziemi;  2) błyskawice;  3) pożary;  4) teściowie :).

Zasypaliśmy Olę gradem pytań… Np. o lewostronny ruch. Ponoć wziął się stąd, że w dawnych czasach kiedy po drogach chodzili sobie samurajowie, musieli uważać, aby wyciągając z pochwy miecz nie zrobić idącemu naprzeciw krzywdy. A że byli raczej praworęczni, więc miecz nosili z lewej strony, no i z natury rzeczy ten lewostronny ruch im pasował.

Inne pytanie – o Chopina. Lubią, bo kojarzy im się to z wysoką kulturą. Ola opowiadała że na wsi gdzie mieszka jest Japończyk, który jest rolnikiem, a który wsiadając do traktora np. dla zaorania pola, puszcza sobie na cały regulator mazurki naszego kompozytora. Urocze, co?

No to teraz, jak Japończycy piszą smsy. Jak się okazuje, zaczynają pisać fonetycznie, po czym telefon wyświetla im na zasadzie podpowiedzi odpowiednie znaki pasującej do wymowy danego słowa. Znaki mogą mieć różne znaczenie, tak więc trzeba sobie wybrać odpowiedni.

I jeszcze – pytania o pracę. No więc minimalna, ustawowa składka godzinowa to 750 jenów za godzinę i mniej więcej tyle zarabia się np. wydając burgery w McDonald`się. Za mniej pracują ponoć jedynie pracujący na polach Chińczycy (przyjeżdżają jako sezonowi pracownicy). Nauczyciel zarabia przeciętnie 170 000 jenów miesięcznie na ręke (trochę ponad 5 tys. zł)  – Ola ucząc angielskiego w jakiejś prywatnej szkole miała ok. 1000-1200 jenów za godzinę (czyli ok. 30-35 zł, bo 100 jenów to 3 złote). Ale znowu ciekawostka – nauczyciel w takiej szkole musi dostosować się do mnóstwa wytycznych, żeby małoletni uczeń nie czuł przy nim dyskomfortu. Przykładowo – po każdej lekcji nauczyciel musi myć zęby (!), żeby nie narażać dzieciaki na przykre zapachy. Nie można też używać żadnych perfum, ani też dezodorantów, chociaż z drugiej strony nie może być w najmniejszych stopniu czuć od człowieka potu. A, i jeszcze w pracy chodzi się w kapciach. Nawet w biurach poważnych firm. Ubiera się taki ważny urzędnik w garnitur i krawat i do tego kapcie. Fajnie to musi wyglądać. :)



4 maja, Warszawa
Pirania odgryzająca głowę czyli jak umrzeć ze śmiechu   


Prawie nie oglądam telewizji, ale wczoraj wieczorem w ramach przerywnika w pracy, zerknęłam. Pilota dzierżył Paweł, w swoim stylu skacząc po kanałach, czyli oglądając 5 programów jednocześnie, no i tak to - chcący czy niechcący - wskoczył reklamowany jako komedia amerykański film pt. "Pirania 3DD". Wytrzymałam 3 minuty w ciągu których pokazano ileś odgryzionych nóg i rąk, jednak punktem kulminacyjnym była scenka z dzieckiem które na oczach mamusi chce zrobić wyrzuconej na brzeg piranii zdjęcie, aż tu nagle pirania robi skok, chlusta krew i dziecko zostaje bez głowy. 
 
Super komedia - nieprawdaż? Po prostu boki zrywać i pokładać się ze śmiechu. No ale może to ja mam wypaczone poczucie humoru, a innym się podoba?
 
ps. Jutro wylatuję do Japonii. Kogo interesuje co tam ciekawego w Kraju Kwitnącej Wiśni (obawiam się że właśnie skończyły kwitnąć :(  ) to zapraszam do czytania.
 
 
 
3 maja, Warszawa
Deszczowy bieg  


biegkon.jpg
Co roku 3 maja organizowany jest w Warszawie bardzo fajny bieg. Mówię o Biegu Konstytucji, no bo to dla uczczenia wydarzeń z 3 maja 1791 roku. Dystans 5 km nie jest moim ulubionym, bo to szybkie bieganie, a ja wolę wolniej, ale za to bardziej na wytrzymałość, no ale nie chodzi o wynik, który ostatecznie był sporo poniżej moich oczekiwań (27 minut 5 sekund), ile o samą motywację by się rodzinnie ruszyć. Bo rodzinnie rzeczywiście było. Ja biegłam na 5 km, mój 75-letni tata szedł na 5 km nordic walking (i był zdaje się 26 na jakieś 80 osób!), a 4-letni chrześniak wystartował w 700-metrowym "Biegu z Maskotką" (rzeczywiście dzierżył pod pachą pluszowego zająca). Do naszego rodzinnego teamu (bo byli też liczni kibice w osobie mojego męża, brata i bratowej) dołączyła jeszcze zaprzyjaźniona rodzinka z Braniewa. Piotrek (głowa braneiwskiej rodziny) to niemal zawodowy biegacz, tak że na mecie biegu zameldował się jako 9! na coś koło 3,5 tys. sklasyfikowanych biegaczy. 
 
Szkoda tylko że nie dopisała pogoda - padało, a właściwie lało praktycznie cały czas. Nici więc z planowanego pikniku, za to mały Adaś (ten od pluszowego zająca) wieczorem miał już zapalenia gardła. A ponoć sport to zdrowie  :).                                                                               
                                                                          

 

 



27 kwietnia, Warszawa,
Wiosna, wiosna, a ja co?

pudza2.jpgNa blogu chwilowa przerwa, bo szczerze mówiąc skoro to blog podróżniczy, to chwilowo nie mam za bardzo o czym pisać. Finiszuję z książką (o górach, dla National Geographic), co oznacza że od świtu do nocy (a często też do świtu) klepię w klawiaturę i wypijam hektolitry kawy. Jedyne co mnie mobilizuje do wyjścia z domu, to konieczność treningów (czytaj: biegania), bo do wyprawy na McKinleya (najwyższa góra Ameryki Północnej) został już tylko miesiąc, więc trzeba dbać o formę.


Za to maj mam już mocno wyjazdowy, więc będzie o czym pisać na blogu. Za tydzień wyruszam do Japonii – mam nadzieję że załapię się jeszcze na kwitnące wiśnie!

ps. A propos tragicznej lawiny na Evereście, w której zginęło 13 Szerpów... Postanowiłam napisać trochę o ich niebezpiecznej pracy, w takim trochę swoistym hołdzie dla tych niby zwyczajnych, ale jednak wyjątkowych ludzi. Odsyłam na strony Onetu (bo tam ten tekst poszedł), albo tutaj .




zyczenia.jpg19-20 kwietnia, Warszawa
Wielkanoc


W tym roku przynajmniej ciepło (bo przypomnę, że w zeszłym na Wielkanoc posypało śniegiem :)  ).

Krokusiki ze zdjęcia obok dostałam wczoraj od mojego męża (w najbliższych dniach pewnie się rozwiną), a co do pisanki, to widać na niej ręcznie malowaną bieszczadzką cerkiewkę. Bądź co bądź właśnie z Bieszczadów wróciłam (-> wpisy z 16 i 17 kwietnia ).






18 kwietnia, Warszawa
Śmierć na Evereście

evlaw.jpgDziś rano, o godz. 6.30 czasu nepalskiego, na stanowiącym I etap wspinaczki na Everest Icefallu, zeszła potężna lawina. Jak na razie odkopano 12 ciał, ale wciąż szuka się zaginionych. Wszyscy którzy zginęli to nepalscy Szerpowie – przewodnicy, tragarze i członkowie odpowiedzialnej za poręczowanie ekipy zwanej Icefall Doctors. Przeżywam ten koszmarny wypadek strasznie, bo przecież rok temu tam byłam, a być może niektórych z tych Szerpów nawet z widzenia znałam? Mało tego – sama też kilkukrotnie tam przechodziłam, bo przecież i tak innej drogi nie ma. Niestety, dopiero początek sezonu wspinaczkowego na Evereście i Lhotse, a już tylu ludzi nie żyje. Do tych z dzisiejszej lawiny trzeba dodać jeszcze Szerpę, który 1 kwietnia został przewieziony helikopterem do szpitala Katmandu, bo stwierdzono u niego obrzęk płuc (zaawansowane stadium choroby wysokościowej), ale uratować go już się nie udało. Dobrze że nie jestem teraz na Evereście, bo by mi chyba odeszła chęć do wspinania.




17 kwietnia, Bieszczady
Grób Hrabiny i Źródła Sanu

biesz10.jpgPlan na dziś zakładał ambitną wycieczkę. I taka była – ambitna znaczy się. Otóż wybraliśmy się do tzw. worka bieszczadzkiego, czyli w najbardziej na południowy-wschód wysuniętą cześć nie tylko Bieszczadów, ale w ogóle Polski. W czasach PRL wejście tam było w ogóle zabronione, teraz niby nie ma problemu, ale mimo to ciągle jest tam dziko i dość bezludnie (my w ciągu prawie całego dnia włóczenia się, nie spotkaliśmy nikogo).


biesz8.jpgNaszym celem były źródła Sanu znajdujące się dokładnie na granicy między Polską a Ukrainą. Żołnierze ukraińscy czaili się zresztą w krzakach, a ja ze zdziwieniem odkryłam że nadal mają od swojej strony zaorany pas dodatkowo ogrodzony drutami, kiedyś pod napięciem, a teraz nie wiem, może też. W ciągu kilkugodzinnej wędrówki (od parkingu gdzie zostawiliśmy nasz terenowy samochód mieliśmy według przewodnika 4 godziny drogi w jedną stronę) mieliśmy namiastkę „prawdziwych” Bieszczadów – wysiedlone wioski, stare krzyże, zarośnięte cmentarze po których biesz7.jpgkicały zające, a na łąkach – pełno dowodów na działalność bobrów.

Z tych dawnych wiosek największą w tym rejonie były Sianki. Kiedyś był to popularny kurort zimowy, z dworcem kolejowym, licznymi hotelami, wyciągam narciarskimi, torem saneczkowym i skocznią, knajpami z dancingami i nawet- teatrem! Sytuacja zmieniła się w 1946 roku kiedy jej mieszkańców wywieziono. Pozostało tylko trochę domów po ukraińskiej stronie, ale to i tak tylko namiastka tego co było w przedwojennych Siankach.

biesz9.jpgNiezwykłym miejscem koło Sianek jest tzw. Gób Hrabiny, a konkretnie bardzo lubianej przez okolicznych mieszkańców dawnych właścicieli majątku – Klary i Franciszka Stroińskich (obydwoje zmarli w II połowie XIX wieku). Z ich dworu poza kilkoma blokami kamiennymi niewiele się zachowało, za to w lesie wciąż można znaleźć różne sprzęty kuchenne z dawnych chałup.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie pogoda. Najpierw były chmury, potem deszcz, potem znowu chmury, potem nagle błękitne niebo, ale tyko na kwadrans, bo potem zaczęło walić gradem, następnie śniegiem, aż wreszcie zaczęło regularnie lać. Wróciliśmy do samochodu kompletnie przemoczeni i zmarznięci, bo termometr wskazywał 3 stopnie, ale wiał zimny wiatr. Za to jak tego dnia smakowała zwykła gorąca herbata!



16 kwietnia, Bieszczady
O Janku, procentowym miśku, naleśnikach z Wilczej Jamy i innych urokach Bieszczadów

biesz4.jpgPo okresie naprawdę intensywnej pracy, w ramach zrobienia sobie tzw. resetu i naładowania akumulatorów wybraliśmy się z kolegą Zbyszkiem B. w Bieszczady. Dzisiejszy dzień minął nam na „wczuwaniu się w klimaty”, tzn. bardziej „kulturowo” niż górsko. Owszem, weszliśmy sobie na Połoninę Wetlińską, do znajdującego się tam schroniska „Chatka Puchatka”, ale niestety, widoków nie było, bo akurat kiedy tam dotarliśmy, cała okolica zasnuła się chmurami. Ma się rozumieć kiedy zeszliśmy na dół, do zostawionego na przełęczy samochodu, chmury się rozwiały i pojawiło się błękitne niebo.


biesz2.jpgOgólnie pogoda była jednak do kitu, co sprawiło że na konto gór zrobiliśmy sobie większą część Pętli Bieszczadzkiej, tu i ówdzie się zatrzymując. Na przykład w Łopience gdzie z dawnej wioski której mieszkańców w 1946 roku w ramach akcji „Wisła” wysiedlono została tylko cerkiewka z niezwykłym krucyfiksem zrobionym z potężnego konara. Potem zobaczyliśmy sobie Majdan na którym stoją wagoniki i zabytkowe lokomotywy słynnej bieszczadzkiej kolejki, a następnie utknęliśmy w Cisnej, w „Siekierezadzie”, knajpie którą kojarzy chyba każdy kto co nieco wie o Bieszczadach. Ale co tam „Siekieriezada” i wypity biesz6.jpgtam grzaniec – ciekawszy był poznany przed nią Janek, typowy bieszczadzki zakapior, którego może kto inny by określił menelem, ale myślę że mógłby się obrazić. Janek jest bezdomny, śpi gdzie popadnie (zimą omal nie został przecięty przez pług, bo uwalił się tuż przy drodze…), nie ma pracy, a na pomoc szóstki rodzeństwa chyba nie za bardzo może liczyć. Ponieważ nie krył że jest głodny, daliśmy mu kilka złociszy na zakupy, po czym sobie poszliśmy. Powiem szczerze, byliśmy pewni że kupi za to jakiś alkohol, ale nie. Widzieliśmy jak wracał ze sklepu z bułkami i pasztetową.

biesz1.jpgA co do miejscowego alkoholu to zaintrygowało nas wino „Bieszczady”. Wyróżnia się rysunkiem niedźwiedzia na etykietce, więc wszyscy mówią na nie „Misiek”. Cena: 5 zł za dużą butelkę i 2,50 za małą. Kupiliśmy, no bo trzeba próbować lokalne specjały. Trąciło trochę wiśniami, no i nawet dało się wypić.

Jeśli chodzi o prawdziwe miśki, to też ponoć się pojawiają. My widzieliśmy wprawdzie tylko stojący niedaleko Otrytu znak drogowy: „Zwolnij! Niedźwiedzie!” ale poznany w Wilczej Jamie pan Andrzej (właściciel lokalu, dawny leśnik), powiedział biesz3.jpgże widuje się je całkiem często. Prawdziwym problemem stają się jednak wilki, atakujące różne zwierzęta hodowlane (owce, kozy) i krążące w coraz bardziej śmiałych watahach. Powinnam jeszcze wyjaśnić że ta Wilcza Jama to naprawdę świetna knajpa w Smolniku nad Sanem (niedaleko tamtejszej cerkwi). Za bardzo przyzwoite pieniądze można zjeść bardzo przyzwoity obiad. Osobiście polecam zupę z czosnku niedźwiedziego (takiego z okolicznych łąk) i z serem mozarella – pycha, no i naleśniki z serem i konfiturą morelową domowej roboty (za 10 zł niebo w gębie!). Zbyszek pokusił się na pstrąga z pobliskiego stawu – też super.  Najedliśmy się tak, że plany wieczornego biegania diabli wzięli. Nasze brzuchy nam nie dały.


 



1 kwietnia, po tygodniu na Wyspie Sal (CaboVerde/Republika Wysp Zielonego Przylądka)
Solniczka i „no stress”

cv1.jpgPrzepraszam za przerwę w pisaniu, ale przez tydzień byłam na Cabo Verde (Wyspy Zielonego Przylądka), gdzie po prostu nie było czasu, aby skupić się na pisaniu bloga. Teraz jestem świeżo po 8 godzinach lotu (4 godziny na trasie Sal-Lizbona, a potem kolejne trzy z hakiem Lizbona-Warszawa) i już szybciutko nadrabiam…


cv5.jpgDokładniej to byłam na wyspie Sal, jednej z 26 w sumie wysp archipelagu tworzącego wspomniany wyżej kraj, czyli Cabo Verde. Do brzegów kontynentalnej Afryki (dokładniej do Senegalu) dzieli go jakieś 640 km, z kolei w drugą stronę, gdzieś tam daleko po drugiej stronie oceanu, jest Brazylia, z którą mieszkańcy Cabo Verde mają wiele wspólnego – od języka (i tu, i tu używa się portugalskiego, bo oba te miejsca były kiedyś portugalską kolonią), po mentalność.
 
cv3.jpgMiłośnikom zwiedzania od razu wyjaśniam, że akurat na Sal za wiele do oglądania nie ma – mającą 30 km długości wysepkę pokrywa kamienisto-piaszczysta pustynia (piasek nawiewa z Sahary), zabytków zero, przyroda uboga (praktycznie bez drzew), ale mnie tam się podobało. Najbardziej ludzie – wyluzowani, filozofią życia jest dla nich „no stress” (hasło wysp eksponowane nawet na koszulkach i bransoletkach), a poza tym jeśli chodzi o ich wygląd, to dopiero ciekawa mieszanka. Wprawdzie na wyspach jest już sporo białych (nawet kilku Polaków się na stałe osiedliło), ale przeważają Kreole, czyli niby-czarni którzy mają  domieszkę białej krwi (pochodzą albo z mieszanych małżeństw, albo stanowią któreś pokolenie dzieci ze związków białych panów/pań z czarnymi niewolnicami/kami).

cv2.jpgPrzyjechałam na Sal z grupą, jako pilot, nastawioną na tzw. aktywny wypoczynek i muszę powiedzieć że rzeczywiście, różnego typu aktywności nam nie brakowało. Ponieważ Sal to jedno z najlepszych w świecie miejsc do uprawiania kitesurfingu, kto chciał mógł się z latawcem trochę pobawić (ja akurat wybrałam windsurfing). Poza tym zrobiliśmy sobie rejs katamaranem i rajd na quadach, byliśmy na połowach ryb (tzn. my sami je łowiliśmy), no i, choć to już w wąskim gronie, zaliczyliśmy całkiem fajnego nura. Dokładniej to wpłynęliśmy do dwóch podwodnych jaskiń, gdzieś na głębokości 20 cv6.jpgmetrów, w których było zatrzęsienie przedziwnych ryb. Widzieliśmy m.in. wiszące niczym sople iglicznie (takie długie, mniej więcej pół metrowej długości) i ciekawe niby spasłe flądry o wielkich oczach, które w ogóle się nie bały i można było być z nimi dosłownie oko w oko. A, i jeszcze był rekin. Mały wprawdzie, ale zawsze i imponujący „krab pająkowy” – taki wielki wodny pająk o licznych odnóżach.

Minusem tych plażowo-wodnych szaleństw jest to, że się idiotycznie opaliłam. Na brązowej twarzy mam biały ślad po okularach, którego nie zdążyłam już cv8.jpgwyrównać. No ale przecież – zgodnie z lokalnym hasłem: No stress!

ps. Zapomniałam wyjaśnić co znaczy nazwa "Sal". To po prostu sól. Wprawdzie turyści przyjeżdżają na Sal dla plaż, to właśnie sól stanowi główne bogactwo wyspy. Na zdjęciu powyżej wydobywanie soli z salarów koło których przebiegałam w ramach swoich prawie codziennych treningów. Poza tym do głównych dochodów lokalsów należy też łowienie ryb i innych owoców morza. Obok - zdjęcie pokazujące patroszenie ryb od razu na pomoście, zaraz po ich rozładunku z kutra.



23 marca - W samolocie ze Stambułu do Warszawy
Tureckie latnie

No i kończymy nasze tureckie zimowe wakacje. Trochę nam żal, ale wiemy że gdzie jak gdzie, ale akurat do tego kraju będziemy wracać. Na koniec Turcy zadziwili nas jeszcze lotniskiem – okazało się że budują kolejne (w Stambule są erz70.jpguż dwa, powstaje trzecie), z aspiracjami że będzie to największe lotnisko Europy (bo ta część Stambułu to jeszcze Europa. Tu wyjaśniam że 3% powierzchni Turcji to Europa, 97% to już Anatolia, czyli część azjatycka). Na pytanie co z tym lotniskiem (im. Ataturka) – odpowiedź była że zostanie lotniskiem krajowym! Krajowym? Przecież to ogromny port lotniczy, z dziesiątkami rękawów i niesamowitą infrastrukturą. Nasze Okęcie to przy nim totalna prowincja.


A właśnie, skoro o naszym lotnictwie wspomniałam. Pisałam niedawno o tym felieton do Rzeczpospolitej, więc może wstyd się powtarzać, ale naprawdę jakoś mi nie swojo że w duchu „modliłam się” by przypadkiem nie lecieć samolotem Polskich Linii Lotniczych LOT, tylko Turkish Airways. Ja, patriotka, która zawsze uważałam że trzeba promować to co polskie. Co do LOTu to zmieniło mi się miesiąc temu, kiedy odkryłam że na rejsach międzynarodowych nie tylko że nie ma nic do jedzenia (o gazetach nie wspomnę), to jeszcze za herbatę czy gazowaną wodę trzeba płacić (8 zł). A w liniach tureckich? Mimo że lot niedługi (niecałe 3 godziny), każdy pasażer ma prywatny ekranik na którym może sobie pooglądać filmy, jedzonko super (pełny gorący posiłek z deserem), napoje – ile się chce, włącznie z alkoholami, a jakie ładne stewardessy! Trudno się dziwić że „miłość” do LOTu mi przeszła.


22 marca - Erzurum i wycieczka do Gruzińskiej Doliny (Wschodnia Turcja)
Bajkowe kominy, gruzińskie cerkwie


erz62.jpgSezon narciarski zamknęliśmy wczoraj – dzisiaj plany były z założenia wycieczkowe. Najpierw pojechaliśmy w okolice miasteczka Narman, gdzie jest niezwykła formacja skalna zwana „Bajkowymi Kominami”. Rzeczywiście, w intensywnie czerwonej skale tworzą się różne ciekawe kształty, mnie bardziej od kominów kojarzące się z grzybami. Jeśli ktoś kojarzy Kapadocję, to trochę to podobne.

Potem, szczerze zachwycając się krajobrazami po drodze, pojechaliśmy do tzw. Gruzińskiej Doliny, w której kiedyś rzeczywiście Gruzini mieszkali, a pozostałością po nich są kamienne kościoły, czy właściwie erz61.jpgcerkwie z, uwaga – X wieku! Byliśmy w dwóch takich - po prostu szczęka opada, że tu są takie zabytki i mało kto o nich wie.

W ogóle ta Dolina to bardzo ładne miejsce. Zatrzymaliśmy się jeszcze nad malowniczym, otoczonym jeziorem Tortum z niesamowicie turkusową wodą, potem jeszcze nad innym jeziorkiem słynącym z hodowli pstrągów i nad wodospadem mającym 50 m wysokości, pod którym podejrzewam że latem fajnie się jest wykąpać.

Na koniec, z racji że to już ostatni dzień przed naszym wylotem do Turcji, postanowiliśmy kupić jakieś pamiątki. I wtedy okazało się, że właściwie żadnych pamiątek tu nie ma! Żadnego bazarku, straganów, sklepów z takimi rzeczami. Zupełnie inna Turcja niż ta którą większość z nas kojarzy. Ale właśnie za to tę Wschodnią Turcję lubię – że turystyka nie jest erz60.jpgtu jeszcze taką komercją jak gdzie indziej. Ostatecznie kupiliśmy lokum – typowe tureckie słodycze o wyglądzie galaretek, ale też w wersji nie takiej dla turystów, tylko dla lokalsów. Nie wiem czy na nasz polski smak lepsze, ale na pewno – bardziej oryginalne i ciekawe.






