Expressem przez Południowo-Wschodnią Azję
Hits: 3825

WIETNAM-KAMBODŻA-LAOS-BIRMA/MYANMAR

Blog z wyjazdu. Cztery łatwe do podróżowania, tanie kraje, czyli mały zakątek Azji w "pigułce".


Termin wyjazdu:
luty 2014 rok
Ekipa: kilka osób (ja w roli pilota)





 

 

 

2 luty, Zatoka Ha Long (Wietnam)
Tu gdzie smok wylądował


wiet3.jpgNo i zaczynamy nasz trzytygodniowy objazd Południowo-Wschodniego krańca Azji. Na pierwszy rzut poszedł Wietnam i okolice Hanoi. Zatoka Ha Long na której dziś nocujemy (bo dzisiejszą noc spędzamy na statku stylizowanym na tradycyjną dżonkę), to jedno z miejsc wybranych w głosowaniu internautów do utworzonej niedawno Współczesnej Listy Siedmiu Cudów Świata. Nie powiem, miejsce ładne, choć gdyby było mniej pochmurno, widoki byłyby jeszcze fajniejsze.

wiet2.jpgTen niesamowity krajobraz to według legend dzieło smoka - nazwa „Vinh Ha Long” oznacza dosłownie „Zatokę zanurzającego się smoka”. Ponoć gnębieni przez Chińczyków Wietnamczycy (bo kraj ten był przez około tysiąc lat pod panowaniem chińskim) wezwali na pomoc smoka, który sprawił że powstało mnóstwo wysepek, o które wrogie statki się po prostu porozbijały. Inna wersja opowieści o wiet5.jpgChińczykach już nie wspomina, ale smok jak najbardziej w niej występuje. Że niby żył w górach, a kiedy pewnego dnia postanowił się przebiec do morza, wyżłobił ogonem głębokie bruzdy, które po zanurzeniu się smoczyska, zalała woda.

Ogólnie jest tych wysepek około 2 tysięcy, a że to twory wapienne, więc oprócz widoków jakie tworzą, ciekawostką udostępnioną dla turystów są też powstałe w nich jaskinie. Oglądaliśmy „Jaskinię Zadziwiającą”. Rzeczywiście mnie zadziwiła, bo szczerze mówiąc spodziewałam się jakiejś mało ciekawej dziury w ziemi, a tymczasem okazało się, że jaskinia jest naprawdę ogromna i ciekawa.

Atrakcją samą w sobie były też serwowane w ramach posiłków owoce morza. Objedliśmy się niesamowicie - dostaliśmy kraby, kalmary, ryby (tutejsze farmy rybne słyną m.in. z produkcji wiet9.jpgpangi), przyrządzane na rozgrzanych kamieniach krewetki, a do tego lokalne piwko. Co do piwa, to ze względu na łatwość wymowy moim ulubionym stało się „333”, które jeśli chcemy zamówić to prosimy o: „bi-a baa baa baa” („bi-a” to piwo, „baa” – cyfra trzy).

A, jeszcze słówko o tutejszym systemie zakupów. No więc między statkami, pomostami czy zamieszkałymi przez rybaków pływającymi wioskami, kursują małe łódeczki na których lokalne businesswomen (bo faceci w tym czasie wolą siedzieć i pić kawę) rozwożą różne artykuły spożywcze. Taki pływający sklepik. A że łódeczka jest mała, a chętny do zakupów znajduje się zwykle sporo wyżej, wiet6.jpgtowar i pieniądze krążą wkładane do specjalnego podbieraka. Sprytne!

Biznes kwitnie, bo statków z turystami jest tu pełno. Po prostu – całe flotylle. Jednym słowem komercja na całego, choć trudno by było inaczej, skoro to jedno z najsłynniejszych w świecie miejsc. U nas na statku, poza moją grupą są jeszcze Singapurczycy, Australijczycy i Holendrzy, którzy objechali Wietnam na motorach. Holendrzy wzięli nas za Rosjan – trochę się zdziwili jak im wyprowadziłam z błędu.






3 luty, Hanoi (Wietnam)
Wewnątrz Czerwonej Rzeki


wiet28.jpgOj, niechętnie wracałam z przenikniętej spokojem Zatoki Halong do gwarnego, zatłoczonego Hanoi. A właśnie – w żadnym z przewodników nie doczytałam się skąd ta nazwa (tutaj piszą: Ha-noi), dopiero nasz lokalny przewodnik mi to wyjaśnił. No więc „ha” to rzeka (chodzi o przepływającą przez miasto Czerwoną Rzekę), a „noi” to „wewnątrz”. Czyli  chodzi o miasto wewnątrz rzeki, za rzeką.

wiet24.jpgW ramach zwiedzania miasta zobaczyliśmy mające 21 m wysokości mauzoleum Ho Chi Minha, czyli zmarłego w 1968 r. pierwszego, długoletniego prezydenta kraju. To znaczy zobaczyliśmy zewnątrz, bo z racji poniedziałku i tak do środka wejść nie było można. Z racji tego że socjalistyczny Wietnam jest pod dużym wpływem Rosji, mauzoleum wzorowane jest na tym z Moskwy, nie mówiąc o tym że raz w roku wietnamski prezydent jest wyciągany ze swojego szklanego sarkofagu i leci na zabiegi odnowy do Moskwy właśnie. Przy mazoleum zrobiliśmy nieświadomie trochę zamieszania, bo w celach fotograficznych przeszliśmy przez namalowaną przy jezdni żółtą linię (myśleliśmy że dotyczyła parkowania), no i jak się panowie policjanci nie rozgwizdali…

wiet22.jpgOdwiedziliśmy też Świątynię Literatury – połączenie świątyni ku czci Konfucjusza i kilku królów szczególnie dbających o sprawy edukacji, z pierwszym wietnamskim uniwersytetem, którego historia sięga XI wieku. O tym, że nie łatwo było go skończyć świadczą dane z egzaminów z roku 1733 – na 3 tys. podchodzących do nich studentów, zdało jedynie ośmiu!
Równie ciekawy jak sam zabytek był wypełniający go tłum. Ponieważ wciąż jeszcze trwają noworoczne wakacje (przypomnę – tutejszy Nowy Rok był 31 stycznia), poprzychodziły całe rodzinne wycieczki. Urocze były zwłaszcza dzieciaki, poubierane w tradycyjne stroje i na szczęście – chętnie pozujące do zdjęć.wiet20.jpg

Wieczorem z kolei wybraliśmy się na Wodny Teatr Lalek. To taka tutejsza specjalność, dawniej pokazywana na zalanych wodą polach ryżowych czy w rozlewiskach rzek. Akcja rozgrywa się rzeczywiście na wodzie, przy czym widzowie oglądają marionetki poruszane w mistrzowski sposób przez ukrytych za specjalnym ekranem, stojących po pas w wodzie aktorów. Nie powiem,  robi wrażenie!

wiet29.jpgA co do różnych lokalnych specjalności, to uczyliśmy się robić sajgonki, tutaj zwane „nem”. Jutro idę kupić papier ryżowy, bo to w niego zawija się farsz (rzeczywiście wygląda to jak cieniutki papier). Muszę jeszcze opanować podstawy rzeźbienia w owocach – wystarczą nożyczki i jakieś warzywko lub owoc i niesamowite co oni tu są w stanie zrobić. Przykład na zdjęciu obok – kwiatek wycięty z tego warzywa, które leży tam obok. Nazywa się to coś – kolczoch, a jak ktoś woli wersję wietnamską to „sus u” i należy do rodziny dyniowatych. Można to jeść na surowo, gotowane, pieczone, lub grillowane, z liści robi się coś w rodzaju szpinaku, a z owoców można też zrobić kompot.





4 lutego, Sajgon / Ho Chi Minh City (Wietnam)
Ale Sajgon!



wiet33.jpgZ Hanoi do Sajgonu jest ok. 1650 km, które przeskoczyliśmy porannym, 2-godzinnym lotem, z pilotami Australijczykiem i Brytyjczykiem. Podobno polscy piloci też się tu zdażają.

Co do Sajgonu to mieszkańcy wciąż używają tej właśnie, tradycyjnej nazwy, chociaż oficjalna brzmi Ho Chi Minh, czyli tak jak się nazywał pierwszy prezydent Socjalistycznej Republiki Wietnamu (ten, którego mauzoleum oglądaliśmy wczoraj). Nazwę te wprowadzono w 1976 wiet36.jpgroku, czyli zaraz po tym jak Północny Wietnam podporządkował sobie Południe. Podejrzewam, że było to trochę takim politycznym zagraniem, bo przecież Południowy Wietnam wcale Ho Chi Minhowi nie sprzyjał. Za to teraz wszędzie wiszą komunistyczne napisy czy flagi z młotem i sierpem - niech naród wie, kto tu rządzi.

wiet34.jpgSajgon to największe miasto Wietnamu – liczy ok. 10 mln ludzi, tzn. 8 mln stałych mieszkańców plus 2 mln tych którzy przyjeżdżają codziennie w ramach pracy czy nauki. Aż trudno sobie wyobrazić, że jest tu 6 mln motorów i motorynek! Na ulicach wygląda to niesamowicie – jedzie taki potok motorków, a największy hardcore to skrzyżowanie bez świateł gdzie muszą się takie potoki przeciąć. Panuje wtedy wolna amerykanka, tak samo zresztą jak przy przechodzeniu pieszych przez jezdnię. Jeśli będziemy czekać aż ktoś nas sam z siebie puści, to pewnie się nie doczekamy. Trzeba po prostu wejść na jezdnię i iść, licząc że nas nic nie rozjedzie. Ale ogólnie trzeba przyznać, że wszyscy jeżdżą tu bardzo czujnie i wykazują się niesamowitym refleksem.

Powinnam jeszcze powiedzieć, że rzadko kiedy na motorku jedzie tylko jedna osoba – to marnotrawstwo miejsc. Standard to 2-3 osoby na jednym pojeździe, cztery też się zdarzają, ale widzieliśmy wczoraj jak jechali w piątkę  (trójka dorosłych i dwoje dzieci).

A co widzieliśmy w Sajgonie? Między innymi Muzeum Wojny. Pokazywane tam zdjęcia mogą śnić się po nocach. Na przykład dumny z siebie amerykański żołnierz prezentujący strzępy rozerwanego ciała z wiszącą bezładnie głową, czołg wlokący dwóch skazanych w ten sposób na śmierć nieszczęśników i inne w tym stylu. Wystawiono też trochę ciekawego sprzętu wiet31.jpgwojskowego. Na przykład armatę mającą zasięg 32 km! Aż trudno uwierzyć, jaka jest ludzka pomysłowość jeśli chodzi o zbrojenia.

Byliśmy też w dawnym Pałacu Prezydenckim – prezydenta Wietnamu Południowego oczywiście, bo przecież po zjednoczeniu obu Wietnamów stolicą zostało Hanoi, a tutejszy pałac zamieniono na muzeum i przemianowano na Pałac Zjednoczenia. W razie czego były prezydent prosto ze swojego gabinetu mógł się ewakuować albo na dach, gdzie czekał helikopter, albo do zmyślnego tunelu służącego też jako schron przeciwbombowy.

wiet30.jpgJest też w Sajgonie trochę pozostałości pofrancuskich. Na przykład stara Poczta, zaprojektowana przez Gustava Eiffle`a (tego samego który zasłynął wieżą w Paryżu) czy bazylika Notre Dame zbudowana w XIX wieku z cegieł przywiezionych z Marsylii. Przed bazyliką stoi pomnik Maryi na którym w 2005 roku pojawiły się łzy. Uznano to za cud, choć Watykan tego nie potwierdził. W każdym razie teraz pomnik już „nie płacze”.

A w ogóle to z czym nam się kojarzy Sajgon? Mnie z „sajgonkami” tak więc na kolację w ulicznej knajpie właśnie to danie sobie zafundowałam. I do tego „sajgońską kawę”, tutejszą specjalność którą zamówiłam w wersji Ca Phe Sua Da czyli jako kawa mrożona (z lodem znaczy się) specyficznie parzona, wymieszane ze skondensowanym mlekiem. Wiem, spece od chorób tropikalnych pewnie przyczepią się do tego lodu, że się nie powinno, bo ameba itp. Niby racja, ale z drugiej strony to lokalna specjalność więc szkoda nie spróbować. Ale kacze jajo z embrionem kurczaka w środku (ten embrion to do zjedzenia) sobie odpuściłam.  :)

ps. Co do sajgonek, których nikt tu nie nazywa "sajgonkami". Żeby nie było za łatwo, na północy Wietnamu mówi się o nich "nem", a na południu - albo "cza dżio" (tak się wymawia) - w przypadku takich smażonych, lub "goi ku" - tych które podaje się na surowo.




