Salto pośród tepui
Hits: 4406

angel- z daleka.jpgWENEZUELA

Miejscowi Indianie mówią o nim "Kerepakupai-meru", turyści - z angielskiego "Angel Fall" albo po hiszpańsku - "Salto Angel". Jedno jest pewno - chodzi o  najwyższy wodospad świata.





Wsiadamy do długiego, wydrążonego z pnia czółna. Będziemy nim płynąć cztery, może pięć godzin. W dżungli nie ma dróg - zastępują je rzeki. Załogę stanowi dwóch Indian - ten z tyłu obsługuje silnik, natomiast chłopak z przodu daje znaki, jak kierować i ewentualnie robi użytek z ręcznie wystruganego wiosła. Rzeka jest płytka, pełna bystrzy i zdradzieckich kamieni.

Zostawiamy za sobą Canaimę - ostatnią tutaj ostoję cywilizacji i wpływamy w zielony gąszcz. Aż trudno nam uwierzyć, że jeszcze dwa dni temu byliśmy w zasypanej śniegiem Polsce, a teraz znaleźliśmy się w egzotycznej Wenezueli, w dorzeczu Orinoko, w drodze do słynnego Angela.

Duch w tęczy


angel - lodz.jpg Początkowy odcinek stanowi rzeka Carraro. Po kwadransie płynięcia… wysiadka. Przed nami tak zwany Rapidos de Mayupa - niebezpieczny próg wodny, który łódź pokonuje jedynie z bagażami, my tymczasem mamy przymusowy półtorakilometrowy spacerek. Potem znowu zasiadamy w naszej, co tu kryć, raczej mało wygodnej łodzi.

Za Wyspą Orchidei (rzeczywiście rosną na niej dzikie orchidee) wbijamy się w dopływ o nazwie Churun. W języku miejscowych Indian, należących do plemienia Pemon, oznacza to "piorun". Większość nadanych przez Pemonów nazw związana jest z naturą lub ich mitologią.

angel-plyniemy.jpg -To jest tepui Słońca, a tam - Księżyca - pokazuje przewodnik. "Tepui" to na pół zarośnięte, a na pół skaliste góry o spłaszczonych wierzchołkach, wyrastające z wielkiej równiny na całkiem spore wysokości (najwyższa sięga 2810 m n.p.m.). Dla Indian są one święte, zamieszkałe przez bogów.

Wyglądający z daleka niczym wstążka wodospad Angel wytryskuje właśnie z tepui. Dokładniej - z mającej 700 km kw. i wznoszącej się 2450 m ponad poziom morza Auyan Tepui, znanej również jako Diabelska Góra.

angel-tabliczka.jpg "Angel" to po  hiszpańsku "anioł", ale w tym przypadku chodzi o Jimmiego Angela, amerykańskiego pilota, którego uznaje się za odkrywcę ukrytego w dżungli cudu natury. Pochodzącego z Missouri czterdziestokilkulatka przyciągnęła w te strony obsesja znalezienia złota. Zorganizowana w 1937 roku wyprawa zakończyła się niezbyt fortunnie - podczas próby wylądowania na bagnistym szczycie tepui samolot zarył w grząskim podłożu i o ponownym starcie nie było już mowy. Szukanie ratunku i zejście ze stromych skał, wznoszących się wydawałoby się pionowo na ponad tysiąc metrów, zajęło Angelowi i jego ekipie 11 dni.

Poszukiwanego złota Amerykanin nigdy nie znalazł, ale ogromny wodospad zrobił na nim tak ogromne wrażenie, że poprosił aby po śmierci nad nim właśnie rozsypać jego prochy. Kiedy w 1957 roku na skutek obrażeń odniesionych w wypadku lotniczym Angel zmarł, spełniono jego życzenie - mówi się, że jego duch unosi się teraz w tęczy tworzącej się przy wodospadzie.

angel - samolot.jpg A co z wrakiem samolotu? W 1967 roku ściągnięto go z góry, odremontowano i postawiono w roli pomnika przed lotniskiem w Ciudad Bolivar, skąd zwykle wylatuje się do Canaimy. Żeby duchowi Angela było jednak przyjemnie, na szczycie tepui zostawiono replikę historycznego aeroplanu.

W każdym razie teraz wodospad Angel to jedna z największych atrakcji Wenezueli, ale na szczęście póki co raczej nie grozi mu skażenie masową turystyką. Barierą są nie tylko utrudnione możliwości dotarcia, ale także ochrona tych terenów, stanowiących ogromny park narodowy (3 mln kw. powierzchni - jeden z największych w świecie!). Swoją drogą od 1994 roku jest to miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Gdzie gorące usta Indianek...