21 marca, Erzurum-Konakly (Wschodnia Turcja)
Od nart do spleśniałego sera

erz51.jpgDziś pierwszy dzień wiosny, jednak wydarzeniem dnia był w Erzurum przyjazd tureckiego premiera. To w ramach kampanii przedwyborczej (bo wybory już za tydzień). Miasto obwieszone jest flagami poszczególnych partii, po ulicach jeżdżą samochody przez głośniki przedstawiające różne obietnice, a w hotelu w którym mieszkamy mamy tłum dziennikarzy obserwujących wydarzenie. Od wczoraj premier stał się "gwiazdą" wszystkich mediów, bo polecił zablokować twittera. I zdaje się że Youtube też, bo chcieliśmy coś tam obejrzeć, ale się nie udało. W każdym razie jak rano wstałam żeby skorzystać z hotelowej siłowni, przez 40 minut biegania na bieżni na ekranie który miałam przed sobą leciał jakiś telewizyjny program w którym cały czas mówiono o premierze i twitterze. A co do siłowni to super wyposażona; nawet profesjonalny symulator do ćwiczenia techniki jazdy na nartach mają.


erz50.jpgZ symulatora jednak nie korzystałam, bo zaraz po śniadaniu pojechaliśmy na stoki Konakly, gdzie podobnei jak dwa dni temu, wyjeździliśmy się za wszystkie czasy. Teraz też mieliśmy stoki tylko dla siebie, bo wprawdzie było jeszcze kilka osób, ale jeździły na trasie dla początkujących, więc na mniej więcej trzykilometrowej "czarnej" byliśmy zupełnie sami. Poza tym upajamiliśmy się widokami. Mają te krajobrazy coś magnetyzującego. Przestrzeń dająca poczucie wolności.

Na obiad tradycyjnie już zjechaliśmy do miasta, bo niestety, przy wyciągach z gastronomią kiepsko. Po drodze mieliśmy przymusowy przystanek na przepuszczenie stada baranów, które w zwartym szyku przedefilowały nam przed maską. Oprócz pasterza pilnowały je jeszcze trzy psy.

erz53.jpgObiady zawsze jemy w tradycyjnym stylu, tak więc dzisiaj, w ramach przystawki mieliśmy okazję spróbować m.in. lokalny ser, który wygląda jak białe włókna pokryte pleśnią. W smaku – świetne i ponoć zdrowe. A na deser zamówiliśmy – „chleb wiśniowy”, co w praktyce oznaczało chleb nasiąknięty bardzo słodkim syropem wiśniowym podawany z dodatkiem śmietany (takiej jaką robiła domowym sposobem moja babcia!).

Obiad był też okazją do ciekawej rozmowy na temat erz59.jpgturystyki w regionie Erzurum. Jak na razie to przyjeżdżają tu narciarze, latem miłośnicy raftingu czy wędrówek górskich, no ale jest też „turystyka zakupowa” (gł. Gruzini czy Irańczycy, korzystający z tego, że ciuchy tu tańsze niż u nich) czy zdrowotna (obywatele innych krajów przyjeżdżający na zabiegi i leczenie, bo lepiej i taniej). Jeśli chodzi o sporty zimowe to plany są ambitne – Erzurum chciałoby kiedyś zorganizować Zimowe Igrzyska Olimpijskie! W ramach przygotowywania się do tego pod względem organizacji transportu, władze myślą o wybudowaniu metra! Sądząc po tym jak szybko Turcy budują drogi, domy, lotniska, to rzeczywiście mogą te plany w niedalekiej szybkości urealnić.




20 marca, Erzurum-Sarikamis (Wschodnia Turcja)
Od nart na śniegu po narty wodne, od mostu do zebr

erz44.jpgZrobiliśmy sobie narciarską wycieczkę, co oznaczało że Burak (przypomnę, nasz tutejszy kumpel) zabrał nas samochodem do odległego o 150 km od Erzurum Sarikamis. Tak się nazywa nie tylko niewielkie miasto, ale także ośrodek narciarski, w którym według danych tureckich jest 20 km tras, a wg portalu skiresort.info – 14 km. Miejsce to zupełnie inne niż stoki koło Erzurum, choćby z racji tego, że stoki są w otoczeniu lasów. Aż trudno mi było uwierzyć że poczciwe sosny rosną na takich wysokościach (między 2000-2634 m), ale widać że klimat im służy, bo są wysokie i dorodne. Z kolei góry to taki nasz Beskid Sądecki, czyli krajobrazy całkiem swojskie.


erz40.jpgJeździło się fajnie, mimo żę tym razem było już trochę ludzi (w sumie ze 30 osób; tłum :)), choć niestety, daje się odczuć że to już przyśpieszona wiosna. U góry śnieg jest jeszcze zmrożony (wpływ wysokości), na dole niestety – roztopy. W każdym razie po zjechaniu na dół, przejeżdżając przez rozległe kałuże, czuliśmy się trochę jak na nartach wodnych. Swoją drogą szacun dla Turków za przygotowanie tras – pod tym względem nam zaimponowali.

Z ciekawostek ze stoku to spotkaliśmy zebry. Kolorowe. Namalowane na stojącym na szczycie budynku sprawiają, że od razu się człowiek uśmiecha :).

erz41.jpgTak w ogóle to już sam dojazd do Sarikamis był ciekawy, choćby ze względu na widoki. Jedzie się przez półpustynny płaskowyż na horyzoncie ograniczony górami, po drodze zachwyca malowniczy wąwóz, co jakiś czas mija się pasterzy goniących swoje stada owiec lub krów, jest też wybudowany na wzgórzu zamek i ciekawy most. Most (Cobandede się nazywa) składa się z 7 łuków, a postawiono go z kamiennych bloków na przełomie XIII i XIV wieku. Gdyby to było w Europie zrobiono by z tego niebywałą atrakcję, ale w Turcji mało kto o nim wie, bo przecież aż roi się tu od dużo starszych budowli.

erz49.jpgZ innych spraw, to stwierdziłam, że dobrze że jesteśmy tu tylko tydzień, bo zaczęłabym się zamieniać w kulę. Uwielbiam tureckie jedzenie, pyszne warzywa smakujące rzeczywiście jak warzywa z pola a nie plastikowe wytwory przesiąknięte chemią czy oliwki w iluś smakach (moje ulubione to zielone nadziewane migdałami). No i desery… Kończę bo łasuch jestem straszny, więc ślina mi cieknie na samą myśl.

Na zdjęciu obok: Burak pokazuje jak jeść lokalny kebab (Cag Kebap), czyli żeby zdjąć mięso z szaszłykowego szpikulca, zawinąć w kawałek cienkiego chlebka zwanego lawasz, a potem najlepiej przegryźć strasznie palącą zieloną papryczką (to ostatnie odpuściłam).




19 marca, Erzurum-Konakly (Wschodnia Turcja)
Narty, opale i medresa z drzewem życia

erz31.jpgWiększość dnia spędziliśmy na nartach, tym razem już w innym regionie niż wczoraj, w odległym od Erzurum o około 25 km Konakly. Znowu byliśmy na stokach prawie sami – jeszcze o drugiej po południu mieliśmy sztruksik pozostały po nocnym ratrakowaniu. Wprawdzie nie udało nam się zjechać po stoku na którym rozgrywano konkurencje Uniwersjady (zamknięty na cały sezon), ale nie ma co narzekać, bo inne trasy okazały się bardzo fajne (zwłaszcza czarna zwana potocznie „Superman”). Co ciekawe znaleźliśmy na nich... kwiaty! :). No, może nie dosłownie, bo wysuszone osty, ale nie powiem - spodobały nam się, czego dowód na zdjęciu obok.


erz34.jpgA tak w ogóle to poznaliśmy ludzi z Andory (nie z Ankary, tylko z państwa w Pirenejach), którzy przygotowują dla rządu tureckiego raport na temat tutejszych ośrodków narciarskich. Okazuje się że jest plan aby to wszystko jeszcze bardziej rozbudować i obydwa miejsca gdzie się jeździ koło Erzurum na nartach (czyli Palandoken gdzie byliśmy wczoraj i Konakly) połączyć długą, kilkunastokilometrową gondolą. No i jeszcze zrobić jeden skipass który by docelowo obejmował 120 km tras (bo miejsca gdzie je wytyczyć, jest pod dostatkiem). Ciekawy projekt, aczkolwiek pewnie kosztowny. Pojutrze doradcy z Andory mają się w tej sprawie spotkać z premierem Turcji który przylatuje do Erzurum. Okazuje się że tłum policjantów jaki przyleciał specjalnym samolotem ze Stambułu równocześnie z nami, to właśnie po to, by zabezpieczyć wizytę premiera.

erz35.jpgNo dobra, ale nie przyjechaliśmy tu dla polityki ale żeby coś zobaczyć. Z tego powodu po nartach pojechaliśmy jeszcze do miasta zobaczyć m.in. zabytkowy karawanseraj, czyli dawny zajazd dla kupców wędrujących karawanami (bo Erzurum leży na jednym z wariantów Jedwabnego Szlaku).  Wiekowy budynek wykorzystywany jest teraz jako bazar jubilerski, który normalnie pewnie by mnie nie interesował, ale tym razem chciałam zobaczyć sprzedawane na nim kamienie zwane tutaj oltu. Z geologicznego punktu widzenia jest to odmiana opali, pozyskiwana właśnie w okolicach Erzurum (w rejonie Oltu - stąd nazwa), tak więc warto te czarne kamienie zobaczyć.

erz39.jpgPrzy okazji pochodziliśmy po głównym placu miasta, przy którym stoi bardzo ładny meczet ufundowany przez Wielkiego Wezyra o imieniu Lala Pasza (bardzo mi się ta nazwa: „Lala” podoba, zwłaszcza w odniesieniu do wojskowego). Obiekt to z XVI wieku – dzieło słynnego otomańskiego architekta, Sinana, tego samego który wybudował stambulski Błękitny Meczet. A po sąsiedzku jest jeszcze medresa, czyli można powiedzieć – szkoła koraniczna, czy może lepiej: dawny uniwersytet. Bardzo ciekawy budynek, misternie zdobiony, z wykutymi w kamieniami symbolami drzewa życia plus dwugłowymi orłami (symbol Turków) i ozdobioną mozaikami wieżą. W środku mieści się Muzeum Etnograficzne – ekspozycje są w dawnych klasach do których prowadziły bardzo niskie wejścia. Niskie specjalnie, żeby wchodzący uczeń musiał się schylić, okazując w ten sposób respekt siedzącemu w środku nauczycielowi.

erz36.jpgA w ogóle to ten główny plac to popularne miejsce spotkań mieszkańców. Pełno na nim ludzi – młodziutkie studentki (bo Erzurum to miasto kilku szkół wyższych), ubrane na czarno kobiety (wiele z nich z zasłoniętymi twarzami), panowie okupujący uliczną herbaciarnię (też sobie tam przysiedliśmy, choć lokalne kobiety raczej w takich miejscach nie przebywają). Ale wcale nie jest tak że kobiety są tu dyskryminowane – znana tutejsza knajpka do której poszliśmy dziś na pierożki to świetnie prosperujący interes jakiejś bizneswoman. A co do zakrywania głów czy twarzy to akurat sprawa indywidualna. Duża część kobiet owszem, to robi, ale nie brak takich, które nie chcą. Oczywiście trzeba pamiętać, że to Wschodnia Turcja, ta bardziej tradycyjna. W Stambule mieszkające tam kobiety na ogół nie odróżniają się od swoich europejskich koleżanek.



18 marca, Erzurum-Palandoken (Wschodnia Turcja)
Skoro zima, to czas na... kayak

erz22.jpgWyjeździliśmy się dzisiaj na kayakach do oporu. Kayak to po turecku narty. W sumie teraz moglibyśmy jeszcze iść na oświetlony stok, ale stwierdziliśmy, że jak na pierwszy dzień, to starczy.


Co najważniejsze, to wreszcie wyjrzało słońce i pojawiło się niebieskie niebo, tak więc świat od razu stał się piękniejszy, zwłaszcza że w tle miasta wyłoniły się góry, jakich wczoraj z racji kiepskiej widoczności nie widzieliśmy. Wyciągi mamy w sumie już koło hotelu, tak więc na dobry początek wciągnęliśmy się krzesełkami na górę z której prowadzą całkiem fajne erz20.jpgzjazdy, ale przy chęci zmiany wyciągu mocno się nacięliśmy, bo okazało się że tu akurat każdy hotel ma swoje wyciągi, czyli jak się kupi karnet na jakiś konkretny, to na inny już nie wpuszczą. Na szczęście w głównym rejonie Palandoken Ski Center, do którego podjechaliśmy po tej przyhotelowej rozgrzewce, już jest lepiej, bo jest jeden kranet na gondolkę i wszystkie krzesła. To że nie wszystkie jeździły to już inna sprawa, ale warunki śniegowe były świetne, tak więc i tak czuliśmy się usytasfakcjonowani. Najwyższy punkt do którego się tutaj dojeżdża to wysokość 3176 m n.p.m. – ponoć traska która prowadzi stamtąd do parkingu oznacza 12 km zjazdu. Nieźle, ale nie udało nam się jej przetestować, bo była częściowo zamknięta.

erz23.jpgTo co jest tutaj fajne, to to, że stoki są puste. Marzenie każdego narciarza – „sztruksik”, czyli świeżo wyratrakowany stok i nikogo na trasie, tutaj łatwo jest spełnić. Trudności tras też każdy może sobie dobrać – są i takie bardzo łagodne, i całkiem strome, które akurat my z Pawłem preferujemy. Infrastruktura wyciągów też może być – gondolki może nie najnowsze, ale krzesełka renomowanej firmy Poma – szybkie i z tych wygodnych.

Pewnym minusem jest trochę słabe zaplecze gastronomiczne, ale kawy czy herbaty bez problemów napić się można. I alkoholi też. Paweł na jakimś forum narciarskim wyczytał skargi internauty, że nie było szans na grzane wino. Tam gdzie my zrobiliśmy sobie przerwę – było. Po tutejszemu nazywa się Sicak Sarap (czytaj: sydżak szarap), przy czym są to wina jak najbardziej tureckie (główny rejon upraw winorośli to Kapadocja).

erz21.jpgNa obiad, taki mocno już czasowo obsunięty, pojechaliśmy do miasta, do knajpki z lokalnymi kebabami (co ważne: w Turcji nie pisze się z „b” na końcu – poprawna forma to „kebaP”). Wbrew temu co często myślą cudzoziemcy kebab to nie wyłącznie masa mięsa nabita na pionowy ruszt – w Turcji odmian kebab/pów jest mnóstwo. W Erzurum też mają swój – nazywa się Cag Kebap, a nazwa pochodzi od metalowych szpikulców na których się go podaje (czyli jest to rodzaj szaszłyka). No i to co dla tego kebapu charakterystyczne, to to, że przyrządza się go z dość tłustej baraniny na poziomym ruszcie.

A na deser strzeliliśmy sobie jeszcze również stanowiące specjalność Erzurum słodycze kadayif – ma to formę, za przeproszeniem, balaska, ale w smaku jest pyszne (zwłaszcza jak ktoś lubi orzechy). A właśnie – Turcja jest jednym z najważniejszych w świecie eksporterów orzechów laskowych, które tutaj są wyjątkowo słodkie. Orzechy w szwajcarskich czekoladach są importowane przeważnie stąd!




17 marca, Erzurum (Wschodnia Turcja)
Hurra! Znowu w Turcji!

erz1.jpgWyjazd na narty do Turcji wciąż budzi zdziwienie. No bo jak to, do Turcji to można na plaże (latem rzecz jasna, bo teraz na wybrzeżu raczej deszczowo), ale na narty? W sumie raz już na nartach w Turcji z Pawłem byliśmy, wtedy blisko Stambułu, i... całkiem nam się podobało. Teraz dla odmiany postanowiliśmy sprawdzić najlepszy turecki ośrodek narciarski, w którym w 2011 roku odbywała się Zimowa Uniwersjada, no i właśnie wczoraj przed północą przylecieliśmy do położonego we wschodniej Turcji Erzurum.

erz8.jpgErzurum to najwyżej położone tureckie miasto. Gdyby to było w Europie, byłoby najwyżej położonym na naszym kontynencie, no ale to już jednak Azja. Wysokościomierz w moim zegarku wskazuje aktualnie 2200 m (położenie hotelu znajdującego się na obrzeżach miasta), czyli sporo wyżej niż nasz Kasprowy.

Góry tutaj zupełnie inne niż Alpy, czy polskie masywy, choć ich wysokości przekraczają 3 tys. metrów. Wyglądają niepozornie, bo to takie wielkie pagóry, żadne tam ostre, skaliste wierzchołki. Ponieważ nie ma na nich drzew, przypominają śnieżne pustynie, albo raczej – pokryte śniegiem ogromne wydmy.

Niestety, tras narciarskich jak na razie nie dane nam było sprawdzić, bo cały dzień sypało i wiało tak, że nie działały wyciągi. Żeby jednak dobrze wykorzystać czas, Burak, nasz tutejszy kumpel, obwiózł nas po mieście, pokazując co ciekawsze miejsca. Co do Buraka, to powiem tylko że to bardzo popularne w Turcji imię, upamiętniające skrzydlatego konia, na którym wedle legend prorok Mohammed poleciał do nieba.

erz4.jpgMimo że Erzurum trudno zaliczyć do urokliwych górskich miejscowości, bo to raczej wielkie, 300-tysięczne miasto o delikatnie mówiąc blokowej architekturze, jest tu trochę „perełek”, zabytków o bardzo wiekowej przeszłości. Choćby taka cytadela, którą zbudowano w V wieku n.e., za czasów gdy urzędowali tu Rzymianie (na cześć jednego z cesarzy miasto zwano wówczas Theodosiopolis). Albo meczety i grobowce wybudowane jeszcze w XII wieku. I to jakie to budowle! Jak sobie przypomnimy co w Polsce zachowało się z tamtych czasów, to od razu budzi się "szacun" do tutejszych budowniczych.

Trochę dalej od centrum i rejonu który można nazwać „starówką” też jest co oglądać. Na przykład wybudowane na wzgórzach forty, powstałe po tym, jak w 1828 roku tereny te erz3.jpgzaatakowali Rosjanie. Udało się ich wtedy odeprzeć, ale na wszelki wypadek postawiono ponad 20 takich twierdz. I słusznie, bo Rosjanie potem wrócili.

Miejscem które zrobiło na nas szczególne wrażenie był jednak nie zabytek, a droga, którą samochód sam podjeżdża pod górkę. Słyszałam o takich miejscach (w Polsce też ponoć są), ale nigdy nie widziałam i nie wierzyłam. A tu rzeczywiście – samochód toczy się pod górę mimo wyłączonego silnika, niezależnie czy się go postawi przodem czy tyłem. Powód to jakieś anomalie magnetyczne, choć są i tacy, którzy twierdzą, że to cudowna siła wywołana znajdującym się na wzgórzu grobowcem jakiegoś świętobliwego męża.

erz5.jpgA, jeszcze byliśmy na skoczniach zbudowanych na Uniwersjadę. Ciekawe konstrukcje, z knajpką na górze gdzie wypiliśmy sobie kawę parzoną w tradycyjny w Turcji sposób. A skoro o knajpkach, to na lunchu wylądowaliśmy w niezwykłej restauracji przypominającej skansen. Magiczne miejsce – polecam każdemu kto będzie w Erzurum, nawet nie jako miejsce na konsumpcję (choć jedzonko mają pyszne) tylko żeby zobaczyć. Zaciekawiły mnie m.in. samowary – to pewnie efekt okupacji rosyjskiej (bo Rosjanie przez pewien czas tu jednak byli), ale jak się okazuje Turcy z tych okolic, choćby z racji tego że Erzurum to najzimniejsze miasto kraju, przejęli tradycję picia herbatek z takich samowarów. Inna tutejsza „specjalność” to niezwykłe konstrukcje dachów tworzących erz2.jpgrodzaj kopuły. Ponoć to patent na wyciąganie zapachów, przez co buduje się coś takiego zwłaszcza nad częścią kuchenną.

W sumie całkiem ciekawy dzień. A zresztą już sam fakt tego że znowu jestem w Turcji mnie cieszy, bo naprawdę razem z Pawłem jesteśmy fanami tego kraju. Swoją drogą w Erzurum już kilka razy byłam, tyle że przejazdem (ostatni raz, dwa lata temu, zmieniałam tu autobus w ramach mojego samodzielnego wypadu na Ararat). Oczywiście zawsze obiecywałam sobie, że kiedyś wreszcie zatrzymam się tu na dłużej, no i właśnie przyszedł ten czas.  No właśnie, co do „zatrzymania się”… W supermarkecie w którym kupowaliśmy dziś Efes (tureckie piwo) spotkaliśmy Kanadyjczyka, który kilka lat temu przyjechał tu przy jakiejś tam okazji i został do dzisiaj. Rozkręca biznes raftingowo-górski, licząc że coraz więcej ludzi będzie przyjeżdżać do Turcji nie tylko na plaże.




12 marca, Warszawa
O myszy co mi żele zjadła

Wkurzyłam się!

myszy.jpgDwa dni temu jeden z moich kolegów przygotowujący się do maratonu zapytał mnie o żele energetyczne. Zostało mi jeszcze kilkanaście takowych po Evereście – Carbosnacki, Energy gel itp., które trzymałam z myślą o czerwcowej wspinaczce na McKinleya. Ale że kolegę lubię, pomyślałam sobie że dam mu kilka z nich na spróbowanie. Z tego powodu w samo południe dzisiejszego dnia wdrapałam się na „strych strychu”, bo na naszym zamienionym na mieszkanie poddaszu mamy jeszcze taką zagraconą antresolkę, dokopałam się do pudełka z odżywkami, a tam… zobaczcie sami na zdjęciu. Podziurawione tubki, poprzegryzane pudełeczka, a z batonów to w ogóle sieczka. Wszystko powyjadane, wylizane, a najbardziej to chyba jej smakował „Complete Hi Protein Shake” w wersji waniliowej! „Jej” to znaczy myszy, bo to że mamy taką niezameldowaną współlokatorkę, to poniekąd wiedzieliśmy. Tylko że do tej pory to nawet koleżankę lubiłam, więc nawet kiedy Paweł chciał postawić łapkę, podniosłam raban, że co mu przeszkadza mała myszka!

No i proszę, jaka to wdzięczność! To że jestem wściekła, że nic mi nie zostawiła, to jedno, ale równocześnie nie mogę wyjść z podziwu, że taka mała mysza mogła tyle tego zeżreć? Jeśli ja, kawał baby mam zastrzyk „poweru” po jednym żelu, to co ona musiała czuć? Chyba turboodrzut? A może było ich więcej i urządziły sobie „Energy party”?

Nic jednak teraz mnie nie odwiedzie od już podjętej decyzji: jutro idę kupić łapkę!



7-9 marca, Gdynia
Kolosy, czyli oj, działo się…

Moje gardło ledwo rzęzi (to efekt ciągłego gadania przez ostatnie dni), padam z niewyspania (bo na spanie przez ostatnie doby czasu za wiele nie było), a w głowie kłębi mi się natłok wrażeń.


kolosy1.jpgPowód? Jak zwykle, od iluś już lat, pierwszy weekend marca staram się spędzać w Gdyni. Magnesem są oczywiście Kolosy – najsłynniejsza i największa impreza podróżnicza jaka odbywa się w Polsce (oficjalnie: Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Alpinistów i Żeglarzy połaczone z przyznawaniem prestiżowych statuetek Kolosów za największe dokonania minionego roku w kategoriach: Podróże, Żeglarstwo, Alpinizm, Jaskinie i Wyczyn Roku).

Miałam na  ubiegłorocznej imprezie swoją prezentację – o Evereście, ale nie o niej chcę pisać, tym bardziej że był to pokaz pozakonkursowy, czyli do Kolosów niekandydujący, a poza tym jakoś wyjątkowo zżerała mnie trema, przez co poszło mi delikatnie mówiąc tak sobie. To z czego jednak bardzo się cieszę, to to, że udało się zorganizować przyjazd na Kolosy Pawła Micorka, niezwykłego chłopaka którego choroba praktycznie przykuła do łóżka i wózka, a który jednak znaduje sobie pokłady niezwykle pozytywnej energii którą przelewa między innymi na pomoc w organizacji odbywających się w Braniewie (bo tam Paweł mieszka) koncertów charytatywnych. Dochód z koncertów jest przeznaczany na działającą na Odzdziale Onkologii Centrum Zdrowia Dziecka fundację „Nasze Dzieci” o której więcej tutaj .

Pawła poznałam przed wyjazdem na Everest. Rozmowy z nim wywarły na mnie ogromne wrażenie, do tego stopnia że często o nim na Evereście myślałam. No bo co tam "mój" Everest - Paweł to dopiero musi zmagać się z różnymi przeciwnościami, swoistymi "Everestami", które wyrastają przed nim na każdym kroku.

