Po tragedii na Nanga Parbat
Hits: 33932

Dziś będzie dłuuugi post…
Dramat na Nanga Parbat spowodował lawinę wielu prywatnych, bardzo emocjonalnych wiadomości, jakie od niektórych z Was dostawałam na priv. Ponieważ przez kilka dni byłam w górach, z  bardzo ograniczanym dostępem do  internetu, nie miałam jak odpisywać, tak więc robię to dopiero teraz, publicznie, bo do każdego z osobna nie dam rady. W każdym razie dzięki wszystkim, którzy tak empatycznie podeszli do wydarzeń w Pakistanie i nie poddawali się fali hejtowania. Można mieć inne zdanie (co szanuję), nie podzielać wysokogórskich pasji, ale co innego krytyka (choć i na nią nie każdy moment jest dobry), a co innego typowy hejt, zwłaszcza ze strony osób, które w wyższych górach nie były, więc nie mają pojęcia, że tam wszystko wygląda inaczej niż z pozycji fotela na poziomie morza.


Zanim odpowiem na Wasze pytania, chciałabym podkreślić, że chociaż góry są moją pasją, nie uważam się za jakąś wybitną ekspertkę w ich temacie – doświadczenie jakieś mam, ale bez przesady, zwłaszcza że nie jestem żadnym „wyczynowcem”, tylko raczej podróżnikiem o górskich ciągotach.

Zacznę od licznych pytań czy naprawdę Adam z Denisem nie mogli iść wyżej? Tu raczej zdecydowanie mogę powiedzieć: moim zdaniem nie mogli… Nie dlatego, że nie chcieli. Na takiej wysokości nawet ich organizmy (a obaj to górskie „cyborgi”), nie dały by rady. I tak idąc po Elizabeth wykonali ogromny wysiłek i niesamowicie ryzykowali, ale żeby wrócić do góry jeszcze raz - to zadanie bez tzw. restu (kilku dni regeneracji na niższej wysokości) było ze względów wydolnościowych po prostu niewykonalne. Niezależnie od wszystkiego chciałam Wam jeszcze uprzytomnić nie tylko fizyczną, ale psychiczną stronę tej akcji. Weźmy pod lupę Adama, który ma dwójkę małych dzieci. Rozmawiałam z nim przed wyjazdem o K2, nawiązując właśnie do dzieciaków i wyraźnie było widać, że bardzo jest dla niego ważne, by jak najszybciej do rodziny wrócić. Tym bardziej doceniam więc, że w tej sytuacji zgodził się zaryzykować. Kto podjął decyzję o zakończeniu akcji ratunkowej na dojściu tylko do Elizabeth nie wiem, ale biorąc pod uwagę warunki panujące na takiej wysokości, zapowiedź zepsucia się pogody i to co powiedziała Elizabeth o stanie Tomka gdy go zostawiała, uważam, że kontynuowanie akcji ratunkowej było skazane na niepowodzenie i najprawdopodobniej skończyłoby się powiększeniem bilansu ofiar o Denisa i Adama.

- Czy było fair że Elizabeth zostawiła Tomka, jakby nie było partnera wspinaczkowego któryś już przecież raz? Tutaj też nie mam wątpliwości – Elizabeth i tak zrobiła naprawdę dużo i myślę że Tomek to docenił. Mało tego – myślę że on sam kazał jej schodzić (ja bym na jego miejscu tak zrobiła), bo jej dalsze pozostawanie w namiocie przy nim nic  by po prostu nie dało, a jeszcze najprawdopodobniej doprowadziło by do śmierci również i ją.
Niektórzy z Was pytali też: -A gdzie „braterstwo liny”? To temat na długą dyskusję. Tyle że „braterstwo liny” ma swoje granice, granice zdrowego rozsądku. Zresztą zanim ocenimy innych, zastanówmy się, co byśmy my sami zrobili.

