Czterocalowe gwoździe
Hits: 3977

OBRZĘDY WIELKANOCNE NA FILIPINACH

W Wielki Piątek oglądam szokujące ukrzyżowania prawdziwymi, kilkunastocentymetrowymi gwoździami, w Wielką Niedzielę uczestniczę w ścięciu Longinusa

                                                   

Kiedy przyjeżdżam do położonego na największej z filipińskich wysp San Fernando Pampanga, w miasteczku jest już tłum ludzi. Co i rusz spotykam "Chrystusów" odzianych w długie szaty i niosących krzyże. Najbardziej rzucają się jednak w oczy biczownicy. Są ich setki. Chodzą pojedynczo lub w szpalerach, na boso, do połowy rozebrani, z chustką na twarzy, biczując się po plecach bambusowymi prętami lub powrozami. Początkowo myślę, że to co rozbryzgują na prawo i lewo to czerwona farba, ale szybko sobie uświadamiam, jak bardzo się mylę. Zresztą chwilę potem jestem świadkiem jak biczownicy nacinają sobie plecy "szczotką" z kawałków szkła. Nic dziwnego, że po kilku godzinach ulice niemal spływają krwią.

Dać się przybić

filip-biczownik.jpgIdę do miejscowego kościoła dowiedzieć się o zakończoną ukrzyżowaniami Drogę Krzyżową. Informacji jednak nie uzyskuję - księża "odcinają się" od krwawego obrzędu. Ale nawet zakazy duchownych nie są w stanie ukrócić tradycji. Nie jest zresztą ona wcale taka długa - przybijanie się do krzyża zapoczątkowano w 1962 roku. Teraz co roku decyduje się na to kilkanaście osób, niekiedy także kobiety. Zazwyczaj jest to decyzja związana z jakąś intencją - prośbą lub aktem dziękczynnym.

-Ja krzyżuję się już osiemnasty raz. Jestem wdzięczny za uratowanie syna z wypadku - mówi mi przygotowujący się do kolejnego zawiśnięcia na krzyżu poznany Roberto. Pokazuje mi swoje dłonie. Żadnej dziury w nich nie ma, jedynie blizna. Za kilka godzin ręce znowu będą  przebite. Mężczyzna jest opanowany, choć lekko podenerwowany. Jego żona nie idzie na procesję -  woli nie widzieć cierpienia Roberto.

Zdarzały się też wypadki ukrzyżowania cudzoziemców. Pierwszy, w 1996 roku, odważył się na ten krok Japończyk, potem, cztery lata później w jego ślady poszedł Sebastian Horsley, artysta z Londynu. Ogólnie jednak Filipińczycy nie chcą turystów w roli Chrystusów. W przypadku Horsley`a, dla którego akt ukrzyżowania był swoiście pojmowaną inspiracją do sztuki, zdobycie zezwolenia kosztowało ponoć tysiąc funtów brytyjskich łapówki.

filip-pilat.jpgJa tymczasem obserwuję ostatnie przygotowania do mającej się właśnie rozpocząć kilkugodzinnej procesji. Najważniejszy "Piłat" biega z UKF-ką i telefonem komórkowym, "Maria Magdalena" poprawia makijaż, "Weronika", która potem będzie przecierać "Jezusom" twarz obgryza owoc mango, a "legioniści rzymscy" popijając coca-colę opowiadają sobie dowcipy. W końcu - zaczyna się! Historycznym postaciom towarzyszy tłum bosonogich ludzi na zmianę dźwigających wielkie krzyże, na których zawisną potem ochotnicy. Swój krzyż ma też "dyżurny Chrystus" odgrywający inscenizację poszczególnych stacji drogi krzyżowej. Upał dochodzi do 40 stopni. Żałuję że nie wpadłam na to, by podobnie jak miejscowi, przyjść z parasolem, jak sama nazwa wskazuje, przeznaczonym do ochrony przed słońcem.