Osobiście się z Pawłem nie znaliśmy – nastąpiło to dopiero na Kolosach, na które udało się Pawła przywieźć z pomocą jego Mamy, siostry, no i jeszcze uczynnego Piotra (bo wcale nie łatwo było znaleźć kogoś, kto chciałby się zgodzić na wyjazd do odległego o 100 km Trójmiasta, a Mama Pawła samochodu nie ma). Swoją drogą Piotrek też ma bagaż ciężkich życiowych doświadczeń, ale zamiast roztkliwiać się nad sobą, startuje z dużymi sukcesami w maratonach czy triathlonach i udziela się społecznie m.in. jako główny organizator braniewskich koncertów.

kolosy.jpgNo dobra, wracając do Kolosów… Z racji tego że jestem w tzw. Radzie Kolosów, czyli uczestniczę w wybieraniu nagrodzonych, dużą część imprezy spędziłam na sali, oglądając pokazy, a potem na wielogodzinnych obradach Kapituły i Rady. Ciężkie te wybory, bo ludzie robią naprawdę niesamowite rzeczy, chociaż równocześnie coraz trudniej zaimponować czymś naprawdę niezwykłym. Nie kryję – w głosowaniach jednomyślni nie jesteśmy (w kategorii Podróże wybieramy Kolosa i wyróżnionych w czteroosobowym składzie podróżników-praktyków). Wkażdym razie dyskusje, próby wzajemnego przekonywania się, czasem nawet niby-kłótnie („niby”, bo tak naprawdę to się bardzo lubimy), są na porządku dziennym. Trudne są momenty, kiedy trzeba zagłosować przeciwko komuś, kogo się prywatnie bardzo lubi, no ale niestety, osobiste sympatie to jedno, a obiektywne ocenianie – co innego. W każdym razie mogę zapewnić, że żadne wręczone mi z okazji Dnia Kobiet kwiatki czy czekoladki ani też liczne telefony zaczynające się od miłych słów, a potem próbujące za kimś tam lobbować, wpływu na moje decyzje nie miały :).

kolosy2.jpgSzkoda, że nie można nagrodzić wszystkich  :(, bo naprawdę niesamowite pomysły ludzie mają (widać to na stronie imprezy - www.kolosy.pl ). No i w ogóle fajni ludzie przyjeżdżaja na Kolosy (mowa nie tylko o prelegentach, bo wśród publiki jest mnóstwo ciekawych osób). Niestyty, jak zwykle zabrakło mi czasu, aby pogadać ze wszystkimi, z którymi chciałam.

Aż żal, że następne Spotkania dopiero za rok…

PS. Przepraszam wszystkich których nie rozpoznałam po twarzy, choć powinnam. Tylko że przypominam, że to u mnie uzasadnione   :). Dlaczego - czytaj tutaj .




3 marca, Warszawa
Ładną mamy wiosnę tej zimy…

kwiatki1.jpgkwiatki2.jpgPierwsze baźki widziałam już w końcu grudnia. Teraz, choć to przecież wciąż teoretycznie zima, kwitną stokrotki, o przebiśniegach nie wspominając. Oj, narobiło się z tym klimatem. A ja za dwa tygodnie na narty :). Żeby było ciekawiej, to skoro u nas brakuje śniegu, lecimy z Pawłem do… Turcji, oczywiście z nadzieję że tam akurat śniegu nie zabraknie.




2 marca, Kraków
Naleśniki pod Wawelem

krak2.jpg Dziś kolejny dzień nowohuckiego festiwalu podróżniczego Nawigator, ale że swój pokaz miałam dopiero po południu, część dnia spędziłam w towarzystwie swojego kochanego brata ciotecznego (Czarek, pozdrawiam!), z którym wyskoczyliśmy na kawę, a potem na naleśniki na krakowską starówkę. Na rynku – tłum  (nie wiedziałam że teraz dorożkami powożą głównie kobiety!), na Wawelu – też (tłum). Co ciekawe, przy grobie Jadwigi wyczytałam że była KRÓLEM Polski. Zawsze myślałam, że KRÓLOWĄ? Ciekawe co na to nasze feministki, które starają się żeby zmieniać nazwy „pani minister” na „ministra” (to już zresztą oficjalnie zatwierdzone) czy „pani profesor” na „profesora” (szczerze mówiąc to akurat jakoś do mnie nie przemawia). No a tu proszę, w Panteonie polskich władców taki kwiatek. Chyba że Jadwiga, była mężczyzną?


A co do Krakowa to jak tam jest – większość z nas wie. Dla przypomnienia, kilka fotek:

krak1.jpg  krak5.jpgkrak8.jpg













1 marca, Nowa Huta
Nie tylko huta

nhuta2.jpgPrzyjechaliśmy do Nowej Huty na organizowany w tym mieście festiwal podróżniczy Nawigator, no ale grzechem byłoby czegoś przy okazji nie zobaczyć. Bo wbrew pozorom wcale nie jest tu tak, że to tylko blokowiska, no i huta. Już samo założenie urbanistyczne miasta było ciekawe, bo oparte na… Paryżu. Centralnym punktem był i jest wielki plac, zwany od początku swojego istnienia jak najbardziej słusznie właśnie Centralnym. Wprawdzie w 2004 roku przemianowano go na Plac im. R.Reagana, ale mieszkańcy z nazwy „Centralny” rezygnować nie zamierzali, no więc ją utrzymano. Schodzą się do niego  nhuta4.jpggwiaździście główne ulice, w tym dawna Aleja Róż (dawniej rzeczywiście obsadzana różami), jakiś czas temu zamieniona na Aleję Solidarności. Szczerze mówiąc mnie tam nazwa "Aleja Róż" bardzo się podoba. W każdym razie jest to szeroka ulica, po której kiedyś przechodziły pochody i parady. Przy niej właśnie w 1973 roku postawiono pomnik Lenina – zwalony w 1989 roku.


Ponieważ architektura z czasów PRL-owskich średnio nas interesowała (mój blok w Warszawie wygląda podobnie jak te nowohuckie) skupiliśmy się na tym co trochę starsze. W ramach ekstremalnych  :)  wyczynów „zdobyliśmy” Kopiec Wandy – wzgórze o wysokości 14 metrów (nie ma błędu - 14!), gdzie według legendy znajduje się mogiła Wandy, tej "co Niemca nie chciała" (tzn. nie chciała wyjść za mąż za niemieckiego księcia), w rezultacie popełniając samobójstwo poprzez rzucenie się w nurt nhuta3.jpgWisły. Pomnik który jest na kopcu zaprojektował sam Matejko (tak, tak, ten od "Bitwy pod Grunwaldem" i innych słynnych obrazów), a widnieje na nim piastowski orzeł, a pod nim miecz skrzyżowany z kądzielą. Jak ktoś nie wie co to takiego „kądziel” (bo myślę że w obecnych czasach mało kto ten termin kojarzy), uprzejmie wyjaśniam, a właściwie to przytaczam definicję z Wikipedii:
Kądziel – w przemyśle włókienniczym pęk włókien (lnianych, konopnych lub wełnianych) do przędzenia, umocowany na krążku przęślicy lub kołowrotka.
Tylko proszę nie pytać co to „przęślica”, bo nie wiem. :)

nhuta1.jpgNiedaleko Kopca (z 10 minut przyjemnego spacerku) wypada zajrzeć jeszcze do Opactwa Cystersów. Cystersi przybyli tu w 1222 roku (wtedy oczywiście nie była to Nowa Huta tylko podkrakowska wioska, Mogiła) no i widać całkiem dobrze im się  wiodło, skoro odwiedzali ich nawet władcy, m.in. Kazimierz Wielki, Zygmunt III Waza czy car Aleksander Romanow, a także wiele znanych osób jak np. Cyprian Kamil Norwid oraz Stanisław Wyspiański. Bardziej jednak niż wielki murowany kościół spodobał mi się stojący po sąsiedzku, też cysterski, drewniany kościółek św. Bartłomieja. Ta skromna budowla to najstarszy w Polsce kościół drewniany – już pal sześć, że wcześniejszy spłonął, ale ten który możemy oglądać pochodzi z XV wieku! Niesamowite że tak ładnie się przez tyle wieków zachował.

nhuta7.jpgA jeśli chodzi o Hutę jako taką (dokładniej – dawną Hutę im. W. Lenina), w końcu do niej nie podjechaliśmy. Zabrakło czasu. Może i szkoda, bo to też kawał historii. W latach 70. zatrudniano w niej 70 tys. ludzi, teraz pracuje w niej tylko 3,5 tys.

Popołudnie spędziliśmy już na Festiwalu (dziękuję wszystkim, którzy wpadli na moje Wasztaty Podróżnicze :) ). Wieczorem z kolei z przyjemnością posłuchałam wykładu moich dobrych znajomych - Eli i Andrzeja Lisowskich na temat zwyczaju palenia fajki wodnej, w niektórych krajach zwanej sziszą (Egipt i inne) czy nargillą (np. Turcja). Może teraz wreszcie odpalę faję, którą mam w domu. Przywiozłam ją ileś lat temu z Kuwejtu no i stoi sobie niczym bezużyteczny mebel. Papierosów nie palę, ale fajka wodna z moim ulubionym tytoniem jabłkowym raz na jakiś czas nie zaszkodzi :).






21 lutego - Rangun/Yangon (Birma/Mjanma) i wylot do Polski
Pożegnanie z Birmą

birma99.jpgNasza przewodniczka po Rangunie to Tan Tan. Potwierdziła to o czym już wspominałam, czyli że w Birmie nawet w dużych miastach nie stosuje się nazwisk, a jedynie imiona (wyjątkiem są niektóre ważne osoby, jak np. Aung San Suu Kyi). Wszyscy ponoć wiedzą o kogo chodzi, bo rozróżnia się dane osoby po zawodach czy miejscu zamieszkania, a jeśli nawet choćby w szkolnej klasie trafi się kilka osób o tym samym imieniu, to dodaje się im cyferki. W naszym pojęciu imiona tutejsze brzmią nieco śmiesznie. Na przykład: Khin Khin (czytaj: Kin Kin), Aung Aung (czytaj: A A) czy Su Su – która ma siostrę Ju Ju (tu już piszę fonetycznie), albo Si Si z siostrą Mi Mi. Ale dzięki takiemu brzmieniu można te imiona przynajmniej zapamiętać, gorzej z pisownią, bo choć alfabet birmański ma jedynie 33 litery, to niestety dla nas jawią się one jajko trudne do zapamiętania i zrozumienia „robaczki”.

birma93.jpgPonieważ wylot do Europy mieliśmy dopiero o północy, był jeszcze czas by coś w Rangunie zobaczyć. Między innymi świątynię z Leżącym Buddą. Posąg ma 66 m długości, stary specjalnie nie jest, bo z lat 60-tych XX wieku, ale prezentuje się ciekawie – zwłaszcza jego twarz z niezwykłymi oczami wykonanymi z ręcznie robionego szkła i stopy ze 108 symbolami. Zatrzymaliśmy się też przy "Jaskini" w której w 1954 r. odbywał się VI Synod Buddyjski, na który zjechali się ważni mnisi z różnych krajów buddyjskich. Jaskinia tak naprawdę jest zrobiona sztucznie i bardziej kojarzy się ze stadionem niż z jaskinią jako taką, ale ciekawy jest fakt, że mimo biedy w kraju nie szczędzono kasy by ją z przepychem ozdobić – ściany to jadeit, laka i złoto. Widać rządząca junta wyznawała zasadę: zastaw się, a postaw się.

Ażeby już w pełni nasycić się świątyniami, pojechaliśmy jeszcze do świątyni gdzie ogląda się relikwiarz z zębami Buddy oraz wykonany ze złota posąg (też Buddy rzecz jasna), który w czasach kolonialnych Anglicy wywieźli do siebie i pokazywali w londyńskim Muzeum birma90.jpgWiktorii i Alberta. Posąg wrócił do Myamaru dopiero po 66 latach. I tak dobrze że w ogóle wrócił.

Dzień zakończyliśmy nad jeziorem niedaleko olbrzymiego, ceremonialnego statku z dziobem przypominającym dwie kaczki. Nie obyło się bez skojarzeń politycznych :), czemu sprzyjało piwko, wypite w nadjeziornej kawiarence z widokiem na ostatni już w Birmie zachód słońca.

No a w międzyczasie wpadliśmy jeszcze na bazar, zwłaszcza że trzeba było gdzieś wydać ostatnie posiadane kyaty (lokalna waluta). Koszulki, wyroby z laki, biżuteria z jadeitu – każdy coś tam kupił. A że była pora lunchu, zjadłam sobie w lokalnej garkuchni zupę zwaną mohingka, czyli wywar z ryby, doprawiony czosnkiem, chili, trawą cytrynową i diabli jeszcze wiedzą czym. Całkiem dobra i tania – pół dolca za wielką michę. Lepiej jednak nie wnikać w system mycia naczyń i zaakceptować brak stołów (siedzi się na ustawionych na chodniku stołkach). Największą "atrakcją" bazaru, przynajmniej dla mnie, stały się jednak ubrane w birma91.jpgróżowe szaty mniszki, niekiedy wręcz małoletnie dziewczynki. Krążyły między stoiskami prosząc o wrzucenie datków do ich żebraczych misek. Ode mnie też coś dostały :).

Z ciekawostek to przejechaliśmy jeszcze przy tutejszej wersji Alei Zasłużonych gdzie pochowana jest zmarła bodajże w 1989 roku mama Aung San Suu Kyi, poza tym jest też grobowiec ostatniej królowej Birmy (zm. około 1920 roku), no ale  najważniejsza tam osoba z której Birmańczycy są bardzo dumni to pan U Thant, który w latach 1959-68 był Sekretarzem Generalnym ONZ, a po tym jak w 1974 roku ciągle przebywając w USA zmarł, ściągnięto do Birmy jego zwłoki. Normalnie buddyści są kremowani, ale jak powiedziała nasza przewodniczka, w przypadku zasłużonych osób robi się wyjątek i chowa w grobowcach ich całe, niespopielone ciała.

birma98.jpgA, i wreszcie się dowiedziałam czym się Birmańczycy malują! Chodzi o jasnożółte pomazania na twarzy, jakie sobie robię i kobiety, i mężczyźni, czasem w postaci niewielkich żółtych plam na policzkach, czasem też malując całe twarze. No więc nazywa się to Thanaka i albo jest to już gotowy preparat, albo bierze się kawałek drewna z jednego gatunku drzewa sandałowego o łacińskiej nazwie limonia acidicima (rośnie w środkowej części kraju, w tym w rejonie Paganu; w okolicach Rangunu nie), a następnie ściera jego korę i tak otrzymany proszek miesza się z wodą. Chroni taka mikstura przed słońcem (tym bardziej że Azjaci robią wszystko aby się nie opalić, tylko wybielać sobie skórę), a poza tym działa wygładzająco.

I to tyle, jeśli chodzi o Birmę, przynajmniej tym razem. Teraz już jestem na przesiadce w Seulu. Czas do domu! Powrót do zimy  :).



20 lutego – Rangun/Yangon (Birma/Mjanma)
Niby stolica, która stolicą nie jest


Z Rangunem (według tutejszej wersji: Yangonem), największym miastem kraju (5,6 mln mieszkańców) to taka nieco dziwna sprawa. W wielu źródłach i na większości map  metropolia to figuruje jako stolica Mjanmy, tutaj też mieszczą się ambasady różnych państw, jednak tak naprawdę w 2005 roku stolica została przeniesiona do innego, dużo mniejszego, mało znanego miasta Naypyidaw (czytaj: nepido), jakieś 200 km na północ od birma102.jpgRangunu. Powody ku owym przenosinom były dwa: rady astrologów, co tutaj ma bardzo ważne znaczenie oraz chęć odcięcia się od brytyjskiej przeszłości (bo Rangun był stolicą w czasach brytyjskiego kolonializmu).

Do Rangunu przylecieliśmy z Paganu samolotem lokalnej linii Air Bagan. U niektórych wzbudziło to sporo emocji, bo to przewoźnik z czarnej listy stowarzyszenia lotniczego IATA, ale nie wnikając jak tam sprawy techniczne (po przylocie widziałam że obsługa coś tam debatowała przy śmigle), serwis mają całkiem niezły. Lot krajowy, krótki, bo zaledwie godzina z kwadransem, a tymczasem nawet jedzonko było, i napoje, i gazety, i na koniec cukierki. W Europie wszyscy tną koszty, na jedzeniu i prasie się oszczędza, a tu proszę…

Co do Rangunu to mnie się całkiem podoba. Co ciekawe: tu akurat nie ma wszechobecnych gdzie indziej motorków. W 2002 roku władze stwierdziły, że ograniczają szybkie przemieszczanie się po mieście samochodów rządowych i zakazały jeżdżenia na motorach. Zakazano też trąbienia.

birma95.jpgW ramach zwiedzania najpierw poszliśmy do stupy Sule, w samym centrum miasta. To już któraś nasza stupa, więc bardziej od samej budowli zainteresowały nas rozmieszczone wokół niej kapliczki (są podobne w każdej tutejszej świątyni, tyle że wcześniej nie zwracaliśmy na nie uwagi). Każda z nich symbolizuje jakiś dzień tygodnia. Jaki, można rozpoznać po przypisanym mu zwierzęciu. Poniedziałek to tygrys, wtorek – lew, środa – słoń, czwartek- szczur, piątek - świnka morska, sobota – smok, a niedziela – garuda (mityczny orzeł z ciałem człowieka). Co do środy to w tutejszym kalendarzu który ma 8 dni (!) rozróżnia się podział na środę do południa (jeden dzień) czemu przypisany jest słoń z kłem i środę po południu (kolejny dzień) – ze słoniem bez kła. Według miejscowych tradycji każdy wie, jakiego dnia tygodnia się urodził i jeśli chce sobie zapewnić długie i szczęśliwe życie, powinien odwiedzać kapliczkę swojego dnia polewając wodą znajdującego się w niej Buddę oraz zwierzaka. Ja mam problem bo urodziłam się w środę, tylko że nie wiem, czy rano czy po południu, w związku z czym nie wiem którego ze słoni mam myć :).

W czasach brytyjskich rondo ze stupą Sule nie tylko że wyznaczało centrum miasta, ale od niej też od niego liczono odległości. Poza tym przy nim też stoją różne budynki „użyteczności publicznej”  - ratusz, sąd który kiedyś służył jako Sąd Najwyższy, jednak po przeniesieniu stolicy stał się rejonowym, kościół baptystów, a w przyległym parku birma100.jpgpostawiono mający formę wielkiej iglicy Pomnik Niepodległości przypominający o uniezależnieniu się w 1948 roku od Brytyjczyków.

Najważniejsza jest jednak w Rangunie pagoda Szwedagon, w której znajdują się włosy z głowy Buddy (ok. 2500 lat temu Budda dał je dwóm braciom, kupcom z Rangunu, którzy przyjechali w interesach do Indii, a że trafili na Buddę który był po 7-tygodniowym poście, nakarmili go, za co zostali uhonorowani właśnie tymi włosami). Tu dopiero jest złota –  na samej stupie 3,5 tony! Stupa swoją drogą jest naprawdę wielka – ma 99 metry wysokości i 433 m obwodu. A dookoła jeszcze otacza ją pełno kapliczek – w naszym pojęciu delikatnie mówiąc kiczowatych, bo wszędzie widać te mało gustowne neonowate aureole nad głowami Buddów, zaś ściany wykładane są lusterkami i różnymi świecidełkami, no ale w końcu to nie nam się ma to podobać, tylko miejscowym wiernym.

birma94.jpgWieczorem, na kolacji, w ramach przerw między chrupaniem chipsów z tofu i męczeniem się z wypalającą usta rybą (Birmańczycy uwielbiają dodawać do wszystkiego chili), podpytałam naszą miejscową przewodniczkę o różne sprawy. Na przykład o to, że jak widzę religijni buddyści jedzą tu mięso, co w wielu innych krajach buddyjskich jest nie do pomyślenia. Okazuje się, że tu akurat buddyjski wegetarianizm nie obowiązuje – mięso jedzą nawet mnisi, bo jak usłuszyłam, Budda też mięso jadł. Co do ubioru mnichów to większość tych z Mjanmy ma szaty bordowe – jeśli widzimy jakichś w pomarańczowych, to najprawdopodobniej będą to mnisi z Tajlandii albo ze Sri Lanki, a jak  w szarych, to z Korei. Ale tutejsi mnisi też czasem mają ubiór pomarańczowy, bo zależy jakich barwników użyli do farbowania tkaniny – nie zawsze udaje się otrzymać wspomniany kolor bordowy.

I jeszcze co do tego, że w najważniejszych tutejszych świątyniach są postacie czterech Buddów ustawionych jakby na cztery strony świata. Wynika to z tego, że według tutejszych opowieści w obecnym świecie (bo światów było już ileś) jak na razie odnotowano czterech Buddów (ostatni ujawnił się w VI wieku p.n.e.), a w ogóle w historii świata (co oznacza: wielu następujących po sobie światów) doliczono się według tutejszych speców od religiii 28 Buddów (przypomnę: "Budda" to ten, kto osiągnął oświecenie, to jest tzw. nirwanę). Ma birma97.jpgbyć jeszcze piąty Budda, ale kiedy się ujawni, nie wiadomo. W każdym razie po nim będzie koniec tego świata, a potem kolejny świat.

Oczywiście zeszło też na politykę, tym bardziej że przejeżdżaliśmy dziś koło rezydencji wspominanej już przeze mnie Aung San Suu Kyi, birmańskiej opozycjonistki, laureatki pokojowego Nobla. Trzeba przyznać, że dom jest całkiem ładny i duży, nad jeziorem – to właśnie w tej posiadłości pani Aung spędziła prawie 20 lat (z przerwami) w areszcie domowym. Dom ten odwiedził w ubiegłym roku prezydent Obama, ale powiedzmy sobie szczerze, specjalnie wysiłek to dla niego nie był, bo niemal po sąsiedzku jest amerykańska ambasada.


19 lutego – Pagan (Birma/Mjanma)
Ponad trzy tysiące świątyń i stup.

birma71.jpgW Paganie, dawnej stolicy Mjanmy, jest ok. 3200 świątyń i stup. Zaczęto je budować w XI wieku i tak do XIII wieku wyrósł istny las mniejszych lub większych religijnych budowli. Niektóre z nich zostały poważnie naruszone w trakcie trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło ten rejon w 1975 roku (na marginesie to trzęsienie miało dla Paganu jeden duży plus – nagłośniło go na cały świat), ale ogólnie mimo upływu wieków trzymają się dobrze. Poniekąd to zasługa dawnych budowniczych. W jednej ze świątyń król zapowiedział, że za złe dopasowanie cegieł będzie obcinał ręce, no i w efekcie cegły przylegają do siebie tak, że nawet szpilki się nie wetknie. Albo patent ze stiukami – do zaprawy wykorzystywano tłuszcz bawoła zmieszany z melasą cukrową (chodzi o cukier palmowy) i kłaczkami (kwiatami) bawełny. Mimo że minęło 900 lat, piękne stiuki można podziwiać cały czas.

birma70.jpgStupy różnią się nie tylko wielkością, ale i stylami, bo każdy ze stawiających władców chciał pozostawić coś wspanialszego, nie mówiąc o tym że chciał też prześcignąć poprzedników w ilości owych budowli. Mnie akurat najbardziej podobały się te proste, ceglane wieżyczki, bez żadnych złoceń. A najlepszy jest zachód słońca obserwowany z którejś z pagód z widokiem na dziesiątki wyrastających z zarośniętej buszem pustyni.

W międzyczasie byliśmy jeszcze w zakładzie produkcji wyrobów z laki. Przedmioty z laki to jedna z najczęstszych tutaj pamiątek. Do głowy by mi nie przyszło, że z prawdziwą laką jest tyle zabawy! Najpierw robi się z bambusowych słomek przeplecionych włosami z końskiego ogona (żeby było mocniejsze) szkielet danego przedmiotu, i to dopiero potem pokrywa laką – rozgrzaną żywicą z drzewa „lakowego”. Takich warstw jest zwykle kilka czy nawet kilkanaście, a w międzyczasie po nałożeniu każdej z nich trzeba taki przedmiot włożyć do birma 81.jpgpiwniczki, gdzie te „coś” suszy się przez ok. 3 tygodni (na słońcu suszyć nie wolno – dla uzyskania odpowiedniej jakości niezbędna jest piwniczka mająca określoną wilgotność). Cały proces produkcji trwa niekiedy nawet pół roku! Nic dziwnego że prawdziwa laka wcale nie jest tania – w przeciwieństwie do tej bazarowej, jak mówi nasz przewodnik – „disco quality”.