5 lutego, Delta Mekongu (Wietnam)
Życie na wodzie


Sajgon to dobry punkt wypadowy w Deltę Mekongu, grzechem więc byłoby nie skorzystać z tej okazji. A zresztą i tak nie mamy wyboru, bo do Kambodży przedostajemy się właśnie Mekongiem.

kamb7.jpgJeśli chodzi o wielkość utworzonej delty, to wśród azjatyckich rzek, Mekong jest na drugiej pozycji (po Bangladeszu), a w świecie – w ścisłej czołówce. W każdym razie spokojnie się można w tej plątaninie rzecznych odnóg pogubić – labirynt jakich mało. W sumie kilka godzin pływaliśmy po nim łódką – dodatkowym utrudnieniem w pływaniu są jak się okazuje zmieniające się w ciągu dnia poziomy wody, i to mimo, że jesteśmy ok. 90 km od Oceanu. W rezultacie do niektórych miejsc można dopłynąć tylko w określonych porach.

kamb5.jpgPytałam o krokodyle… Ano żyją sobie, a atakują „tylko czasem” – jak stwierdził nasz przewodnik. Może to do krokodyli nawiązuje jedna z legen, że w rzece żyje wielki smok (czyli może krokodyl?), który jak się wkurzy to wali ogonem w wodę i w ten sposób powoduje fale. Albo inna legenda - o dziewczynie, która kiedy okazało się, że jest w ciąży, została porzucona przez swojego chłopaka, więc poszła nad rzekę i z rozpaczy się utopiła. A potem zamieniła w delfina, jakiego ponoć można niekiedy spotkać i który w ramach zemsty cieszy się, ilekroć utopi się jakiś facet. Delfina nie widzieliśmy, ale topielca, owszem, zaliczyliśmy. Najpierw widzieliśmy jak jacyś ludzie próbują wyłowić płynący tuż przy powierzchni kształt, potem, jak wracaliśmy z obiadu, widzieliśmy że tajemniczy kształt to człowiek, którego położono na brzegu i przy tłumie gapiów przygotowywano do pochówku.

kamb17.jpgA co do pochówków to jadąc z Sajgonu widzieliśmy po drodze na polach ryżowych mnóstwo nagrobków. Kremacji na wsiach się tu raczej nie stosuje, ciało jest chowane normalnie, w zakopywanej w ziemi trumnie, a że miejsca jest pod dostatkiem, nie zawsze robi się to na cmentarzu, częściej właśnie na rodzinnym poletku. Raz że to bliżej wciąż żyjącej rodziny, dwa, że rodzina takiego poletka nie sprzeda, bo nie wypada. Poza tym wiąże się to z przesądami, że dzięki takie otoczenie sprawia, że w następnym wcieleniu (większość lokalsów to przecież wierzący w reinkarnację buddyści), mając wokół tyle ryżu, nie będzie się cierpiało głodu, a wszechobecna woda to z kolei symbol bogactwa, które też zmarłemu może się przydać.

Przy okazji dowiedziałam się również, że dla Wietnamczyków symbolem, czy raczej wróżbą bogactwa jest duży nos! Kiedy powiedziałam naszemu przewodnikowi, że u nas jak ktoś ma bardzo duży nochal, to marzy, by go zmniejszyć, a nierzadko inwestuje w operację plastyczną, kolega Wietnamczyk nie mógł wyjść ze zdumienia.
Aaa! I jeszcze podpytałam go jakie dziewczyny Wietnamczycy lubią. Okazuje się że jeśli chodzi o rodaczki to ideałem jest szczupła, średniego wzrostu, z długimi czarnymi włosami i jak największymi oczami. Biust – średni, na pewno nie bardzo duży.

kamb16.jpgZ poważnych tematów to pogadaliśmy też o tym jak Wietnamczycy odbierają inne nacje, które miały wpływ na historię tego zakątka Azji. No więc Chińczyków nie lubią, no bo przez tysiąc lat byli przez nich okupowani i uciskani. Teraz Wietnam z Chinami ma dość dobre już stosunki, bo oba kraje są partnerami w biznesach, ale Chińczykom się tu ogólnie nie wierzy, uznaje ich za dwulicowych i traktuje się ich z obawą, że mogą kiedyś zechcieć wrócić. Francuzów nie lubi się, bo przecież byli kolonistami, a poza tym uważa się ich ogólnie za nadętych bufonów. Japończycy którzy w czasie II wojny światowej okupowali Wietnam, traktowani są bez urazy, bo podobno po wojnie sporo Wietnamowi w ramach przeprosin pomagali, budując m.in. szpitale. Podobnie wybaczono Południowej Korei (w wojnie wietnamskiej wspomagała Amerykanów), zwłaszcza że aby się „odkupić”, sprezentowała Wietnamowi budowę dużej autostrady. Podobnie Australijczycy (też wspierali USA) – oni też później pomagali, a przy okazji wybudowali duży most na Mekongu. A USA? Niby jest ok, wielu Amerykanów do Wietnamu przyjeżdża i nikt ich chyba nie dyskryminuje, ale… o tym co zrobili w czasie wietnamskiej wojny, jednak się pamięta. Niby tam ponoć Wietnamowi rekompensowali wojenne zniszczenia, ale z tego co mówił przewodnik, na bardzo symbolicznych zasadach.

kamb4.jpgDobra, wracam do Delty Mekongu… Spokojnie i leniwie to życie płynie. Zaopatrzenie można zrobić na pływających bazarach, czyli zakupy łodzi do łodzi, ludzie mieszkają sobie w domach na palach, przy czym mam wrażenie że najważniejszym elementem skromnego w sumie wystroju poza ołtarzykiem upamiętniających przodków jest telewizor. Komunikacja to głównie łodzie – większość z nich ma namalowane na dziobie charakterystyczne oko, jakoby odstraszające krokodyle. 

W ramach urozmaicenia naszego rejsu zatrzymaliśmy się w pokazowej wiosce gdzie lokalsi demonstrują jak się robi cukierki kokosowe, bimber ryżowy i papier ryżowy na sajgonki (kleisty wywar z ryżu służy do zrobienia cieniutkiego, prawie przeźroczystego naleśnika, który potem kilka godzin się suszy). A co do bimbru to dzisiaj piliśmy go do kolacji. Dzisiejszy nocleg to tzw. home-stay, czyli bardzo proste warunki u miejscowej rodziny. Jak się okazuje gospodarz ma całkiem niezłą bimbrownię :).





6 lutego, z Can Tho (Wietnam) do Phnom Penh (stolica Kambodży)
Dziesięć godzin na Mekongu


kamb3.jpgDzisiaj głównie płynęliśmy. Z Can Tho - największego miasta w wietnamskiej części Delty Mekongu (2 mln mieszkańców) przeprawialiśmy się do stolicy Kambodży, czyli Phnom Penh. W sumie do pokonania było ok. 180 km, co oznaczało 9 godzin w całkiem szybkim wodolocie, z dwiema przerwami – najpierw na obiad, potem na granicę. Co do obiadu to "zaszalałam" i zamówiłam sobie żabę. Nie żadne tam żabie udka, tylko żabę, a właściwie trzy żaby, wielkości wyrośniętych ropuch, przyniesione w wersji ugotowanej, rozcapierzone na talerzu, włącznie z głowami. kamb2.jpgMięsa było mało (w przeciwieństwie do licznych kosteczek), ale przyznam że całkiem dobre to było – smak przypominający kurczaka.

A Mekong? W Wietnamie brzegi są niemal ciągle zabudowane domami (zwykle takimi na palach), ciągle też kursują jakieś łódeczki pełniącą rolę promów, natomiast po wpłynięciu do Kambodży są głównie pola, pola, pola… No ale nie ma się co dziwić – Kambodża jest wprawdzie sporo mniejsza powierzchniowo niż Wietnam (obszar Kambodży to 181 tys. km kw., Wietnamu 331 tys. km kw.), przy czym ludność Kambodży to zaledwie 15 mln, podczas gdy Wietnamu prawie 90 mln!

kamb1.jpgPo dotarciu do Phnom Penh, korzystając z chwili wolnego czasu od razu pobiegłam do miasta, chociaż za daleko nie doszłam, bo wylądowałam w… kasynie. Nie dlatego jednak, że chciałam pograć (z założenia nie ciągnie  mnie do hazardu), ale dlatego że chciałam zobaczyć kto tam szaleje. Okazało się, że większość to wcale nie cudzoziemcy, ale lokalsi. A kasyno –imponujące! Nie wiem czyja to inwestycja, ale w stosunku do Monte Carlo, Las Vegas czy nawet nie tak odległego Makao, nie ma się tutejszy obiekt czym wstydzić. Po prostu wielkie! Przy okazji jest szansa do obejrzenia bezpłatnych występów tanecznych czy zjedzenia za stosunkowo niewielkie pieniądze bardzo wystawnej kolacji (to informacja dla tych, którzy lubią ekskluzywne klimaty, bo ja tam wolę jedzenie uliczne). No a jakie ładne dziewczyny w roli hostess! Inna sprawa że wszędzie wykładane są też „profilaktyczne” ulotki uprzejmie informujące, że za seks z nieletnimi grozi nawet 20 lat więzienia i że w ciągu ostatnich 5 lat wytyczono procesy 2 tys. osobom. No cóż, Kambodża to kraj słynący wśród niektórych turystów jako meta narkotykowa i miejsce związane z seksturystyką.

Muszę powiedzieć że jakoś od razu polubiłam Phnom Penh. Jakieś takie „przyjazne” mi się wydaje. Nawet policjant ochoczo stanął mi do zdjęcia, choć właściwie to chciałam go poprosić by to on mi zrobił fotkę (bo jak na razie po tych iluś dniach mam w sumie dwie fotki).

I ogólnie wszyscy tu tacy mili i uśmiechnięci. Nawet pani ze straganu z nasionami lotosu, których wcale nie zamierzałam kupować, ale pani i tak chciała mnie nimi bezinteresownie poczęstować. Aż trudno uwierzyć, że część tych ludzi pamięta koszmarne czasy Pol Pota. Kambodżański przewodnik który płynął z nami na łódce jak go delikatnie przyhaczyłam o wspomnienia, kamb15.jpgjak to było, zaczął opowiadać, że on przeżył tylko dlatego, że nie wyjawił, że chodził do dobrej szkoły, bo wszystkich zaliczonych do „inteligencji” mordowano. Facet tak jak wszyscy mieszkańcy stolicy został wysiedlony do obozu „reedukacyjnego” i pracował ciężko w polu. Kiedy jednak w pewnym momencie oczy mu zaszły łzami, już nie miałam serca dalej drążyć. Powiedziałam tylko że Polacy zawsze byli przeciw Pol Potowi i zmieniłam temat.

A apros międzynarodowej solidarności… Zauważyłam na planie tutejszej stolicy ulicę… Czechosłowacji! Polskiej chyba nie ma. Ciekawe czy oni wiedzą że Czechosłowacja już nie istnieje? Ale ogólnie są dobrze wyedukowani. Nasz lokalny przewodnik który odebrał nas z promu jest milion razy lepszy od swoich kolegów po fachu z Wietnamu. I po angielsku świetnie mówi, i widać że obyty. I to mimo, że nigdy nie był za granicą!