- Czy Tomek jeszcze żyje? Moim zdaniem nie, ale sama pisałam w czwartek na fb, że cuda się zdarzają i na taki cud liczę. Tyle że to było w czwartek, ale kolejne 2 dni szanse na cud wyeliminowały. Mogę mieć tylko nadzieję, że Tomek w wyniku obrzęku mózgu (najwyższe stadium choroby wysokościowej, którą wg słów jego partnerki miał) w miarę szybko stracił świadomość i przynajmniej nie czuł bólu wynikającego z odmrożeń i ślepoty śnieżnej, kiedy może nie tyle traci się wzrok, ale ból oczu jest tak silny, że nie daje się oczu otworzyć. Dodatkowym problemem był także związany z brakiem gazu problem z ugotowaniem wody – bez jedzenia człowiek przeżyje całkiem sporo, ale bez płynów, zwłaszcza na wysokościach, nie da rady. Odwodnienie to jeden z największych wrogów w górach wysokich. Człowiek odwodniony szybciej się odmraża, szybciej atakuje go choroba wysokościowa, w razultacie – szybciej też umiera…
No dobrze, ale trzymając się tezy, że jednak cud do kwadratu się wydarzył i Tomek przeżył... W tej sytuacji nawet jeśli ktoś do Tomka by dotarł, i tak siłami dwóch ludzi sprowadzić by się go nie dało.

- Czy Tomek miał świadomość że odchodzi? Do momentu kiedy był przytomny, zapewne tak. Był doświadczony w górach, wiedział jakie jest ryzyko, jakie są szanse uratowania (w tym przypadku praktycznie żadne). Podejrzewam, że raczej nie liczył, że ktoś z bazy pod K2 przyleci – dobrze się orientował jak kosztowne są akcje ratunkowe w Pakistanie (zresztą – gdziekolwiek w górach wysokich), a poza tym wiedział jakie są realia (pogoda, wysokość). Tomek był „szaleńcem”, miał na punkcie Nangi swoistą obsesję i na bank liczył się z tym, że może na tej górze pozostać na zawsze. A co do pomocy ze strony chłopaków na K2– powiedzmy sobie szczerze, trudno żeby na nią liczył ze strony wyprawy firmowanej przez Polski Związek Alpinizmu, skoro wcześniej PZA ostro krytykował jego działania na Nandze i podkreślał, że działa z pozycji amatora (tu żeby była jasność: mówię ogólnie o PZA, choć opinie konkretnych osób mogły odbiegać od oficjalnego stanowiska organizacji).

- Czy w Pakistanie rzeczywiście nie pomogą bez pieniędzy?
W wywiadzie sprzed kilku dni Piotr Pustelnik, prezes PZA, stwierdził, cytuję: „Kim trzeba być, żeby przedkładać banknoty nad życie?” Przy całym szacunku dla Piotra, którego bardzo lubię i cenię, nie widzę powodów do takiej oceny pakistańskiego rządu. Patrząc obiektywnie – trudno żeby rząd kraju, który owszem, jak wytknął Piotr, ma broń nuklearną, ale trzeba pamiętać że przecież ma tyle potrzeb społecznych (bardzo duża część społeczeństwa żyje na granicy albo poniżej granicy ubóstwa), finansowało kosztowne akcje ratunkowe . Dotyczy wszystkich nacji – dlaczego dla Polaka mieliby robić wyjątek? Zresztą chyba tylko w Polsce akcje ratunkowe w górach są bezpłatne – wszędzie na świecie normą jest że to niestety słono kosztuje (stąd tak ważne są ubezpieczenia obejmujące koszty ratownictwa). Poza tym, dlaczego mieć pretensje do rządu pakistańskiego, jeśli przecież mamy swój rząd (przypomnę: pieniądze na akcje ratunkowe były rezultatem błyskawicznej zbiórki publicznej).