A co do zakupów to pełno tu kręcących się przy turystach chłopaków sprzedających „rubiny” i inne kolorowe kamienie. Zapewniają że prawdziwe, ale raczej wątpię. Mjanma słynie ze szlachetnych i półszlachetnych świecidełek. Mają tu ponoć 30 kopalni złota, również dużo srebra, 2 kopalnie rubinów, 1 jadeitu. Tylko że na wywóz tych rzeczy lepiej mieć certyfikat z licencjowanego sklepu – wywóz kamieni bez certyfikatu grozi ich konfiskatą przez celników.

 

18 lutego – Znad Jeziora Inle do Paganu (Birma/Mjanmar)
Znowu w drodze

Dzisiaj znowu cały dzień w drodze. Na szczęście dostaliśmy jako opiekuna bardzo rozgarniętego chłopaczka o sympatycznie brzmiącym imieniu Mi Mi (tak się czyta, bo piszę się Min Min, podczas gdy kierowcą był U-u – piszę się Oo Oo :)), podpytałam go więc o różne rzeczy.

birma40.jpgZ ciekawostek to Mi Mi opowiedział mi dziwną historię, mającą dowodzić reinkarnacji. Otóż w górach przez które przejeżdżaliśmy żyje sobie plemię …. Które słynie nie tylko z tego że kiedyś uprawiało opium (teraz przestawili się na krzewy herbaciane i pomarańcze), ale także z tego, że szukają się sobie współmałżonków wyłącznie z grona współplemieńców. Pewnego dnia, jakieś 20 lat temu, w pobliżu ich wiosek rozbił się samolot. Wśród ofiar (śmiertelnych niestety) było ponoć 7 Niemców. Otóż okazuje się, że w kilku wioskach urodzili się po pewnym czasie blondwłosi chłopcy, o jasnym kolorze skóry (a przecież rodzicami byli lokalsi), a jakby tego było mało, w czasach dzieciństwa kiedy chłopcy się spotykali, rozmawiali ze sobą po niemiecku, chociaż żaden z nich tego języka się nie uczył. Szczerze mówiąc trochę z powątpiewaniem tego słuchałam, ale Mi Mi zapewniał, że jak wrócę do Birmy na własną rękę, to może zorganizować mi trekking do wioski któregoś z tych reinkarnowanych niby Niemców.

birma46.jpgPrzerobiliśmy też ciąg dalszy różnych przesądów. Okazuje się, że mają tu coś podobnego do naszego czarnego kota – tu nieszczęście wróży pełzający przez drogę wąż (wtedy lepiej cofnąć się lub znaleźć inną drogę). A jak się śnią bolące zęby, to następnego dnia powinniśmy mieć zastrzyk gotówki.

Pogadaliśmy też o polityce. Zaskoczyło mnie to, że mimo że dopiero niedawno skończyły się „rządy generałów” Birmańczycy już dość otwarcie mówią na ten temat, często otwarcie krytykując obecny rząd. Jak się tu mówi: z czterema rzeczami w Birmie nigdy nic nie wiadomo. Są to:  1) pogoda;  2) elektryczność (często są przerwy w dostawach prądu); 3) rozkład lotów (samoloty);  i 4) rząd! Zarówno odnośnie byłego reżimu, jak i obecnych ludzi u władzy używa się określenia „gold finger” czyli „złotopalczasty”, od majątku jaki zbijają przy okazji rządzenia.

Podpytałam co nasz przewodnik myśli o Aung San Suu Kyi (czytaj: ong San Su Czi) – słynnej tutejszej pani polityk, szefowej jednej z partii, córce Aung Sana, który wynegocjował dla Birmy niepodległość od Brytyjczyków (a potem zginął zabity przez jednego z najbliższych kolegów, którego jak mówią Birmańczycy, opłacili Brytyjczycy). Za swoją opozycyjną działalność pani Aung San Suu Kyi przez długie lata była przez birma104.jpgreżimowych generałów trzymana w areszcie domowym – nawet po odbiór nagrody Nobla nie mogła wyjechać (odebrała ją w Oslo dopiero po 21 latach!). Jak się jednak okazuje, jej popularność teraz już mocno osłabła. Zdaje się że społeczeństwo ma jej za złe, że nie przekazała nagrody na potrzeby kraju, tylko na cele prywatne (na jak się mówi – dwóch synów z których jeden jest w USA, a drugi w Wielkiej Brytanii). I że za bardzo dba o swój marketing (kalendarze ze swoim wizerunkiem itp.), zamiast skupić się na sprawach kraju. No cóż, tak to w polityce jest – raz na wozie, raz pod wozem… Nie zmienia to faktu że pani A… jest jednym z czterech kandydatów na urząd prezydenta – wybory już za rok (w 2015 roku). Inni kandydaci to obecny prezydent (jak się mówi: „mówił że już nie chce kandydować, ale przekonano go że w imię ogólnonarodowego dobra powinien” :)), poza tym jakiś generał (jak się zdziwiłam, że myślą znowu o reżimie, usłyszałam że „to nowy generał”) i jakiś koalicyjny kandydat z kilku partii.


17 lutego – Jezioro Inle (Birma/Mjanmar)
Slalom między pływającymi wioskami

birma60.jpgJezioro Inle to dla mnie jedno z ciekawszych miejsc na trasie którą „przerabiamy”. Okolica piękna, dużo do oglądania, a równocześnie pełny relaks, bo zwiedzanie polega w dużej mierze na pływaniu łódką. I nawet mi nie przeszkadza, że opisy w przewodnikach czy programach biur podróży są delikatnie mówiąc przesadzone. Bo nie łudźmy się – słynnych rybaków wiosłujących w specyficzny sposób utrzymując wiosło jedną nogą (ręce muszą być wolne do trzymania sieci) już właściwie nie ma (po co takie wiosłowanie, jak się ma silnik). Czy to, że mocno reklamowany pływający bazar przeniósł się na stały ląd, albo że pokazywane na zdjęciach kobiety z długimi szyjami na których mają zawieszone obręcze tak naprawdę są nie stąd – jest tu ich około dziesięciu, a przyjechały z zupełnie innego regionu kraju w celach wyłącznie zarobkowych (miejscowi ściągają je płacąc im za to, że pozują do zdjęć i zajmują się tkaniem). Ale skoro już wspomniałam o tych kobietach, to wrażenie robią. Kiedy mają 8 lat zakłada im się 5 metalowych, połączonych ze sobą kółek, po 5 latach dokłada się kolejne 5 obręczy, i po następnych 5 latach jeszcze 5. W sumie wychodzą 24 birma82.jpgkółka ważące nawet i 8 kg. Zdjąć już tego od pewnego momentu nie można, bo w międzyczasie kobitki zatracają mięśnie szyi i po zdjęciu takiego rusztowania po prostu złamałby im się kark nie mogący utrzymać głowy. Jak tłumaczył nasz przewodnik, obręcze i długie szyje to u tego plemienia plus jeśli chodzi o urodę, a poza tym w ten to sposób kobiety niby upodobniają się do węży i smoków, co jest istotne w ich wierzeniach. Według innej wersji te obręcze miały je chronić przed atakami tygrysów, występujących wokół ich prawdziwych wiosek. Tygrysy skakały na swoje ofiary od tyłu i przegryzały im szyje, no a metalowej obręczy przegryźć nie mogły.


birma54.jpgCo do plemion to w rejonie jeziora Inle są trzy. Rodziny rybackie należą do Intha, ubrane na czarno kobiety z zawojem materiału na głowie to Pa-O, poza tym są jeszcze Shan. Najlepszą okazją aby ich wszystkich zobaczyć jest targ. Dawniej targi odbywały się na łodzie, handlowano z łódek, ale odkąd w 2010 roku w wyniku suszy stan wody w i tak płytkim jeziorze się obniżył, targ przeniesiono na ląd. Jedni przychodzą tu handlować, inni wymienić się plotkami, a jak mówił Aung Aung (czyaj: ou ou - tak się nazywa nasz tutejszy przewodnik tłumacząc że nazwisk tu nie używają), wizyta na targu to dla miejscowej młodzieży okazja aby rozejrzeć się za przyszłym współmałżonkiem. No i można jeszcze sobie podjeść. Na przykład sałatki z liści… herbaty. Całkiem dobra.

Przy okazji targu obejrzeliśmy też pagodę Nga Phe Kyaung, słynną z tego, że znajduje się w niej pięć figurek Buddy które miejscowi oblepiają złotymi płatkami tak, że trudno dostrzec już w nich oryginalne kształty – zamieniły się w złote bałwanki. Co roku obwozi się te posążki wokół jeziora w uroczystej procesji na łodziach. W bodajże 1965 roku święte figurki spadły z łodzi do wody. Cztery wyłowiono, piątej nie. Następnego dnia znaleziono utopionego Buddą stojącego jakby nic w świątyni, co rzecz jasna uznano za cud, a raczej za pomoc dobrych duchów. Profilaktycznie od tej pory na doroczne procesje wywozi się jednak nie 5, a już tylko 4 posążki. Stwierdzono, że widać jeden chce zawsze zostać w świątyni.

birma58.jpgZe świątyń byliśmy jeszcze w  kompleksie zwanym Kyaukh-pyugyi Paya. Niesamowite miejsce – 1054 pagód, jedna przy drugiej. Dosłownie las wież, najstarsze jeszcze z XI wieku. Te wyżej szczytu wzgórza są aktualnie odnawiane – łatwo je rozpoznać po złoconych wieżach i zawieszonych na wieńczących je parasolach dzwoneczkach, sympatycznie pobrzękujących na wietrze. Te na dole są w stanie ruiny, często z dziurami po kuciu przez poszukiwaczy skarbów, ale to właśnie one robią najbardziej niezwykłe wrażenie.
Aaa, i jeszcze odwiedziliśmy klasztor słynący z hodowanych przez mnichów skaczących kotów. Tyle że koty już nie skaczą, bo jacyś turyści narobili rabanu, że to męczenie zwierząt. Na szczęście leniących się po tym zakazie kotów nikt z klasztoru nie wyrzucił – wylegują się teraz na modlitewnych dywanach, a jak są głodne – raczą się whiskasem czy czymś podobnym.

Ale wracając do jeziora Inle… Jest to drugie co do wielkości jezioro kraju, według Wikipedii mające 22 km długości i 11 km szerokości, chociaż miejscowi twierdzą że z racji wysychania aktualne rozmiary to 20 x 7 km. Akwen słynie z pływających wiosek – skupisk domów budowanych na bambusowych palach, do których dopływa się łodziami i poletek birma53.jpgbudowanych z jeziornego mułu przekładanego warstwami wodnych traw (wodorostów), co tworzy około metrowej grubości grząski „grunt”. Co do domów to z racji tego że butwieją, co 15-20 lat trzeba je wymieniać, a poszycie dachowe nawet co 5 lat (choć teraz coraz częściej widać eternit). Wodę pitną się dowozi z ujęcia na brzegu jeziora – jedynie jedna wioska ma doprowadzone rury z bieżącą wodą. Za to już prawie wszędzie jest elektryczność. Doprowadzono ją 5 lat temu.
birma50.jpgŻyje się tu głównie z łowienia ryb i upraw różnych roślin – kwiatów, ogórków, kabaczków, a przede wszystkim pomidorów których zbiory odbywają się dwa razy do roku. Uprawy zakłada się na wspomnianych pływających poletkach, które żeby nie odpłynęły, „zakotwicza się” bambusowymi kijami.

Lokalna produkcja to także tkaniny robione m.in. z włókien łodyg lotosów, wyrób tradycyjnych birmańskich parasolek (główne elementy stanowią patyki bambusowe i robiony ręcznie papier czerpany) oraz papierosy robione z tabaki, z aromatycznymi dodatkami typu anyżek, ananas etc. i sklejane ryżowym kleikiem.


16 lutego, Mandalay-Jezioro Inle (Birma/Mjanmar)
Birma z drogi

birma42.jpgPonieważ cały prawie dzień spędziliśmy w autobusie, podpytałam naszego przewodnika o różne przesądy i zwyczaje. Okazuje się, że w Birmie za pechową uznaje się cyfrę 9 (w przeciwieństwie do szczęśliwej siódemki), co sprawia, że raczej nie wyjeżdża się w drogę, jeśli w pojeździe jest 9 pasażerów. Co zrobić, jeśli nijak nie da się kogoś więcej zabrać (albo z kogoś zrezygnować)? Jest na to patent: na jednym z miejsc stawia się jakąś figurkę – z drewna, brązu, kamienia, wszystko jedno z czego, a jak takowej nie ma, to kładzie się zwykły kamień. Proszę, potrzeba matką wynalazków.


Z innych przesądów „na podróż” to okazuje się, że nie wypada się pytać kierowców, o której będzie się na miejscu. W lokalnych autobusach nikt na takie pytania nie odpowiada, bo ściąga to nieszczęście i na bank sprawi, że podróż się przedłuży. Zanim Joseph mi o tym powiedział, kilkakrotnie zadałam to pytanie, przyciśnięty do muru kierowca coś tam przebąkiwał, no i wywołałam nieszczęście – akurat przy nas wpadł pod koła ciężarówki motocyklista. Wyglądało to fatalnie, ale ponieważ mamy w grupie dwóch lekarzy, zaczęliśmy chłopakowi udzielać pierwszej pomocy. Przydały się wożone przeze mnie tyle dni bandaże, bo chłopak miał strasznie rozkrwawioną głowę i trochę innych ran. Karetka przyjechała po pół godzinie – ku naszemu zdziwieniu żadnych leków  w niej nie mieli, sprzętu poza noszami na wózku też nie. Ale mamy nadzieję, że jeśli chłopak nie ma jakiś poważnych wewnętrznych obrażeń, to przeżyje. W międzyczasie przybiegła jego zapłakana żona – młoda dziewczyna z dzieckiem na ręku. Koszmarne.

birma41.jpgPo drodze pomęczyłam trochę naszego przewodnika jak się w Birmie teraz żyje. Po 60 latach reżimu wojskowego dopiero w 2011 roku powstał pierwszy cywilny rząd. Co prawda premier to emerytowany generał, ale ponoć się stara, aby jakieś reformy jednak przeprowadzać. Tak jak reformę szkolnictwa. Jeszcze do niedawna mało kto w Birmie chodził do szkoły, bo trzeba było za to płacić, dopiero teraz wprowadza się bezpłatne szkolnictwo. Od 2011 roku darmową zrobiono edukację dla dzieci w wieku 5-8 lat, od tego roku bezpłatnie można się uczyć też od 8 do 12 roku życia, a jest szansa że wkrótce można będzie się kształcić za darmo również dalej. No ale najważniejsza jest wolność – to że poluzowano kwestię cenzury, że media mogą coraz śmielej pisać o różnych sprawach, że Birma otworzyła się na świat i turyści mogą tu spokojnie przyjeżdżać. A jak z odpowiedzialnością rządzących generałów za śmierć tylu ludzi? Niestety, mają zagwarantowaną nietykalność. O ich ofiarach jednak się już otwarcie mówi. O tym że w więzieniach wstrzykiwano ludziom truciznę, a potem informowano rodzinę, że dana osoba zmarła w wyniku choroby, czy o tym że w czasie tzw. Szafranowej Rewolucji (demonstracje mnichów w Rangunie w 2007 roku) tak naprawdę były ofiary śmiertelne, choć rząd zapewniał że nikt w czasie tłumienia rozruchów nie zginął.

birma47.jpgW międzyczasie  zatrzymaliśmy się przy straganach z owocami. Ale tu tanie awokado! Jedną dorodną sztukę można kupić w przeliczniku za jedyne 30 groszy! Uwielbiam awokado, choć ja jem je posypane solą, podczas gdy tutaj wolą je w wersji z cukrem, najlepiej palmowym (takim brązowym). Albo jako sok – zmiksowany owoc lekko rozcieńczony wodą i też jeszcze dosładzany. Poza tym lokalsi traktują je też jako kosmetyk – jak ktoś ma wysuszoną skórę, to obkłada się kawałkami awokado. Ponoć jest też świetne do polerowania drewnianej podłogi.

A co do cen, to tyle samo czyli 30 groszy kosztuje mango czy kawa w kawiarni dla miejscowych. W knajpach dla turystów ceny są dużo wyższe – trzeba liczyć 3-6 zł. Ogólnie jest tanio, pod warunkiem że traktują nas jak lokalsów. Jako turyści płacimy haracz na każdym kroku. Za zdjęcia – w wielu miejscach trzeba wykupić za 0,5-1 dolara specjalny bilet na fotografowanie, mało tego są wioski gdzie turysta płaci za samo w nich przebywanie (np. w Nyaungshwe nad jeziorem Inle kasują od każdego białasa 10 dolarów albo 10 euro).

I na koniec jeszcze jak to jest z nazwą kraju, w którym jesteśmy. No więc miejscowi zdecydowanie wolą Myanamar, bo to nazwa tradycyjna, podczas gdy Birma to wymysł Brytyjczyków. Owszem, jest na terenie kraju rejon w którym dominuje grupa etniczna zwana Birma, a język którym się tu wszyscy posługują to birmański, ale grup etnicznych jest tu całkiem sporo, w związku z czym nie




15 lutego, Mandalay (Birma/Mjanmar)
O mnichach, moście i pewnej sprawie

birma20.jpgMandalay to religijne serce Birmy. Ponoć w klasztorach tego miasta „stacjonuje” 60% ogółu birmańskich mnichów. A mnichów buddyjskich jest w tym kraju sporo, bo większość rodzin ma ambicję, aby ich synowie przynajmniej przez jakiś czas (miesiąc, dwa) w klasztorze pobyli. Tyle że klasztory są różne – większość z dość luźną formułą, pozwalającą aby mnisi przesiadywali w kafejkach, spacerowali z dziewczynami (fakt, na dystans) i zajmowali się serfowaniem w internecie na noszonych ze sobą tabletach (tym bardziej że w świątyniach często jest darmowe wi-fi), ale równocześnie istnieją też klasztory o zaostrzonym rygorze, z birma21.jpgktórych nawet wyjść na zewnątrz nie można. Dzisiaj w takim właśnie miejscu byliśmy – chodzi o Mahagandayon Monastery, w którym w momencie jego założenia było raptem 5 mnichów, a teraz jest ich 1500!


Codziennie o godzinie 10.15 odbywa się tam osobliwa procesja – mnisi i kandydaci do tego „tytułu”, w różnym wieku, podchodzą ze swoimi blaszanymi miskami do punktu wydawania obiadu, przy czym jest to już ich ostatni posiłek danego dnia (jak czegoś nie zjedzą, idą oddać biednym). Byliśmy w kuchni w której przygotowywują posiłek – oj, Sanepid miałby tu używanie (zwłaszcza na widok kawałów mięsa na których żerują muchy). Klasztor utrzymuje się z datków – sponsorzy posiłku danego dnia wypisywani są na elektronicznej tablicy, a ci którzy wpłacą trochę kasy, birma105.jpgmają szansę na uwiecznienie swojego nazwiska na specjalnych tablicach. Widnieją na nich m.in. państwo Krystyna i Leszek Mikos(owie) z Krakowa, którzy jak głosi napis wpłacili 150 dolarów.

Jak się okazuje dolna granica wieku jeśli chodzi o przyjmowanie do tutejszych klasztorów to zaledwie 7 lat. Takie maluchy mające 7-10 lat to tzw. prenowicjat – łatwo ich rozpoznać po białych szatach. Starsi to już nowicjat (tu już dostaje się bordowe szaty), a dopiero później, przeciętnie od ok. 20 roku życia, można zostać mnichem z prawdziwego zdarzenia. Dziewczyny też mogą iść do klasztoru, tyle że noszą różowe szaty. No i mają więcej reguł-zakazów – 311, podczas gdy mnisi 227. Co ciekawego – w zakonach obowiązuje zakaz palenia i picia alkoholu, ale betel, mające lekko uzależniające działanie orzeszki jednego z gatunków palm, żuć można.

birma22.jpgPytałam Josepha, naszego przewodnika, jak tu jest z innymi religiami. Chrześcijan w społeczeństwie Birmy jest ok. 5%, z czego katolików 3%. Joseph jest akurat katolikiem, ale twierdzi, że nawet w czasie rządów junty nie było problemów z wyznawaniem tej religii. Jedyny problem to taki, że innowiercy (mowa o tych co nie są buddystami) nie mogą budować nowych kościołów – mogą korzystać tylko z tych, które są.

Odwiedziliśmy też klasztor  Shwenandaw – jedno z najświętszych w Birmie miejsc. Pielgrzymi przybywają tam dla wielkiego, mającego 3,8 m wysokości słynącego z cudów posągu Buddy, który oblepiają płatkami złota. Jest już tego złota tyle, że Budda zatracił swoje oryginalne kształty – zrobił się delikatnie mówiąc pulchniutki. Mężczyznom pozwala się podejść do samego posągu, paniom musi pozostać oglądanie go z pewnej odległości. Codziennie rano, o 4-ej, Buddę się myje. Robi to przeor klasztoru z pomagierami którzy podają mu szczotki, ręczniki i inne potrzebne rzeczy - z należytym nabożeństwem myje się twarz posągu, zęby, jednym słowem odstawia regularną toaletę.

birma25.jpgPrawdziwą perełką Mandalay okazało się jednak miejsce, do którego Joseph zabrał nas poza programem i chwała mu za to, bo naprawdę warto tam zajrzeć (tym bardziej że jest tam zupełnie pusto, jakby nikt o tym obiekcie nie wiedział). Chodzi o Shwe In Bin Kyaung, kameralny klasztor zafundowany w 1895 wieku przez chińskiego biznesmena handlującego jadeitami. Zrobiony z drewna tekowego budynek jest świetnym przykładem tradycyjnej tutaj architektury – naprawdę robi wrażenie.

birma23.jpgA na koniec mieliśmy most! Nie byle jaki tylko ponoć najdłuższy w świecie most drewniany. Też z drewna tekowego – ma 1,2 kilometra długości, ustawiony jest na 1086 palach, a mimo że ma już ponad 160 lat, trzyma się nad wyraz dobrze. Przyjechaliśmy tam na zachód słońca – nie powiem, ładnie było.

birma28.jpgW sumie chciałabym podsumować, że fajny dzień był, ale… na koniec, już po przyjeździe do hotelu, dowiedziałam się o czymś, co mi skutecznie popsuło humor, wkurzyło i wytrąciło z równowagi. Nie mam zwyczaju pisać o uczestnikach swoich grup, ale tym razem zrobię wyjątek, bo w sumie niby dlaczego mam się wstydzić i mieć wyrzuty sumienia za kogoś? Poza tym trochę liczę, że osoba o której tu piszę, trochę jednak zastanowi się nad swoim postępowaniem. Otóż kupowaliśmy zbiorowo zrobione z pestek arbuza naszyjniki, no i okazało się że jeden z naszych szanownych panów nie zapłacił za 3 naszyjniki które wziął wbrew protestom właścicielki, twierdząc że to jego prowizja za napędzenie birma29.jpgklientów. Nie widziałam tego bo działo się to przy wsiadaniu do autobusu. Zaraz potem ruszyliśmy, zostawiając na parkingu zapłakaną dziewczynę od naszyjników. Chodziło o kwotę w sumie 5 dolarów – dla owego pana chwalącego się swoim stanem posiadania to zapewne „tylko” 5 dolarów, dla tej dziewczyny, żyjącej w jednym z najbiedniejszych krajów świata, „aż” 5 dolarów. Do tej pory jak o tym myślę, aż kipię z oburzenia i nie mogę pojąć jak można być tak arogancko bezdusznym. Na dodatek po takich „akcjach” wstyd mi, że jako pilot grupy chodzę z antenką z biało-czerwoną flagą. Żadne to pocieszenie, że reszta ekipy jest okej i chodzi w sumie o jedną osobę - właśnie taka jedna osoba potrafi popsuć opinię wszystkim Polakom.