Po hiszpańsku wodospad to "salto". Salto Angel wygrywa w konkurencji na najwyższy. Mając 979 m wysokości, z czego 807 m nieprzerwanego spadku, nie ma sobie równych. Nawet od słynnej Niagary jest wyższy 16 razy!

angel-kwiatek gorace usta.jpg Bez sprzętu wspinaczkowego na sam szczyt Angela wejść się niestety nie da, ale wyznaczona przez dżunglę stroma ścieżka i tak wyprowadzi nas wysoko ponad nurt rzeki. Nie łatwo się tędy idzie - błoto sprawia, że jest ślisko, zaś wystające korzenie - że łatwo się potknąć. Zresztą śpieszyć się nie ma sensu - gąszcz kryje mnóstwo ciekawostek, które wprawne oko indiańskiego przewodnika błyskawicznie wyłapuje. W jednym miejscu przystajemy i obserwujemy miniaturowego kolibra, w innym - kolorowego tukana. W okolicznej dżungli żyje także spor ciekawych ssaków - obdarzane przez Indian czcią jaguary, poza tym małpy, kapibary, tapiry, pancerniki, mrówkojady , pekari i wiele innych zwierząt, zazwyczaj aktywnych nocą. Dla oczu białego turysty najłatwiejsze do dostrzeżenia są oczywiście rośliny. Naszą ulubioną angel-bialy kiel.jpgstają się czerwone kwiatki o których miejscowi mówią "gorące usta Indianki" (rzeczywiście budzą takie skojarzenia).

Ale oto mamy już mirador, czyli punkt widokowy. Z zawieszonej nad przepaścią skalnej półki (barierek oczywiście nie ma) widać wodospad w całej okazałości. Przypomina przypięty do pionowych skał biały welon, coś jakby łącznik pomiędzy niebem, a zielonym, ziemskim gąszczem. Jeszcze 10 minut drogi i mamy Anioła już niemal na wyciągnięcie ręki. Mało tego - skalny próg tworzy tu kilka naturalnych basenów, w których można się wykąpać. Zimna  woda nas nie zniechęca - zawsze to miło odświeżyć się po męczącym marszu w dodatku przy takim upale i wilgotności. Nasz indiański przewodnik także korzysta z okazji. -Dla mnie to nie żaden Angel tylko Karepakupai Meru - mówi. "Meru" to w języku pemon wodospad, "karepakupai" - święty. Woda z niego ma nie tylko dodawać sił witalnych, ale wręcz odmładzać. No cóż, nie zaszkodzi sprawdzić!

Noc w hamaku


Po powrocie ze "spotkania z Aniołem", póki jeszcze widno szykujemy  nasze legowiska. Dokładniej - hamaki. Nie ma w tej okolicy żadnych hoteli - są tylko zadaszone obozowiska z dziesiątkami hamaków rozwieszonych jeden obok drugiego. Dla tych, którzy nigdy nie spali w takim wiszącym "łożu" jest to spore przeżycie. angel - hamaki.jpgNajpierw trzeba nauczyć się do hamaka wchodzić, nie zaplątując przy tym w moskitierę, potem zaś trzeba się prawidłowo ułożyć - koniecznie nieco na skos.

Tymczasem jesteśmy wołani nas na kolację - główne danie to upieczone na ognisku kurczaki. Potem, przy blasku świecy rozmawiamy z naszymi indiańskimi opiekunami, jak pod wpływem turystyki zmienia się ich życie. Tutejsza dżungla to ziemia Pemonów, i tylko ludzie z tego plemienia mogą prowadzić tu działalność zarobkową. Do nich należą obozowiska, czyli "campy", oni organizują wycieczki. Skąd tak dobrze znają angielski? Uczą się od turystów, no a teraz mają ten język w szkołach. Jak twierdzą, jest on dla nich łatwiejszy niż urzędowy hiszpański, który traktują poniekąd jako obcy.

Niedługo potem idziemy do naszych wiszących "łóżek". Bujając się w swoim hamaku przypominam sobie powieść "Zaginiony świat", jaką w 1912 roku napisał Artur Conan Doyle (tak, ten sam od Sherlocka Holmes`a!). To właśnie niezwykła tutejsza sceneria była inspiracją do powstania zekranizowanego później utworu.

Wioska na  skraju dżungli


angel-kolor wody.jpg Droga powrotna od Salto Angel do Canaimy mija bardzo szybko. Dystans do przepłynięcia ten sam - około 50 km, ale tym razem z prądem. Po drodze zachwycamy się czerwonym kolorem krystalicznie czystej rzeki - zabarwienie bierzemy za związki żelaza, ale przewodnik tłumaczy, że to zasługa podłoża zawierającego półszlachetny jaspis.