W końcu procesja dochodzi na "Golgotę", wzgórze na którym odbywają się ukrzyżowania. Gapie tworzą wielkie koło, w środku zaczyna się szokujące widowisko. "Chrystusów" przywiązuje się do leżącego na ziemi krzyża, pojawia się "kat" który polewa ich dłonie płynem dezynfekcyjnym, po czym wprawnymi ruchami wbija nierdzewne gwoździe w miejsce, gdzie nie ma żadnych ścięgien czy żył. Na życzenie można przybić również nogi, ale mało kto się na to decyduje. Chwilę później krzyże stawiane są do pionu - równocześnie po trzy. W stosunku do Ewangelii różnica polega na tym, że tu nie ma "łotrów" - wszyscy są uznani za bohaterów, dobrych "Chrystusów".

filip-lezacy.jpgTłum kibicuje sprawiając wrażenie zachwyconego widowiskiem. -Przepraszam, czy możesz odwrócić głowę w naszą stronę? - od wiszącego na krzyżu chłopaka domagają się filmowcy z kamerą z logiem HBO. Mdlejący z bólu ukrzyżowany albo nie słyszy, albo po prostu nie ma siły spełnić ich prośby. Jego twarz ocieka potem, a poza tym przepełnia ją grymas bólu. Chwilę potem ledwo przytomny, lekkim skinieniem głowy daje znak żeby go zdjąć. Większość "Chrystusów" wytrzymuje na krzyżu kilkanaście minut. Potem gwoździe się wyjmuje, lekarz opatruje im ręce i… mogą iść do domu.

O Longinusie, który stracił  głowę

Filipiny są jedynym w całej Azji krajem chrześcijańskim. To pozostałość po czasach trwającej przez ponad trzy wieki, zakończonej dopiero w 1898 roku hiszpańskiej kolonizacji. Prawie 84 proc. z ok. 91 milionowej populacji deklaruje religię rzymskokatolicką. Nic dziwnego że Wielkanoc jest tak uroczyście obchodzona, przy czym są pewne zwyczaje typowe wyłącznie dla konkretnych wysp. Przykładem jest Festiwal Moriones odbywacy się w Wielką Sobotę i Niedzielę na wyspie Marinduque.

filip-krzyz.jpgAby się tam dostać z San Fernando (miejsca ukrzyżowań) muszę zaliczyć kilka godzin jazdy autobusami plus dwugodzinną przeprawę promem. Kiedy w sobotnie popołudnie docieram do miasteczka Boac na Marinduque, trwają już ostatnie przygotowania do "ścięcia Longinusa". Chodzi o widowisko nawiązujące do opisanego w Ewangelii św. Jana zdarzenia, którego bohaterem był ślepy na jedno oko rzymski centurion, owy Longinus (czyli Longin). To on właśnie przebił włócznią bok ukrzyżowanego Chrystusa, a krew która opryskała mu twarz sprawiła, że w cudowny sposób nagle odzyskał wzrok. Od tej pory były oprawca stał się gorliwym wyznawcą nowej religii (potem kanonizowanym) - przyjął od apostołów chrzest, porzucił służbę w armii i z Judei powędrował do rodzinnej Kapadocji gdzie głosił chrześcijańskie nauki. Wysłani przez Piłata żołnierze znaleźli Longinusa - nawrócenie przypłacił męczeńską śmiercią poprzez ścięcie mieczem.

Historię tę obrazuje zrobiona z rozmachem inscenizacja, jaką w Wielką Sobotę można zobaczyć w ramach kilkugodzinnego widowiska plenerowego na obrzeżach miejscowości Boac. Aktorami są okoliczni mieszkańcy - zwykli ludzie, którzy z ogromnym przejęciem uczestniczą w wielomiesięcznych próbach, sami szykują sobie stroje, przygotowują scenografię, aż w końcu mają swoje "pięć minut" podczas spektaklu oglądanego przez setki widzów rozsiadających się na okolicznych wzgórzach, dachach domów czy płotach. Wiele scenek nawiązuje do filipińskiej codzienności, ale niestety przedstawienie jest w języku filipino, nie sposób więc cudzoziemcowi zrozumieć znaczenia wszystkich scenek.

Zbroja z puszek

filip-rycerze.jpgPo kilku tygodniach samodzielnego podróżowania na święta spotykam się z kolegami z Polski - od tej pory przez pewien czas będziemy jeździć razem. Wielką Niedzielę rozpoczynamy uroczystym śniadaniem. Filipińczycy nie robią święconek i pisanek, nie widzimy jednak powodu aby nawet na drugim końcu świata zrezygnować z tej pięknej, typowo polskiej tradycji. W zaprzyjaźnionej knajpce prosimy, aby ugotowano nam jaja, które ozdabiamy kolorowymi kalkomaniami, wyciągam też przywiezionego z Polski baranka i ozdobnego kurczaka. Chwilę później mamy przy stoliku zbiegowisko - wszyscy chcą wiedzieć skąd jesteśmy i jak  wygląda polska Wielkanoc.

