Królestwo szczęśliwości
Hits: 10434

bhutan-klasztor.jpgBHUTAN
Trudno uwierzyć, że istnieje jeszcze kraj, gdzie nie ma McDonald`sów i świateł drogowych, nie ma afer i korupcji, i gdzie nawet biedni ludzie są szczęśliwi, a na dodatek szczerze kochają swojego władcę. Gdzie tak jest? W Bhutanie, jednym z najmniej znanych krajów świata




Już od dawna marzyłam o podróży do tego kraju. Tajemnicze, przez lata niedostępne, kompletnie odizolowane do świata „Królestwo Grzmiącego Smoka”, bo tak brzmi jego oficjalna nazwa, stanowiło białą plamę na mapie w sumie dobrze już mi znanej Azji. Z nielicznych relacji tych, którym udało się tam wjechać, wiedziałam że to kraj piękny krajobrazowo, emanujący spokojem, zupełnie inny od reszty świata.


Szlaban dla globalizacji

Marzenia czasem się spełniają. Pewnego dnia zjawiłam się na warszawskim lotnisku, próbując odprawić swój bagaż do Bhutanu. –Dokąd? – pani przy odprawie wyraźnie nie kojarzyła nazwy. –Bhutan? Może lepiej propan? – błysnął poczuciem humoru przysłuchujący się rozmowie inny pasażer.

bhutan-telefon.jpgSzczerze mówiąc trudno się dziwić, że wiele osób nawet nie kojarzy nazwy „Bhutan” Pierwszych cudzoziemców wpuszczono do tego kraju dopiero w 1974 r., przez kolejne lata zezwalano na wjazd do 200 osób rocznie. Potem limity stopniowo zwiększano, ale nawet obecnie nie jest to turystyka masowa – w 2010 roku kraj odwiedziło 21 tys. ludzi.

Teraz Bhutan szybko się unowocześnia, ale i tak wszelkie nowości docierają tu z dużym opóźnieniem. Banknoty wprowadzono zaledwie kilka lat temu, co i tak nie wyparło odwiecznego handlu wymiennego, uliczne automaty telefoniczne zamontowano w 2003 r., pierwsze samochody w stolicy kraju pojawiły się w 1962 r. (asfaltowe ulice jeszcze później), a do 1958 r. legalne było niewolnictwo! Od 1999 r. można już oglądać w Bhutanie programy narodowej telewizji. Postęp i otwarcie na świat są zasługą poprzedniego króla, dzieło kontynuuje teraz jego syn. Zalew dóbr Zachodu jest jednak kontrolowany, zaś znakiem współczesnych czasów są telefony komórkowe używane już nawet przez małoletnich mnichów. Nadal nie znajdziemy w Bhutanie McDonaldsów, elektryczność ma jedynie 30 proc. gospodarstw, a na polach zamiast traktorów pracują woły.


Święty na tygrysie

Dolina, w której leży Paro, miasto, w którym wylądowałam, jest jednym z najciekawszych rejonów Bhutanu. Dzięki uprawom ryżu, szparagów, truskawek czy jabłek (które eksportuje się do Bangladeszu), ludziom żyje się lepiej niż gdzie indziej w kraju, co widać m.in. po solidnych domach krytych blachą, czego brak w innych częściach królestwa. Najsłynniejszym obiektem miasta jest bhutan-mnisi.jpgParo-dzong, czyli ufortyfikowany kompleks klasztorno-administracyjny wybudowany na stromym zboczu w XVII w. Białe ściany urozmaicają brązowe wykończenia okien i czerwony pas, w środku jest dziedziniec otoczony ozdobnymi kolumnami , gzymsami o skomplikowanych wzorach, a przede wszystkim malowidłami o religijnym przesłaniu. Gdy patrzę na małych mnichów z mieszczącej się w dzongu klasztornej szkoły, przypomina mi się film Mały Budda, który kręcono tu w 1993 r.