7 lutego, z Phnom Penh do Siem Reap (Kambodża)
Od elegancji pałacu do pieczonych tarantuli


kamb41.jpgDo południa zwiedzaliśmy Phnom Penh. To jedna z mniejszych stolic w tym regionie świata – mniej więcej wielkości Warszawy. Z zabytków najważniejszy jest tu XIX-wieczny Pałac Królewski, przy którym 60-letni obecnie król (mimo swojego wieku wciąż kawaler) rzeczywiście mieszka (powiewająca flaga zdradza, czy jest na miejscu; flaga ściągnięta oznacza że król wyjechał). Oprócz pałacowej Sali Koronacyjnej w której można zobaczyć królewski tron, najważniejszym obiektem jest Srebrna Pagoda. „Srebrna”, bo jej podłoga jest wyłożona srebrnymi płytkami sprowadzonymi z Włoch (w sumie jest tych płytek 5329, co daje ponad 6 ton srebra). Ale tak poza tym, to wszystko kapie złotem. Między innymi posąg Buddy wykonany z 90 kg czystego złota, a jakby jeszcze tego było mało – wysadzany 2086 diamentami. Warto zajrzeć jeszcze na tył ołtarza – tam też jest Budda, tylko niepozorny, marmurowy. Jak się pogłaszcze jego rękę, to przy pierwszym pogłaskaniu zapewniamy sobie kasę, przy drugim – ogólne szczęście, przy trzecim – dobrobyt. Oczywiście głaskanie głaskaniem, ale obok siedzi mnich i aby życzenia się spełniły, wypada coś tam na wystawioną tacę położyć.

kamb49.jpgBeztroski nastrój zniknął nam w Więzieniu Tuol Sleng  (zwanym też S-21), czyli inaczej – Muzeum Ludobójstwa. Chodzi oczywiście o to, co się tu działo w czasie reżimu Pol Pota, czyli w latach 1975-79. Wymordowano wtedy 2,5-3 mln ludzi (pierwsza liczba z Wikipedii, druga – od naszego przewodnika). Urządzone w dawnej szkole więzienie to miejsce tortur ok. 17-20 tys. ludzi, których potem wywożono na egzekucje na tzw. Pola Śmierci. W pierwszej kolejności pozbywano się ze społeczeństwa osób wykształconych - studentów, lekarzy, nauczycieli. Wiadomo, mogli stanowić zagrożenie dla reżimu, a poza tym nie pasowali do systemu, który miał się opierać na obozach pracy i uprawianiu pól. Dla oszczędności amunicji więźniów zabijano siekierami, maczetami albo podżynano im gardła (czasem robiono to perfidnie liśćmi palmowymi). Piekło to udało się przeżyć tylko 5 osobom, z czego 3 już zmarły. Jedna z tych dwóch wciąż żyjących to 84-letni obecnie pan którego można spotkać przy muzeum przy straganie z książkami (kilka z nich jest o nim). Przetrwał, bo umiał pisać na maszynie, tak więc dla niewyedukowanych oprawców był po prostu użyteczny. Jakoś nie mogę pojąć, że jak do tej pory osądzono dopiero 4 osoby którym postawiono zarzut ludobójstwa? Zmarły w 1998 roku Pol Pot do samego końca miał się dobrze (był tylko w areszcie domowym) i udzielał wywiadów w których twierdził, że nie widzi swojej winy.

kamb46.jpgZe stolicy mieliśmy długą, 8-godzinną podróż do Siem Riep, które jest bazą wypadową do świątyń Angkoru. Niby miasta te dzieli jedynie 330 km, ale droga jest fatalna – dziurawa, w wielu miejscach przebudowywana, no i mocno zatłoczona. A to drogę zajeżdżają motorynki, na których przewozi się wszelkie towary (np. skrzynię  z prosiakami), a to rowery (bo tu w porównaniu z Wietnamem więcej osób jeździ na rowerze), a to pojawiają się wałęsające się krowy. Z drugiej strony to dobra okazja do obserwowania kambodżańskiego życia codziennego i zmieniających się krajobrazów. Jest trochę zielonych pól ryżowych, a także typowe wioski zabudowane domami których poziom mieszkalny znajduje się na charakterystycznym podwyższeniu (takie domy na palach).

kamb42.jpgPo drodze, w ramach obiadu, zatrzymaliśmy się w miasteczku Skun, o którym wszyscy tu mówią: Pająkowa Wioska. Rzeczywiście słynie ona z pająków - w końcu nie wiem czy to tarantule czy ptaszniki (?), ale włochate, i dla mnie - obleśne. Żywe pająki miejscowi noszą sobie na ubraniach niczym maskotki (twierdzą że są niejadowite), jednak najważniejsze są usmażone, które sprzedaje się w ramach lokalnego przysmaku. A oprócz nich jeszcze inne latające lub pełzające delikatesy. Za dwa dolce kupiłam sobie do zjedzenia takiego ośmionogiego włochacza, wielką szarańczę, larwę, coś co wyglądało jak karaluch i jeszcze drugiego pająka, wyglądającego niczym krąglutki krab. Smak? Najlepsza była szarańcza bo przypominała czipsy, tarantula natomiast niektórym kojarzy się z kurczakiem, ale mnie jakoś nie. A reszta? Powiem szczerze: po przegryzieniu odwłoka tego drugiego pająka jak zobaczyłam że są w nim jakieś niby jajeczka, zebrało mi się na odruch wymiotny. Uratowało mnie przezornie zamówione wcześniej piwo.

kamb40.jpgI jeszcze na koniec... Tradycyjnie w Kambodży przyjęte jest, że każdemu z dni tygodnia przypisany jest jakiś kolor. I tak w niedzielę powinno się nosić szaty czerwone, w poniedziałek pomarańczowe, we wtorek fioletowe, w środę stalowo-żółte, w czwartek zielone, w piątek ciemnoniebieskie i w niedzielę burgund. Przestrzeganie kolorów ma ponoć wspomagać szczęśliwe i pomyślne życie. Oczywiście teraz już mało kto tego przestrzega, ale służba królewska - ponoć jak najbardziej!

 




8 lutego, Siem Reap – Angkor (Kambodża)
W ruinach Angkoru


kamb53.jpgTrudno uwierzyć, że kiedy my w Polsce dopiero przymierzaliśmy się do tworzenia naszej państwowości, mieszkając w ziemiankach i wciąż jeszcze czekając na pojawienie się Mieszka I, tutaj, w kambodżańskiej dżungli, wyrosło potężne miasto mające ponad milion mieszkańców. Chodzi o słynny Angkor, stolicę Imperium Khmerskiego (IX-XV wiek), którego ruiny mieliśmy okazję dziś zwiedzać (tak w ogóle to „angkor” w języku khmerskim znaczy po prostu „święte miasto”). Ponieważ wiekowe mury są w stanie delikatnie mówiąc rozwalającym się, ale przy ich ratowaniu pracuje już cała rzesza koserwatorów. Ponoć kiedyś byli tu też Polacy, a czy są kamb51.jpgteraz? Chyba już nie, bo poustawiane tu i ówdzie tablice oraz miejscowi przewodnicy mówią o Japończykach, Francuzach, Niemcach, Hindusach, nawet o Czechach, ale o „naszych” jakoś nie.

Z licznych świątyń jakie tu są, wcale nie najsłynniejsza, czyli Angkor Wat podobała mi się najbardziej, ale Ta Prohm, w której kamienne ściany oplatają korzenie wrosłych w budowle drzew. Wygląda to niesamowicie, trochę tajemniczo, jakby to było miejsce zamieszkałe przez dziwne leśne duchy. Niestety tłumy turystów i kolejki do fotografowania się przy co ładniejszych miejscach sprawiają, że urok nieco pryska. Cóż, jak wrócę tu już na własną rękę, to na pewno zjawię się w tym miejscu wcześnie rano, zanim przyjadą grupy.

kamb59.jpgCo do samego Angkor Wat, czyli głównej świątyni miasta, to jest ona przedstawiona na fladze Kambodży. Co prawda na fladze są tylko trzy z jej pięciu zachowanych wież, a kiedyś było ich nawet dziewięć. Najwyższa z nich ma 53 metry – ponoć w okolicy jest zakaz budowania obiektów ją przewyższających. Przy trwającej 37 lat budowie tego rozległego kompleksu, otoczonego 5,5 kilometrową fosą (w ramach ochrony wypełnionej kiedyś krokodylami), wykorzystano pracę miliona ludzi i 25 tysięcy słoni. Oryginalnie świątynia była poświęcona hinduistycznemu bogowi Wisznu, ale teraz znajduje się w niej ołtarz buddyjski.

Jednym z najczęstszych motywów zdobniczych widocznych na ruinach Angkoru są apsary – wywodzące się z mitologii hinduskiej pełne wdzięku kobiety, takie niby-nimfy powstałe według legend z mgły i rosy. Taniec apsar to jedna z lokalnych atrakcji kulturalnych, którą sobie wieczorem, w jednej z restauracji zobaczyliśmy. Opiera się on na misternie ćwiczonych gestach i powolnych ruchach, niczym w filmie odtwarzanym na zwolnionych obrotach. Przygotowanie jednego kamb50.jpgukładu tanecznego wymaga wielomiesięcznych ćwiczeń, a założenie stroju przed występem i zrobienie odpowiedniego makijażu trwa nawet 3 godziny!

Z innych tematów: zapytałam naszego przewodnika, jak tu było w czasie reżimu Pol Pota. Chłopak powiedział, że miał wtedy zaledwie rok, więc nie pamięta, ale przez te straszne czasy nigdy nie poznał ani swojego ojca, ani zakatowanego w więzieniu brata. Historia jakich tu wiele. Podobnie jak widok beznogich ludzi, którzy stracili kończyny na polach minowych.




9 lutego, Siem Reap (Kambodża) – Luang Prabang (Laos)
Zmiana kraju


laos4.jpgBoże, ale miałam noc! Zawsze myślałam że mam „strusi żołądek”, żadnych sensacji nawet po najbardziej śmiałych eksperymentach kulinarnych, a tymczasem jak mnie dopadło… Dziwne, bo wczorajszą kolację zjedliśmy przecież w bardzo przyzwoitej knajpie. A może to właśnie dlatego? Ja, która przy samodzielnych podróżach zawsze prawie jadam na ulicznych straganach lub w lokalach dla lokalsów, teraz kiedy jestem z grupą przestawiłam się na eleganckie lokale, no i masz. W każdym razie większość nocy była stracona – dopiero nad ranem mój brzuch dał mi chwilę pospać.

Przedpołudnie było wg programu wolne, ale zaproponowałam grupie miejscowe muzea. W samym Siem Reap są właściwie dwa – jedno to Muzeum Narodowe (wstęp 12 dolców, ale "nie powala"), oraz Muzeum Wojny. W tym drugim trochę wyblakłych zdjęć i laos1.jpgmnóstwo sprzętu przypominającego skład złomu, ale to jednak kawał ważnej tu historii. Zdjęcia przejmujące. Na przykład Czerwoni Khmerzy „bawiący” się w coś takiego: jeden podrzuca w górę noworodka, drugi strzela, a jak nie trafi to dziecko i tak rozbije się o beton. Albo ekspozycja przeróżnych min i obok zdjęcia tych którzy stali się ich ofiarami. Okazuje się że oni tu wybierają „Miss Ofiar Min” – startują dziewczyny które nie mają nóg czy rąk. Tymczasem życie toczy się dalej, tak więc na nieużytecznych teraz armatach (większość sprzętu: Made in ZSRR), bawią się dzieciaki, a ich beztroskie uśmiechy dają nadzieję, że nigdy nie przeżyją koszmaru wojny.

laos3.jpgPo południu mieliśmy samolot do Laosu. Andrzej jakby od niechcenia zauważył, że dwa tygodnie wcześniej spadł samolot tych linii, a my jak na złość mieliśmy lot z międzylądowaniem. Ja akurat mam do podróży samolotowych obojętny stosunek uważając, że co mi tam odgórnie zapisane, to się stanie, ale póki co liczę, że mam jeszcze trochę czasu na zrealizowanie swoich planów (i nie tylko o Koronę Ziemi chodzi). Zresztą i tak Lao Airlines okazały się lepsze niż przypuszczaliśmy. Swoją drogą w Laosie wszystko jest „Lao” – także piwo się tak nazywa, zaś lokalna whisky to „Lao-Lao”.





10 lutego, Luang Prabang (Laos)
W Królestwie Miliona Słoni


laos27.jpgSabadi! - to po tutejszemu "dzień dobry!"

Luang Prabang, gdzie chwilowo jesteśmy, to dawna stolica Laosu, nazywanego dawniej "Królestwem Miliona Słoni" i do tej pory – główne centrum religijne tego kraju. Swoją drogą to nieco zaskakujące, bo to teraz przecież kraj komunistyczny, z jedyną legalną partią (komunistyczną właśnie), ale co trochę do tego systemu nie pasuje, ludzie są tu bardzo religijni. Przekonałam się o tym dzisiaj już o czwartej rano, kiedy zbudziły mnie bębny zwołujące mnichów na poranną modlitwę (nasz hotel jest po sąsiedzku z klasztorem). W każdym razie świątyń jest tu sporo, podobnie jak buddyjskich mnichów których z daleka łatwo rozpoznać po jaskrawo pomarańczowych szatach.

