Miasto umarłych
Hits: 4992

MANILA (FILIPINY)

Odrobina luksusu przyda się nawet po śmierci. Na cmentarzu w Manilii - stolicy Filipin, groby to prawdziwe domy, z toaletami i klimatyzacją.


Po cmentarzu mającym powierzchnię 54 hektarów, trudno chodzić na piechotę. Jeśli ktoś idzie, to prawdopodobnie jest turystą. Pozostali jeżdżą - samochodami lub rowerami. Nic dziwnego, że wyznaczono ulice, na których ruch regulują znaki. Są skrzyżowania, ronda, a każda ulica ma swoją nazwę. Na przykład Chun Chin albo Kiam Sian Road. Nazwy wypisane są po angielsku, bo ten język na Filipinach traktowany jest jako jeden z języków urzędowych, ale również "krzaczkami", po chińsku, no bo to przecież cmentarz chiński.

manila-wnetrze grobu na cmentarzu chinskim.jpg Tak jak w normalnym mieście, tak i tutaj są "dzielnice". Lepsze i gorsze. Najlepsze to te, gdzie wystawiono domy-mauzolea. Zazwyczaj piętrowe, z oknami, ogrodzone - takie pośmiertne wille. W niektórych z nich, stosownie do miejscowego, tropikalnego klimatu, działa nawet klimatyzacja. Do wielu doprowadzono prąd i bieżącą wodę. Nie zapomniano o toaletach, a gdzieniegdzie są też skrzynki pocztowe. Dookoła jest zwykle jeszcze ogród, o który troszczy się specjalnie opłacony ogrodnik.

Przy jednym z mauzoleów otwarta jest brama. Wchodzę do środka. Z oprawionego zdjęcia na marmurowym sarkofagu patrzy na mnie sympatyczny starszy pan. -To mój dziadek - tłumaczy krzątający się w środku młody człowiek. - Kiedy zmarł, w 1983 roku, zapłaciliśmy za ten budynek 20 tys. dolarów. Może i dużo, ale to inwestycja na 25 lat. Co potem? Znowu trzeba będzie zapłacić... Sprzątaniem grobu zajmuje się Victor - Flipińczyk, bo osiedleni w Manilii Chińczycy chętnie zatrudniają tanich Filipińczyków. Za utrzymanie porządku Victor dostaje  3000 peso miesięcznie (ok. 80 dolarów). Zależnie od tego co się robi i u kogo, stawki wahają się od 500, do nawet 10 tys. peso. Victor pracuje "na dochodne", są jednak i tacy, którzy opiekując się wieloma grobami, na cmentarzu  po prostu mieszkają. Aktualnie stałe zameldowanie na terenie nekropolii ma 18 rodzin.

manila-ofiary dla zmarlych.jpg Jeśli kogoś nie stać na kupno i utrzymanie wielkiego domu-mauzolea, może wynająć tzw. apartamenty. Inaczej mówiąc - segment w "szeregowcu". Stojące wzdłuż wąskiej uliczki identyczne, szare domy również mają toalety i mały ogródek.

Jeszcze tańsze są zwykłe groby, zaraz przy głównym wejściu. Wystarczy 30 tys. peso za 1 m. kw. i sprawa pochówku, także na 25 lat, jest załatwiona. Po 25 latach albo przedłuża się kontrakt, albo jeśli  kogoś nie stać - ekshumuje szczątki i w urnie wstawia do wyznaczonej betonowej przegródki na wielkiej ścianie. Podobnie chowa się też tych, którzy decydują się na najbardziej oszczędnościową formę ostatniego spoczynku - po spaleniu w krematorium od razu dostają "przydział" przegródki.  W wielopiętrowym budynku, po którym spaceruję, przegródek, czyli urn są całe rzędy. Przy niektórych z nich położono ulubione przez zmarłych produkty: puszki ananasa, orzeszki ziemne, ciastka, rum, owoce.

Nie wiem czy określenie "mam szczęście" jest właściwe, ale akurat trafiam na pogrzeb poprzedzony spalaniem zwłok. Młody chłopak kiwa, że mogę wejść na zaplecze. Ma na imię Jabon, 25 lat i od 3 lat pracuje w krematorium. -To tradycja pokoleniowa. Mój ojciec też tu pracuje- mówi z dumą. Śmiejąc się od ucha do ucha pokazuje: -Widzisz? Tu wkładam ciało... Właśnie palę dwuletnie dziecko. A tu zbiera się popiół... - chichocze. Dowiaduję się, że ciało ludzkie spala się w temperaturze powyżej tysiąca stopni, przez dwie godziny. Pełna mechanika - piec nastawia się manila-krematorium.jpgguziczkami, bez problemu kremując równocześnie nawet 5 osób. Bywa i tak, że jest kolejka do spalania, bo ceny na chińskim cmentarzu są naprawdę "atrakcyjne". Wystarczy 5 tys. peso (ok. 135 dolarów), a jak ktoś jest biedny, to i nic nie zapłaci.

W tym czasie kiedy ciało jest w piecu, rodzina modli się. Kolorem żałoby jest - jak to u Chińczyków - biel. Żona, córki, synowe mają na głowie białą woalkę, mężczyźni - białą opaskę. Krewni przepasani są czerwonymi szarfami.

Tuż obok krematorium jest restauracja i kilka sklepów. Popijając colę poznaję właścicielkę jednego z nich - Lily Lopez. Opowiada mi jak zorganizowana jest chińska społeczność. -Mamy tu swoje stowarzyszenie, na które kto może płaci składki, no i dzięki temu mamy bardzo dobrą opiekę socjalną. Biednym rozdajemy jedzenie, 2-3 razy do roku przeprowadzamy bezpłatne badania lekarskie, posiadamy nawet doskonale wyposażony szpital, gdzie zresztą leczą się nie tylko Chińczycy, ale również filipińscy policjanci zranieni na służbie. No i mamy też swój dom starców. Chcesz zobaczyć? Chcę, więc Lily wsadza mnie w samochód i jedziemy. Dom starców jest przy cmentarzu, z wyjściem usytuowanym tak, że leciwi pensjonariusze mogą wyjść na spacer... między grobami. Staram się nie myśleć europejskimi kategoriami, ale jakoś nie mogę tego wszystkiego pojąć...

manila-knajpa na cmentarzu.jpg Po drodze Lily opowiada mi o cmentarzu. Najstarsze groby pochodzą z dynastii Qing, czyli w przełożeniu "na nasze" - z połowy XIX wieku.  Nie ma znaczenia jakiego kto jest wyznania - najwięcej jest grobów buddyjskich, ale nie brak też choćby chrześcijańskich, o czym świadczą liczne krzyże. Typowych zniczy nie widzę, jeśli już to pojedyncze, ofiarne świeczki. Za to wszechobecne są kolorowe bibułki. -To papierowe pieniądze, przydatne po śmierci - dowiaduję się. Zwyczaj nakazuje też umieszczanie czerwonych tabliczek ze złotymi, chińskimi napisami i palenie bibułkowych kwiatów ze swastyką. -Przyjedź około Wielkanocy [dokładny termin uzależnia układ kalendarza księżycowego] lub na 1 listopada, to zobaczysz jaki tu będzie ruch. Wtedy właśnie rodziny odwiedzają zmarłych, przynoszą im jedzenie, stroją groby... Nagle proponuje: -A może pójdziemy coś zjeść? No i idziemy. Dziwnie smakuje obiad w otoczeniu grobów...

Back to top