Ubrani w bordowe szaty mnisi mają akurat przerwę w studiowaniu świętych tekstów – podbiegają do mnie, prosząc o zdjęcie, które potem z radością oglądają na wyświetlaczu aparatu. Teraz młodzi chłopcy mają już na ogół możliwość wyboru odnośnie decyzji pozostania w klasztorze, ale dawniej przyjęte było, że każda rodzina jednego z synów po skończeniu przez niego 10 roku życia, kierowała na ścieżkę wiary.

bhutan-tygrysie gniazdo.jpgZ historycznego punktu widzenia do najważniejszych w Bhutanie miejsc sakralnych należy położony w pobliżu Paro, zawieszony na klifie 900 metrów ponad doliną klasztor Taktshang, albo inaczej „Tygrysie gniazdo”. Nazwa nawiązuje do legendy, wedle której w tych trudno dostępnych skałach miał swoją pustelnię przyniesiony na grzbiecie latającego tygrysa Guru Rinpoche. To właśnie ten afgański jogin w VIII wieku wprowadził na tereny dzisiejszego Bhutanu buddyzm, a dokładniej jego zbliżony do tybetańskiego tantryczny odłam nazwany Drukpa Kagu. Teraz do wydawałoby się niedostępnego klasztoru prowadzi szlak, który można pokonywać pieszo, walcząc z zadyszką (nic dziwnego skoro wchodzi się na prawie 3000 m n.p.m.) lub wjeżdżając na grzbiecie muła. Nagrodą za trudy wspinaczki są ładne widoki i możliwość zwiedzenia kompleksu składającego się w sumie z ośmiu świątyń.


Król na trekingu

bhutan-piszczalki.jpgKolejny dzień rozpoczynamy od wizyty na… stadionie. Rywalizacja jest zacięta, co zresztą słychać po okrzykach kibiców. Nie chodzi jednak o mecz piłki nożnej, w którą owszem, czasem też się tutaj gra, chociaż w światowych rankingach FIFA Bhutan jest dopiero na mało zaszczytnym przedostatnim miejscu. Sportem narodowym jest w tym kraju datse, czyli w tłumaczeniu na nasze: łucznictwo. Strzela się do niewielkich tarczy umieszczanych na zawodach w odległości 140 metrów (dla porównania na igrzyskach olimpijskich dystans wynosi 50 metrów), przy czym tradycyjne łuki zrobione są ze zwykłego bambusa.

Umiejętności to jedno, ale przesądy z nimi związane też są istotne. Uważa się na przykład, że pecha przynosi dotknięcie strzały przez kobietę, zaś kontakty seksualne w noc przed zawodami, powodują osłabienie. A walczyć jest o co – poza sławą na zwycięzców czekają nagrody takie jak telewizory czy odtwarzacze MP3, będące dla wielu Bhutańczyków towarami luksusowymi. „Poszkodowani” są mnisi, którzy mają zakaz strzelania z łuku, co rekompensują sobie polegającą na rzucaniem kamieni grą zwaną daygo.

bhutan-czorten.jpgMy tymczasem opuszczamy Paro i wyruszamy do odległego o 65 kilometrów Thimhpu. Liczące około 50 tys. mieszkańców miasto to, jak się śmieją niektórzy, jedyna w świecie stolica w której nie ma świateł drogowych. Jakiś czas temu na krótko nawet jedne się pojawiły, ale uznano, że tylko psują atmosferę miasta. Zamiast nich stoją policjanci, którzy z ozdobnych stanowisk na środku rond z zapałem kierują ruchem przy pomocy gestów.

Zwiedzanie stolicy rozpoczynamy od Narodowego Pomnika Czortena – wielkiej białej wieży pełniącej rolę świątyni, upamiętniającej trzeciego monarchę, zmarłego w 1972 roku. Przy okazji pytamy o obecnego władcę. Przystojny, nieżonaty, urodzony w 1980 roku Jigme Khesar Namgyel Wangchuck, który w wieku 28 lat objął tron po abdykującym ojcu, cieszy się ogromnym autorytetem i szacunkiem. Ponoć zaraz po przejęciu rządów urządził sobie treking między górskimi wioskami, rozmawiając z mieszkańcami i w ten sposób zdobywając wiedzę, jakie reformy należy przeprowadzić. Co ciekawe, w Bhutanie nie wypada zwracać się do monarchy napuszonym „Wasza Wysokość”; wystarczy „Jego Ekscelencja”.


