Piramida co z dżungli wyrasta
Hits: 3576

PIRAMIDA CARSTENSZA (PAPUA)

Każda góra zaliczana do Korony Ziemi czymś się wyróżnia. Na Evereście jest ciężko ze względu na wysokość,  McKinley (najwyższa góra Ameryki Północnej) to jedna z najzimniejszych gór świata. A Piramida Carstensza - najwyższy szczyt Oceanii? To najbardziej techniczne wspinanie, chociaż to, co najbardziej tam daje się we znaki, to... dżungla.

 
Szczegółowy blog z wyprawy (dzień po dniu) - na stronie projektu "Korona Ziemi" czyli tutaj.

 

Przyznaję, wyprawa na  Piramidę Carstensza należała do jednych z trudniejszych w moim podróżniczym życiorysie. W sumie nie musiałam tam jechać - do zaliczenia Korony Ziemi (najwyższe szczyty wszystkich kontynentów) wystarczy wejście na najwyższą w Australii łatwą i niewysoką Górę Kościuszki. Tylko że jeśli wziąć pod uwagę nie tylko Australię, a Australię z Oceanią, sytuacja się zmienia - wtedy  najwyższą staje się mająca 4884 m Piramida Carstensza, dużo od Mt Kosciuszko trudniejsza.

Pierwszym białym człowiekiem, który zobaczył tę górę był holenderski żeglarz Jan Carstensz. Był rok 1623 - widoczne z morza lodowce na szczytach wyglądały w tropikalnym klimacie na tyle abstrakcyjnie, że początkowo w Europie nikt nie chciał w te rewelacje uwierzyć.  W końcu jednak, dla uczczenia "odkrywcy", na mapach pojawiła się nazwa: Piramida Carstensza. Inna sprawa, że używają ją głównie Europejczycy - miejscowi wolą mówić o górze po swojemu. Dla zamieszkującego tu plemienia Moni jest to Baenggela czyli Matka Ziemi, dla Dani (inne okoliczne plemię) - Ndugu,  co z kolei znaczy "Coś Białego". W różnych źródłach pojawia się często jeszcze jedna nazwa: Puncak Jaya, co po indonezyjsku oznacza "Szczyt Zwycięstwa". Miejscowi przewodnicy nie kryją jednak swojego zaskoczenia: -Owszem, po tym jak w 1963 roku Indonezja zaanektowała Papuę, taka nazwa faktycznie się pojawiła, tylko że... w odniesieniu do innej góry! I pokazują wprawdzie niedaleki, ale mimo wszystko oddzielony  głęboką doliną inny szczyt, trochę niższy i prostszy do zdobycia. Łatwo go rozpoznać, bo mimo bliskości równika (odległość około 450 km) są na nim jeszcze resztki lodowców. Na Piramidzie Carstensza już ich nie ma.

 

Dzień 1
Timika - okolice Sugapy

Timika, największe miasto południowej Papui (w indonezyjskiej części wyspy Nowa Gwinea) nie jest z punktu widzenia turystów atrakcyjne. Dla nas (międzynarodowa ekipa wspinaczy) to tylko punkt przesiadkowy - małymi samolocikami lecimy do odległej o godzinę lotu Sugapy. Tu już mamy foklor na całego. Po centrum wioski przeciętym przypominającą bazar drogą (nawet nie asfaltową) chodzą samopas psy i świnie. Część mieszkańców to prawdziwi Papuasi,  których jedyny "ubiór" stanowią koteki, czyli zakładane na przyrodzenie osłony z tykwy.

Pojawienie się turystów to dla miejscowych wielkie wydarzenie - nie jestem pewna kto dla kogo jest większą "atrakcją". Przychodzi nas oglądać chyba całą wieś - wszyscy chcą na nas popatrzeć, niektóre dzieci wyraźnie się nas boją.

W Sugapie nie ma żadnych hoteli ani restauracji - tego dnia śpimy na obrzeżach wioski, na podłodze jednej z chat (i tak jest to jedna z lepszych tutejszych "rezydencji" - w innych nawet podłogi nie ma).  W ramach kolacji miejscowe kobiety przynoszą nam ugotowane taro - słodkie bulwy, a na "deser" częstują świeżo wykopanymi z pola orzeszkami ziemnymi, w smaku zupełnie nie przypominających tych, które znamy (prażonych). Trzeba przyznać, że miejscowi są bardzo mili i zupełnie nie pasują do obrazu kanibali, którzy przecież wciąż na Papui żyją. Kiedy podpytuję o tę kwestie jednego z nich, mówiącego trochę po angielsku, obrusza się. -W naszym plemieniu ludożerców nie ma. Ale że wojny międzyplemienne w trakcie których strzela się do przeciwników z łuków są, nie zaprzecza. -Ostatnią mieliśmy rok temu - chwali się. -Zabiliśmy kilku wrogów! Widząc moją minę dodaje szybko: -Ale ich nie jedliśmy!