Nasz przewodnik też był mnichem.  Przez 10 lat. Tylko że w jego wypadku było to posunięcie przemyślane, bo pochodzi z małej wioski gdzieś na dalekiej prowincji, chciał się bardzo uczyć, ale jego rodzice powiedzieli że nie ma mowy, bo zamiast tracić czas w szkole, ma kamb20.jpgpomagać w polu. Chłopak jednak się uparł i stwierdził, że nie widzi się w roli farmera, a że nie miał pieniędzy na szkołę, poszedł do klasztoru wiedząc że dostanie tam utrzymanie i przy okazji będzie mógł zdobywać wiedzę. W międzyczasie zaczął się uczyć angielskiego (sam, z książek), w klasztorze spędził 10 lat (od 12 roku życia), aż w końcu uznał że to jednak nie dla niego, zwłaszcza że jest już na tyle samodzielny, że może zacząć życie na własny rachunek. Dzisiaj jest ojcem 1,5 rocznego synka, ma żonę, angielskim mówi prawie perfekcyjnie i pracuje jako przewodnik. Czyli potwierdza się zasada, którą i ja wyznaję: chcieć to móc!

laos30.jpgA tak przy okazji to podpytałam przewodnika o życie buddyjskich mnichów, no bo skoro był w klasztorze... Ponoć takiego początkującego mnicha obowiązuje 10 zasad, czyli m.in. zakaz zabijania (nie chodzi tylko o ludzi - zwierząt także), zakaz kradzieży, kłamstwa, picia alkoholu, zakaz seksu, a także - zakaz jedzenia posiłków po godzinie 17-tej (!), czy zakaz używania zapachów (żadnych perfum etc.). Przy wejściu na kolejny szczebel klasztornego wtajemniczenia lista zakazów wydłuża się do 270. Między innymi nie wolno mnichom dotykać kobiet (czyli nietaktem jest jeśli kobieta np. sama z siebie wyciągnie rękę do mnicha) czy w ogóle przebywania z kobietą sam na sam w jednym pomieszczeniu.

Dobra, wracając do Luang Prabang. Mieliśmy mało czasu na miasto, więc zaczęliśmy od tego co tu najważniejsze, czyli Pałacu Królewskiego. To znaczy króla już w Laosie nie ma, ale wybudowany na początku XX wieku, czyli już za czasów kolonizacji francuskiej pałac, który zastąpił wcześniejszą bambusową rezydencję, pozostał. Tyle że z tym "pałacem" to nie ma co przesadzać - bardziej przypomina dworek niż pałac, a wykorzystywany jest jako całkiem ciekawe Muzeum Narodowe.  Co do króla to komuniści którzy doszli do władzy w 1975 roku pozbyli się go wysyłając wraz z rodziną do „obozu reedukacyjnego". Tam słuch o nim zaginął, chociaż w 1989 roku rząd oficjalnie przyznał, że monarcha zmarł w obozie. Kiedy głośno powiedziałam o tym „obozie", nasz przewodnik poprawił mnie: "Nie w obozie tylko w czasie pobytu na wsi, na prowincji", po czym dał do zrozumienia że nie za bardzo chce na ten temat w publicznym miejscu rozmawiać.

Byliśmy też w świątyni Wat Xiengthong, uznanej za najładniejszą w mieście. Jeden z pawilonów mieści królewski karawan w kształcie złotego smoka. Z kolei w jej głównym gmachu załapaliśmy się na modlitwy młodych mnichów.

laos22.jpgDużą część dnia zajęła nam wycieczka do wypełnionych ok. 4 tys. figurami Buddów jaskiń znajdujących się ok. 25 km od Luang Prabang. Płynie się tam Mekongiem, który jak powiedział przewodnik, z tymi swoimi 4 tys. km długości jest trzynastą Rzeką świata (muszę to sprawdzić). Tu już krajobrazy są zupełnie inne niż na Mekongu w Kambodży czy Wietnamie – praktycznie nie ma wiosek, za to dookoła są ładne, porosłe lasami malownicze wzgórza. Jeśli coś płynie po rzece to zwykle jest to statek z turystami, choć minęliśmy też dwie łodzie z którymi dzieciaki wracały ze szkoły. W innych częściach świata są gimbusy, tutaj – gimłódki :).

laos23.jpgZapomniałam! Po drodze do jaskiń zahaczyliśmy jeszcze o tzw. whisky village, czyli wioskę, w której mieszkańcy pędzą na masową skalę może nie tyle whisky co ryżowy bimberek. Wychodzi z tego albo alkohol o mocy 50%, albo 15% - jak kto lubi, a nazywa się to sympatycznie: lao-lao. W niektórych butelkach pozatapiane są węże i inne gady/płazy, ale mam nadzieję, że nikt w mojej grupie tego nie kupił, bo ostrzegałam, że wiele z tych zwierzaków widnieje na liście gatunków zagrożonych wyginięciem, no i przywiezienie czegoś takiego do Polski to jak nas celnicy skontrolują - ryzyko sprawy karnej, potężnej kary finansowej i ogólnie wielu problemów.

Kolację uczciliśmy idąc tym razem na tutejsze naleśniki – takie z ulicznego straganu. To niewątpliwie pozostałość pofrancuska – wszchobecne „crepes” (czyli naleśniki), dobra kawa i bagietki. Ja wzięłam sobie naleśniki z jajkiem i bananami. Nie powiem, ciekawe zestawienie. I całkiem dobre.

A na koniec dnia wylądowałam na laotańskim masażu. Godzinny masaż całego ciała kosztuje tu niespełna 5 dolców, a wykonują go dziewczynki na oko 12, 13-letnie. Siłę to mają – jak mi ta „moja” wbiła łokieć pod łopatkę, to aż mi zaparło dech. Widać jednak że dziewczę było zmęczone (pewnie pracuje po kilkanaście godzin na dobę) – ziewała, zamykały jej się oczy. Miałam ochotę ją podpytać trochę o jej życie, skąd pochodzi, czy  lubi swoją pracę, no ale problemy językowe uniemożliwiły kontakt. Podejrzewam, że zarabiają jakieś grosze – przeciętna pensja w tym kraju to około 100 dolarów, 150 dolarów zarabia dyrektor szkoły, sprzątaczka w hotelu - około 60. Tyle mniej więcej kosztują w tutejszych knajpach dwie butelki średniej jakości wina.




11 lutego, Luang Prabang – Vang Vieng (Laos)
Z widokiem na gory


laos37.jpgAle się rano wkurzyłam… Miałam wstać rano na tradycyjną w Luang Prabang procesję mnichów, którzy wychodzą zbierać od ludzi ofiary – głównie ugotowany ryż i inne dary spożywcze, no i zaspałam. Mnichów spotkałam już później, jak uczyli się angielskiego. Fajnie to wyglądało – jakiś biały, sympatyczny człowiek, podejrzewam że woluntariusz pracujący za darmo i gromadka ubranych w pomarańczowe szaty młodych chłopców plus dwa znudzone psiaki.

laos31.jpgDo przejechania mieliśmy dziś 250 km. Niby nie dużo, ale po górskich, krętych i mocno dziurawych drogach, tak więc zajęło to całkiem sporo czasu. W ramach przerywnika przystanęliśmy w dwóch wioskach i odwiedziliśmy miejscową szkołę. Akurat była przerwa obiadowa, bo tu dzieciaki uczą się od 8 do 11.30 i potem od 13.30 do 16. Kiedy lekcje się kończą, na szosę wyjeżdżają istne tabuny uczniów na rowerach. Zauważyłam że jest moda na jeżdżenie z parasolkami – mają chronić od słońca.

laos32.jpgZ obrazków „po drodze” to zrobiła na nas wrażenie stacja benzynowa, w której tankowaliśmy. Wyglądała jak sklep – w oknie wystawione dwie szklane bańki z rurkami (przypominały urządzenie do pędzenia bimbru), podchodzi pani, kręci korbką i leje się paliwo. Kontynuując wątek motoryzacyjny: jak się zepsuje samochód na drodze, to nie wystawia się żadnego trójkąta (kierowca pewnie takowego nie ma), tylko ścina się trochę gałęzi, najlepiej palmowych i rzuca na ziemię w pewnych odstępach. Podobne zwyczaje są zresztą w niektórych państwach Afryki.

laos33.jpgA w ogóle to nocujemy w Vang Vieng – tak nazywa się niewielka mieścina w której właściwie nic wybitnie ciekawego nie ma, choć to jedno z ulubionych wśród turystów (zwłaszcza tych plecakowych) miejsc w Laosie. Powód? Atmosfera! Sama wychodząc na hotelowy taras, gdzie chciałam pofotografować przepływającą tędy rzekę (tym razem nie Mekong) z zachodzącym za malowniczymi górami słońcem, stwierdziłam, że mi się tu podoba. A potem, kiedy poszliśmy się przejść pełnymi sklepów i knajpek uliczkami, zapomniałam że jestem w jednym z najbiedniejszych krajów Azji - miałam wrażenie że to jakiś kurot śródziemnomorski (tak na marginesie to Laos dostępu do morza w ogóle nie posiada). Inna sprawa że z obsługą cudzoziemców Vang Vieng ma styczność już od dawna – w czasach wojny wietnamskiej Stany Zjednoczone zrobiły tu bazę swoich sił powietrznych i wybudowały lotnisko oznaczone kryptonimem „Lima site 6”.




12 lutego, Vang Vieng – Vientiane (Laos) – Udon Thani (Tajlandia)
Nie ma to jak stolica



laos51.jpgDojazd do stolicy okazał się dużo bardziej czasochłonny niż zapewniał przewodnik, bo droga była tylko troszkę mniej dziurawa, za to ruch na niej jeszcze większy niż wczoraj. Ciężarówy wyprzedzające „na trzeciego”, masy dzieciaków jadących do/ze szkoły na rowerach, przebiegające psy, wylegujące się na asfalcie krowy… Co do tej drogi to jest to jedna z laos36.jpgnajbardziej popularnych w Laosie dróg – tzw. „Highway 13”. Z tym „highway” to mocne przegięcie, a co do 13-tki to ciekawostką może być to, że w Laosie to nie 13-tka jest pechowa, tylko siódemka. W kwestii innych przesądów/wierzeń to dowiedziałam się, że wstążeczki które po zapaleniu kadzidełka ofiarnego przy ołtarzyku buddyjskim zawiązano mi na ręce, jak będę chciała zdjąć, to muszę je rozwiązać, ale pod żadnym pozorem nie można ich przeciąć nożyczkami lub nożem, bo dobre intencje się nie spełnią i wstążeczki szczęścia mi nie przyniosą.



laos57.jpgPo drodze, w ramach postojów zatrzymaliśmy się przy polu ryżowym, no bo na okrągło wsuwamy tutaj ryż, więc co niektórzy z nas chcieli zobaczyć jak owe zboże rośnie (a właśnie: tu na ogół się podaje biały, zwykły ryż. Dopiero dzisiaj komuś tam trafił się do obiadu czerwony. Żadnego brązowego, u nas polecanego jako zdrowy, wcale nie widzieliśmy). Drugi z kolei stop był przy wiejskim cmentarzyku – w lasku na obrzeżach wioski, wypełnionym kolorowymi stupami mieszczącymi prochy po kremacji zmarłych (na stupach wiszą zdjęcia tych osób). Na cmentarzu śmietnik jakich mało, bo w czasie pogrzebu rodzina dostarcza żałobnikom napoje (wodę, coca-colę etc.), a ci potem wyrzucają te puste butelki gdzie popadnie. Z kolei na grobach kładzie się to, co zmarły lubił – najczęstsze były ciasteczka, owoce i M-31 – lokalny napój energetyczny.

laos50.jpgGłównym celem była jednak stolica Laosu, czyli Vientiane. Całkiem ciekawe miasto. Weszliśmy sobie na Łuk Triumfalny przypominający nieco ten z Paryża, spojrzeliśmy przez zamkniętą bramę na Pałac Prezydenta, zobaczyliśmy też świątynię w której do XIX wieku przechowywana była ważna relikwia Laosu – posążek szmaragdowego Buddy (został wykradziony przez laos52.jpgTajów, więc teraz można go zobaczyć w Bangkok)u. Poza tym obejrzeliśmy też wielką Złotą Stupę Pha That Luang - jedną z najważniejszych w tym kraju świątyń, widoczną nawet w laotańskim godle. Mieści ona ponoć relikwie Buddy (w jednym z przewodników twierdzą że to kości klatki piersiowej, czyli rozumiem że żebra?), ale niezależnie od wszystkiego – jest po prostu ładna.