Takin na skrzyżowaniu

Po obejściu czortenu dookoła (zgodnie z buddyjskim zwyczajem zgodnie z ruchem wskazówek zegara) i pokręceniu w różnych osobistych intencjach młynkami modlitewnymi, jedziemy na punkt widokowy jakim są okolice wieży telewizyjnej. Z góry otoczone zielonymi górami miasto wygląda bardziej jak kurort wypoczynkowy, niż główny ośrodek gospodarczo-administracyjny. Zabudowa to kilkupiętrowe schludne domy, albo budowle w stylu bhutan-takin.jpgbutańskim, czyli podobnym do tybetańskiego, nie ma natomiast drapaczy chmur i biurowców w stylu zachodnim.

W pobliżu, w ogrodzonym leśnym parku, żyją takiny – narodowe zwierzęta Bhutanu. W rzeczywistości te wielkie, ważące nie rzadko tonę himalajskie zwierzaki, porównywane przez Bhutańczyków do krów z głową kozy, to krewniaki piżmowołów. Swego czasu był pomysł, aby pokazywać takiny w ramach tworzonego mini-zoo, jednak ówczesny król sprzeciwił się więzieniu zwierząt, twierdząc że jest to niezgodne zarówno z zasadami buddyzmu jak i humanitarnymi ideami propagowanymi przez państwo. W tej sytuacji takiny wypuszczono na wolność, ale kiedy zanadto oswojone zaczęły snuć się po ulicach miasta, nie było wyboru – trzeba było ponownie umieścić je za płotem.


Kira czy dżinsy?

Zjeżdżając z powrotem do miasta przewodnik pokazuje nam pole golfowe, jedno z najwyżej położonych w skali świata (około 2300 m n.p.m.). Jednak najciekawsze według mnie miejsce w mieście, to odbywający się w weekendy bazar, świetnie ilustrujący, czym żywią się Bhutańczycy. Można na nim kupić zarówno warzywa i owoce – od bakłażanów po banany czy mango, jak i suszone ryby,  niezbędne w miejscowej kuchni papryczki chili, kulki datse – sera domowej roboty, a zimą gicze z jaka, oczywiście z kopytami.

bhutan-gimbus.jpgDzień kończymy spacerem po centrum. W sklepach z pamiątkami kupujemy rytualne maski, a także pocztówki, które od razu wysyłamy wiedząc, że przyklejone do nich bhutańskie znaczki  to dla kolekcjonerów wielka gratka.

Akurat jest sobota, mamy więc okazję poobserwować, jak spędzają wolny wieczór miejscowi. Część z nich przesiaduje w kafejkach internetowych, inni idą zabawić się do coraz liczniej powstających pubów, klubów lub lokali karaoke. O tej porze na ulicach dominują normalne ubrania, nie różniące młodych Bhutańczyków od ich rówieśników z innych zakątków świata. Dżinsy, kolorowe koszulki to standard, ale rano, do szkoły lub do pracy, czy idąc w jakiejś sprawie do urzędów, znowu założą swoje tradycyjne stroje – panowie sięgające kolan gho, kobiety długą aż do kostek przepasko-spódnicę zwaną kira. Nawet nie dlatego, że taki mają nakaz, ale dlatego że rzeczywiście tak lubią. –Wszyscy w naszym kraju nosimy takie same stroje. Zarówno król jak i ubogi wieśniak. Dzięki temu wszyscy czujemy się równi – tłumaczą.


Priorytet: Szczęście Krajowe Brutto

-Palicie? – pyta nas grzecznie spotkany młody chłopak. Ma pecha, bo nie palimy. Oczywiście wiemy, jaki jest podtekst pytania. Bhutan to jak na razie jedyne na świecie państwo, w którym obowiązuje całkowity zakaz palenia w miejscach publicznych, a także zakaz handlu wyrobami tytoniowymi, chłopak liczy więc po cichu, że może go poczęstujemy. Kupić papierosów nie może, jako że właścicielom sklepów łamiących prawo grozi wysoka grzywna (225 dolarów, jak na miejscowe realia bardzo dużo), a nawet utrata licencji na handel. Palić można w domach, ale mało kogo stać na taki luksus, bo choć na użytek własny można papierosy sprowadzić z zagranicy, nałożono na nie bardzo wysokie cła. Nic dziwnego, że prezent w postaci papierosów może bhutan71.jpgbyć mile widziany, chociaż trzeba uważać, aby nie zostać oskarżonym o przemyt. Inna sprawa, że według oficjalnych statystyk rządu bhutańskiego, palacze stanowią zaledwie 1 proc. bhutańskiego społeczeństwa.