14 lutego, Mandalay (Birma/Mjanmar)
Azjatycka perełka, czyli mingellaba Birma

Dziś Walentynki, w związku z czym załapałam się od jednego z kolegów z grupy na kwiat… lotosu! Przynajmniej oryginalnie :).

birma1.jpgA tak w ogóle to: Mingellaba! - to birmańskie powitanie.
Jesteśmy tu zaledwie od południa, a już Birmę lubię… To nic, że nie działają tu nasze telefony (ale internet jest, więc łączność z Polską mam), i że pogryzły mnie komary (według pani z recepcji – malarii nie roznoszą, według przewodnika czasem roznoszą, ale niegroźną :) ). To naprawdę fajny kraj. Może dlatego że, dopiero od niedawna otwarty dla turystów (na dobrą sprawę to od 3 lat).  Ale turystów jest tu już teraz sporo – samolot którym przylecieliśmy z Bangkoku był wypełniony białymi twarzami na full, a na zachodzie słońca na wzgórzu wznoszącym się ponad Mandalay (na marginesie to drugie co do wielkości miasto Birmy), był istny tłum. Miejscowych na szczęście też trochę się zjawiło, w tym buddyjscy mnisi, którzy jak widzę bardzo chętnie rozmawiają z cudzoziemcami, pewnie trochę z ciekawości, ale też i dla poćwiczenia angielskiego.

birma4.jpgWidać, że wraz z przejściem władzy z rąk wojskowej junty do rządu cywilnego (miało to miejsce jakieś dwa lata temu), naprawdę się tu sporo zmienia. Niewątpliwie na lepsze. Wprawdzie średnia płaca to zaledwie 50 dolarów na miesiąc, przez co jest to jeden z biedniejszych krajów świata, jednak ludzie są tu ogólnie uśmiechnięci i sprawiający wrażenie zadowolonych z tego, co mają. Podoba mi się, że są przywiązani do swoich tradycji – większość z nich chodzi w tzw. longyi`ach, czyli przewiązanych na wzór spódnicy płachtach materiału (nasz przewodnik też coś takiego ma) i wyraźnie są dumni, że ich kraj przybyszom z Zachodu się podoba. A co do przejawów zmian to jeszcze taki praktyczny przykład: w Birmie obowiązuje prawostronny ruch (po pozbyciu się Anglików, którzy tu byli od XIX wieku, władze zmieniły kolonialne zasady), ale samochody wciaż mają kierownice tak jak w Anglii. Teraz jednak, w ramach otwierania się na świat, podjęto uchwałę, że od tego roku importowane pojazdy, mają mieć jednak kierownicę tak jak w kontynentalnej Europie. Czyli zmierza do ogólnoświatowych standardów.

birma2.jpgW ramach zwiedzania byliśmy dzisiaj przy, jak się tu mówi: "największej księdze świata". Chodzi o umieszczone w 729 stupach kamienne tablice, na których widnieją inskrypcje buddyjskie z treścią rzeczywiście składającą się na konkretne dzieło. Ponoć jeśliby to czytać codziennie przez 8 godzin, to przeczytanie wszystkiego zajęłoby 450 dni. Z kolei w 1900 roku wymyślono, żeby to wszystko z tych kamiennych tablic wydrukować w formie księgi papierowej – wyszło 38 tomów, każdy po około 400 stron.

Szczerze mówiąc to bardziej niż te tablice zaintrygował birma6.jpgnas stojący tam posąg Buddy, a raczej neonowa aureola jaką mu zrobiono. Birmańczycy uwielbiają świecidełka, zrobione ze szkiełek mozaiki, migocące lampki i ogólnie takie trochę odpustowe zdobienia. No ale o gustach przecież się nie dyskutuje. :)

Byliśmy też w tzw. Shwenandaw Kyaung. Kiedyś, w XIX wieku, był to pałac królewski (to dopóki w Birmie był król, bo czasy monarchii zakończyły się w czasach kolonizacji angielskiej), potem zrobiono tu klasztor buddyjski, a teraz muzeum. Ciekawy budynek – z misternymi drewnianymi rzeźbieniami i salą - dawniej tronową (według innej wersji - medytacyjną), a teraz mieszczącą posąg Buddy, do którego podejść mogą wyłącznie mężczyźni. Jest nawet tabliczka że kobietom wstęp wzbroniony. Kobiety są w tym kraju płcią podrzędną, stąd właśnie takie zakazy. Oj, ciekawe kiedy uaktywnią się tu ruchy feministyczne :)




13 lutego, Bangkok (Tajlandia)
Gdzie Rama rządzi

bankok1.jpgW Bangkoku wszędzie gdzie się zainteresowany historią tego miasta człowiek obróci, będzie miał Ramę. Nie margarynę, tylko króla (mam nadzieję że nie obrażam monarchy, bo nie porównuję, tylko wyjaśniam). Za rok założenia miasta przyjmuje się 1782, bo wtedy król Rama I nadał istniejącej osadzie megadługą nazwę składającą się z 43 sylab (przepraszam, ale nie przytoczę, bo nie jestem w stanie spamiętać). Co do tych Ramów to teraz, znaczy się od roku 1946 (!), czyli niemal 60 lat bez przerwy, rządzi  Rama IX. Z wszędzie wiszących zdjęć wydaje się być sympatycznym bangkok3.jpgstarszym panem (ma obecnie 86 lat). Co ciekawe, król urodził się w USA, a jego majątek jest na tyle spory, że jest zaliczany do najbogatszych polityków w skali świata.


Właściwie to na zobaczenie czegoś w Bangkoku mieliśmy tylko kilka godzin – wpadliśmy tu głównie po to, żeby jutro wylecieć stąd do Birmy. Mimo to udało nam się kilka miejsc „zaliczyć”. Między innymi bardzo ładną świątynię Wat Arun i kompleks Pałacu Królewskiego do którego należy świątynia ze słynnym Szmaragdowym Buddą. Chodzi o posążek wykonany tak naprawdę wcale nie ze szmaragdu, tylko z jadeitu, o którym bankok2.jpgwspominałam już przy okazji wizyty w Vientianie w Laosie. Przypomnę, że Laotańczycy twierdzą, że im Tajowie tę posążek wykradli. Oczywiście tajscy przewodnicy nic o wykradzeniu  nie mówią, tłumaczą za to że posążek pochodził oryginalnie z północnej Tajlandii, tak więc wrócił na łono ojczyzny. A że jest relikwią dla Tajów wyjątkową, ma nawet wykonane ze złota i drogich kamieni ubranka na każdą porę roku - zimę, lato i porę monsuny (patrz: zdjęcie obok).

A co do samej funkcji Pałacu jako siedziby królewskiej, to obecny król wyniósł się gdzie indziej, gdzie nie ma turystów na głowie. Pewnie powodem było też i to, że nie chciał mieszkać w miejscu, gdzie jego poprzednik popełnił samobójstwo, zwłaszcza że Azjaci są bardzo przesądni jeśli chodzi o sprawy dotyczące śmierci.

Pobyt w Bangkoku wielu osobom kojarzy się jednak nie tyle ze zwiedzaniem świątyń i ile z różnego typu rozrywkami. Oczywiście wylądowaliśmy na tzw. Patpongu. Wersja „niewinna” bangkok13.jpgtego miejsca oznacza nocny bazarek z mnóstwem straganów sprzedających podróbki torebek, zegarków, fajne koszulki, pamiątki etc. Druga strona Patpongu to stojące w uchylonych drzwiach roznegliżowane dziewczyny i naganiacze oferujący „ping-pong show” (oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć, że nie o grę w tenisa stołowego chodzi). Odmianą "ping-pong show" jest „strzelanie do balonika”, „pisanie imienia”, "zapalanie papierosa", "zamiana wody w colę" itp. – możliwości na zademonstrowanie możliwości intymnych damskich organów i ich mięśni są dość, hmm, specyficzne. Pokazy są na ogół za darmo, ale rachunek jaki dostaniemy potem za drinki może nas zdziwić. No i są też pokazy „akcji” w różnych konfiguracjach obojga płci. A skoro są, to widać że klientów do patrzenia/uczestniczenia nie brakuje.



12 lutego, Vang Vieng – Vientiane (Laos) – Udon Thani (Tajlandia)
Nie ma to jak stolica

laos51.jpgDojazd do stolicy okazał się dużo bardziej czasochłonny niż zapewniał przewodnik, bo droga była tylko troszkę mniej dziurawa, za to ruch na niej jeszcze większy niż wczoraj. Ciężarówy wyprzedzające „na trzeciego”, masy dzieciaków jadących do/ze szkoły na rowerach, przebiegające psy, wylegujące się na asfalcie krowy… Co do tej drogi to jest to jedna z najbardziej popularnych w Laosie dróg – tzw. „Highway 13”. Z tym „highway” to mocne przegięcie, a co do 13-tki to ciekawostką może być to, że w Laosie to nie 13-tka jest pechowa, tylko siódemka. W kwestii innych przesądów/wierzeń to dowiedziałam się, że wstążeczki które po zapaleniu kadzidełka laos36.jpgofiarnego przy ołtarzyku buddyjskim zawiązano mi na ręce, jak będę chciała zdjąć, to muszę je rozwiązać, ale pod żadnym pozorem nie można ich przeciąć nożyczkami lub nożem, bo dobre intencje się nie spełnią i wstążeczki szczęścia mi nie przyniosą.

Po drodze, w ramach postojów zatrzymaliśmy się przy polu ryżowym, no bo na okrągło wsuwamy tutaj ryż, więc co niektórzy z nas chcieli zobaczyć jak owe zboże rośnie (a właśnie: tu na ogół się podaje biały, zwykły ryż. Dopiero dzisiaj komuś tam trafił laos57.jpgsię do obiadu czerwony. Żadnego brązowego, u nas polecanego jako zdrowy, wcale nie widzieliśmy). Drugi z kolei stop był przy wiejskim cmentarzyku – w lasku na obrzeżach wioski, wypełnionym kolorowymi stupami mieszczącymi prochy po kremacji zmarłych (na stupach wiszą zdjęcia tych osób). Na cmentarzu śmietnik jakich mało, bo w czasie pogrzebu rodzina dostarcza żałobnikom napoje (wodę, coca-colę etc.), a ci potem wyrzucają te puste butelki gdzie popadnie. Z kolei na grobach kładzie się to, co zmarły lubił – najczęstsze były ciasteczka, owoce i M-31 – lokalny napój energetyczny.

laos50.jpgGłównym celem była jednak stolica Laosu, czyli Vientiane. Całkiem ciekawe miasto. Weszliśmy sobie na Łuk Triumfalny przypominający nieco ten z Paryża, spojrzeliśmy przez zamkniętą bramę na Pałac Prezydenta, zobaczyliśmy też świątynię w której do XIX wieku przechowywana była ważna relikwia Laosu – posążek szmaragdowego Buddy (został wykradziony przez Tajów, więc teraz można go zobaczyć w Bangkok)u. Poza tym obejrzeliśmy też wielką Złotą Stupę Pha That Luang - jedną z najważniejszych w tym kraju świątyń, widoczną nawet w laotańskim godle. Mieści ona ponoć relikwie Buddy (w jednym z przewodników twierdzą że to kości laos52.jpgklatki piersiowej, czyli rozumiem że żebra?), ale niezależnie od wszystkiego – jest po prostu ładna.

Na zdjęciu obok: kontast do przepięknych świątyń - mniej ładne, choć niewątpliwie oryginalne uliczne kable :).

Późnym popołudniem przejechaliśmy wybudowanym na Mekongku Mostem Przyjaźni Laotańsko-Tajskiej. Tak naprawdę to oba kraje za sobą nie przepadają, bo to układ taki trochę jak Polska z Rosją, no ale nazwa mostu sugeruje przynajmniej dobre intencje. Most to zarazem granica między obydwoma krajami. Tajlandia jest oczywiście bogatsza, lepiej rozwinięta (widać to było choćby po szosie – przy wjeździe do Tajlandii jest już elegancka dwupasmówka), no ale jednak wolę Laos. Z różnych powodów – nie tylko takich że nie lubię lewostronnego ruchu (jaki ma właśnie Tajlandia), ale głównie ze względu na ludzi. Laotańczycy są sympatyczniejsi, a laos35.jpgzarazem bardziej rozgarnięci. No ale w sumie to może błędem jest mówić coś o ludziach po zaledwie kilku godzinach w danym kraju i to w miejscu mało turystycznym (nocujemy w niezbyt ciekawym Udon Thani, gdzie przyjechaliśmy jedynie ze względu na jutrzejszy lot do Bangkoku, właśnie z tutejszego lotniska).

Kończę, bo komary mnie żrą, a to nic przyjemnego. Malarii w tym rejonie wprawdzie nie ma (przynajmniej tak twierdził pan z pobliskiego sklepu Seven Eleven gdzie kupowałam wodę), ale denga jak najbardziej jest. Ostatnio więcej turystów umiera już na dengę, niż na malarię. Objawy podobne, tylko że w przeciwieństwie do malarii na dengę żadnych tabletek zabezpieczających nie ma (szczepionki też nie).


11 lutego, Luang Prabang – Vang Vieng (Laos)
Z widokiem na gory


laos37.jpgAle się rano wkurzyłam… Miałam wstać rano na tradycyjną w Luang Prabang procesję mnichów, którzy wychodzą zbierać od ludzi ofiary – głównie ugotowany ryż i inne dary spożywcze, no i zaspałam. Mnichów spotkałam już później, jak uczyli się angielskiego. Fajnie to wyglądało – jakiś biały, sympatyczny człowiek, podejrzewam że woluntariusz pracujący za darmo i gromadka ubranych w pomarańczowe szaty młodych chłopców plus dwa znudzone psiaki.

laos31.jpgDo przejechania mieliśmy dziś 250 km. Niby nie dużo, ale po górskich, krętych i mocno dziurawych drogach, tak więc zajęło to całkiem sporo czasu. W ramach przerywnika przystanęliśmy w dwóch wioskach i odwiedziliśmy miejscową szkołę. Akurat była przerwa obiadowa, bo tu dzieciaki uczą się od 8 do 11.30 i potem od 13.30 do 16. Kiedy lekcje się kończą, na szosę wyjeżdżają istne tabuny uczniów na rowerach. Zauważyłam że jest moda na jeżdżenie z parasolkami – mają chronić od słońca.

laos32.jpgZ obrazków „po drodze” to zrobiła na nas wrażenie stacja benzynowa, w której tankowaliśmy. Wyglądała jak sklep – w oknie wystawione dwie szklane bańki z rurkami (przypominały urządzenie do pędzenia bimbru), podchodzi pani, kręci korbką i leje się paliwo. Kontynuując wątek motoryzacyjny: jak się zepsuje samochód na drodze, to nie wystawia się żadnego trójkąta (kierowca pewnie takowego nie ma), tylko ścina się trochę gałęzi, najlepiej palmowych i rzuca na ziemię w pewnych odstępach. Podobne zwyczaje są zresztą w niektórych państwach Afryki.

laos33.jpgA w ogóle to nocujemy w Vang Vieng – tak nazywa się niewielka mieścina w której właściwie nic wybitnie ciekawego nie ma, choć to jedno z ulubionych wśród turystów (zwłaszcza tych plecakowych) miejsc w Laosie. Powód? Atmosfera! Sama wychodząc na hotelowy taras, gdzie chciałam pofotografować przepływającą tędy rzekę (tym razem nie Mekong) z zachodzącym za malowniczymi górami słońcem, stwierdziłam, że mi się tu podoba. A potem, kiedy poszliśmy się przejść pełnymi sklepów i knajpek uliczkami, zapomniałam że jestem w jednym z najbiedniejszych krajów Azji - miałam wrażenie że to jakiś kurot śródziemnomorski (tak na marginesie to Laos dostępu do morza w ogóle nie posiada). Inna sprawa że z obsługą cudzoziemców Vang Vieng ma styczność już od dawna – w czasach wojny wietnamskiej Stany Zjednoczone zrobiły tu bazę swoich sił powietrznych i wybudowały lotnisko oznaczone kryptonimem „Lima site 6”.



10 lutego, Luang Prabang (Laos)
W Królestwie Miliona Słoni


laos27.jpgSabadi! - to po tutejszemu "dzień dobry!"

Luang Prabang, gdzie chwilowo jesteśmy, to dawna stolica Laosu, nazywanego dawniej "Królestwem Miliona Słoni" i do tej pory – główne centrum religijne tego kraju. Swoją drogą to nieco zaskakujące, bo to teraz przecież kraj komunistyczny, z jedyną legalną partią (komunistyczną właśnie), ale co trochę do tego systemu nie pasuje, ludzie są tu bardzo religijni. Przekonałam się o tym dzisiaj już o czwartej rano, kiedy zbudziły mnie bębny zwołujące mnichów na poranną modlitwę (nasz hotel jest po sąsiedzku z klasztorem). W każdym razie świątyń jest tu sporo, podobnie jak buddyjskich mnichów których z daleka łatwo rozpoznać po jaskrawo pomarańczowych szatach.

Nasz przewodnik też był mnichem.  Przez 10 lat. Tylko że w jego wypadku było to posunięcie przemyślane, bo pochodzi z małej wioski gdzieś na dalekiej prowincji, chciał się bardzo uczyć, ale jego rodzice powiedzieli że nie ma mowy, bo zamiast tracić czas w szkole, ma kamb20.jpgpomagać w polu. Chłopak jednak się uparł i stwierdził, że nie widzi się w roli farmera, a że nie miał pieniędzy na szkołę, poszedł do klasztoru wiedząc że dostanie tam utrzymanie i przy okazji będzie mógł zdobywać wiedzę. W międzyczasie zaczął się uczyć angielskiego (sam, z książek), w klasztorze spędził 10 lat (od 12 roku życia), aż w końcu uznał że to jednak nie dla niego, zwłaszcza że jest już na tyle samodzielny, że może zacząć życie na własny rachunek. Dzisiaj jest ojcem 1,5 rocznego synka, ma żonę, angielskim mówi prawie perfekcyjnie i pracuje jako przewodnik. Czyli potwierdza się zasada, którą i ja wyznaję: chcieć to móc!

A tak przy okazji to podpytałam przewodnika o życie buddyjskich mnichów, no bo skoro był w klasztorze... Ponoć takiego początkującego mnicha obowiązuje 10 zasad, czyli m.in. zakaz zabijania (nie chodzi tylko o ludzi - zwierząt także), zakaz kradzieży, kłamstwa, picia alkoholu, zakaz seksu, a także - zakaz jedzenia posiłków po godzinie 17-tej (!), czy zakaz używania zapachów (żadnych perfum etc.). Przy wejściu na kolejny szczebel klasztornego wtajemniczenia lista zakazów wydłuża się do 270. Między innymi nie wolno mnichom dotykać laos30.jpgkobiet (czyli nietaktem jest jeśli kobieta np. sama z siebie wyciągnie rękę do mnicha) czy w ogóle przebywania z kobietą sam na sam w jednym pomieszczeniu.

Dobra, wracając do Luang Prabang. Mieliśmy mało czasu na miasto, więc zaczęliśmy od tego co tu najważniejsze, czyli Pałacu Królewskiego. To znaczy króla już w Laosie nie ma, ale wybudowany na początku XX wieku, czyli już za czasów kolonizacji francuskiej pałac, który zastąpił wcześniejszą bambusową rezydencję, pozostał. Tyle że z tym "pałacem" to nie ma co przesadzać - bardziej przypomina dworek niż pałac, a wykorzystywany jest jako całkiem ciekawe Muzeum Narodowe.  Co do króla to komuniści którzy doszli do władzy w 1975 roku pozbyli się go wysyłając wraz z rodziną do „obozu reedukacyjnego". Tam słuch o nim zaginął, chociaż w 1989 roku rząd oficjalnie przyznał, że monarcha zmarł w obozie. Kiedy głośno powiedziałam o tym „obozie", nasz przewodnik poprawił mnie: "Nie w obozie tylko w czasie pobytu na wsi, na prowincji", po czym dał do zrozumienia że nie za bardzo chce na ten temat w publicznym miejscu rozmawiać.

Byliśmy też w świątyni Wat Xiengthong, uznanej za najładniejszą w mieście. Jeden z pawilonów mieści królewski karawan w kształcie złotego smoka. Z kolei w jej głównym gmachu załapaliśmy się na modlitwy młodych mnichów.

laos22.jpgDużą część dnia zajęła nam wycieczka do wypełnionych ok. 4 tys. figurami Buddów jaskiń znajdujących się ok. 25 km od Luang Prabang. Płynie się tam Mekongiem, który jak powiedział przewodnik, z tymi swoimi 4 tys. km długości jest trzynastą Rzeką świata (muszę to sprawdzić). Tu już krajobrazy są zupełnie inne niż na Mekongu w Kambodży czy Wietnamie – praktycznie nie ma wiosek, za to dookoła są ładne, porosłe lasami malownicze wzgórza. Jeśli coś płynie po rzece to zwykle jest to statek z turystami, choć minęliśmy też dwie łodzie z którymi dzieciaki wracały ze szkoły. W innych częściach świata są gimbusy, tutaj – gimłódki :).

Zapomniałam! Po drodze do jaskiń zahaczyliśmy jeszcze o tzw. whisky village, czyli wioskę, w której mieszkańcy pędzą na masową skalę może nie tyle whisky co ryżowy bimberek. Wychodzi z tego albo alkohol o mocy 50%, albo 15% - jak kto lubi, a nazywa się to sympatycznie: lao-lao. W niektórych butelkach pozatapiane są węże i inne gady/płazy, ale mam nadzieję, że nikt w mojej grupie tego nie kupił, bo ostrzegałam, że wiele z tych zwierzaków widnieje na liście gatunków zagrożonych laos23.jpgwyginięciem, no i przywiezienie czegoś takiego do Polski to jak nas celnicy skontrolują - ryzyko sprawy karnej, potężnej kary finansowej i ogólnie wielu problemów.

Kolację uczciliśmy idąc tym razem na tutejsze naleśniki – takie z ulicznego straganu. To niewątpliwie pozostałość pofrancuska – wszchobecne „crepes” (czyli naleśniki), dobra kawa i bagietki. Ja wzięłam sobie naleśniki z jajkiem i bananami. Nie powiem, ciekawe zestawienie. I całkiem dobre.

A na koniec dnia wylądowałam na laotańskim masażu. Godzinny masaż całego ciała kosztuje tu niespełna 5 dolców, a wykonują go dziewczynki na oko 12, 13-letnie. Siłę to mają – jak mi ta „moja” wbiła łokieć pod łopatkę, to aż mi zaparło dech. Widać jednak że dziewczę było zmęczone (pewnie pracuje po kilkanaście godzin na dobę) – ziewała, zamykały jej się oczy. Miałam ochotę ją podpytać trochę o jej życie, skąd pochodzi, czy  lubi swoją pracę, no ale problemy językowe uniemożliwiły kontakt. Podejrzewam, że zarabiają jakieś grosze – przeciętna pensja w tym kraju to około 100 dolarów, 150 dolarów zarabia dyrektor szkoły, sprzątaczka w hotelu - około 60. Tyle mniej więcej kosztują w tutejszych knajpach dwie butelki średniej jakości wina.





9 lutego, Siem Reap (Kambodża) – Luang Prabang (Laos)
Zmiana kraju


laos4.jpgBoże, ale miałam noc! Zawsze myślałam że mam „strusi żołądek”, żadnych sensacji nawet po najbardziej śmiałych eksperymentach kulinarnych, a tymczasem jak mnie dopadło… Dziwne, bo wczorajszą kolację zjedliśmy przecież w bardzo przyzwoitej knajpie. A może to właśnie dlatego? Ja, która przy samodzielnych podróżach zawsze prawie jadam na ulicznych straganach lub w lokalach dla lokalsów, teraz kiedy jestem z grupą przestawiłam się na eleganckie lokale, no i masz. W każdym razie większość nocy była stracona – dopiero nad ranem mój brzuch dał mi chwilę pospać.