Dni 2-5. Przez błoto i dżunglę
Okolice Sugapy (2000 m) - Obóz III (3300 m)

Z wyruszeniem mamy problem, bo nie zgadza się na to wódz wioski. Puszczą nas jak zapłacimy. Negocjacje trwają kilka godzin, w końcu kończy się tym, że w rękach wodza ląduje zwitek banknotów.

Od tej pory żadnych wiosek już nie ma. Co najwyżej są ścieżki myśliwych, ale to i tak tylko na początku. Jest za to dżungla, która nas fascynuje, ale równocześnie - odbiera siły. Otacza nas zielony gąszcz - nie da sie w nim szybko iść.  Powalone konary fundują nam niezłą gimnastykę i już sama nie wiem czy wolę nad nimi przeskakiwać, czy się pod nimi przeczołgiwać. Z kolei te ułożone wzdłuż ścieżki korcą by po nich przejść, ale tu z kolei ryzykiem jest to, że są śliskie, a często spróchniałe. Zdradzieckie są też korzenie i leżące pod nogami kamienie - próby ich obejścia kończą się zwykle wpadnięciem w jakieś niewidoczne doły. No i te denerwujące błoto. To że idziemy w kaloszach niewiele daje - co i rusz błoto wciąga na tyle głęboko, że wlewa się górą buta. Nikt się nie zastanawia, czy są w nim jakieś pasożyty, bo jeśli są, to i tak nic nie zrobimy. Zresztą w tych warunkach w ogóle nie sposób dbać o higienę. Woda do picia? Mamy tabletki do jej odkażania, niektórzy zabrali filtry, ale nikt z nas nie używa tych "wynalazków". Bo co po odkażaniu wody, jak pić coś trzeba, a przecież nikt nie kontroluje czy gotowany w namiocie kuchennym "wrzątek" kipiał odpowiednio długo (samo zagotowanie niewiele daje). Pozostaje optymistycznie wierzyć, że żadnych ameb i innych tropikalnych atrakcji nie załapiemy.

Urozmaiceniem wielogodzinnych przejść są rzeki - przekraczamy je ileś razy dziennie. Na początku zdarzają się jeszcze jakieś "mostki" - czy to wiszące, czy po prostu przerzucone ponad nurtem chybotliwe żerdzie. Sporo emocji dostarcza zawieszony całkiem wysoko przy wodospadzie obślizgły pień. Pokonujemy go niepewnie, na nieco drżących nogach, a kolega Francuz w ogóle wybiera technikę "okrakiem". Z podziwem patrzymy na naszych tragarzy, wynajętych lokalesów, którzy niosąc wielokilogramowe ładunki przez tego typu przeszkody po prostu przebiegają! I to na boso! Dla większości z nich buty są tylko marzeniem (na koniec dajemy im swoje). Tak na marginesie to większość ekipy noszącej rzeczy stanowią... kobiety. Musimy korzystać z pomocy tragarzy, bo sami na tyle dni sprzętu i jedzenia byśmy nie dali rady zabrać. Oni rzecz jasna się cieszą, bo dzięki wyprawie zarobią więcej niż handlując na wioskowym bazarze przez cały rok.

To co nam najbardziej dokucza to deszcze. Padają przez większą część dnia, codziennie, i jest tak do końca wyprawy. Szansa na podsuszenie się istnieje właściwie tylko rano, bo to jedyna pora, kiedy można liczyć na słońce.

 
Dni 6-8 Za siedmioma wzgórzami, za siedmioma rzekami
Obóz III (3300 m) - Base Camp (4330 m)

Idziemy góra-dół, góra-dół pokonując naprawdę spore przestrzenie. Góry które wydawały się tak bardzo odległe, z czasem mamy na wyciągnięcie ręki. Krajobrazowo i przyrodniczo jest tu naprawdę wyjątkowo, ale nie da się ukryć, że najprzyjemniejszy moment każdego dnia to ten, kiedy po iluś godzinach chodzenia, zmęczeni, głodni i na ogół tez przemoczeni docieramy do obozu. Swoją drogą sztuką jest rozbić namiot w miejscu gdzie będzie nie tylko równo (bez żadnych korzeni czy kamieni), ale jeszcze sucho - tu wszystko jest przesiąknięte wodą. Mniej więcej od wysokości 3200 m n.p.m. żegnamy się z dżunglą, która przechodzi w lasy drzewiastych paproci  i wysokogórskie bagniska. Mimo że jesteśmy w strefie okołorównikowej, coraz częściej sięgamy po ciepłe polary, bo zwłaszcza po zachodzie słońca jest po prostu zimno.