Dużo łatwiej niż z papierosami jest z alkoholem – do wyboru jest m.in. piwo „Red Panda”  (swoja drogą zaliczane do gatunków zagrożonych wyginięciem czerwone pandy w Bhutanie rzeczywiście występują), natomiast dla miłośników mocniejszych trunków dostępna jest miejscowa whisky. Jednak i w tym zakresie są pewne ograniczenia. Nie da się np. kupić alkoholu przed godziną 13-tą, a cały wtorek to dzień prohibicji.

W międzyczasie chłopak, który dopytywał się o papierosy, docieka skąd jesteśmy. Mówi całkiem niezłym angielskim. Reforma szkolnictwa sprawiła, że praktycznie wszystkie bhutańskie dzieci mogą zdobywać wiedzę, a starsza młodzież coraz częściej wyjeżdża na studia zagraniczne, głównie do USA, Kanady i Wielkiej Brytanii. Zresztą obecnie panujący król to absolwent m.in. Oxfordu.  Statystyki edukacyjne „psują” mieszkańcy trudno dostępnych wiosek na zboczach gór – w rezultacie wychodzi na to, że wśród obywateli powyżej 15 roku życia czytać i pisać umie wciąż mniej więcej połowa społeczeństwa (47%).

Nasz rozmówca okazuje się studentem. Ma 25 lat, przynajmniej według jego obliczeń. Problem w tym, że operowanie tradycyjnym kalendarzem butańskim jest dość zawiłe. Do wieku danej osoby wlicza się czas spędzony w łonie matki, a poza tym obliczenia bazują nie na konkretnej dacie tylko na roku kalendarzowym. W rezultacie podawany „wiek bhutański” może różnić się od tego według kryteriów europejskich o nawet 2 lata.

bhutan61.jpgCo ciekawe, sam kalendarz również jest dość ruchomy. Święto Nowego Roku, czyli tak zwany Losar, nie ma stałych dat - przypada między połową stycznia i połową marca, a na dodatek jego daty mogą być różne w różnych zakątkach kraju! Duży wpływ na układ kalendarza mają urzędowi astrolodzy, których zadaniem jest takie ustawianie dat czy miesięcy, aby było to jak najbardziej korzystne z punktu widzenia państwa. Dlatego też nikogo z Bhutańczyków nie dziwi pojawienie się np. dwóch październików, jeśli astrolodzy uznają je za wyjątkowo szczęśliwe, a pominięcie innego miesiąca, który wróżyłby jakąś klęskę. Najprościej w kwestiach kalendarzowych jest z nazwami poszczególnych lat, podobnie jak to jest w horoskopie chińskim. W Bhutanie nazwy są jednak bardziej rozbudowane – do 12 zwierząt patronujących danym latom, dochodzi jeszcze 5 elementów natury. W ten sposób rok 2009 jest rokiem „Ziemi-Wołu”, natomiast 2010 to rok „Żelaza-Tygrysa”.

Podpytujemy naszego nowego znajomego, czy nie zamierza wyemigrować z kraju, przenosząc się tam gdzie jest nowocześniej. Jest wręcz oburzony. Przecież tu jest jego ojczyzna, tu czuje się szczęśliwy! Nie widać w jego poglądach wpływu propagandy; rzeczywiście tak myśli. W ramach przykładów dbałości państwa o obywateli opowiada o sytuacjach, kiedy miejscowi lekarze nie mogąc poradzić sobie z jakimś skomplikowanym przypadkiem, wysyłają chorych na sponsorowane przez rząd leczenie w szpitalach zagranicznych, przeważnie w Indiach. Rząd troszczy się też o ekologię. Ostatnio wydano komunikat ostrzegający przed skutkami  masowej wycinki tysięcy młodych drzew, wykorzystywanych do bhutan-usmiech.jpgzawieszania buddyjskich sztandarów. W tym akurat przypadku perspektywiczne myślenie bierze górę nad tradycją - tłumaczy się społeczeństwu, że takie działanie doprowadza do dewastacji krajobrazu i tym samym szkodzi szczęściu obywateli. Pojęcie „szczęścia” stosuje się w Bhutanie zresztą często. PKB, czyli produkt narodowy brutto jest w tym kraju dość niski (w 2008 roku 5,238 USD na jednego mieszkańca, podczas gdy w Polsce mieliśmy 17,482 USD), tak więc władza woli operować pojęciem „Szczęścia Krajowego Brutto”. Oparte jest ono na czterech filarach: zachowaniu dziedzictwa kulturowego, ochronie naturalnego środowiska, równomiernym rozwoju społeczno-ekonomicznym i dobrym rządzeniu. Propaganda? Pewnie tak, ale w imię dobrej sprawy. Kraj w którym jeszcze pół wieku temu nie było dróg, szpitali i szkół, teraz zaskakuje tempem rozwoju, przemyślanymi reformami i dającą poczucie bezpieczeństwa stabilizacją. Równocześnie nie ma w Bhutanie problemów z terroryzmem, bandytyzmem, nie ma afer i politycznych skandali, bardzo ostro tępi się wszelkie przejawy korupcji, no i w efekcie praktycznie nie słyszy się narzekań obywateli.