Przedpołudnie było wg programu wolne, ale zaproponowałam grupie miejscowe muzea. W samym Siem Reap są właściwie dwa – jedno to Muzeum Narodowe (wstęp 12 dolców, ale "nie powala"), oraz Muzeum Wojny. W tym drugim trochę wyblakłych zdjęć i laos1.jpgmnóstwo sprzętu przypominającego skład złomu, ale to jednak kawał ważnej tu historii. Zdjęcia przejmujące. Na przykład Czerwoni Khmerzy „bawiący” się w coś takiego: jeden podrzuca w górę noworodka, drugi strzela, a jak nie trafi to dziecko i tak rozbije się o beton. Albo ekspozycja przeróżnych min i obok zdjęcia tych którzy stali się ich ofiarami. Okazuje się że oni tu wybierają „Miss Ofiar Min” – startują dziewczyny które nie mają nóg czy rąk. Tymczasem życie toczy się dalej, tak więc na nieużytecznych teraz armatach (większość sprzętu: Made in ZSRR), bawią się dzieciaki, a ich beztroskie uśmiechy dają nadzieję, że nigdy nie przeżyją koszmaru wojny.

laos3.jpgPo południu mieliśmy samolot do Laosu. Andrzej jakby od niechcenia zauważył, że dwa tygodnie wcześniej spadł samolot tych linii, a my jak na złość mieliśmy lot z międzylądowaniem. Ja akurat mam do podróży samolotowych obojętny stosunek uważając, że co mi tam odgórnie zapisane, to się stanie, ale póki co liczę, że mam jeszcze trochę czasu na zrealizowanie swoich planów (i nie tylko o Koronę Ziemi chodzi). Zresztą i tak Lao Airlines okazały się lepsze niż przypuszczaliśmy. Swoją drogą w Laosie wszystko jest „Lao” – także piwo się tak nazywa, zaś lokalna whisky to „Lao-Lao”.


8 lutego, Siem Reap – Angkor (Kambodża)
W ruinach Angkoru


kamb53.jpgTrudno uwierzyć, że kiedy my w Polsce dopiero przymierzaliśmy się do tworzenia naszej państwowości, mieszkając w ziemiankach i wciąż jeszcze czekając na pojawienie się Mieszka I, tutaj, w kambodżańskiej dżungli, wyrosło potężne miasto mające ponad milion mieszkańców. Chodzi o słynny Angkor, stolicę Imperium Khmerskiego (IX-XV wiek), którego ruiny mieliśmy okazję dziś zwiedzać (tak w ogóle to „angkor” w języku khmerskim znaczy po prostu „święte miasto”). Ponieważ wiekowe mury są w stanie delikatnie mówiąc rozwalającym się, ale przy ich ratowaniu pracuje już cała rzesza koserwatorów. Ponoć kiedyś byli tu też Polacy, a czy są kamb51.jpgteraz? Chyba już nie, bo poustawiane tu i ówdzie tablice oraz miejscowi przewodnicy mówią o Japończykach, Francuzach, Niemcach, Hindusach, nawet o Czechach, ale o „naszych” jakoś nie.

Z licznych świątyń jakie tu są, wcale nie najsłynniejsza, czyli Angkor Wat podobała mi się najbardziej, ale Ta Prohm, w której kamienne ściany oplatają korzenie wrosłych w budowle drzew. Wygląda to niesamowicie, trochę tajemniczo, jakby to było miejsce zamieszkałe przez dziwne leśne duchy. Niestety tłumy turystów i kolejki do fotografowania się przy co ładniejszych miejscach sprawiają, że urok nieco pryska. Cóż, jak wrócę tu już na własną rękę, to na pewno zjawię się w tym miejscu wcześnie rano, zanim przyjadą grupy.

Co do samego Angkor Wat, czyli głównej świątyni miasta, to jest ona przedstawiona na fladze Kambodży. Co prawda na fladze są tylko trzy z jej pięciu zachowanych wież, a kiedyś było ich kamb59.jpgnawet dziewięć. Najwyższa z nich ma 53 metry – ponoć w okolicy jest zakaz budowania obiektów ją przewyższających. Przy trwającej 37 lat budowie tego rozległego kompleksu, otoczonego 5,5 kilometrową fosą (w ramach ochrony wypełnionej kiedyś krokodylami), wykorzystano pracę miliona ludzi i 25 tysięcy słoni. Oryginalnie świątynia była poświęcona hinduistycznemu bogowi Wisznu, ale teraz znajduje się w niej ołtarz buddyjski.

Jednym z najczęstszych motywów zdobniczych widocznych na ruinach Angkoru są apsary – wywodzące się z mitologii hinduskiej pełne wdzięku kobiety, takie niby-nimfy powstałe według legend z mgły i rosy. Taniec apsar to jedna z lokalnych atrakcji kulturalnych, którą sobie wieczorem, w jednej z restauracji zobaczyliśmy. Opiera się on na misternie ćwiczonych gestach i powolnych ruchach, niczym w filmie odtwarzanym na zwolnionych obrotach. Przygotowanie jednego kamb50.jpgukładu tanecznego wymaga wielomiesięcznych ćwiczeń, a założenie stroju przed występem i zrobienie odpowiedniego makijażu trwa nawet 3 godziny!

Z innych tematów: zapytałam naszego przewodnika, jak tu było w czasie reżimu Pol Pota. Chłopak powiedział, że miał wtedy zaledwie rok, więc nie pamięta, ale przez te straszne czasy nigdy nie poznał ani swojego ojca, ani zakatowanego w więzieniu brata. Historia jakich tu wiele. Podobnie jak widok beznogich ludzi, którzy stracili kończyny na polach minowych.




7 lutego, z Phnom Penh do Siem Reap (Kambodża)
Od elegancji pałacu do pieczonych tarantuli


kamb41.jpgDo południa zwiedzaliśmy Phnom Penh. To jedna z mniejszych stolic w tym regionie świata – mniej więcej wielkości Warszawy. Z zabytków najważniejszy jest tu XIX-wieczny Pałac Królewski, przy którym 60-letni obecnie król (mimo swojego wieku wciąż kawaler) rzeczywiście mieszka (powiewająca flaga zdradza, czy jest na miejscu; flaga ściągnięta oznacza że król wyjechał). Oprócz pałacowej Sali Koronacyjnej w której można zobaczyć królewski tron, najważniejszym obiektem jest Srebrna Pagoda. „Srebrna”, bo jej podłoga jest wyłożona srebrnymi płytkami sprowadzonymi z Włoch (w sumie jest tych płytek 5329, co daje ponad 6 ton srebra). Ale tak poza tym, to wszystko kapie złotem. Między innymi posąg Buddy wykonany z 90 kg czystego złota, a jakby jeszcze tego było mało – wysadzany 2086 diamentami. Warto zajrzeć jeszcze na tył ołtarza – tam też jest Budda, tylko niepozorny, marmurowy. Jak się pogłaszcze jego rękę, to przy pierwszym pogłaskaniu zapewniamy sobie kasę, przy drugim – ogólne szczęście, przy trzecim – dobrobyt. Oczywiście głaskanie głaskaniem, ale obok siedzi mnich i aby życzenia się spełniły, wypada coś tam na wystawioną tacę położyć.

kamb49.jpgBeztroski nastrój zniknął nam w Więzieniu Tuol Sleng  (zwanym też S-21), czyli inaczej – Muzeum Ludobójstwa. Chodzi oczywiście o to, co się tu działo w czasie reżimu Pol Pota, czyli w latach 1975-79. Wymordowano wtedy 2,5-3 mln ludzi (pierwsza liczba z Wikipedii, druga – od naszego przewodnika). Urządzone w dawnej szkole więzienie to miejsce tortur ok. 17-20 tys. ludzi, których potem wywożono na egzekucje na tzw. Pola Śmierci. W pierwszej kolejności pozbywano się ze społeczeństwa osób wykształconych - studentów, lekarzy, nauczycieli. Wiadomo, mogli stanowić zagrożenie dla reżimu, a poza tym nie pasowali do systemu, który miał się opierać na obozach pracy i uprawianiu pól. Dla oszczędności amunicji więźniów zabijano siekierami, maczetami albo podżynano im gardła (czasem robiono to perfidnie liśćmi palmowymi). Piekło to udało się przeżyć tylko 5 osobom, z czego 3 już zmarły. Jedna z tych dwóch wciąż żyjących to 84-letni obecnie pan którego można spotkać przy muzeum przy straganie z książkami (kilka z nich jest o nim). Przetrwał, bo umiał pisać na maszynie, tak więc dla niewyedukowanych oprawców był po prostu użyteczny. Jakoś nie mogę pojąć, że jak do tej pory osądzono dopiero 4 osoby którym postawiono zarzut ludobójstwa? Zmarły w 1998 roku Pol Pot do samego końca miał się dobrze (był tylko w areszcie domowym) i udzielał wywiadów w których twierdził, że nie widzi swojej winy.

kamb46.jpgZe stolicy mieliśmy długą, 8-godzinną podróż do Siem Riep, które jest bazą wypadową do świątyń Angkoru. Niby miasta te dzieli jedynie 330 km, ale droga jest fatalna – dziurawa, w wielu miejscach przebudowywana, no i mocno zatłoczona. A to drogę zajeżdżają motorynki, na których przewozi się wszelkie towary (np. skrzynię  z prosiakami), a to rowery (bo tu w porównaniu z Wietnamem więcej osób jeździ na rowerze), a to pojawiają się wałęsające się krowy. Z drugiej strony to dobra okazja do obserwowania kambodżańskiego życia codziennego i zmieniających się krajobrazów. Jest trochę zielonych pól ryżowych, a także typowe wioski zabudowane domami których poziom mieszkalny znajduje się na charakterystycznym podwyższeniu (takie domy na palach).

kamb42.jpgPo drodze, w ramach obiadu, zatrzymaliśmy się w miasteczku Skun, o którym wszyscy tu mówią: Pająkowa Wioska. Rzeczywiście słynie ona z pająków - w końcu nie wiem czy to tarantule czy ptaszniki (?), ale włochate, i dla mnie - obleśne. Żywe pająki miejscowi noszą sobie na ubraniach niczym maskotki (twierdzą że są niejadowite), jednak najważniejsze są usmażone, które sprzedaje się w ramach lokalnego przysmaku. A oprócz nich jeszcze inne latające lub pełzające delikatesy. Za dwa dolce kupiłam sobie do zjedzenia takiego ośmionogiego włochacza, wielką szarańczę, larwę, coś co wyglądało jak karaluch i jeszcze drugiego pająka, wyglądającego niczym krąglutki krab. Smak? Najlepsza była szarańcza bo przypominała czipsy, tarantula natomiast niektórym kojarzy się z kurczakiem, ale mnie jakoś nie. A reszta? Powiem szczerze: po przegryzieniu odwłoka tego drugiego pająka jak zobaczyłam że są w nim jakieś niby jajeczka, zebrało mi się na odruch wymiotny. Uratowało mnie przezornie zamówione wcześniej piwo.

kamb40.jpgI jeszcze na koniec... Tradycyjnie w Kambodży przyjęte jest, że każdemu z dni tygodnia przypisany jest jakiś kolor. I tak w niedzielę powinno się nosić szaty czerwone, w poniedziałek pomarańczowe, we wtorek fioletowe, w środę stalowo-żółte, w czwartek zielone, w piątek ciemnoniebieskie i w niedzielę burgund. Przestrzeganie kolorów ma ponoć wspomagać szczęśliwe i pomyślne życie. Oczywiście teraz już mało kto tego przestrzega, ale służba królewska - ponoć jak najbardziej!


6 lutego, z Can Tho (Wietnam) do Phnom Penh (stolica Kambodży)
Dziesięć godzin na Mekongu


kamb3.jpgDzisiaj głównie płynęliśmy. Z Can Tho - największego miasta w wietnamskiej części Delty Mekongu (2 mln mieszkańców) przeprawialiśmy się do stolicy Kambodży, czyli Phnom Penh. W sumie do pokonania było ok. 180 km, co oznaczało 9 godzin w całkiem szybkim wodolocie, z dwiema przerwami – najpierw na obiad, potem na granicę. Co do obiadu to "zaszalałam" i zamówiłam sobie żabę. Nie żadne tam żabie udka, tylko żabę, a właściwie trzy żaby, wielkości wyrośniętych ropuch, przyniesione w wersji ugotowanej, rozcapierzone na talerzu, włącznie z głowami. kamb2.jpgMięsa było mało (w przeciwieństwie do licznych kosteczek), ale przyznam że całkiem dobre to było – smak przypominający kurczaka.

A Mekong? W Wietnamie brzegi są niemal ciągle zabudowane domami (zwykle takimi na palach), ciągle też kursują jakieś łódeczki pełniącą rolę promów, natomiast po wpłynięciu do Kambodży są głównie pola, pola, pola… No ale nie ma się co dziwić – Kambodża jest wprawdzie sporo mniejsza powierzchniowo niż Wietnam (obszar Kambodży to 181 tys. km kw., Wietnamu 331 tys. km kw.), przy czym ludność Kambodży to zaledwie 15 mln, podczas gdy Wietnamu prawie 90 mln!

Po dotarciu do Phnom Penh, korzystając z chwili wolnego czasu od razu pobiegłam do miasta, chociaż za daleko nie doszłam, bo wylądowałam w… kasynie. Nie dlatego jednak, że chciałam pograć (z założenia nie ciągnie  mnie do hazardu), ale dlatego że chciałam zobaczyć kto tam szaleje. Okazało się, że większość to wcale nie cudzoziemcy, ale lokalsi. A kasyno – kamb1.jpgimponujące! Nie wiem czyja to inwestycja, ale w stosunku do Monte Carlo, Las Vegas czy nawet nie tak odległego Makao, nie ma się tutejszy obiekt czym wstydzić. Po prostu wielkie! Przy okazji jest szansa do obejrzenia bezpłatnych występów tanecznych czy zjedzenia za stosunkowo niewielkie pieniądze bardzo wystawnej kolacji (to informacja dla tych, którzy lubią ekskluzywne klimaty, bo ja tam wolę jedzenie uliczne). No a jakie ładne dziewczyny w roli hostess! Inna sprawa że wszędzie wykładane są też „profilaktyczne” ulotki uprzejmie informujące, że za seks z nieletnimi grozi nawet 20 lat więzienia i że w ciągu ostatnich 5 lat wytyczono procesy 2 tys. osobom. No cóż, Kambodża to kraj słynący wśród niektórych turystów jako meta narkotykowa i miejsce związane z seksturystyką.

Muszę powiedzieć że jakoś od razu polubiłam Phnom Penh. Jakieś takie „przyjazne” mi się wydaje. Nawet policjant ochoczo stanął mi do zdjęcia, choć właściwie to chciałam go poprosić by to on mi zrobił fotkę (bo jak na razie po tych iluś dniach mam w sumie dwie fotki).
I ogólnie wszyscy tu tacy mili i uśmiechnięci. Nawet pani ze straganu z nasionami lotosu, których wcale nie zamierzałam kupować, ale pani i tak chciała mnie nimi bezinteresownie poczęstować. Aż trudno uwierzyć, że część tych ludzi pamięta koszmarne czasy Pol Pota. Kambodżański przewodnik który płynął z nami na łódce jak go delikatnie przyhaczyłam o wspomnienia, kamb15.jpgjak to było, zaczął opowiadać, że on przeżył tylko dlatego, że nie wyjawił, że chodził do dobrej szkoły, bo wszystkich zaliczonych do „inteligencji” mordowano. Facet tak jak wszyscy mieszkańcy stolicy został wysiedlony do obozu „reedukacyjnego” i pracował ciężko w polu. Kiedy jednak w pewnym momencie oczy mu zaszły łzami, już nie miałam serca dalej drążyć. Powiedziałam tylko że Polacy zawsze byli przeciw Pol Potowi i zmieniłam temat.

A apros międzynarodowej solidarności… Zauważyłam na planie tutejszej stolicy ulicę… Czechosłowacji! Polskiej chyba nie ma. Ciekawe czy oni wiedzą że Czechosłowacja już nie istnieje? Ale ogólnie są dobrze wyedukowani. Nasz lokalny przewodnik który odebrał nas z promu jest milion razy lepszy od swoich kolegów po fachu z Wietnamu. I po angielsku świetnie mówi, i widać że obyty. I to mimo, że nigdy nie był za granicą!



5 lutego, Delta Mekongu (Wietnam)
Życie na wodzie


Sajgon to dobry punkt wypadowy w Deltę Mekongu, grzechem więc byłoby nie skorzystać z tej okazji. A zresztą i tak nie mamy wyboru, bo do Kambodży przedostajemy się właśnie Mekongiem.

kamb7.jpgJeśli chodzi o wielkość utworzonej delty, to wśród azjatyckich rzek, Mekong jest na drugiej pozycji (po Bangladeszu), a w świecie – w ścisłej czołówce. W każdym razie spokojnie się można w tej plątaninie rzecznych odnóg pogubić – labirynt jakich mało. W sumie kilka godzin pływaliśmy po nim łódką – dodatkowym utrudnieniem w pływaniu są jak się okazuje zmieniające się w ciągu dnia poziomy wody, i to mimo, że jesteśmy ok. 90 km od Oceanu. W rezultacie do niektórych miejsc można dopłynąć tylko w określonych porach.

kamb5.jpgPytałam o krokodyle… Ano żyją sobie, a atakują „tylko czasem” – jak stwierdził nasz przewodnik. Może to do krokodyli nawiązuje jedna z legen, że w rzece żyje wielki smok (czyli może krokodyl?), który jak się wkurzy to wali ogonem w wodę i w ten sposób powoduje fale. Albo inna legenda - o dziewczynie, która kiedy okazało się, że jest w ciąży, została porzucona przez swojego chłopaka, więc poszła nad rzekę i z rozpaczy się utopiła. A potem zamieniła w delfina, jakiego ponoć można niekiedy spotkać i który w ramach zemsty cieszy się, ilekroć utopi się jakiś facet. Delfina nie widzieliśmy, ale topielca, owszem, zaliczyliśmy. Najpierw widzieliśmy jak jacyś ludzie próbują wyłowić płynący tuż przy powierzchni kształt, potem, jak wracaliśmy z obiadu, widzieliśmy że tajemniczy kształt to człowiek, którego położono na brzegu i przy tłumie gapiów przygotowywano do pochówku.

A co do pochówków to jadąc z Sajgonu widzieliśmy po drodze na polach ryżowych mnóstwo nagrobków. Kremacji na wsiach się tu raczej nie stosuje, ciało jest chowane normalnie, w zakopywanej w ziemi trumnie, a że miejsca jest pod dostatkiem, nie zawsze robi się to na kamb17.jpgcmentarzu, częściej właśnie na rodzinnym poletku. Raz że to bliżej wciąż żyjącej rodziny, dwa, że rodzina takiego poletka nie sprzeda, bo nie wypada. Poza tym wiąże się to z przesądami, że dzięki takie otoczenie sprawia, że w następnym wcieleniu (większość lokalsów to przecież wierzący w reinkarnację buddyści), mając wokół tyle ryżu, nie będzie się cierpiało głodu, a wszechobecna woda to z kolei symbol bogactwa, które też zmarłemu może się przydać.

Przy okazji dowiedziałam się również, że dla Wietnamczyków symbolem, czy raczej wróżbą bogactwa jest duży nos! Kiedy powiedziałam naszemu przewodnikowi, że u nas jak ktoś ma bardzo duży nochal, to marzy, by go zmniejszyć, a nierzadko inwestuje w operację plastyczną, kolega Wietnamczyk nie mógł wyjść ze zdumienia.
Aaa! I jeszcze podpytałam go jakie dziewczyny Wietnamczycy lubią. Okazuje się że jeśli chodzi o rodaczki to ideałem jest szczupła, średniego wzrostu, z długimi czarnymi włosami i jak największymi oczami. Biust – średni, na pewno nie bardzo duży.

kamb16.jpgZ poważnych tematów to pogadaliśmy też o tym jak Wietnamczycy odbierają inne nacje, które miały wpływ na historię tego zakątka Azji. No więc Chińczyków nie lubią, no bo przez tysiąc lat byli przez nich okupowani i uciskani. Teraz Wietnam z Chinami ma dość dobre już stosunki, bo oba kraje są partnerami w biznesach, ale Chińczykom się tu ogólnie nie wierzy, uznaje ich za dwulicowych i traktuje się ich z obawą, że mogą kiedyś zechcieć wrócić. Francuzów nie lubi się, bo przecież byli kolonistami, a poza tym uważa się ich ogólnie za nadętych bufonów. Japończycy którzy w czasie II wojny światowej okupowali Wietnam, traktowani są bez urazy, bo podobno po wojnie sporo Wietnamowi w ramach przeprosin pomagali, budując m.in. szpitale. Podobnie wybaczono Południowej Korei (w wojnie wietnamskiej wspomagała Amerykanów), zwłaszcza że aby się „odkupić”, sprezentowała Wietnamowi budowę dużej autostrady. Podobnie Australijczycy (też wspierali USA) – oni też później pomagali, a przy okazji wybudowali duży most na Mekongu. A USA? Niby jest ok, wielu Amerykanów do Wietnamu przyjeżdża i nikt ich chyba nie dyskryminuje, ale… o tym co zrobili w czasie wietnamskiej wojny, jednak się pamięta. Niby tam ponoć Wietnamowi rekompensowali wojenne zniszczenia, ale z tego co mówił przewodnik, na bardzo symbolicznych zasadach.

Dobra, wracam do Delty Mekongu… Spokojnie i leniwie to życie płynie. Zaopatrzenie można zrobić na pływających bazarach, czyli zakupy łodzi do łodzi, ludzie mieszkają sobie w domach na palach, przy czym mam wrażenie że najważniejszym elementem skromnego w sumie wystroju poza ołtarzykiem upamiętniających przodków jest telewizor. Komunikacja to głównie łodzie – kamb4.jpgwiększość z nich ma namalowane na dziobie charakterystyczne oko, jakoby odstraszające krokodyle. 

W ramach urozmaicenia naszego rejsu zatrzymaliśmy się w pokazowej wiosce gdzie lokalsi demonstrują jak się robi cukierki kokosowe, bimber ryżowy i papier ryżowy na sajgonki (kleisty wywar z ryżu służy do zrobienia cieniutkiego, prawie przeźroczystego naleśnika, który potem kilka godzin się suszy). A co do bimbru to dzisiaj piliśmy go do kolacji. Dzisiejszy nocleg to tzw. home-stay, czyli bardzo proste warunki u miejscowej rodziny. Jak się okazuje gospodarz ma całkiem niezłą bimbrownię :).


4 lutego, Sajgon / Ho Chi Minh City (Wietnam)
Ale Sajgon!


wiet33.jpgZ Hanoi do Sajgonu jest ok. 1650 km, które przeskoczyliśmy porannym, 2-godzinnym lotem, z pilotami Australijczykiem i Brytyjczykiem. Podobno polscy piloci też się tu zdażają.

Co do Sajgonu to mieszkańcy wciąż używają tej właśnie, tradycyjnej nazwy, chociaż oficjalna brzmi Ho Chi Minh, czyli tak jak się nazywał pierwszy prezydent Socjalistycznej Republiki Wietnamu (ten, którego mauzoleum oglądaliśmy wczoraj). Nazwę te wprowadzono w 1976 wiet36.jpgroku, czyli zaraz po tym jak Północny Wietnam podporządkował sobie Południe. Podejrzewam, że było to trochę takim politycznym zagraniem, bo przecież Południowy Wietnam wcale Ho Chi Minhowi nie sprzyjał. Za to teraz wszędzie wiszą komunistyczne napisy czy flagi z młotem i sierpem - niech naród wie, kto tu rządzi.

Sajgon to największe miasto Wietnamu – liczy ok. 10 mln ludzi, tzn. 8 mln stałych mieszkańców plus 2 mln tych którzy przyjeżdżają codziennie w ramach pracy czy nauki. Aż trudno sobie wyobrazić, że jest tu 6 mln motorów i motorynek! Na ulicach wygląda to niesamowicie – jedzie taki potok motorków, a największy hardcore to skrzyżowanie bez świateł gdzie muszą się takie potoki przeciąć. Panuje wtedy wolna amerykanka, tak samo zresztą jak przy przechodzeniu pieszych przez jezdnię. Jeśli będziemy czekać aż ktoś nas sam z siebie puści, to pewnie się wiet34.jpgnie doczekamy. Trzeba po prostu wejść na jezdnię i iść, licząc że nas nic nie rozjedzie. Ale ogólnie trzeba przyznać, że wszyscy jeżdżą tu bardzo czujnie i wykazują się niesamowitym refleksem.