Piątego dnia po raz pierwszy widzimy na horyzoncie Piramidę Carstensza. -To jeszcze taki kawał? - jęczy jeden z moich kolegów. Inni w ramach "pocieszenia" przypominają mu, że za pieniędzy wydane na takie "wakacje", mógłby teraz leżeć przy basenie w najbardziej ekskluzywnych hotelu.

Wreszcie, po tygodniu wędrówki, zmęczeni, poobcierani, przemoczeni, docieramy w końcu do obozu bazowego. Przepięknie położony, nad turkusowym jeziorkiem, jest punktem startowym do ataku szczytowego.

 

Dzień 9 - Atak szczytowy
Z obozu bazowego (4330 m) na szczyt (4884 m) - powrót do bazy

Zaczynamy zdobywać górę  o trzeciej w nocy. Sapiemy, dyszymy, bo to już wysokość, na której daje się odczuć niedobór tlenu. Przewyższenie jakie mamy do pokonania teoretycznie nie jest duże, wynosi 550 metrów, ale w tym przypadku oznacza to sporo typowego, technicznego wspinania.  Może i dobrze, że jest ciemno i nie widzimy niemal pionowej skały, która wyrasta ponad nami. Na szczęście nie brak dobrych chwytów i stopni, choć trzeba uważać, bo równocześnie jest  to bardzo ostra skała, dotkliwie raniąca dłonie. Kiedy wschodzi słońce jesteśmy już całkiem wysoko, oswojeni ze specyfiką góry, możemy więc cieszyć się widokami. Do najbardziej emocjonujących momentów należy tzw. tyrolka - kilkunastometrowa, pozioma lina, po której trzeba się przeciągnąć na rękach ponad robiącą wrażenie przepaścią. W rzeczywistości dużo trudniejsze sa momenty kiedy po prostu trzeba przeskoczyć z jednej skały na drugą, nie mając pod sobą nic, a przed sobą ścianę której należy się jakoś złapać.

Nagrodą za wysiłek i chwile strachu jest szczyt, na którym stajemy o godzinie 8.45. Niewiele jest na nim miejsca, trzeba uważać aby nie spaść. Cieszy się zwłaszcza Ed, Anglik, dla którego jest to ostatni szczyt w Koronie Ziemi.

Drogę w dół pokonujemy głównie metodą zjazdów na linach. Deszcz nas wprawdzie tego dnia omija, ale u góry mamy trochę sypiącego śniegu. Są momenty kiedy mam serdecznie dosyć, chociaż największy kryzys dopada mnie na ścieżce stanowiącej długie dojście między skałą a obozem - mam ochotę usiąść i nigdzie dalej nie iść. Zresztą nie tylko ja, Argentyńczyk i Bask, moi partnerzy od liny również... Rozsądek podpowiada, że nikt nas nie zaniesie - trzeba się ruszyć i iść dalej. Około 14.30 jesteśmy w obozie, gdzie z gratulacjami czekają na nas koledzy planujący atak szczytowy kolejnego dnia, zaś wyprawowy kucharz jako załącznik do radosnych poklepywań rozdaje nam specjalnie na tę okazję trzymane puszki coca-coli. Nad miską ciepłej zupy opowiadamy jak było. Godzinę później wszyscy nieprzytomni ze zmęczenia i niewyspania zalegamy w swoich namiotach. Współczujemy tym, co atak szczytowy mają dopiero pod sobą, cieszymy się, że my następnego dnia mamy zasłużony dzień laby.

 

Dzień 10-14 Powrót
Z obozu bazowego (4330 m) do Sugapy (ok. 2000 m)

Drogę którą w górę przechodziliśmy w tydzień, w dół postanawiamy zrobić w cztery dni, godząc się na  całodniowe, ciężkie wędrówki (dla niektórych w naszej ekipie oznacza to nawet i 18 godzin chodzenia na dobę!). W międzyczasie odpada z naszego składu Holender - rany jakie mu się zrobiły na nogach, grożą w tych warunkach poważnym zakażeniem i gangreną - trzeba go ewakuować. Nie jest to proste, bo helikopter nie może dolecieć, ostatecznie więc trzeba prosić o prosić pracowników z niedalekiej kopalni złota. Swoją drogą gdyby nie ona i konieczność obchodzenia jej szerokim łukiem, dotarcie do Piramidy Carstensza byłoby szybkie i proste, ale niestety, wstęp na teren kopalni jest zabroniony, a za jego złamanie grożą srogie kary pieniężne i więzienie.