Wkrótce jednak wracamy do obrzędów filipińskich. Wynajętym tricyklem (trzykołowa riksza) jedziemy do pobliskiego Mogpog, gdzie w ramach Festiwalu Moriones od samego rana trwa parada będąca zarazem konkursem strojów. "Moriones" to właśnie postacie z charakterystyczną zbroją i maską. Okazuje się, że nawet na przebranie legionisty rzymskiego może być niezliczona liczba patentów - są zbroje z muszelek, sprasowanych puszek po piwie, a za tarczę może służyć choćby zwykła samochodowa felga. Niesamowite są też kolorowe maski - większość z nich wykonuje się z papier-mâché.

filip-maska.jpgParadę kończy wesoły festyn z potańcówką na szkolnym boisku. Jak się okazuje "zbroje" nie przeszkadzają legionistom tańczyć rock and rolla. Nagle - zamieszanie. W rozbawiony tłum wpada Longinus, a zaraz za nim - ścigający go "żołnierze". Zanim dochodzi do "ścięcia", Longinus rozrzuca cukierki, oczywiście ku radości licznych dzieciaków. Chwilę potem mamy możliwość zobaczenia kulminacyjnej sceny - obciętą głowę (maskę) pokazuje się wiwatującemu tłumowi. To nic, że powinno się dopingować Longinusa, a nie kata - nie ma to tutaj znaczenia, bo liczy się głównie scena ścięcia. Trzeba przyznać, że dokonane jest ono na tyle perfekcyjnie, że przez moment jego realizm aż mnie mrozi! Z szoku wyrywa mnie głos: "Halo-halo! Halo-halo!". Tak nazywają się filipińskie lody wykonane z mleka oraz zmiksowanego lodu i owoców.  Lodów nie kupuję, ale widząc jak aktor grający Longinusa znowu paraduje "z głową na karku" myślę sobie, że okrzyk "halo-halo" skutecznie pomaga powrócić do rzeczywistości...

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Transport lokalny: Jadąc na uroczystość ukrzyżowań pamiętajmy, że na wyspie Luzon są aż trzy (!) miasta o nazwie "San Fernando". Nie zapomnijmy więc o dodaniu końcówki "Pampanga", bo inaczej możemy trafić zupełnie gdzie indziej. Z Manili dojazd trwa, w zależności od trasy i autobusu, od pół do półtorej godziny, a kosztuje 0,75 -2 dolary.

Zdrowie:
Nie ma wymagań dotyczących szczepień. W przypadku niektórych rejonów zalecana jest profilaktyka antymalaryczna, ale w miejscach opisanych w tekście, ryzyka malarii nie ma.

filip-jeepney.jpgBezpieczeństwo: Ze względu na sytuację polityczną oficjalnie nie zalecane są wyjazdy na wyspę Mindanao i archipelag Sulu, chociaż najlepszym źródłem informacji na temat stopnia ryzyka są miejscowi. W ostatnich latach odnotowuje się wzrost przestępstw kryminalnych w Manili - dość popularnym sposobem okradania turystów jest dosypywanie im do drinków narkotyków. Lepiej też unikać wieczornych spacerów w podejrzanych dzielnicach.

Język: Filipiński (filipino), oparty na dialekcie tagalo. W powszechnym użyciu są też inne dialekty - w zależności od wyspy np. cebuano, ilocano. W wielu miejscach, zwłaszcza tych odwiedzanych przez turystów, można się zwykle dogadać po angielsku, a ze starszym pokoleniem - po hiszpańsku.

Waluta: peso filipińskie (PHP).

Różnica czasu: w stosunku do Polski plus 7 godzin.

Elektryczność: 220  V, niekiedy 110 V; wtyczki typu amerykańskiego  - z dwoma płaskimi bolcami.

Ambasady:
najbliższa ambasada Republiki Filipin  znajduje się w Budapeszcie (H-1026 Budapest, Gábor Áron utca 58), tel. (0-0 36 1) 200 5523. Z kolei na Filipinach nie ma polskiej placówki dyplomatycznej - kraj ten jest pod opieką ambasadora RP akredytowanego w Tajlandii w Bangkoku.

Back to top