Powinnam jeszcze powiedzieć, że rzadko kiedy na motorku jedzie tylko jedna osoba – to marnotrawstwo miejsc. Standard to 2-3 osoby na jednym pojeździe, cztery też się zdarzają, ale widzieliśmy wczoraj jak jechali w piątkę  (trójka dorosłych i dwoje dzieci).

A co widzieliśmy w Sajgonie? Między innymi Muzeum Wojny. Pokazywane tam zdjęcia mogą śnić się po nocach. Na przykład dumny z siebie amerykański żołnierz prezentujący strzępy rozerwanego ciała z wiszącą bezładnie głową, czołg wlokący dwóch skazanych w ten sposób na śmierć nieszczęśników i inne w tym stylu. Wystawiono też trochę ciekawego sprzętu wiet31.jpgwojskowego. Na przykład armatę mającą zasięg 32 km! Aż trudno uwierzyć, jaka jest ludzka pomysłowość jeśli chodzi o zbrojenia.

Byliśmy też w dawnym Pałacu Prezydenckim – prezydenta Wietnamu Południowego oczywiście, bo przecież po zjednoczeniu obu Wietnamów stolicą zostało Hanoi, a tutejszy pałac zamieniono na muzeum i przemianowano na Pałac Zjednoczenia. W razie czego były prezydent prosto ze swojego gabinetu mógł się ewakuować albo na dach, gdzie czekał helikopter, albo do zmyślnego tunelu służącego też jako schron przeciwbombowy.

Jest też w Sajgonie trochę pozostałości pofrancuskich. Na przykład stara Poczta, zaprojektowana przez Gustava Eiffle`a (tego samego który zasłynął wieżą w Paryżu) czy wiet30.jpgbazylika Notre Dame zbudowana w XIX wieku z cegieł przywiezionych z Marsylii. Przed bazyliką stoi pomnik Maryi na którym w 2005 roku pojawiły się łzy. Uznano to za cud, choć Watykan tego nie potwierdził. W każdym razie teraz pomnik już „nie płacze”.

A w ogóle to z czym nam się kojarzy Sajgon? Mnie z „sajgonkami” tak więc na kolację w ulicznej knajpie właśnie to danie sobie zafundowałam. I do tego „sajgońską kawę”, tutejszą specjalność którą zamówiłam w wersji Ca Phe Sua Da czyli jako kawa mrożona (z lodem znaczy się) specyficznie parzona, wymieszane ze skondensowanym mlekiem. Wiem, spece od chorób tropikalnych pewnie przyczepią się do tego lodu, że się nie powinno, bo ameba itp. Niby racja, ale z drugiej strony to lokalna specjalność więc szkoda nie spróbować. Ale kacze jajo z embrionem kurczaka w środku (ten embrion to do zjedzenia) sobie odpuściłam.  :)

ps. Co do sajgonek, których nikt tu nie nazywa "sajgonkami". Żeby nie było za łatwo, na północy Wietnamu mówi się o nich "nem", a na południu - albo "cza dżio" (tak się wymawia) - w przypadku takich smażonych, lub "goi ku" - tych które podaje się na surowo.




3 luty, Hanoi (Wietnam)
Wewnątrz Czerwonej Rzeki


wiet28.jpgOj, niechętnie wracałam z przenikniętej spokojem Zatoki Halong do gwarnego, zatłoczonego Hanoi. A właśnie – w żadnym z przewodników nie doczytałam się skąd ta nazwa (tutaj piszą: Ha-noi), dopiero nasz lokalny przewodnik mi to wyjaśnił. No więc „ha” to rzeka (chodzi o przepływającą przez miasto Czerwoną Rzekę), a „noi” to „wewnątrz”. Czyli  chodzi o miasto wewnątrz rzeki, za rzeką.

W ramach zwiedzania miasta zobaczyliśmy mające 21 m wysokości mauzoleum Ho Chi Minha, czyli zmarłego w 1968 r. pierwszego, długoletniego prezydenta kraju. To znaczy wiet24.jpgzobaczyliśmy zewnątrz, bo z racji poniedziałku i tak do środka wejść nie było można. Z racji tego że socjalistyczny Wietnam jest pod dużym wpływem Rosji, mauzoleum wzorowane jest na tym z Moskwy, nie mówiąc o tym że raz w roku wietnamski prezydent jest wyciągany ze swojego szklanego sarkofagu i leci na zabiegi odnowy do Moskwy właśnie. Przy mazoleum zrobiliśmy nieświadomie trochę zamieszania, bo w celach fotograficznych przeszliśmy przez namalowaną przy jezdni żółtą linię (myśleliśmy że dotyczyła parkowania), no i jak się panowie policjanci nie rozgwizdali…

wiet22.jpgOdwiedziliśmy też Świątynię Literatury – połączenie świątyni ku czci Konfucjusza i kilku królów szczególnie dbających o sprawy edukacji, z pierwszym wietnamskim uniwersytetem, którego historia sięga XI wieku. O tym, że nie łatwo było go skończyć świadczą dane z egzaminów z roku 1733 – na 3 tys. podchodzących do nich studentów, zdało jedynie ośmiu!
Równie ciekawy jak sam zabytek był wypełniający go tłum. Ponieważ wciąż jeszcze trwają noworoczne wakacje (przypomnę – tutejszy Nowy Rok był 31 stycznia), poprzychodziły całe rodzinne wycieczki. Urocze były zwłaszcza dzieciaki, poubierane w tradycyjne stroje i na szczęście – chętnie pozujące do zdjęć.

wiet20.jpgWieczorem z kolei wybraliśmy się na Wodny Teatr Lalek. To taka tutejsza specjalność, dawniej pokazywana na zalanych wodą polach ryżowych czy w rozlewiskach rzek. Akcja rozgrywa się rzeczywiście na wodzie, przy czym widzowie oglądają marionetki poruszane w mistrzowski sposób przez ukrytych za specjalnym ekranem, stojących po pas w wodzie aktorów. Nie powiem,  robi wrażenie!

A co do różnych lokalnych specjalności, to uczyliśmy się robić sajgonki, tutaj zwane „nem”. Jutro idę kupić papier ryżowy, bo to w niego zawija się farsz (rzeczywiście wygląda to jak cieniutki papier). Muszę jeszcze opanować podstawy rzeźbienia w owocach – wystarczą nożyczki i jakieś warzywko lub owoc i niesamowite co oni tu są w stanie zrobić. Przykład na zdjęciu obok – kwiatek wycięty z tego warzywa, które leży tam wiet29.jpgobok. Nazywa się to coś – kolczoch, a jak ktoś woli wersję wietnamską to „sus u” i należy do rodziny dyniowatych. Można to jeść na surowo, gotowane, pieczone, lub grillowane, z liści robi się coś w rodzaju szpinaku, a z owoców można też zrobić kompot.









2 luty, Zatoka Ha Long (Wietnam)
Tu gdzie smok wylądował


wiet3.jpgNo i zaczynamy nasz trzytygodniowy objazd Południowo-Wschodniego krańca Azji. Na pierwszy rzut poszedł Wietnam i okolice Hanoi. Zatoka Ha Long na której dziś nocujemy (bo dzisiejszą noc spędzamy na statku stylizowanym na tradycyjną dżonkę), to jedno z miejsc wybranych w głosowaniu internautów do utworzonej niedawno Współczesnej Listy Siedmiu Cudów Świata. Nie powiem, miejsce ładne, choć gdyby było mniej pochmurno, widoki byłyby jeszcze fajniejsze.

wiet2.jpgTen niesamowity krajobraz to według legend dzieło smoka - nazwa „Vinh Ha Long” oznacza dosłownie „Zatokę zanurzającego się smoka”. Ponoć gnębieni przez Chińczyków Wietnamczycy (bo kraj ten był przez około tysiąc lat pod panowaniem chińskim) wezwali na pomoc smoka, który sprawił że powstało mnóstwo wysepek, o które wrogie statki się po prostu porozbijały. Inna wersja opowieści o wiet5.jpgChińczykach już nie wspomina, ale smok jak najbardziej w niej występuje. Że niby żył w górach, a kiedy pewnego dnia postanowił się przebiec do morza, wyżłobił ogonem głębokie bruzdy, które po zanurzeniu się smoczyska, zalała woda.

Ogólnie jest tych wysepek około 2 tysięcy, a że to twory wapienne, więc oprócz widoków jakie tworzą, ciekawostką udostępnioną dla turystów są też powstałe w nich jaskinie. Oglądaliśmy „Jaskinię Zadziwiającą”. Rzeczywiście mnie zadziwiła, bo szczerze mówiąc spodziewałam się jakiejś mało ciekawej dziury w ziemi, a tymczasem okazało się, że jaskinia jest naprawdę ogromna i ciekawa.

Atrakcją samą w sobie były też serwowane w ramach posiłków owoce morza. Objedliśmy się niesamowicie - dostaliśmy kraby, kalmary, ryby (tutejsze farmy rybne słyną m.in. z produkcji wiet9.jpgpangi), przyrządzane na rozgrzanych kamieniach krewetki, a do tego lokalne piwko. Co do piwa, to ze względu na łatwość wymowy moim ulubionym stało się „333”, które jeśli chcemy zamówić to prosimy o: „bi-a baa baa baa” („bi-a” to piwo, „baa” – cyfra trzy).

A, jeszcze słówko o tutejszym systemie zakupów. No więc między statkami, pomostami czy zamieszkałymi przez rybaków pływającymi wioskami, kursują małe łódeczki na których lokalne businesswomen (bo faceci w tym czasie wolą siedzieć i pić kawę) rozwożą różne artykuły spożywcze. Taki pływający sklepik. A że łódeczka jest mała, a chętny do zakupów znajduje się zwykle sporo wyżej, wiet6.jpgtowar i pieniądze krążą wkładane do specjalnego podbieraka. Sprytne!

Biznes kwitnie, bo statków z turystami jest tu pełno. Po prostu – całe flotylle. Jednym słowem komercja na całego, choć trudno by było inaczej, skoro to jedno z najsłynniejszych w świecie miejsc. U nas na statku, poza moją grupą są jeszcze Singapurczycy, Australijczycy i Holendrzy, którzy objechali Wietnam na motorach. Holendrzy wzięli nas za Rosjan – trochę się zdziwili jak im wyprowadziłam z błędu.


29 stycznia, Warszawa
Czego nie wypada celebrycie?


bro4.jpgOstatnio na jednym z portali przeczytałam taki tytuł: „Celebrytka, a mimo to mieszka w bloku”. No może dosłownie nie pamiętam, ale jakoś tak. Sorry (modne ostatnio słowo :) ), ale czy mieszkanie w bloku to coś uwłaczaczającego i wręcz wstydliwego? Mam na myśli zwykły blok, nie żaden super-apartamentowiec na zamkniętym, strzeżonym osiedlu.

Aż mną zatrzęsło… Celebrytką wprawdzie nie jestem i nigdy nie będę, ale mieszkam w blokach od urodzenia i wcale nie widzę nic w tym złego. Najpierw był to wieżowiec przy ruchliwej ul. Puławskiej gdzie wraz z rodzicami mieliśmy dwa pokoje z tzw. ślepą kuchnią, potem przeprowadziliśmy się do bloku z „wielkiej płyty” na typowym w latach komuny osiedlu (tata mieszka tam do tej pory), teraz też mam blok, tyle że bardziej "stylowy", bo z lat 50-tych, z trochę menelskim podwórkiem (choć po zlikwidowaniu ostatniej meliny narkotykowej jest już lepiej). I co? Nie narzekam, a wręcz lubię to miejsce. Sąsiedzi, fakt, różni, ale większość naprawdę na poziomie, uczynni, a co najważniejsze - zawsze jest z kim pogadać. Czy jeślibym została celebrytką nadal chciałabym tu mieszkać? Pewnie że tak! Choćby dlatego że ludzie, którzy są moimi sąsiadami są po prostu normalni. A może bro3.jpgnienormalni są ci dziennikarze, którzy podsycają takie mody w stylu: czego nie wypada celebrycie (odpowiedź: mieszkać w bloku i bratać się z plebsem).

Inna sprawa że świat się jednak zmienia. W ubiegłym tygodniu, jak wsiadałam do pociągu, podeszła do mnie młoda, dobrze ubrana dziewczyna, na oko ze dwadzieściakilka lat,  i poprosiła o pomoc w znalezieniu miejsca. Pomogłam jej, trochę zdziwiona bo wydawało mi się oczywiste jak wyglądają pociągowe wagony, a ona jakby się usprawiedliwiając, wypaliła: -Bo ja jadę pociągiem pierwszy raz w życiu. Zwykle latam samolotami albo ktoś mnie wiezie samochodem… Już nie dociekałam czy ma prywatnego kierowcę. Ton jej głosu zdradzał, że komuś takiemu jak ona, pociągami jeździć nie wypada. Czyżby jakaś celebrytka?

 

 

 


25 stycznia, Warszawa
Kulturalna niedziela


wars2.jpgDziś na jednym z portali był artykuł o tym, jak się teraz ubierają ludzie idący do teatru. Oczywiście mowa o tych którzy idą na spektakl. Akurat tak się złożyło, że w ramach „ukulturalniania się” byliśmy wczoraj z Pawłem w teatrze i sama zwróciłam na to uwagę. Fakt, sztuka luźna, komediowa, sam teatr też nie z tych „najpoważniejszych” (Scena Prezentacje), ale w końcu to jednak teatr, czyli coś poniekąd wyjątkowego, duchowa uczta. No a na widowni – rozrzut od czarnych sukienek bez pleców, bardziej kojarzących mi się z premierą w Operze, po dresowate ciuchy z bluzą z kapturem. Za to na szczęście widownia zaangażowana w sztukę. Widać że wszyscy przyszli z własnej woli, nikt ich do tego nie zmuszał, bo nie ma to jak trafić na klasę wars1.jpgznudzonej młodzieży, która zjawia się w teatrze pod przymusem i otwarcie manifestuje, że wolałaby posiedzieć w tym czasie „przy kompie”.

A po teatrze poszliśmy się przejść po warszawskiej Starówce, która przy padającym śniegu wygląda szczególnie ładnie. Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale na rynku, tuż koło Syrenki, jest lodowisko – dobry pomysł dla tych którzy wolą „aktywne” spacery.







23 stycznia, Niepołomice
Królewskie włości


niep3.jpgW ramach swoich podróży „prelekcyjnych” po Polsce wpadłam do Niepołomic (uwaga! Niepołomice, nie NiepołomNice!). Dla tych którzy nie kojarzą – chodzi o niewielkie miasto nad Wisłą, ok. 25 km na północny wschód od Krakowa, wspominane już w kronikach Jana Długosza.

Jak zwykle przy takich okazjach było bardzo miło, ale niezależnie od spotkania z przesympatyczną publiką miałam jeszcze czas by coś przy okazji zobaczyć. Szybkie zwiedzanie ułożyła mi Kamila (dzięki Kamila!), która wraz ze swoim mężem Darkiem, trenuje biegi górskie, a która w niepołomicach mieszka wprawdzie dopiero od jakiegoś czasu, ale bardzo się z tym miasteczkiem utożsamia.

niep10.jpgNajbardziej rzucającym się w oczy zabytkiem Niepołomic jest zamek, wybudowany jeszcze za czasów Kazimierza Wielkiego (ale wtedy jeszcze był nieduży, dopiero Jagiellonowie go rozbudowali), a którego najbardziej znaną lokatorką była Królowa Bona. Co do wspomnianego Co do króla Kazia (mam nadzieję że nie miałby mi za złe tej poufałości), to jest on uwieczniony na jednym z pomników, razem z małym chłopcem, a wiąże się z tym ciekawa legenda. Ponoć kiedyś król przebrał się za biedaka i wędrował po okolicznych wioskach zachodząc do bogatych chałup i prosząc o kawałek chleba. Bezskutecznie. Nikt mu nie pomógł, mało tego, naraził się na nieprzyjemności i kpiny. W końcu zmęczony i głodny usnął pod drzewem gdzie znalazł go człowiek mieszkający w niep4.jpgrozlatującej się lepiance. Nie wiedział z kim ma do czynienia, ale nie było to ważne – ugościł nieznajomego tym co miał, choć miał naprawdę niewiele. W międzyczasie wspomniał też że wkrótce ma chrzest syna, ale że jest biedny, nikt nie chce być ojcem chrzestnym. Tajemniczy gość się zgodził i po tygodniu przed chatę biedaka ku jemu zdziwieniu zajechała królewska karoca. Czyli wielki happy end – od tej pory gościnny biedak już biedny nie był, a jego potomkowie noszą jakoby nazwisko Trzosy (od trzosa złota jaki król podarował chrześniakowi).
Czy to prawda? Szczerze mówiąc źródła milczą czy król rzeczywiście robił takie testy swoim poddanym i w przebraniu odwiedzał ich domostwa, no ale mówi się przecież, że każda legenda ma w sobie trochę prawdy, więc może tak jest i w tym przypadku?

niep2.jpgA co do legend, to przy stojącym na niepołomickim rynku pomniku młodej dziewczyny, Karina opowiedziała mi jeszcze jedną (choć tu już źródła historyczne potwierdzają, że to chyba fakt autentyczny). No więc pewnego dnia Stefan Batory wybrał się na polowanie do pobliskiej Puszczy Niepołomickiej i omal by nie skończyło się to dla króla tragicznie, bo zaatakował go ranny tur. Uratowała go młoda dziewczyna o imieniu Justyna, która strzelając ze swojego łuku, zabiła groźne zwierzę. To właśnie jej postać (z łukiem, a jakże) stoi teraz na wspomnianym rynku.

O pomniku Stańczyka, królewskiego błazna, który siedzi sobie w typowej dla siebie pozie w krużgankach zamku, żadnych legend nie poznałam (swoją drogą ten zamek nazywany bywa „drugim Wawelem”, ale tu już muszę uczciwie powiedzieć, że tą samą nazwę słyszałam już niep1.jpgteż w kilku innych polskich zamko-pałacach). Z ciekawszych miejsc to Kamila zabrała mnie jeszcze do wiekowego, bo XIV-wiecznego kościoła pw. Dziesięciu Tysięcy Męczenników. To znaczy świątyni wewnątrz nie oglądałyśmy (była zamknięta), ale na zewnątrz jest tam ciekawa gablota (fachowo: ossarium) z czaszkami i kośćmi. Wygląda to dość koszmarnie, no ale dość skutecznie przypomina o nieuchronności śmierci. Ja co prawda widząc coś takiego zaraz wyciągam innym wniosek, czyli: skoro życie jest w sumie tak krótkie, trzeba je dobrze wykorzystać. W taki razie kończę pisanie i zabieram się za ciąg dalszy organizowania swojej wyprawy na Piramidę Carstensza na Papui (aktualnie jestem na etapie pertraktacji cenowych odnośnie przewodnika przez dżunglę).

Inne migawki z Niepołomic:

niep7.jpg  niep6.jpg















19 stycznia, Warszawa
Buba, Kuba i Alicja, czyli u zwierzaków z warszawskiego zoo

zoo14.jpgW warszawskim zoo nie byłam już wieki. Szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy byłam – zdaje się w czasach mocno małolackich, za rączkę z tatusiem (mam takie zdjęcie w rodzinnym albumie). Ale choć ekolodzy się pewnie oburzą, przyznaję, do ogrodów zoologicznych chodzę. Choćby dlatego, że to czasem jedyna okazja aby zobaczyć rzadkie czy egzotyczne zwierzaki, a przy okazji czegoś się na ich temat dowiedzieć. Z tych ostatnich jakie odwiedziłam było m.in. zoo w Kathmandu, gdzie poszłam specjalnie dla śnieżnej pantery, ale ta akurat spała, więc pocieszałam się przy wybiegu z tygrysami, którym akurat zebrało się na amory. Trochę wcześniej zaliczyłam ogród zoologiczny w Kopenhadze, gdzie z kolei magnesem dla mnie były białe niedźwiedzie (to z racji moich arktycznych inklinacji).

Dlaczego nie odwiedzałam warszawskiego zoo? Nie wiem. Pewnie z braku czasu i dlatego że to… blisko. W każdym razie teraz, kiedy dzień krótki, ponury i w dodatku sypał nieprzyjemny, mokry śnieg, czyli pogoda taka że nawet moja Czatka (nie żyjąca już suczka) nie lubiła zoo5.jpgchodzić na spacery, ja ze swoim mężem w ramach niedzielnego spaceru podreptaliśmy zobaczyć nasze rodzime zoo. I okazało się, że jest super! Jedno z najfajniejszych jakie widziałam (nawet to kopenhaskie się nie umywa). Spora przestrzeń, duże wybiegi, ciekawi lokatorzy, fajne opisy…  Świetnym pomysłem jest to, że zwierzaki mają swoich opiekunów – np. oślicą Alicją opiekuje się Dzień Dobry TVN, a żubrami – jeden z banków który ma go  w logo.

Naszym ulubieńcem stał się nosorożec Jakub, kolorowy tukan, goryl Azizi, urodzony 13 lat temu w Zurychu, oraz słonica Buba, która jak chwali ją tabliczka przy wybiegu: „jest niezwykle spokojna, z pokorą wykonuje wszystkie polecenia opiekunów i poddaje się nie zawsze przyjemnym zabiegom, jak choćby pobieraniu krwi z ucha. Cierpliwa Buga bez zmrużenia oka toleruje humory swojej przyrodniej siostry Fredzi, zaloty Leona i dominację Emy”. I jak takiego zwierzaka nie lubić?

Przy okazji sporo się też o zwierzakach dowiedziałam. Choćby to, że niepozorne góralki (takie wyrośnięte niby-chomiki, które często spotykam na safari w Afryce), wydają odgłosy zbliżone do ryku lwa, co pozwala tym małym w sumie zwierzątkom, spokrewnionym zoo2.jpgze…słoniami, odstraszyć potencjalnych wrogów. Albo że ciąża rekina trwa od 5 do nawet 22 miesięcy (niemal dwa lata!) . Były też zwierzaki, które widziałam w ogóle po raz pierwszy, choć przecież sporo po świecie jeżdżę i interesuję się przyrodą. Na przykład taka żaba pomidorowa (tak się nazywa) albo bongo – antylopa z Afryki Środkowej.
W każdym razie warszawskie zoo polecam. O każdej porze roku. Zimą też, bo lew na wzgórzu pokrytym śniegiem to niezapomniany widok.

No i na koniec, trochę zdjęć pokazujących innych lokatorów naszego zoo :)


zoo3.jpg   zoo1.jpg
 



 
 

zoo10.jpg   zoo15.jpg







zoo16.jpg   zoo12.jpg




 


zoo6.jpg  zoo11.jpg


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


18 stycznia, Warszawa
Choinki na finiszu

cho2.jpgZnacie pewnie taki dowcip?:

Rozmawia dwóch kumpli:
- Wiesz Franek chyba rozwiodę się z żoną. Zrobiła się strasznie marudna i od sześciu miesięcy zanudza mnie o to samo.
- A niby o co?
- Żebym wyniósł choinkę na śmietnik.

Przypomniał mi się, bo właśnie zaczęliśmy się z Pawłem zastanawiać do kiedy ma stać nasza domowa choinka. Na razie ma się dobrze, że jej nie dotykamy, to nie oblatuje, ale coś mi się wydaje, że jeśli nie wyrzucimy jej przed moim wyjazdem do Azji, to pewnie jak wrócę pod koniec lutego – stać będzie nadal, bo Pawłowi wcale nie przeszkadza. Mało tego, mój mąż wcale nie kryje nastawienia, że mogłaby sobie postać do następnych Świąt, to nie trzeba byłoby ubierać nowej.

cho1.jpgAle tak na poważnie, to nie wiem – czy jest jakiś termin „rozbioru” choinek? Zrobiłam sondę wśród znajomych i żadnej konkretnej odpowiedzi nie uzyskałam. Pamiętam, ze według wersji mojej Mamy choinka mogła stać do kościelnego święta Matki Boskiej Gromnicznej, czyli do 2 lutego, ale teraz chyba bardziej popularna jest wersja: "aż się znudzi". Tylko że co jak się nie znudzi?