Na zdjęciu obok: kontast do przepięknych świątyń - mniej ładne, choć niewątpliwie oryginalne uliczne kable :).

Późnym popołudniem przejechaliśmy wybudowanym na Mekongku Mostem Przyjaźni Laotańsko-Tajskiej. Tak naprawdę to oba kraje za sobą nie przepadają, bo to układ taki trochę jak Polska z Rosją, no ale nazwa mostu sugeruje przynajmniej laos35.jpgdobre intencje. Most to zarazem granica między obydwoma krajami. Tajlandia jest oczywiście bogatsza, lepiej rozwinięta (widać to było choćby po szosie – przy wjeździe do Tajlandii jest już elegancka dwupasmówka), no ale jednak wolę Laos. Z różnych powodów – nie tylko takich że nie lubię lewostronnego ruchu (jaki ma właśnie Tajlandia), ale głównie ze względu na ludzi. Laotańczycy są sympatyczniejsi, a zarazem bardziej rozgarnięci. No ale w sumie to może błędem jest mówić coś o ludziach po zaledwie kilku godzinach w danym kraju i to w miejscu mało turystycznym (nocujemy w niezbyt ciekawym Udon Thani, gdzie przyjechaliśmy jedynie ze względu na jutrzejszy lot do Bangkoku, właśnie z tutejszego lotniska).

Kończę, bo komary mnie żrą, a to nic przyjemnego. Malarii w tym rejonie wprawdzie nie ma (przynajmniej tak twierdził pan z pobliskiego sklepu Seven Eleven gdzie kupowałam wodę), ale denga jak najbardziej jest. Ostatnio więcej turystów umiera już na dengę, niż na malarię. Objawy podobne, tylko że w przeciwieństwie do malarii na dengę żadnych tabletek zabezpieczających nie ma (szczepionki też nie).




13 lutego, Bangkok (Tajlandia)
Gdzie Rama rządzi


bankok1.jpgW Bangkoku wszędzie gdzie się zainteresowany historią tego miasta człowiek obróci, będzie miał Ramę. Nie margarynę, tylko króla (mam nadzieję że nie obrażam monarchy, bo nie porównuję, tylko wyjaśniam). Za rok założenia miasta przyjmuje się 1782, bo wtedy król Rama I nadał istniejącej osadzie megadługą nazwę składającą się z 43 sylab (przepraszam, ale nie przytoczę, bo nie jestem w stanie spamiętać). Co do tych Ramów to teraz, znaczy się od roku 1946 (!), czyli niemal 60 lat bez przerwy, rządzi  Rama IX. Z wszędzie wiszących zdjęć wydaje się być sympatycznym bangkok3.jpgstarszym panem (ma obecnie 86 lat). Co ciekawe, król urodził się w USA, a jego majątek jest na tyle spory, że jest zaliczany do najbogatszych polityków w skali świata.

Właściwie to na zobaczenie czegoś w Bangkoku mieliśmy tylko kilka godzin – wpadliśmy tu głównie po to, żeby jutro wylecieć stąd do Birmy. Mimo to udało nam się kilka miejsc „zaliczyć”. Między innymi bardzo ładną świątynię Wat Arun i kompleks Pałacu Królewskiego do którego należy świątynia ze słynnym Szmaragdowym Buddą. Chodzi o posążek wykonany tak naprawdę wcale nie ze szmaragdu, tylko z jadeitu, o którym wspominałam już przy okazji wizyty w Vientianie w Laosie. Przypomnę, że Laotańczycy twierdzą, że im Tajowie tę posążek wykradli. Oczywiście tajscy przewodnicy nic o wykradzeniu  nie mówią, tłumaczą bankok2.jpgza to że posążek pochodził oryginalnie z północnej Tajlandii, tak więc wrócił na łono ojczyzny. A że jest relikwią dla Tajów wyjątkową, ma nawet wykonane ze złota i drogich kamieni ubranka na każdą porę roku - zimę, lato i porę monsuny (patrz: zdjęcie obok).

A co do samej funkcji Pałacu jako siedziby królewskiej, to obecny król wyniósł się gdzie indziej, gdzie nie ma turystów na głowie. Pewnie powodem było też i to, że nie chciał mieszkać w miejscu, gdzie jego poprzednik popełnił samobójstwo, zwłaszcza że Azjaci są bardzo przesądni jeśli chodzi o sprawy dotyczące śmierci.bangkok13.jpg

Pobyt w Bangkoku wielu osobom kojarzy się jednak nie tyle ze zwiedzaniem świątyń i ile z różnego typu rozrywkami. Oczywiście wylądowaliśmy na tzw. Patpongu. Wersja „niewinna” tego miejsca oznacza nocny bazarek z mnóstwem straganów sprzedających podróbki torebek, zegarków, fajne koszulki, pamiątki etc. Druga strona Patpongu to stojące w uchylonych drzwiach roznegliżowane dziewczyny i naganiacze oferujący „ping-pong show” (oczywiście nie muszę chyba tłumaczyć, że nie o grę w tenisa stołowego chodzi). Odmianą "ping-pong show" jest „strzelanie do balonika”, „pisanie imienia”, "zapalanie papierosa", "zamiana wody w colę" itp. – możliwości na zademonstrowanie możliwości intymnych damskich organów i ich mięśni są dość, hmm, specyficzne. Pokazy są na ogół za darmo, ale rachunek jaki dostaniemy potem za drinki może nas zdziwić. No i są też pokazy „akcji” w różnych konfiguracjach obojga płci. A skoro są, to widać że klientów do patrzenia/uczestniczenia nie brakuje.




14 lutego, Mandalay (Birma/Mjanmar)
Azjatycka perełka, czyli mingellaba Birma


Dziś Walentynki, w związku z czym załapałam się od jednego z kolegów z grupy na kwiat… lotosu! Przynajmniej oryginalnie :).

birma1.jpgA tak w ogóle to: Mingellaba! - to birmańskie powitanie.
Jesteśmy tu zaledwie od południa, a już Birmę lubię… To nic, że nie działają tu nasze telefony (ale internet jest, więc łączność z Polską mam), i że pogryzły mnie komary (według pani z recepcji – malarii nie roznoszą, według przewodnika czasem roznoszą, ale niegroźną :) ). To naprawdę fajny kraj. Może dlatego że, dopiero od niedawna otwarty dla turystów (na dobrą sprawę to od 3 lat).  Ale turystów jest tu już teraz sporo – samolot którym przylecieliśmy z Bangkoku był wypełniony białymi twarzami na full, a na zachodzie słońca na wzgórzu wznoszącym się ponad Mandalay (na marginesie to drugie co do wielkości miasto Birmy), był istny tłum. Miejscowych na szczęście też trochę się zjawiło, w tym buddyjscy mnisi, którzy jak widzę bardzo chętnie rozmawiają z cudzoziemcami, pewnie trochę z ciekawości, ale też i dla poćwiczenia angielskiego.

birma4.jpgWidać, że wraz z przejściem władzy z rąk wojskowej junty do rządu cywilnego (miało to miejsce jakieś dwa lata temu), naprawdę się tu sporo zmienia. Niewątpliwie na lepsze. Wprawdzie średnia płaca to zaledwie 50 dolarów na miesiąc, przez co jest to jeden z biedniejszych krajów świata, jednak ludzie są tu ogólnie uśmiechnięci i sprawiający wrażenie zadowolonych z tego, co mają. Podoba mi się, że są przywiązani do swoich tradycji – większość z nich chodzi w tzw. longyi`ach, czyli przewiązanych na wzór spódnicy płachtach materiału (nasz przewodnik też coś takiego ma) i wyraźnie są dumni, że ich kraj przybyszom z Zachodu się podoba. A co do przejawów zmian to jeszcze taki praktyczny przykład: w Birmie obowiązuje prawostronny ruch (po pozbyciu się Anglików, którzy tu byli od XIX wieku, władze zmieniły kolonialne zasady), ale samochody wciaż mają kierownice tak jak w Anglii. Teraz jednak, w ramach otwierania się na świat, podjęto uchwałę, że od tego roku importowane pojazdy, mają mieć jednak kierownicę tak jak w kontynentalnej Europie. Czyli zmierza do ogólnoświatowych standardów.

birma2.jpgW ramach zwiedzania byliśmy dzisiaj przy, jak się tu mówi: "największej księdze świata". Chodzi o umieszczone w 729 stupach kamienne tablice, na których widnieją inskrypcje buddyjskie z treścią rzeczywiście składającą się na konkretne dzieło. Ponoć jeśliby to czytać codziennie przez 8 godzin, to przeczytanie wszystkiego zajęłoby 450 dni. Z kolei w 1900 roku wymyślono, żeby to wszystko z tych kamiennych tablic wydrukować w formie księgi papierowej – wyszło 38 tomów, każdy po około 400 stron.

Szczerze mówiąc to bardziej niż te tablice zaintrygował birma6.jpgnas stojący tam posąg Buddy, a raczej neonowa aureola jaką mu zrobiono. Birmańczycy uwielbiają świecidełka, zrobione ze szkiełek mozaiki, migocące lampki i ogólnie takie trochę odpustowe zdobienia. No ale o gustach przecież się nie dyskutuje. :)

Byliśmy też w tzw. Shwenandaw Kyaung. Kiedyś, w XIX wieku, był to pałac królewski (to dopóki w Birmie był król, bo czasy monarchii zakończyły się w czasach kolonizacji angielskiej), potem zrobiono tu klasztor buddyjski, a teraz muzeum. Ciekawy budynek – z misternymi drewnianymi rzeźbieniami i salą - dawniej tronową (według innej wersji - medytacyjną), a teraz mieszczącą posąg Buddy, do którego podejść mogą wyłącznie mężczyźni. Jest nawet tabliczka że kobietom wstęp wzbroniony. Kobiety są w tym kraju płcią podrzędną, stąd właśnie takie zakazy. Oj, ciekawe kiedy uaktywnią się tu ruchy feministyczne :)

 




15 lutego, Mandalay (Birma/Mjanmar)
O mnichach, moście i pewnej sprawie



birma20.jpgMandalay to religijne serce Birmy. Ponoć w klasztorach tego miasta „stacjonuje” 60% ogółu birmańskich mnichów. A mnichów buddyjskich jest w tym kraju sporo, bo większość rodzin ma ambicję, aby ich synowie przynajmniej przez jakiś czas (miesiąc, dwa) w klasztorze pobyli. Tyle że klasztory są różne – większość z dość luźną formułą, pozwalającą aby mnisi przesiadywali w kafejkach, spacerowali z dziewczynami (fakt, na dystans) i zajmowali się serfowaniem w internecie na noszonych ze sobą tabletach (tym bardziej że w świątyniach często jest darmowe wi-fi), ale równocześnie istnieją też klasztory o zaostrzonym rygorze, z birma21.jpgktórych nawet wyjść na zewnątrz nie można. Dzisiaj w takim właśnie miejscu byliśmy – chodzi o Mahagandayon Monastery, w którym w momencie jego założenia było raptem 5 mnichów, a teraz jest ich 1500!

Codziennie o godzinie 10.15 odbywa się tam osobliwa procesja – mnisi i kandydaci do tego „tytułu”, w różnym wieku, podchodzą ze swoimi blaszanymi miskami do punktu wydawania obiadu, przy czym jest to już ich ostatni posiłek danego dnia (jak czegoś nie zjedzą, idą oddać biednym). Byliśmy w kuchni w której przygotowywują posiłek – oj, Sanepid miałby tu używanie (zwłaszcza na widok kawałów mięsa na których żerują muchy). Klasztor utrzymuje się z datków – sponsorzy posiłku danego dnia wypisywani są na elektronicznej tablicy, a ci którzy wpłacą trochę kasy, birma105.jpgmają szansę na uwiecznienie swojego nazwiska na specjalnych tablicach. Widnieją na nich m.in. państwo Krystyna i Leszek Mikos(owie) z Krakowa, którzy jak głosi napis wpłacili 150 dolarów.