Fallus na ścianie


Bhutan to bardzo małe państwo – jego powierzchnia (46,5 tys. km kw.) porównywalna jest z obszarem województwa mazowieckiego połączonego z opolskim. Nic dziwnego, że patrząc na mapę Azji niekiedy trudno Bhutan zauważyć. Aż dziwne, że wciśnięty między dwóch olbrzymich powierzchniowo i silnych politycznie sąsiadów, Chiny i Indie, umiał zachować niezależność, no i nigdy też nie poddał się zachodniej kolonizacji. Z Chinami kontakty ma dość napięte, z Indiami – poprawnie przyjacielskie, tym bardziej że zgodnie z podpisanymi traktatami w razie czego może liczyć na pomoc indyjskiej armii.

bhutan-choragiewki.jpgNiewielkie rozmiary himalajskiego królestwa nie oznaczają jednak, że błyskawicznie je przemierzymy. Fakt, w państwie które ma zaledwie 300 km długości i 150 km szerokości – dystanse są niewielkie, za to ze względu na kręte, górskie drogi przejazdy bywają bardzo czasochłonne. Nam 70 km z Timphu do Punakha zabiera 3 godziny. Inna sprawa, że po drodze musimy się „wdrapać” na sięgającą 3140 m przełęcz Dochu La. Zdobią ją kolorowe flagi modlitewne z wypisanymi modlitwami, według buddyjskich wierzeń roznoszonymi przez wiatr. Pięć kolorów (czerwony, zielony, żółty, niebieski i biały) symbolizuje pięć żywiołów - odpowiednio: ogień, wodę, ziemię, przestrzeń, zaś biel – przestrzeń, wiatr i chmury.

Na przełęczy warto się zatrzymać, bo to świetny punkt widokowy na ośnieżone szczyty Himalajów. W znajdującej się przy parkingu kafeterii, na zdjęciu, można zobaczyć jak wygląda najwyższy szczyt Bhutanu, mający 7541 m Ganghar Puensum.
W sumie na terenie tego małego himalajskiego królestwa jest aż 20 siedmiotysięczników. Tam właśnie, w wysokich górach, jak się opowiada żyją yeti, przez Bhutańczyków nazywane migoi. Według bhutan70.jpgtutejszych podań tajemnicze stwory mogą stawać się niewidzialne, co tłumaczy że tak trudno je spotkać, a ponieważ ich stopy są odwrócone o 180 stopni, utrudnia to ich wytropienie.

Przy okazji postoju przewodnik zaprasza mnie na herbatę. –Wolisz ngaja czy suja? – pyta. Wybałuszam oczy, ale zaraz zostaję wtajemniczona w różnice przyrządzania ulubionego napoju Bhutańczyków. Otóż ngaja to słodka herbata gotowana z mlekiem, podobna do tej, jaką znałam już z Indii. Z kolei suja to herbata w stylu tybetańskim, słona i z dodatkiem masła. Widząc moje zainteresowanie lokalnymi ciekawostkami, właściciel knajpki przynosi jeszcze doma, czyli orzech arechowy, który zawinięty w liście pieprzu betelowego wkłada się do ust i żuje. Znam ten specjał z innych krajów Azji i ogólnie mówiąc za nim nie przepadam. W tym przypadku jednak nie wypada mi odmówić – doma to znak przyjaźni. Przez następny kwadrans męczę się z gorzkim smakiem, cierpnącymi ustami i czerwoną śliną, sprawiającą wrażenie jakbym pluła krwią. Moja skrzywiona mina budzi śmiech obsługi baru. Cóż, różnimy się w gustach. Bhutańczycy za domą przepadają.