A my? Znowu przeklinamy dżunglę i bagniska, ale czwartego dnia nasz męczący marsz się kończy i docieramy do Sugapy. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli chodzi o dżunglę, to dwa najszczęśliwsze związane z nią momenty to wtedy, kiedy się do niech wchodzi, i drugi - kiedy się z niej wychodzi. Jak najbardziej się z tym zgadzamy! Ale równocześnie wszyscy tez zgodnie stwierdzamy, że była to jedna z najciekawszych wypraw naszego życia.

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE
 
Kiedy jechać:

Termin nie ma znaczenia - i tak w dżungli Papui zawsze pada, a szczyt Piramidy zwykle tonie w chmurach i trzeba być przygotowanym nawet na śnieg. Niepolecany jest grudzień, nie tyle ze względu na warunki pogodowe, ile na przypadające wtedy święto papuaskich separatystów i lokalny festiwal którego następstwem bywają walki międzyplemienne.

 Wiza:

Wymaganą wizę indonezyjską na pobyt do 30 dni kupuje się ją przy przylocie, na lotnisku - kosztuje 35 dolarów. Paszport musi być ważny przez minimum 6 kolejnych miesięcy.

 Organizacja wyprawy

Góra nie jest łatwa, chociaż sam atak szczytowy trwa tylko jeden dzień. Głównym problem jest dotarcie do góry. Do wyboru jest dolot do obozu bazowego helikopterem, albo dojście do niego przez dżunglę. Jeszcze do niedawna wspinacze korzystali ze szlaku zaczynającego się i kończącego w wiosce Illaga, jednak obecnie ze względu na separatystów papuaskich startuje się z Sugapy, co jest wariantem trudniejszym, ale bezpieczniejszym. Wyprawy  są niestety bardzo drogie - przy opcji z dżunglą trzeba liczyć 10-15 tys. dolarów od osoby, decydując się na helikopter trzeba doliczyć jeszcze kolejne 15-18 tys. dolarów. Zapomnijmy o tym, że aby zbić koszty pójdziemy do dżungli sami - dość szybko by nas zatrzymano, a zresztą bez przewodnika i tak nie znajdziemy drogi (nie ma żadnych wyznaczonych szlaków). Poza tym konieczny jest permit i inne dokumenty, których  sami nie załatwimy. Wszystko to sprawia, że trzeba zdać się na pomoc którejś z kilku nie tyle lokalnych, co indonezyjskich agencji mających zwykle na Papui swoje "wtyki" - w moim przypadku było to Adventure Indonesia (www.adventureindonesia.com). Agencja załatwia nie tylko zezwolenia, ale też tragarzy, przewodników i całą logistykę (przeloty, transfery, noclegi) od przylotu do Indonezji do wylotu z tego kraju.

Ekwipunek

Na przejście dżungli podstawa to kalosze (wyżej, po wyjściu z dżungli potrzebne są już normalne buty trekingowe), dobra peleryna plus nieprzemakalny pokrowiec na plecak. Ubranie powinno być z szybkoschnących materiałów "technicznych" (nie bawełna). Jeśli chodzi o sprzęt wspinaczkowy, do ataku szczytowego potrzebujemy uprząż, kask, jumar, ósemkę, 5 karabinków, lonżę (albo taśmę do jej zrobienia). Z innych rzeczy nie można zapomnieć o latarce, butelkach na płyny (dobry jest camel bag), apteczce, tabletkach antymalarycznych oraz kijkach trekingowych.


Uwaga:

Nie wpadajmy na pomysły aby wyprawę do indonezyjskiej prowincji Papua (w której znajduje się Piramida Carstensza) łączyć ze zwiedzaniem kraju Papua-Nowa Gwinea. Wprawdzie to ta sama wyspa (Nowa Gwinea), ale na dzielącej ją granicy nie ma dla turystów żadnych legalnych przejść. Podobnie - nie ma między tymi dwiema częściami żadnych połączeń lotniczych. Najprostsza droga z zachodniej części wyspy na wschodnią prowadzi przez... Australię, co sprawia że jest to pomysł i czasochłonny, i drogi.

Back to top