Jak się okazuje dolna granica wieku jeśli chodzi o przyjmowanie do tutejszych klasztorów to zaledwie 7 lat. Takie maluchy mające 7-10 lat to tzw. prenowicjat – łatwo ich rozpoznać po białych szatach. Starsi to już nowicjat (tu już dostaje się bordowe szaty), a dopiero później, przeciętnie od ok. 20 roku życia, można zostać mnichem z prawdziwego zdarzenia. Dziewczyny też mogą iść do klasztoru, tyle że noszą różowe szaty. No i mają więcej reguł-zakazów – 311, podczas gdy mnisi 227. Co ciekawego – w zakonach obowiązuje zakaz palenia i picia alkoholu, ale betel, mające lekko uzależniające działanie orzeszki jednego z gatunków palm, żuć można.

birma22.jpgPytałam Josepha, naszego przewodnika, jak tu jest z innymi religiami. Chrześcijan w społeczeństwie Birmy jest ok. 5%, z czego katolików 3%. Joseph jest akurat katolikiem, ale twierdzi, że nawet w czasie rządów junty nie było problemów z wyznawaniem tej religii. Jedyny problem to taki, że innowiercy (mowa o tych co nie są buddystami) nie mogą budować nowych kościołów – mogą korzystać tylko z tych, które są.

Odwiedziliśmy też klasztor  Shwenandaw – jedno z najświętszych w Birmie miejsc. Pielgrzymi przybywają tam dla wielkiego, mającego 3,8 m wysokości słynącego z cudów posągu Buddy, który oblepiają płatkami złota. Jest już tego złota tyle, że Budda zatracił swoje oryginalne kształty – zrobił się delikatnie mówiąc pulchniutki. Mężczyznom pozwala się podejść do samego posągu, paniom musi pozostać oglądanie go z pewnej odległości. Codziennie rano, o 4-ej, Buddę się myje. Robi to przeor klasztoru z pomagierami którzy podają mu szczotki, ręczniki i inne potrzebne rzeczy - z należytym nabożeństwem myje się twarz posągu, zęby, jednym słowem odstawia regularną toaletę.

birma25.jpgPrawdziwą perełką Mandalay okazało się jednak miejsce, do którego Joseph zabrał nas poza programem i chwała mu za to, bo naprawdę warto tam zajrzeć (tym bardziej że jest tam zupełnie pusto, jakby nikt o tym obiekcie nie wiedział). Chodzi o Shwe In Bin Kyaung, kameralny klasztor zafundowany w 1895 wieku przez chińskiego biznesmena handlującego jadeitami. Zrobiony z drewna tekowego budynek jest świetnym przykładem tradycyjnej tutaj architektury – naprawdę robi wrażenie.

birma23.jpgA na koniec mieliśmy most! Nie byle jaki tylko ponoć najdłuższy w świecie most drewniany. Też z drewna tekowego – ma 1,2 kilometra długości, ustawiony jest na 1086 palach, a mimo że ma już ponad 160 lat, trzyma się nad wyraz dobrze. Przyjechaliśmy tam na zachód słońca – nie powiem, ładnie było.

birma28.jpgW sumie chciałabym podsumować, że fajny dzień był, ale… na koniec, już po przyjeździe do hotelu, dowiedziałam się o czymś, co mi skutecznie popsuło humor, wkurzyło i wytrąciło z równowagi. Nie mam zwyczaju pisać o uczestnikach swoich grup, ale tym razem zrobię wyjątek, bo w sumie niby dlaczego mam się wstydzić i mieć wyrzuty sumienia za kogoś? Poza tym trochę liczę, że osoba o której tu piszę, trochę jednak zastanowi się nad swoim postępowaniem. Otóż kupowaliśmy zbiorowo zrobione z pestek arbuza naszyjniki, no i okazało się że jeden z naszych szanownych panów nie zapłacił za 3 naszyjniki które wziął wbrew protestom właścicielki, twierdząc że to jego prowizja za napędzenie birma29.jpgklientów. Nie widziałam tego bo działo się to przy wsiadaniu do autobusu. Zaraz potem ruszyliśmy, zostawiając na parkingu zapłakaną dziewczynę od naszyjników. Chodziło o kwotę w sumie 5 dolarów – dla owego pana chwalącego się swoim stanem posiadania to zapewne „tylko” 5 dolarów, dla tej dziewczyny, żyjącej w jednym z najbiedniejszych krajów świata, „aż” 5 dolarów. Do tej pory jak o tym myślę, aż kipię z oburzenia i nie mogę pojąć jak można być tak arogancko bezdusznym. Na dodatek po takich „akcjach” wstyd mi, że jako pilot grupy chodzę z antenką z biało-czerwoną flagą. Żadne to pocieszenie, że reszta ekipy jest okej i chodzi w sumie o jedną osobę - właśnie taka jedna osoba potrafi popsuć opinię wszystkim Polakom.




16 lutego, Mandalay-Jezioro Inle (Birma/Mjanmar)
Birma z drogi


birma42.jpgPonieważ cały prawie dzień spędziliśmy w autobusie, podpytałam naszego przewodnika o różne przesądy i zwyczaje. Okazuje się, że w Birmie za pechową uznaje się cyfrę 9 (w przeciwieństwie do szczęśliwej siódemki), co sprawia, że raczej nie wyjeżdża się w drogę, jeśli w pojeździe jest 9 pasażerów. Co zrobić, jeśli nijak nie da się kogoś więcej zabrać (albo z kogoś zrezygnować)? Jest na to patent: na jednym z miejsc stawia się jakąś figurkę – z drewna, brązu, kamienia, wszystko jedno z czego, a jak takowej nie ma, to kładzie się zwykły kamień. Proszę, potrzeba matką wynalazków.

Z innych przesądów „na podróż” to okazuje się, że nie wypada się pytać kierowców, o której będzie się na miejscu. W lokalnych autobusach nikt na takie pytania nie odpowiada, bo ściąga to nieszczęście i na bank sprawi, że podróż się przedłuży. Zanim Joseph mi o tym powiedział, kilkakrotnie zadałam to pytanie, przyciśnięty do muru kierowca coś tam przebąkiwał, no i wywołałam nieszczęście – akurat przy nas wpadł pod koła ciężarówki motocyklista. Wyglądało to fatalnie, ale ponieważ mamy w grupie dwóch lekarzy, zaczęliśmy chłopakowi udzielać pierwszej pomocy. Przydały się wożone przeze mnie tyle dni bandaże, bo chłopak miał strasznie rozkrwawioną głowę i trochę innych ran. Karetka przyjechała po pół godzinie – ku naszemu zdziwieniu żadnych leków  w niej nie mieli, sprzętu poza noszami na wózku też nie. Ale mamy nadzieję, że jeśli chłopak nie ma jakiś poważnych wewnętrznych obrażeń, to przeżyje. W międzyczasie przybiegła jego zapłakana żona – młoda dziewczyna z dzieckiem na ręku. Koszmarne.

birma41.jpgPo drodze pomęczyłam trochę naszego przewodnika jak się w Birmie teraz żyje. Po 60 latach reżimu wojskowego dopiero w 2011 roku powstał pierwszy cywilny rząd. Co prawda premier to emerytowany generał, ale ponoć się stara, aby jakieś reformy jednak przeprowadzać. Tak jak reformę szkolnictwa. Jeszcze do niedawna mało kto w Birmie chodził do szkoły, bo trzeba było za to płacić, dopiero teraz wprowadza się bezpłatne szkolnictwo. Od 2011 roku darmową zrobiono edukację dla dzieci w wieku 5-8 lat, od tego roku bezpłatnie można się uczyć też od 8 do 12 roku życia, a jest szansa że wkrótce można będzie się kształcić za darmo również dalej. No ale najważniejsza jest wolność – to że poluzowano kwestię cenzury, że media mogą coraz śmielej pisać o różnych sprawach, że Birma otworzyła się na świat i turyści mogą tu spokojnie przyjeżdżać. A jak z odpowiedzialnością rządzących generałów za śmierć tylu ludzi? Niestety, mają zagwarantowaną nietykalność. O ich ofiarach jednak się już otwarcie mówi. O tym że w więzieniach wstrzykiwano ludziom truciznę, a potem informowano rodzinę, że dana osoba zmarła w wyniku choroby, czy o tym że w czasie tzw. Szafranowej Rewolucji (demonstracje mnichów w Rangunie w 2007 roku) tak naprawdę były ofiary śmiertelne, choć rząd zapewniał że nikt w czasie tłumienia rozruchów nie zginął.

birma47.jpgW międzyczasie  zatrzymaliśmy się przy straganach z owocami. Ale tu tanie awokado! Jedną dorodną sztukę można kupić w przeliczniku za jedyne 30 groszy! Uwielbiam awokado, choć ja jem je posypane solą, podczas gdy tutaj wolą je w wersji z cukrem, najlepiej palmowym (takim brązowym). Albo jako sok – zmiksowany owoc lekko rozcieńczony wodą i też jeszcze dosładzany. Poza tym lokalsi traktują je też jako kosmetyk – jak ktoś ma wysuszoną skórę, to obkłada się kawałkami awokado. Ponoć jest też świetne do polerowania drewnianej podłogi.

A co do cen, to tyle samo czyli 30 groszy kosztuje mango czy kawa w kawiarni dla miejscowych. W knajpach dla turystów ceny są dużo wyższe – trzeba liczyć 3-6 zł. Ogólnie jest tanio, pod warunkiem że traktują nas jak lokalsów. Jako turyści płacimy haracz na każdym kroku. Za zdjęcia – w wielu miejscach trzeba wykupić za 0,5-1 dolara specjalny bilet na fotografowanie, mało tego są wioski gdzie turysta płaci za samo w nich przebywanie (np. w Nyaungshwe nad jeziorem Inle kasują od każdego białasa 10 dolarów albo 10 euro).

I na koniec jeszcze jak to jest z nazwą kraju, w którym jesteśmy. No więc miejscowi zdecydowanie wolą Myanamar, bo to nazwa tradycyjna, podczas gdy Birma to wymysł Brytyjczyków. Owszem, jest na terenie kraju rejon w którym dominuje grupa etniczna zwana Birma, a język którym się tu wszyscy posługują to birmański, ale grup etnicznych jest tu całkiem sporo, w związku z czym nie




17 lutego – Jezioro Inle (Birma/Mjanmar)
Slalom między pływającymi wioskami



birma60.jpgJezioro Inle to dla mnie jedno z ciekawszych miejsc na trasie którą „przerabiamy”. Okolica piękna, dużo do oglądania, a równocześnie pełny relaks, bo zwiedzanie polega w dużej mierze na pływaniu łódką. I nawet mi nie przeszkadza, że opisy w przewodnikach czy programach biur podróży są delikatnie mówiąc przesadzone. Bo nie łudźmy się – słynnych rybaków wiosłujących w specyficzny sposób utrzymując wiosło jedną nogą (ręce muszą być wolne do trzymania sieci) już właściwie nie ma (po co takie wiosłowanie, jak się ma silnik). Czy to, że mocno reklamowany pływający bazar przeniósł się na stały ląd, albo że pokazywane na zdjęciach kobiety z długimi szyjami na których mają zawieszone obręcze tak naprawdę są nie stąd – jest tu ich około dziesięciu, a przyjechały z zupełnie innego regionu kraju w celach wyłącznie zarobkowych (miejscowi ściągają je płacąc im za to, że pozują do zdjęć i zajmują się tkaniem). Ale skoro już wspomniałam o tych kobietach, to wrażenie robią. Kiedy mają 8 lat zakłada im się 5 metalowych, połączonych ze sobą kółek, po 5 latach dokłada się kolejne 5 obręczy, i po następnych 5 latach jeszcze 5. W sumie wychodzą 24 birma82.jpgkółka ważące nawet i 8 kg. Zdjąć już tego od pewnego momentu nie można, bo w międzyczasie kobitki zatracają mięśnie szyi i po zdjęciu takiego rusztowania po prostu złamałby im się kark nie mogący utrzymać głowy. Jak tłumaczył nasz przewodnik, obręcze i długie szyje to u tego plemienia plus jeśli chodzi o urodę, a poza tym w ten to sposób kobiety niby upodobniają się do węży i smoków, co jest istotne w ich wierzeniach. Według innej wersji te obręcze miały je chronić przed atakami tygrysów, występujących wokół ich prawdziwych wiosek. Tygrysy skakały na swoje ofiary od tyłu i przegryzały im szyje, no a metalowej obręczy przegryźć nie mogły.

birma54.jpgCo do plemion to w rejonie jeziora Inle są trzy. Rodziny rybackie należą do Intha, ubrane na czarno kobiety z zawojem materiału na głowie to Pa-O, poza tym są jeszcze Shan. Najlepszą okazją aby ich wszystkich zobaczyć jest targ. Dawniej targi odbywały się na łodzie, handlowano z łódek, ale odkąd w 2010 roku w wyniku suszy stan wody w i tak płytkim jeziorze się obniżył, targ przeniesiono na ląd. Jedni przychodzą tu handlować, inni wymienić się plotkami, a jak mówił Aung Aung (czyaj: ou ou - tak się nazywa nasz tutejszy przewodnik tłumacząc że nazwisk tu nie używają), wizyta na targu to dla miejscowej młodzieży okazja aby rozejrzeć się za przyszłym współmałżonkiem. No i można jeszcze sobie podjeść. Na przykład sałatki z liści… herbaty. Całkiem dobra.