- Czy himalaiści nie za szybko godzą się ze śmiercią kolegów? To trudne pytanie. W tej akurat sytuacji nie ukrywam, że Tomek nie był moim bardzo bliskim kumplem – znaliśmy się, ale nie piliśmy razem piwa. Podziwiałam ogromną determinację Tomka w wyjazdach na Nangę (to był jego siódmy wyjazd na tę górę), traktowałam go jako pozytywnego „wariata”, choć prywatnie nie kryłam, że nie popieram sposób organizacji jego wypraw (ale to były jego wyprawy, nie moje, więc ogólnie – nic mi do tego). Teraz natomiast żal mi Tomka, tak po ludzku, zwłaszcza że wiem jak to jest być na takiej wysokości, w dodatku samemu, ale nie będę kryć, że poziom przeżywania jest w tym przypadku trochę inny niż gdyby to dotyczyło bliższych mi kolegów. Śmierć jest wpisana w himalaizm i każdy z nas zdaje sobie z tego sprawę. Przed wyprawą na Broad Peak Robert Szymczak (nasz super spec od medycyny wysokogórskiej) kazał mi wypełnić ankietę w której było pytanie, co w razie czego zrobić z moimi zwłokami? Konsultacja tego tematu z moim mężem nie była miła, ale myślę że potrzebna. Każdy jadąc na wyprawę na ośmiotysięcznik musi kalkulować różne warianty, przez co faktycznie, może w jakimś stopniu na śmierć się uodporniając. Choć właściwie na coś takiego uodpornić się nie da – mam tu na myśli raczej to, że w sytuacjach kiedy coś się wydarzy, osoby związane z górami wysokimi mają do tego tematu bardziej chłodny od innych stosunek, chyba łatwiej nam się oswoić z myślą, że ktoś w tych górach pozostaje na zawsze.

Kolejny głos który dotarł do mnie przez messengera: „Tak smutno… Czy alpiniści naprawdę chcą umierać w górach?”. Ależ absolutnie nie chcą! Myślę, że alpiniści, himalaiści, turyści wysokogórscy – jak zwał tak zwał, niesamowicie kochają życie. Żyją na maksa, są na to życie niesamowicie zachłanni, chcą je jak najlepiej wykorzystać, a góry sprawiają, że jeszcze bardziej się tym życiem cieszą. Niemniej odniosę się do mitu o Achillesie. Kiedyś zapytano go, czy woli mieć życie krótkie, ale ciekawe(no, mowa była też o chwale, ale to pominiemy), czy też wybiera długie, ale monotonne i ogólnie nudne. Achilles wybrał opcję pierwszą – zginął pod Troją, ale faktycznie na brak wrażeń w tym swoim młodym życiu narzekać nie mógł. A teraz wyobraźcie sobie, że nie ma opcji środka i odpowiedzcie sobie, którą drogę byście wybrali? Każdy ma prawo do swych decyzji, na pewno znajdą się miłośnicy jednej i drugiej opcji, ważne jednak by szanować swoje wybory.
Z drugiej strony, powiedzmy sobie szczerze, raczej nikt nie zakłada że zginie. To że ja już dawno przyszykowałam kopertę z napisem „Otworzyć, gdyby coś…” nie oznacza, że mam jakieś przeczucia (to znaczy mam – że jeszcze swoje przeżyję J ), raczej traktuję to jako przejaw rozsądku. Owszem, na wyprawach górskich czy na ekstremalnych rejsach ryzyko mam zwiększone, ale kiedy słyszę o wypadkach czy odchodzących z dnia na dzień znajomych, którzy nigdy nie zajmowali się ekstremalnymi aktywnościami, ale dopadają ich zawały czy wylewy, utwierdzam się w przekonaniu, że taką kopertę powinien mieć każdy z nas. A zresztą, w swojej filozofii życiowej zakładam że i tak nasz los gdzieś tam jest zapisany i że od przeznaczenia się nie ucieknie.