bhutan-penis.jpgKolejny przystanek to już położona w dolinie świątynia Chimi Lhakhang, do której musimy dojść przez rozległe pola. Na miejscu wita nas kapłan dzierżący w dłoni wielkiego drewnianego fallusa. Zaraz potem błogosławi mnie owym atrybutem, podczas gdy przewodnik wyjaśnia mi, że te magiczne praktyki to panaceum na płodność. Inne panie z grupy chyba nie chcą powiększać swoich rodzin, bo profilaktycznie się wycofują. A swoją drogą fallusy to częsty element widoczny na bhutańskich domach. Wymalowane na ścianach albo zawieszone na dachach, nie są wyłącznie ozdobą, bardziej – amuletem odstraszającym złe duchy i przynoszącym szczęście.


Człowiek przyjacielem psa

W końcu docieramy do celu, a zarazem do najbardziej na wschód wysuniętego punktu naszej bhutańskiej wyprawy. Przed nami wznosi się masywny, otoczony drzewami kwitnącej na fioletowo butan-dzong ostatni.jpgdżakarandy  Punakha Dzong. Od drogi oddziela go rzeka, przez którą przerzucono most. Patrząc z jakim namaszczeniem przed wejściem nasz przewodnik ubiera rytualną szarfę zwaną kabney, dociera do nas, jak ważne dla Bhutańczyków jest to miejsce. Inna sprawa, że przy bramie i tak stoi policjant, którego obowiązkiem jest kontrola „poprawności” stroju wchodzących i w razie czego zawrócenie tych niestosownie ubranych.

Krótko po wybudowaniu dzongu w XVII wieku zamieszkiwło w nim 600 mnichów, a klasztor stał się rezydencją najwyższych władz duchownych. Później mieściła się tu również siedziba rządu, jako że pobliska miejscowość Punakha do roku 1955 była stolicą Bhutanu. Na przestrzeni wieków warowny kompleks wielokrotnie był niszczony, przez powodzie, pożary, a także w trzęsieniu ziemi jakie miało miejsce w 1897 roku, jednak dzięki remontom wciąż wygląda imponująco. To w nim w 1907 roku koronowano pierwszego dziedzicznego króla Bhutanu.

Tuż przy wejściu witają nas wizerunki „czterech strażników”, każdy odpowiedzialny za inny kierunek świata. Różnią się kolorem twarzy i dzierżonymi symbolami. Zaraz potem na jednym z fresków oglądamy rysunkową wersję najpopularniejszej bhutańskiej bajki „O czterech przyjaciołach”. Jej bohaterami są bhutan-bajka.jpgzwierzęta, które postanowiły połączyć siły, by wspólnie zdobywać pożywienie. I tak paw znalazł nasionko i zasadził je, królik podlewał, małpa użyźniała, zaś słoń pilnował. Morał? Współpraca popłaca.

Co do zwierząt, to bajki bajkami, ale największymi względami ze strony ludzi cieszą się w Bhutanie psy. Nikogo z Bhutańczyków nie denerwują stada bezpańskich czworonogów szwędających się po ulicach miast, także i stolicy, tym bardziej że jedno z lokalnych przysłów mówi: „jeśli chcesz zdobyć zasługi, bądź dobry dla psów”. Wierzy się, że psy mogą w kolejnym wcieleniu odrodzić się jako ludzie, lepiej więc z nimi dobrze żyć. Poza tym mogą nam po śmierci pomóc, bo kiedy zgubimy się w ciemnościach zaświatów, światełkiem na ogonie pokażą właściwą drogę. Słysząc takie opowieści trudno nie darzyć Bhutańczyków sympatią.

Następnego dnia wylatuję już z Bhutanu. W samolocie rozmyślam o słynnej Shangri-La, ukrytej pośród Himalajów krainie wiecznej szczęśliwości, zamieszkałej przez długowiecznych ludzi, którzy celowo unikają kontaktów ze światem zewnętrznym. Zdaniem niektórych Shangri-La  nie była wyłącznie fikcją literacką (jej opis stanowi kanwę wydanej w 1933 roku powieści „Zaginiony horyzont Jamesa Hiltona), ale rzeczywiście gdzieś istnieje. Może to właśnie Bhutan?

Back to top