Przy okazji targu obejrzeliśmy też pagodę Nga Phe Kyaung, słynną z tego, że znajduje się w niej pięć figurek Buddy które miejscowi oblepiają złotymi płatkami tak, że trudno dostrzec już w nich oryginalne kształty – zamieniły się w złote bałwanki. Co roku obwozi się te posążki wokół jeziora w uroczystej procesji na łodziach. W bodajże 1965 roku święte figurki spadły z łodzi do wody. Cztery wyłowiono, piątej nie. Następnego dnia znaleziono utopionego Buddą stojącego jakby nic w świątyni, co rzecz jasna uznano za cud, a raczej za pomoc dobrych duchów. Profilaktycznie od tej pory na doroczne procesje wywozi się jednak nie 5, a już tylko 4 posążki. Stwierdzono, że widać jeden chce zawsze zostać w świątyni.

birma58.jpgZe świątyń byliśmy jeszcze w  kompleksie zwanym Kyaukh-pyugyi Paya. Niesamowite miejsce – 1054 pagód, jedna przy drugiej. Dosłownie las wież, najstarsze jeszcze z XI wieku. Te wyżej szczytu wzgórza są aktualnie odnawiane – łatwo je rozpoznać po złoconych wieżach i zawieszonych na wieńczących je parasolach dzwoneczkach, sympatycznie pobrzękujących na wietrze. Te na dole są w stanie ruiny, często z dziurami po kuciu przez poszukiwaczy skarbów, ale to właśnie one robią najbardziej niezwykłe wrażenie.
Aaa, i jeszcze odwiedziliśmy klasztor słynący z hodowanych przez mnichów skaczących kotów. Tyle że koty już nie skaczą, bo jacyś turyści narobili rabanu, że to męczenie zwierząt. Na szczęście leniących się po tym zakazie kotów nikt z klasztoru nie wyrzucił – wylegują się teraz na modlitewnych dywanach, a jak są głodne – raczą się whiskasem czy czymś podobnym.

birma53.jpgAle wracając do jeziora Inle… Jest to drugie co do wielkości jezioro kraju, według Wikipedii mające 22 km długości i 11 km szerokości, chociaż miejscowi twierdzą że z racji wysychania aktualne rozmiary to 20 x 7 km. Akwen słynie z pływających wiosek – skupisk domów budowanych na bambusowych palach, do których dopływa się łodziami i poletek budowanych z jeziornego mułu przekładanego warstwami wodnych traw (wodorostów), co tworzy około metrowej grubości grząski „grunt”. Co do domów to z racji tego że butwieją, co 15-20 lat trzeba je wymieniać, a poszycie dachowe nawet co 5 lat (choć teraz coraz częściej widać eternit). Wodę pitną się dowozi z ujęcia na brzegu jeziora – jedynie jedna wioska ma doprowadzone rury z bieżącą wodą. Za to już prawie wszędzie jest elektryczność. Doprowadzono ją 5 lat temu.
birma50.jpgŻyje się tu głównie z łowienia ryb i upraw różnych roślin – kwiatów, ogórków, kabaczków, a przede wszystkim pomidorów których zbiory odbywają się dwa razy do roku. Uprawy zakłada się na wspomnianych pływających poletkach, które żeby nie odpłynęły, „zakotwicza się” bambusowymi kijami.

Lokalna produkcja to także tkaniny robione m.in. z włókien łodyg lotosów, wyrób tradycyjnych birmańskich parasolek (główne elementy stanowią patyki bambusowe i robiony ręcznie papier czerpany) oraz papierosy robione z tabaki, z aromatycznymi dodatkami typu anyżek, ananas etc. i sklejane ryżowym kleikiem.




18 lutego – Znad Jeziora Inle do Paganu (Birma/Mjanmar)
Znowu w drodze


birma40.jpgDzisiaj znowu cały dzień w drodze. Na szczęście dostaliśmy jako opiekuna bardzo rozgarniętego chłopaczka o sympatycznie brzmiącym imieniu Mi Mi (tak się czyta, bo piszę się Min Min, podczas gdy kierowcą był U-u – piszę się Oo Oo :)), podpytałam go więc o różne rzeczy.
Z ciekawostek to Mi Mi opowiedział mi dziwną historię, mającą dowodzić reinkarnacji. Otóż w górach przez które przejeżdżaliśmy żyje sobie plemię …. Które słynie nie tylko z tego że kiedyś uprawiało opium (teraz przestawili się na krzewy herbaciane i pomarańcze), ale także z tego, że szukają się sobie współmałżonków wyłącznie z grona współplemieńców. Pewnego dnia, jakieś 20 lat temu, w pobliżu ich wiosek rozbił się samolot. Wśród ofiar (śmiertelnych niestety) było ponoć 7 Niemców. Otóż okazuje się, że w kilku wioskach urodzili się po pewnym czasie blondwłosi chłopcy, o jasnym kolorze skóry (a przecież rodzicami byli lokalsi), a jakby tego było mało, w czasach dzieciństwa kiedy chłopcy się spotykali, rozmawiali ze sobą po niemiecku, chociaż żaden z nich tego języka się nie uczył. Szczerze mówiąc trochę z powątpiewaniem tego słuchałam, ale Mi Mi zapewniał, że jak wrócę do Birmy na własną rękę, to może zorganizować mi trekking do wioski któregoś z tych reinkarnowanych niby Niemców.

birma46.jpgPrzerobiliśmy też ciąg dalszy różnych przesądów. Okazuje się, że mają tu coś podobnego do naszego czarnego kota – tu nieszczęście wróży pełzający przez drogę wąż (wtedy lepiej cofnąć się lub znaleźć inną drogę). A jak się śnią bolące zęby, to następnego dnia powinniśmy mieć zastrzyk gotówki.

Pogadaliśmy też o polityce. Zaskoczyło mnie to, że mimo że dopiero niedawno skończyły się „rządy generałów” Birmańczycy już dość otwarcie mówią na ten temat, często otwarcie krytykując obecny rząd. Jak się tu mówi: z czterema rzeczami w Birmie nigdy nic nie wiadomo. Są to:  1) pogoda;  2) elektryczność (często są przerwy w dostawach prądu); 3) rozkład lotów (samoloty);  i 4) rząd! Zarówno odnośnie byłego reżimu, jak i obecnych ludzi u władzy używa się określenia „gold finger” czyli „złotopalczasty”, od majątku jaki zbijają przy okazji rządzenia.

birma104.jpgPodpytałam co nasz przewodnik myśli o Aung San Suu Kyi (czytaj: ong San Su Czi) – słynnej tutejszej pani polityk, szefowej jednej z partii, córce Aung Sana, który wynegocjował dla Birmy niepodległość od Brytyjczyków (a potem zginął zabity przez jednego z najbliższych kolegów, którego jak mówią Birmańczycy, opłacili Brytyjczycy). Za swoją opozycyjną działalność pani Aung San Suu Kyi przez długie lata była przez reżimowych generałów trzymana w areszcie domowym – nawet po odbiór nagrody Nobla nie mogła wyjechać (odebrała ją w Oslo dopiero po 21 latach!). Jak się jednak okazuje, jej popularność teraz już mocno osłabła. Zdaje się że społeczeństwo ma jej za złe, że nie przekazała nagrody na potrzeby kraju, tylko na cele prywatne (na jak się mówi – dwóch synów z których jeden jest w USA, a drugi w Wielkiej Brytanii). I że za bardzo dba o swój marketing (kalendarze ze swoim wizerunkiem itp.), zamiast skupić się na sprawach kraju. No cóż, tak to w polityce jest – raz na wozie, raz pod wozem… Nie zmienia to faktu że pani A… jest jednym z czterech kandydatów na urząd prezydenta – wybory już za rok (w 2015 roku). Inni kandydaci to obecny prezydent (jak się mówi: „mówił że już nie chce kandydować, ale przekonano go że w imię ogólnonarodowego dobra powinien” :)), poza tym jakiś generał (jak się zdziwiłam, że myślą znowu o reżimie, usłyszałam że „to nowy generał”) i jakiś koalicyjny kandydat z kilku partii.





19 lutego – Pagan (Birma/Mjanma)
Ponad trzy tysiące świątyń i stup.


birma71.jpgW Paganie, dawnej stolicy Mjanmy, jest ok. 3200 świątyń i stup. Zaczęto je budować w XI wieku i tak do XIII wieku wyrósł istny las mniejszych lub większych religijnych budowli. Niektóre z nich zostały poważnie naruszone w trakcie trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło ten rejon w 1975 roku (na marginesie to trzęsienie miało dla Paganu jeden duży plus – nagłośniło go na cały świat), ale ogólnie mimo upływu wieków trzymają się dobrze. Poniekąd to zasługa dawnych budowniczych. W jednej ze świątyń król zapowiedział, że za złe dopasowanie cegieł będzie obcinał ręce, no i w efekcie cegły przylegają do siebie tak, że nawet szpilki się nie wetknie. Albo patent ze stiukami – do zaprawy wykorzystywano tłuszcz bawoła zmieszany z melasą cukrową (chodzi o cukier palmowy) i kłaczkami (kwiatami) bawełny. Mimo że minęło 900 lat, piękne stiuki można podziwiać cały czas.

birma70.jpgStupy różnią się nie tylko wielkością, ale i stylami, bo każdy ze stawiających władców chciał pozostawić coś wspanialszego, nie mówiąc o tym że chciał też prześcignąć poprzedników w ilości owych budowli. Mnie akurat najbardziej podobały się te proste, ceglane wieżyczki, bez żadnych złoceń. A najlepszy jest zachód słońca obserwowany z którejś z pagód z widokiem na dziesiątki wyrastających z zarośniętej buszem pustyni.

birma 81.jpgW międzyczasie byliśmy jeszcze w zakładzie produkcji wyrobów z laki. Przedmioty z laki to jedna z najczęstszych tutaj pamiątek. Do głowy by mi nie przyszło, że z prawdziwą laką jest tyle zabawy! Najpierw robi się z bambusowych słomek przeplecionych włosami z końskiego ogona (żeby było mocniejsze) szkielet danego przedmiotu, i to dopiero potem pokrywa laką – rozgrzaną żywicą z drzewa „lakowego”. Takich warstw jest zwykle kilka czy nawet kilkanaście, a w międzyczasie po nałożeniu każdej z nich trzeba taki przedmiot włożyć do piwniczki, gdzie te „coś” suszy się przez ok. 3 tygodni (na słońcu suszyć nie wolno – dla uzyskania odpowiedniej jakości niezbędna jest piwniczka mająca określoną wilgotność). Cały proces produkcji trwa niekiedy nawet pół roku! Nic dziwnego że prawdziwa laka wcale nie jest tania – w przeciwieństwie do tej bazarowej, jak mówi nasz przewodnik – „disco quality”.

A co do zakupów to pełno tu kręcących się przy turystach chłopaków sprzedających „rubiny” i inne kolorowe kamienie. Zapewniają że prawdziwe, ale raczej wątpię. Mjanma słynie ze szlachetnych i półszlachetnych świecidełek. Mają tu ponoć 30 kopalni złota, również dużo srebra, 2 kopalnie rubinów, 1 jadeitu. Tylko że na wywóz tych rzeczy lepiej mieć certyfikat z licencjowanego sklepu – wywóz kamieni bez certyfikatu grozi ich konfiskatą przez celników.

 




20 lutego – Rangun/Yangon (Birma/Mjanma)
Niby stolica, która stolicą nie jest


birma102.jpgZ Rangunem (według tutejszej wersji: Yangonem), największym miastem kraju (5,6 mln mieszkańców) to taka nieco dziwna sprawa. W wielu źródłach i na większości map  metropolia to figuruje jako stolica Mjanmy, tutaj też mieszczą się ambasady różnych państw, jednak tak naprawdę w 2005 roku stolica została przeniesiona do innego, dużo mniejszego, mało znanego miasta Naypyidaw (czytaj: nepido), jakieś 200 km na północ od Rangunu. Powody ku owym przenosinom były dwa: rady astrologów, co tutaj ma bardzo ważne znaczenie oraz chęć odcięcia się od brytyjskiej przeszłości (bo Rangun był stolicą w czasach brytyjskiego kolonializmu).