PS. Z tym 2 lutego to jednak coś  jest na rzeczy, bo doczytałam się że świateczna iluminacja na Trakcie Królewskim w Warszawie, włącznie z choinką na Placu Zamkowym, będzie właśnie do tego dnia. Czyli kto nie widział, niech się spieszy, bo wygląda to naprawdę fajnie.




16 stycznia, Brodnica
Co łączy Annę Wazównę i twórcę firmy Henri Lloyd? (Odp. Brodnica!)

Właśnie wracam z Brodnicy (piszę te słowa w pociągu). Dla tych którzy nie wiedzą gdzie to, już mówię – otoczone pięknymi lasami i jeziorami miasto nad rzeką Drwęcą, w województwie kujawsko-pomorskim, tak mniej więcej 75 km na północny-wschód od Torunia.

Przyjechałam do Brodnicy na zaproszenie miejscowej  Biblioteki i… jestem zła, bo tak sobie ustawiłam pociągi, że nie miałam czasu nic w sumie zobaczyć. No ale już sobie obiecałam że tam wrócę, latem, kiedy będą lepsze warunki do zwiedzania.

bro2.jpgJuż sam budynek Biblioteki gdzie miałam prelekcję, jest ciekawy, bo to Pałac Anny Wazówny (jej pomnik stoi przed wejściem do budynku - na zdjęciu obok). Siostra króla Zygmunta III Wazy rzeczywiście w owym pałacu od roku 1605 przez kolejne 20 lat mieszkała, bo na dworze w Warszawie nie za bardzo jej wypadało – król był gorliwym katolikiem, ona (jakby nie było księżniczka szwedzka, w Szwecji urodzona) – luteranka, przy czym nie był to czas, kiedy słynęliśmy z tolerancji religijnej (powiedzmy sobie szczerze: teraz też nie to nasza mocna strona…).

Swoją drogą w Pałacu na przestrzeni wieków rezydowało sporo zacnych osób. Między innymi Franciszek Bieliński – XVII  wieczny marszałek wielki koronny, a potem marszałek nadworny koronny, od którego – uwaga! mało kto o tym wie – pochodzi nazwa powszechnie znanej warszawskiej ulicy, czyli przecinającej centrum "Marszałkowskiej"! Tyle lat mieszkam w Warszawie i jakoś nie przyszło mi do głowy zastanawiać się, skąd ta nazwa - dla jej rozszyfrowania trzeba było przyjechać aż do Brodnicy.

Czyli do Brodnicy jeszcze kiedyś wrócę (zapomniałam! Do osobliwości tego miasta należy także trójkątny rynek!), ale ze względu na swoje żeglarskie inklinacje nie mogłabym sobie darować przypomnienia niezwykłego Brodniczczanina, zmarłego w końcu 2012 roku pana bro1.jpgHenryka Strzeleckiego, założyciela znanej i cenionej nie tylko wśród żeglarzy światowej marki Henri Lloyd. O życiorysie tego niezwykłego człowieka, który jest świetnym przykładem, jak wiele można osiągnąć, pod warunkiem że się chce i na to zapracuje, można przeczytać klikając tutaj . W każdym razie pan Henryk, który po wojnie zamieszkał w Wielkiej Brytanii, nie zapomniał o swoim rodzinnym mieście i nie tylko że tu przyjeżdżał, ale założył w Brodnicy jedną ze swoich fabryk. W końcu mógł ją zorganizować gdzie indziej, bo ma ich trochę w różnych zakątkach świata, ale widać uznał, że warto zapewnić trochę miejsc pracy w rodzinnym mieście, bo zawsze lepiej dawać zarobić swoim niż obcym.

Muszę powiedzieć że zawsze jak podróżując po świecie widzę kogoś w ubraniach Henri Lloyd (bo nie tylko sztormiaki firma produkuje, również bardzo elegancką odzież), miło mi jak sobie pomyślę, że to dzieło naszego rodaka, nie mówiąc że dany ciuch może pochodzi z Brodnicy. I zwykle o tym ubranemu w owe ciuchy mimowolnie wspominam. Reakcją jest na ogół zdziwienie: „Tak? A ja myślałem/am że to brytyjska firma”. I wtedy opowiadam historię kilkunastoletniego chłopaka, który z Brodnicy wyruszył świat, a moi rozmówcy od tej pory widzą w swoich ubraniach już nie tylko kawałek materiału , lecz historię wartościowego człowieka, który jest przykładem że Polak potrafi.


12 stycznia, Toruń
O Filusiu z serduszkami i Trąbie Bożej

torun9.jpgDzisiaj Toruń (i cała Polska) żyje Orkiestrą. Mam oczywiście na myśli Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Wieczorem na rynku miała zaśpiewać Justyna Steczkowska, no ale do tego czasu musieliśmy już opuścić „piernikowe miasto” (jutro rano Borje ma samolot powrotny do Szwecji).  Ale jak widać na zdjęciu obok, serduszka WOŚP były wszechobecne – załapał się na nie nawet spiżowy Filuś. Chodzi o znajdujący się przy toruńskim rynku pomnik małego pieska trzymającego w pyszczku melonik. Młodzi czytelnicy tego bloga pewnie nie pamiętają, ale na ostatniej stronie popularnego niegdyś torun13.jpg„Przekroju” był taki mini komiks, którego bohaterem był profesor Filutek, nie rozstający się ze swoim parasolem i melonikiem, zawsze w towarzystwie sympatycznego kundelka, Filusia właśnie. No i właśnie jeden z toruńskich rzeźbiarzy, Zbigniew Mikielewicz, postanowił owego psiaka uwiecznić. Wieść gminna niesie, że pociągnięcie jego ucha (psa, nie rzeźbiarza) ma przynosić szczęście, z kolei jeśli marzymy o wielkiej miłości to trzeba złapać za ogon, a jak się dotknie melonika, to ma się szczęście na egzaminach (ważne, bo Toruń to miasto „studenckie”). 


torun4.jpgW Toruniu pomników jest sporo, ale powiem szczerze,  wiadomo że te oficjalne (np. Kopernika przy ratuszu) zobaczyć trzeba, jednak najwięcej sympatii wzbudzają takie w stylu wspomnianego Filusia, pomnik upartego osła, czy też grającego na skrzypcach flisaka w otoczeniu żab. Wiąże się to z legendą, że kiedyś w Toruniu, wg jednej wersji za sprawą powodzi, według innej „dzięki” klątwie wygnanej z miasta żebraczki, była straszna plaga żab. Tysiące i tysiące, no i nie za bardzo był pomysł jak się ich pozbyć. Aż pewnego dnia znalazł się młodzieniec, z zawodu flisak, który zjednał sobie uwagę i sympatię płazów grając na skrzypcach, no i tak właśnie wyprowadził żaby z miasta. Nie powiem, dużo bym dała, aby znalazł się ktoś taki w obecnych czasach pod moim blokiem i wyprowadził gdzieś te podwórkowe szczury, które poprzegryzały przewody w moim samochodzie (o tym jak moja Corsa odmówiła posłuszeństwa powodując korek w samym centrum Warszawy pisałam pod datą 19 grudnia na blogu z ubiegłego roku).

torun3.jpgAle wracając do Torunia… Dzisiaj też złaziliśmy się strasznie. Między innymi „zdobyliśmy” wieżę ratusza, skąd jest całkiem ładny widok na miasto. A co do wieży, choć już innej, to zaprowadziłam kolegę-Szweda pod olbrzymią, gotycką katedrę Św. Janów (liczba mnoga bo Toruńczycy poszli na całość i dedykowali świątynię hurtem – św. Janowi Chrzcielowi i Janowi Enwageliście). Tam właśnie, na kościelnej wieży, wisi  zegar postrzelony pociskiem ze szwedzkiej armaty (w czasie "potopu"). Za XVII-wieczną demolkę urządzoną przez swoich rodaków Borje postawił mi kawę, mogę więc uznać rachunki za wyrównane :).

Ctorun10.jpgo do tego zegara, to jest on o tyle ciekawy, że jego tarcza jest zwrócona wcale nie do miasta, tylko w stronę rzeki. Dzisiaj może to dziwić, natomiast trzeba pamiętać, że w dawnych czasach bogactwo Torunia wiązało się z Wisłą, która była ważnym szlakiem handlowym, no a że flisacy zegarków nie mieli, czas odmierzał im ten wielki kościelny zegar. Swoją drogą katedra toruńska szczyci się też trzecim co do wielkości w Polsce dzwonem (większe są tylko dzwony w Licheniu i wawelski Zygmunt) - chodzi o odlaną w 1500 roku 7-tonową Trąbę Bożą (Tuba Dei). Usłyszeć go jednak tak na co dzień nie można – rozbrzmiewa tylko przy szczególnie ważnych okazjach, w tym przypadku dosłownie „od wielkiego dzwonu”.




11 stycznia, Toruń
Nie święci pierniki lepią (tylko my! :) )


torun7.jpgTen weekend spędzam w Toruniu, sama sobie się dziwiąc, że dopiero teraz odkryłam, jakie fajne to miasto. Okej, byłam tu chyba 25 lat temu na zimowisku swojej drużyny, ale to były jednak inne czasy, ze scenerią ogólnie szaro-burą, tak więc teraz z przyjemnością miałam okazję odkrywać wszystko na nowo. Przyjechałam razem z Borje, moim szwedzkim kompanem z arktycznego żeglowania (kto czytał moje książki „Kurs Arktyka” i „Kurs Czukotka” pewnie go pamięta), bo szczerze mówiąc nie miałam za bardzo pomysłu gdzie tym razem Borje zabrać (Kraków, Zakopane, Gdynię, Gdańsk i Warszawę zna już na wylot). W każdym razie jemu też się w Toruniu spodobało i chyba mówi to szczerze.

Z ciekawszym miejsc to zaliczyliśmy Krzywą Wieżę (odchylenie 1,4 m od pionu to nie w kij dmuchał), zobaczyliśmy ruiny dawnego zamku krzyżackiego (kiedyś urzędował w nim słynny mistrz owego zakonu - Konrad Wallenrod), no i zajrzeliśmy do zamienionego w muzeum torun12.jpgDomu Kopernika. Czy słynny astronom akurat w nim się urodził, są ponoć wątpliwości, bo rodzina Państwa Koperników (rodziców Mikołaja) miała w tym czasie dwie kamienice, więc licho wie, w której dzieciak przyszedł na świat. No ale ze względów marketingowych przyjmuje się że w tym domu, który się pokazuje. Powiem jednak szczerze, że bardziej niż portrety astronoma czy też niewiele mi mówiące narzędzia którymi się posługiwał, spodobała nam się zlokalizowana w piwnicach domu ekspozycja dotycząca pierników.

Bawiliśmy się świetnie. Dostaliśmy piernikowe foremki które trzeba było wymazać olejem rzepakowym, potem ciasto do wyrobienia, no a jak to co zrobiliśmy poszło do pieca (na koniec dostaliśmy gotowe, już wypieczone „dzieła” na pamiątkę), mieliśmy czas na wysłuchanie opowieści przewodniczki. W życiu bym nie przypuszczała że takie piernikowe ciasto robione według średniowiecznych receptur, tak długo mogło po wyrobieniu leżakować – zanim nie poszło do wypieczenia, składowano je w specjalnych kadziach minimum trzy miesiące do nawet kilkudziesięciu lat! Przyjęte było, że jeśli mistrzowi od robienia pierników rodziła się córka, to wyrabiał ciasto, które czekało zamążpójścia dziewczyny – torun2.jpgdopiero wtedy wypiekano z niego pierniki, albo oddawano jako wiano. Jak się okazuje takie ciasto było całkiem niezłą inwestycją – jeśli miało się nadwyżki finansowe, dobrym pomysłem było wyrobić trochę piernikowego ciasta na zapas, i jak przychodziły ciężkie czasy, wtedy można było coś tam z niego powypiekać i była kasa. No proszę, żadne banki, fundusze, akcje nie były potrzebne – zbijało się biznes na piekarnikach. Biznes niezły, bo w średniowieczu pierniki były na tyle drogie, że mogli sobie na nie pozwolić jedynie najzamożniejsi – królewska rodzina, jacyś notable. Powodem były dodawane przyprawy (pieprz, kardamon, cynamon, gałka i inne), często droższe od złota. Wiadomo, ich sprowadzanie z odległych krajów kosztowało, a skoro drogie były składniki, to i ostateczny produkt też musiał być drogi.

Teraz na szczęście na pierniki stać już każdego. Niesamowita jest w Toruniu ilość sklepów torun1.jpgwyspecjalizowanych w tym właśnie asortymencie. Każdy oczywiście przekonuje, że to akurat w nim powinniśmy zrobić zakupy, bo tylko w nim jest "oryginalna" receptura, w innym sklepie pierniki są dla odminay "najlepsze", w następnym  "tradycyjne", w kolejnym - "prawdziwe"… I bądź tu człowieku mądry, gdzie kupić? Żeby nie mieć takich rozterek :), poszliśmy na grzane wino, a potem zobaczyć z mostu na Wiśle nocną panoramę miasta. Jak ona wygląda, widać na zdjęciu obok.


 

 

 
6 stycznia, Warszawa
Tajemniczy "mapping
"


wilanow2.jpgWczoraj wybraliśmy się z prawie całą rodziną (ja z Pawłem, tata, i mój brat z małym Adasiem) do Wilanowa. Konkretnie celem był zorganizowany przy pałacu wilanowskim Festiwal Światła. Imprezę mocno nagłośniły media, tak więc waliły tłumy, wszyscy klęli że nie ma gdzie zaparkować (bo rzeczywiście był z tym problem) i że nie można się przecisnąć przez pałacową bramę. No ale w końcu jakoś nam się udało dostać do ogrodów, gdzie zrobiono „świetlny labirynt”. Na kolana mnie to nie rzuciło, ale dobra, miałam może zbyt wygórowane oczekiwania, z drugiej zaś strony cieszę się, że są organizowane takie imprezy, bo lepiej jak ludziska się przy takiej okazji wybiorą na rodzinny spacer, niż jak będą siedzieć cały dzień przed telewizorem. Jedno jest pewne – Adaś, czyli mój chrześniak, był zachwycony, ja z kolei byłam zadowolona, bo nauczyłam się wreszcie obsługiwać opcję fotoaparatu w mojej komórce (proszę się nie śmiać – do tej pory po prostu nie było mi to do niczego potrzebne, tym bardziej że zwykle mam przy sobie normalny aparat).

wilanow1.jpgNo ale do rzeczy… W pewnym momencie pani z obsługi którą zapytaliśmy o wyjście, wskazała na Kościół św. Anny, wspominając coś o "mappingu". Myślałam że ma na myśli jakąś mapę, ale w szczegóły nie wnikałam. Pod kościołem znowu padło coś że "mapping". Tu już się zastanowiłam, ale uznając że widać jestem mało wyedukowana, skoro nie znam takich słów więc zdałam się na resztę rodziny, dopiero z perspektywy czasu stwierdzając, że i ona nie załapała. Owszem, kościół był w miarę ładnie podświetlny, ale ostatecznie uznaliśmy że jak na tak rozreklamowany Festiwal Światła to trochę rozczarowanie i wróciliśmy do domów.

Po powrocie odpaliłam komputer, a tu  w serwisach internetowych wszędzie wielkie halo, że „mapping w Wilanowie”. Mapping i mapping, ale nigdzie ani słowa co to takiego ten mapping. Ktoś z internautów w końcu poprosił o wyjaśnienie, ale żadnych wyjaśnień się chyba nie doczekał (za to pocieszył mnie, że i on nie wie).
 
Wkurzyłam się dopiero kiedy znalazłam zdjęcia z owego mappingu. I okazało się że właściwie żadnego mappingu nie widzieliśmy, czyli nasz wyjazd do Wilanowa był trochę bez sensu. Gdybyśmy mieli świadomość jak to będzie wyglądało (a wyglądało super), byśmy poczekali. I w tym momencie na kolegów dziennikarzy, nie mówiąc o obsłudze imprezy, mocno się wkurzyłam. Bo czy nie można było po prostu wytłumaczyć co to takiego ten mapping? A najlepiej w ogóle nie używać obcych słów, tylko opisać to w rodzimem polszczyźnie? Dobra, mogę przyjąć na klatę stwierdzenie że jestem niewyedukowana, ale skoro ja nie wiedziałam, to podejrzewam że nie wiedziały też tysiące innych ludzi. Czy musimy wszędzie wtłaczać obce słowa? A jeśli musimy to czy nie możemy przy tych stanowiących nowości, dawać jakieś tłumaczenie?


wilanow3.jpgPS. Sprawdziłam w Internecie… Definicja „mapping” wyświetla się tylko w wikipedii brytyjskiej. W polskiej wersji można odnaleźć co najwyżej „mapowanie”. Tyle że sam termin „mapowanie” też nic nie rozjaśnia – występuje wprawdzie w internetowym Słowniku Języka Polskiego, ale w żaden sposób nie pasuje do tego, o co chodziło w Wilanowie. Dopiero jak sobie wbijemy „mapowanie obiektowo-relacyjne” wyskoczy to o co chodzi. Dla zainteresowanych – link do tej ostatniej definicji: tutaj






4 stycznia, Warszawa
Szkolne wspomnienia, czyli o tym jak z "matoła" (to o mnie  :) ) coś tam jednak wyrosło


Dziś miałam „dzień towarzyski”. Najpierw wpadł do mnie jeden kumpel, potem drugi – kolega jeszcze z czasów ogólniaka. Nie mieliśmy okazji pogadać przez ileś lat, tak więc fajnie było teraz przywołać wspomnienia z czasów szkolnych. Tak naprawdę to do szkoły z Wojtkiem (tak ma na imię kolega) chodziłam tylko rok – w pierwszej klasie ogólniaka. Był to znany na warszawskim Mokotowie "Świerczewski" (od nazwiska patrona) – szkoła konkurująca o miano najgorszej w całej dzielnicy (my uważaliśmy, że gorszy jest„Wilanów”). Przyznaję, nie była to szkoła moich marzeń, ani tym bardziej marzeń moich rodziców. Ja, w podstawówce finalistka różnych olimpiad, a tu proszę…

Wszystkiemu winne właśnie te olimpiady. Ponieważ miałam II czy III miejsce w olimpiadzie między innymi polonistycznej (w geograficznej chyba też), tak więc byłam pewna że z egzaminów do liceum jestem zwolniona. Skoro tak, to złożyłam papiery do jednej z najlepszych wtedy szkół w dzielnicy, czyli niejakiego "Dobisza" (44 LO im. A. Dobiszewskiego, do którego zresztą chodziła wtedy Monika Jaruzelska i syn Hermaszewskiego). Tyle że na chyba 2 dni przed egzaminami okazało się, że wcale nie jest tak jak myślę – zwolnieni są olimpijczycy z I miejsca, a ja jednak byłam ciut niżej. Efekt? Szok, stres, nieumiejętność skupienia się i na egzaminie oddałam pustą kartkę. Zawaliłam totalnie, nie poradziłam sobie sama z sobą, a skoro tak, to mogłam wybierać między zawodówką, jakimś gorszym technikum i najgorszym liceum.

Byłam załamana, a tymczasem okazało się, że los lubi płatać figle. "Świerczewski" okazał się super szkołą! Trafiłam do naprawdę fajnej klasy, z fantastyczną wychowawczynią i wieloma nauczycielami, którzy po prostu chcieli nas czegoś nauczyć (wtedy tak polubiłam lekcje geografii). Co do tej klasy to większość z nas stanowili sportowcy, różnego typu działacze społeczni (poza mną byli jeszcze inni zaangażowani harcerze) i ogólnie rozmaici pasjonaci, którzy wcale mało inteligentni bynajmniej nie byli, wręcz przeciwnie, co najwyżej problem stanowiło pogodzenie pasji ze szkołą.

Niestety, po roku coś mi strzeliło do głowy (zdaje się że głupio mi było przed rodzicami, że to nie taka szkoła jaką chcieliby się pochwalić), no i załatwiłam sobie przeniesienie do tego renomowanego "Dobisza". I tu zaczęły się schody. To że klasa nie była już tak zgrana i fajna to pal sześć, ale moją zmorą stały się dwa przedmioty których nauczycielki wyraźnie mnie nie lubiły. Przedmioty te to polski i angielski. Boże, do tej pory mam traumę jak sobie te lekcje przypominam. Zwłaszcza uwagi, z których wychodziło że jestem ostatnim głąbem, matołem, półmózgiem, a najgorsze, że ja sama powoli zaczynałam w to wierzyć. Trochę dziwne mi się wprawdzie wydawało, że wcześniej tak mi dobrze szło na tych olimpiadach, no ale uznałam że cofnęłam się w rozwoju. Z angielskiego miałam nawet dwóję na półrocze, z polskiego dwóję na próbnej maturze, z kąśliwą uwagą pani profesor, że nie wie, jak ja zdam właściwą maturę. Na szczęście właściwe matury oceniał kto inny, to znaczy nie moja dręczycielka. Dostałam piątkę „z wyróżnieniem”.

Jak widać los bywa złośliwy. Jestem dziennikarką (aczkolwiek przyznaję, po tym liceum jednak mam w kwestii pisania pewne kompleksy), a co do angielskiego to dobra, do lingwistycznego ideału daleko, ale jakoś sobie radzę, o czym świadczą choćby pilotowane przeze mnie wycieczki i liczne podróże na własną rękę, kiedy przecież posługuję się angielskim. Co do polonistki to jakiś czas temu samorząd "Dobisza" zaprosił mnie na spotkanie z uczniami, przedstawiając  m.in. jako dziennikarkę. Opisywana polonistka była na sali. Jestem pewna, że mnie poznała...

No ale wrócę jeszcze do rozmowy z Wojtkiem… Okazało się że na studia po tym niby kiepskim "Świerczewskim", dostało się w pierwszym rzucie więcej osób niż po renomowanym "Dobiszewskim". Co robią teraz ludzie z klasy po "Dobiszu", nie mam pojęcia, bo nie utrzymujemy z sobą kontaktów, natomiast co do klasy ze "Świerczewskiego", w której byłam tylko rok dużo lepiej się orientuję, bo z niektórymi się spotykam. W każdym razie większość z nas wyszła „na ludzi” – niektórzy zostali nauczycielami, lekarzami, jeden z kolegów był nawet odpowiedzialny za nadzor nad ruchem statków u wybrzeży Wielkiej Brytanii. A co do mnie, to zmianę szkoły z rzekomo "kiepskiej" na "dobrą", a w rzeczywistości z fajnej, skupiającej bardzo kreatywne osobowości na taką, jakby to powiedzieć by kogoś nie urazić, specyficzną, uważam za jeden ze swoich życiowych błędów.



2 stycznia, Warszawa
Co mają szczury do samochodu? Ano mają...


To że mamy na podwórku szczury, wszyscy lokatorzy okolicznych bloków wiedzą. Zresztą niektóre z nich nawet już nie boją się ludzi – jakiś czas temu jeden z nich gapił się na mnie z odległości 2 metrów. W sumie to ja nawet te szczury lubię – a właściwie nie, lubiłam (w czasie przeszłym).

Znielubiłam je dzisiaj, odbierając z warsztatu samochód (przypomnę tym którzy nie czytali końcówki bloga`2013 –  w samym centrum Warszawy siadła mi cała elektronika i powodując mega korek samochód stanął odmawiając dalszej współpracy). No więc okazało się, że przyczyną nie jest żaden tam alternator czy inne cuda, tylko szczury które postanowiły pomieszkać sobie w moim samochodzie! Żeby się łatwiej dostać do ciepłego wnętrza poprzegryzały przewody, no i efekt był, jaki był. Niech mi się teraz tylko któryś pokaże!



1 stycznia – Nowy Rok, Warszawa
Cel: Korona Ziemi


W ramach „postanowień noworocznych” wymyśliłam plan na ten rok. W sumie nic oryginalnego :) -  wielu z Was mnie o to pytało, a wręcz namawiało. No więc będę się starała SKOŃCZYĆ KORONĘ ZIEMI. Zostały trzy szczyty, na McKinleya (najwyższa góra Ameryki Północnej) tak czy owak się wybierałam, a z pozostałymi wszystko zależy od pomocy życzliwych bliźnich (czytaj – sponsorów). Najważniejsze że mam zapał, a kasa? Jestem optymistką. W najbliższej kumulacji totolotka na pewno zagram.

Więcej o projekcie – czytaj tutaj .

Back to top