Natomiast zgadzam się z Waszymi opiniami, że „Tomkowi nic już nie pomoże, ale cierpią bliscy”. Tu się sama podpisuję, jak najbardziej uważam środowisko wspinaczkowe (i siebie) - pod względem spraw rodzinnych – za egoistów. Ale to nie jest tak, że himalaiści to dranie, że na takich wyprawach o bliskich się nie myśli. Myśli się bardzo dużo, tęskni, mało tego, tęsknota często sprawia, że tym bardziej chce się „zrobić” górę szybciej i wiać z niej jak najszybciej do domu. Tak czy owak, ja swoim bliskim bardzo współczuję i mam swoiste wyrzuty sumienia za stres i rozłąkę jaką im przy okazji swoich wypraw dostarczam. Czy zakazy, ulitmatum „ja albo góry/morze/pasje” coś zmienią? Prawda jest taka, że nawet jeśli w odpowiedzi na taki zakaz ktoś odpuści swoje pasje, gdzieś tam niczym zadra tkwić będzie żal, że ta druga strona nas nie rozumie i że czegoś w życiu nam brak.

A propos pasji - kolejne Wasze pytanie: „Co jest ważniejsze, pasja czy rozwaga?”. Ja akurat zawsze mówię, że podstawą jest rozwaga (nie tylko w górach), zwłaszcza w sytuacjach kiedy przez swoje pasje mielibyśmy narazić życie innych (na przykład ratowników). Myślę jednak, że w sytuacji z Nangi nie powinniśmy oceniać kwestii rozwagi Tomka, a na pewno nie na tym etapie. Zresztą o pewnych danych niezbędnych do obiektywnej oceny i tak się nigdy nie dowiemy. Jest tragedia, żal chłopaka. Niemniej ogólnie (czyli nie w kontekście tej akurat sytuacji) przyznam, że nic mnie zwłaszcza w górach nie wkurza bardziej niż brak rozwagi. Błędy popełnia każdy, bywa że czasem podejmuje się niewłaściwe decyzje, bo nie da się wszystkiego przewidzieć, tu jednak mówiąc o rozwadze mam na myśli brak wyobraźni i przerost ambicji, sprawiający że jak najbardziej świadomie pakujemy się w kłopoty, przy okazji wciągając w nie jeszcze innych. Kto z Was czytał moją książkę „Góry z Duszą, Część II” może przypomina sobie jak opisywałam tam akcję na Denali (najwyższa góra Ameryki Północnej), kiedy to schodząc ze szczytu wraz z kolegami ratowaliśmy dwóch wspinaczy – Rumuna i Polaka. Nie chcę opisywać całej tej sytuacji, bo historia to długa, w każdym razie cały tamtejszy dramat wynikał z niefrasobliwości znalezionego na zejściu Polaka. Powiem szczerze, nigdy więcej nie chcę być w sytuacji stawania się przed dylematem czy mam ryzykować życie, za człowieka któremu dwa dni wcześniej wprost mówiłam, że nie jest to góra dla niego, bo ów pan nie m liny, nie ma zespołu, nie ma kondycji, ani doświadczenia, ale mimo to facet jednak na górę poszedł. W rezultacie decydując się na ratowanie Polaka mieliśmy szansę zginąć wszyscy (6 osób), a że skończyło się „tylko” na amputowanych palcach i nosie Rumuna to wyjątkowe szczęście. Najgorsze jest że ów Polak wniosków z całej tej historii nie wyciągnął. W ubiegłym roku zginął, wychodząc na górę w warunkach które go przerastały. Nie jestem religijna, ale gdyby powstała „górska litania”, optowałabym za włączeniem do niej takiego zdania: „od spotkań z ludźmi berozwagi zachował mnie Panie…”

I jeszcze pytanie: „Po co tam idą…” Na to pytanie sama próbuję znaleźć odpowiedź. Bo nie wiem dlaczego w te góry chodzę. Już kilka razy obiecywałam sobie, że to już koniec, że to chore, po co się męczyć, ryzykować, podczas gdy są też przyjemniejsze formy wydawania kasy. A jednak gdy tylko mija jedna wyprawa, zaczynam myśleć o kolejnej. Każdy ma swoje powody, które nakręcają go na góry. Jakie miał Tomek – nie wiem. Wszystko wskazuje na to, że się w Nandze dokumentnie zakochał. A Ona w nim, przy czym Ona miłością zaborczą, bezwarunkową, pragnąc mieć Tomka na własność. Każde dostało czego pragnęło - On ją zdobył, Ona zażądała za to totalnego oddania.

Back to top