Do Rangunu przylecieliśmy z Paganu samolotem lokalnej linii Air Bagan. U niektórych wzbudziło to sporo emocji, bo to przewoźnik z czarnej listy stowarzyszenia lotniczego IATA, ale nie wnikając jak tam sprawy techniczne (po przylocie widziałam że obsługa coś tam debatowała przy śmigle), serwis mają całkiem niezły. Lot krajowy, krótki, bo zaledwie godzina z kwadransem, a tymczasem nawet jedzonko było, i napoje, i gazety, i na koniec cukierki. W Europie wszyscy tną koszty, na jedzeniu i prasie się oszczędza, a tu proszę…

birma95.jpgCo do Rangunu to mnie się całkiem podoba. Co ciekawe: tu akurat nie ma wszechobecnych gdzie indziej motorków. W 2002 roku władze stwierdziły, że ograniczają szybkie przemieszczanie się po mieście samochodów rządowych i zakazały jeżdżenia na motorach. Zakazano też trąbienia.

W ramach zwiedzania najpierw poszliśmy do stupy Sule, w samym centrum miasta. To już któraś nasza stupa, więc bardziej od samej budowli zainteresowały nas rozmieszczone wokół niej kapliczki (są podobne w każdej tutejszej świątyni, tyle że wcześniej nie zwracaliśmy na nie uwagi). Każda z nich symbolizuje jakiś dzień tygodnia. Jaki, można rozpoznać po przypisanym mu zwierzęciu. Poniedziałek to tygrys, wtorek – lew, środa – słoń, czwartek- szczur, piątek - świnka morska, sobota – smok, a niedziela – garuda (mityczny orzeł z ciałem człowieka). Co do środy to w tutejszym kalendarzu który ma 8 dni (!) rozróżnia się podział na środę do południa (jeden dzień) czemu przypisany jest słoń z kłem i środę po południu (kolejny dzień) – ze słoniem bez kła. Według miejscowych tradycji każdy wie, jakiego dnia tygodnia się urodził i jeśli chce sobie zapewnić długie i szczęśliwe życie, powinien odwiedzać kapliczkę swojego dnia polewając wodą znajdującego się w niej Buddę oraz zwierzaka. Ja mam problem bo urodziłam się w środę, tylko że nie wiem, czy rano czy po południu, w związku z czym nie wiem którego ze słoni mam myć :).

birma100.jpgW czasach brytyjskich rondo ze stupą Sule nie tylko że wyznaczało centrum miasta, ale od niej też od niego liczono odległości. Poza tym przy nim też stoją różne budynki „użyteczności publicznej”  - ratusz, sąd który kiedyś służył jako Sąd Najwyższy, jednak po przeniesieniu stolicy stał się rejonowym, kościół baptystów, a w przyległym parku postawiono mający formę wielkiej iglicy Pomnik Niepodległości przypominający o uniezależnieniu się w 1948 roku od Brytyjczyków.

Najważniejsza jest jednak w Rangunie pagoda Szwedagon, w której znajdują się włosy z głowy Buddy (ok. 2500 lat temu Budda dał je dwóm braciom, kupcom z Rangunu, którzy przyjechali w interesach do Indii, a że trafili na Buddę który był po 7-tygodniowym poście, nakarmili go, za co zostali uhonorowani właśnie tymi włosami). Tu dopiero jest złota –  na samej stupie 3,5 tony! Stupa swoją drogą jest naprawdę wielka – ma 99 metry wysokości i 433 m obwodu. A dookoła jeszcze otacza ją pełno kapliczek – w naszym pojęciu delikatnie mówiąc kiczowatych, bo wszędzie widać te mało gustowne neonowate aureole nad głowami Buddów, zaś ściany wykładane są lusterkami i różnymi świecidełkami, no ale w końcu to nie nam się ma to podobać, tylko miejscowym wiernym.

birma94.jpgWieczorem, na kolacji, w ramach przerw między chrupaniem chipsów z tofu i męczeniem się z wypalającą usta rybą (Birmańczycy uwielbiają dodawać do wszystkiego chili), podpytałam naszą miejscową przewodniczkę o różne sprawy. Na przykład o to, że jak widzę religijni buddyści jedzą tu mięso, co w wielu innych krajach buddyjskich jest nie do pomyślenia. Okazuje się, że tu akurat buddyjski wegetarianizm nie obowiązuje – mięso jedzą nawet mnisi, bo jak usłuszyłam, Budda też mięso jadł. Co do ubioru mnichów to większość tych z Mjanmy ma szaty bordowe – jeśli widzimy jakichś w pomarańczowych, to najprawdopodobniej będą to mnisi z Tajlandii albo ze Sri Lanki, a jak  w szarych, to z Korei. Ale tutejsi mnisi też czasem mają ubiór pomarańczowy, bo zależy jakich barwników użyli do farbowania tkaniny – nie zawsze udaje się otrzymać wspomniany kolor bordowy.

birma97.jpgI jeszcze co do tego, że w najważniejszych tutejszych świątyniach są postacie czterech Buddów ustawionych jakby na cztery strony świata. Wynika to z tego, że według tutejszych opowieści w obecnym świecie (bo światów było już ileś) jak na razie odnotowano czterech Buddów (ostatni ujawnił się w VI wieku p.n.e.), a w ogóle w historii świata (co oznacza: wielu następujących po sobie światów) doliczono się według tutejszych speców od religiii 28 Buddów (przypomnę: "Budda" to ten, kto osiągnął oświecenie, to jest tzw. nirwanę). Ma być jeszcze piąty Budda, ale kiedy się ujawni, nie wiadomo. W każdym razie po nim będzie koniec tego świata, a potem kolejny świat.

Oczywiście zeszło też na politykę, tym bardziej że przejeżdżaliśmy dziś koło rezydencji wspominanej już przeze mnie Aung San Suu Kyi, birmańskiej opozycjonistki, laureatki pokojowego Nobla. Trzeba przyznać, że dom jest całkiem ładny i duży, nad jeziorem – to właśnie w tej posiadłości pani Aung spędziła prawie 20 lat (z przerwami) w areszcie domowym. Dom ten odwiedził w ubiegłym roku prezydent Obama, ale powiedzmy sobie szczerze, specjalnie wysiłek to dla niego nie był, bo niemal po sąsiedzku jest amerykańska ambasada.



21 lutego - Rangun/Yangon (Birma/Mjanma) i wylot do Polski
Pożegnanie z Birmą


birma99.jpgNasza przewodniczka po Rangunie to Tan Tan. Potwierdziła to o czym już wspominałam, czyli że w Birmie nawet w dużych miastach nie stosuje się nazwisk, a jedynie imiona (wyjątkiem są niektóre ważne osoby, jak np. Aung San Suu Kyi). Wszyscy ponoć wiedzą o kogo chodzi, bo rozróżnia się dane osoby po zawodach czy miejscu zamieszkania, a jeśli nawet choćby w szkolnej klasie trafi się kilka osób o tym samym imieniu, to dodaje się im cyferki. W naszym pojęciu imiona tutejsze brzmią nieco śmiesznie. Na przykład: Khin Khin (czytaj: Kin Kin), Aung Aung (czytaj: A A) czy Su Su – która ma siostrę Ju Ju (tu już piszę fonetycznie), albo Si Si z siostrą Mi Mi. Ale dzięki takiemu brzmieniu można te imiona przynajmniej zapamiętać, gorzej z pisownią, bo choć alfabet birmański ma jedynie 33 litery, to niestety dla nas jawią się one jajko trudne do zapamiętania i zrozumienia „robaczki”.

birma93.jpgPonieważ wylot do Europy mieliśmy dopiero o północy, był jeszcze czas by coś w Rangunie zobaczyć. Między innymi świątynię z Leżącym Buddą. Posąg ma 66 m długości, stary specjalnie nie jest, bo z lat 60-tych XX wieku, ale prezentuje się ciekawie – zwłaszcza jego twarz z niezwykłymi oczami wykonanymi z ręcznie robionego szkła i stopy ze 108 symbolami. Zatrzymaliśmy się też przy "Jaskini" w której w 1954 r. odbywał się VI Synod Buddyjski, na który zjechali się ważni mnisi z różnych krajów buddyjskich. Jaskinia tak naprawdę jest zrobiona sztucznie i bardziej kojarzy się ze stadionem niż z jaskinią jako taką, ale ciekawy jest fakt, że mimo biedy w kraju nie szczędzono kasy by ją z przepychem ozdobić – ściany to jadeit, laka i złoto. Widać rządząca junta wyznawała zasadę: zastaw się, a postaw się.

birma90.jpgAżeby już w pełni nasycić się świątyniami, pojechaliśmy jeszcze do świątyni gdzie ogląda się relikwiarz z zębami Buddy oraz wykonany ze złota posąg (też Buddy rzecz jasna), który w czasach kolonialnych Anglicy wywieźli do siebie i pokazywali w londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta. Posąg wrócił do Myamaru dopiero po 66 latach. I tak dobrze że w ogóle wrócił.

Dzień zakończyliśmy nad jeziorem niedaleko olbrzymiego, ceremonialnego statku z dziobem przypominającym dwie kaczki. Nie obyło się bez skojarzeń politycznych :), czemu sprzyjało piwko, wypite w nadjeziornej kawiarence z widokiem na ostatni już w Birmie zachód słońca.

No a w międzyczasie wpadliśmy jeszcze na bazar, zwłaszcza że trzeba było gdzieś wydać ostatnie posiadane kyaty (lokalna waluta). Koszulki, wyroby z laki, biżuteria z jadeitu – każdy coś tam kupił. A że była pora lunchu, zjadłam sobie w lokalnej garkuchni zupę zwaną mohingka, czyli wywar z ryby, doprawiony czosnkiem, chili, trawą cytrynową i diabli jeszcze wiedzą czym. Całkiem dobra i tania – pół dolca za wielką michę. Lepiej jednak nie wnikać w system mycia naczyń i zaakceptować brak stołów (siedzi się na ustawionych na chodniku stołkach). Największą "atrakcją" bazaru, przynajmniej dla mnie, stały się jednak ubrane w birma91.jpgróżowe szaty mniszki, niekiedy wręcz małoletnie dziewczynki. Krążyły między stoiskami prosząc o wrzucenie datków do ich żebraczych misek. Ode mnie też coś dostały :).

Z ciekawostek to przejechaliśmy jeszcze przy tutejszej wersji Alei Zasłużonych gdzie pochowana jest zmarła bodajże w 1989 roku mama Aung San Suu Kyi, poza tym jest też grobowiec ostatniej królowej Birmy (zm. około 1920 roku), no ale  najważniejsza tam osoba z której Birmańczycy są bardzo dumni to pan U Thant, który w latach 1959-68 był Sekretarzem Generalnym ONZ, a po tym jak w 1974 roku ciągle przebywając w USA zmarł, ściągnięto do Birmy jego zwłoki. Normalnie buddyści są kremowani, ale jak powiedziała nasza przewodniczka, w przypadku zasłużonych osób robi się wyjątek i chowa w grobowcach ich całe, niespopielone ciała.

birma98.jpgA, i wreszcie się dowiedziałam czym się Birmańczycy malują! Chodzi o jasnożółte pomazania na twarzy, jakie sobie robię i kobiety, i mężczyźni, czasem w postaci niewielkich żółtych plam na policzkach, czasem też malując całe twarze. No więc nazywa się to Thanaka i albo jest to już gotowy preparat, albo bierze się kawałek drewna z jednego gatunku drzewa sandałowego o łacińskiej nazwie limonia acidicima (rośnie w środkowej części kraju, w tym w rejonie Paganu; w okolicach Rangunu nie), a następnie ściera jego korę i tak otrzymany proszek miesza się z wodą. Chroni taka mikstura przed słońcem (tym bardziej że Azjaci robią wszystko aby się nie opalić, tylko wybielać sobie skórę), a poza tym działa wygładzająco.

I to tyle, jeśli chodzi o Birmę, przynajmniej tym razem. Teraz już jestem na przesiadce w Seulu. Czas do domu! Powrót do zimy  :).

Back to top