Na Canaimę też warto poświęcić trochę czasu. Wyrosła na skraju dżungli wioska na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym - ot, trochę indiańskich chat, kilka rozrzuconych po rozległym terenie campów dla turystów, no i niewielkie lotnisko, na którym lądować mogą wyłącznie małe samoloty, zapewniające jedyny zresztą kontakt z cywilizowanym światem. Warto jednak pochodzić po wiosce, angel-komunia.jpgchoćby po to aby zobaczyć jak żyją tutejsi Indianie. Canaima liczy ok. 3 tys. mieszkańców, prawie wszyscy z nich są z plemienia Pemon (w sumie w granicach Wenezueli żyje około 15 tys. Pemonów, pewna część także w Brazylii i w Gujanie). Wprawdzie pióropusze z papuzich piór zakładają już tylko od święta, ale nadal mówią swoim dialektem i niezależnie od religii wprowadzanych przez katolickich bądź protestanckich misjonarzy, wciąż utrzymują wierzenia swoich przodków. Nawet nasz przewodnik, uważający się za "światowca", nosi na szyi kły dzikiej świni. To amulet mający zapewnić mu bezpieczeństwo i odpędzić złe moce. Pytam go o szamanów. -Tak, są! - przyznaje. Nie mam jednak szans się z nimi spotkać - żyją w dżungli, z dala od wioski.

Wejść pod Żabę


angel - o zachodzie.jpg -Idziecie zobaczyć Żabę? - w czasie poobiedniej sjesty pyta nasz opiekun. Chodzi mu o… wodospad. Canaima położona jest nad malowniczą laguną utworzoną przez rzekę przechodzącą w ciąg sporych, chociaż w stosunku do Angela niewielkich wodospadów. Znowu więc wsiadamy do czółna i płyniemy mijając po drodze Salto Ucaima, Golondrina (dosł. "Jaskółka"), Wadima i Hacha (czyli "Siekiera"). Żaba, czyli po hiszpańsku El Sapo i sąsiedni Salto Sapito (Żabka) są najdalej. Z piaszczystej plaży, do której dobija nasza łódź mamy do nich jeszcze około pół godziny drogi, po części przez dżunglę. Na szczycie wzgórza ukazuje nam się leniwie płynąca rzeka, przechodząca nagle w pionowy uskok.

Siadamy na płaskich kamieniach i podziwiamy widoki. W dali widać tepui, w dole - lagunę i  palmy. Kilka minut później wijącą się stromo ścieżką, przez zarośnięty gąszcz schodzimy do połowy wodospadu, rozbieramy się do strojów kąpielowych, zostawiamy pod krzakiem to, co chwilowo niepotrzebne i wchodzimy pod wodospad, a dokładniej - pod ścianę wody wyglądającej niczym grzmiąca kurtyna. Już po chwili jesteśmy kompletnie mokrzy, ale wrażenie jest fantastyczne! Kilkadziesiąt metrów, momentami z pomocą rozwieszonej liny asekuracyjnej i jesteśmy po drugiej stronie wodospadu. Nawet wielki legwan w tym otoczeniu nie robi na nas wrażenia - niczym zahipnotyzowani wpatrujemy się w spadający gdzieś sponad nas, wysoko strumień.

Pożegnanie z Aniołem


angel-dzungla z gory.jpg Żal nam opuszczać Canaimę. Machamy na pożegnanie miłej obsłudze naszego campu, głaszczemy po raz ostatni oswojone papugi, od Indianek na lotnisku kupujemy pamiątkowe koraliki i laleczki zrobione z pochodzących z dżungli nasion. Do Ciudad Bolivar wracamy małą awionetką, po drodze zaliczając jeszcze lot widokowy koło Angela. Z góry patrzymy na meandrującą w zielonym gąszczu rzekę - dystans, który łodzią zajął nam kilka godzin, teraz pokonujemy w kwadrans.

angel- z samolotu.jpg Niestety, nisko wiszące chmury sprawiają, że na podziwianie tepui od góry nie mamy szans, za to dość blisko podlatujemy pod ścianę z "anielskim" wodospadem. Na tyle blisko, że część pasażerów krzyczy w obawie, czy się nie rozbijemy. Pilot się śmieje, widać że to jego stały "numer". Trzaskają migawki aparatów - skalną ścianę i oblewającą ją kaskadę mamy tuż obok nas! Potem, lecąc cały czas wąwozem między ścianami tepui, niewiele ponad drzewami, podlatujemy jeszcze pod inne wodospady - dopiero teraz widzimy jak dużo ich w tej okolicy.

Nagle tepui znikają - przez następne 50 minut mamy w dole już tylko równinę, początkowo jeszcze z dżunglą, potem trawiastą. Po wylądowaniu w Ciudad Bolivar pierwsze co robimy to wybiegamy przed budynek lotniska sfotografować stojący tam samolot Jimmiego Angela. W końcu jesteśmy tu poniekąd dzięki niemu…

INFORMACJE PRAKTYCZNE (dane z 2008 r.):


Dolot: Najpierw trzeba dotrzeć do stolicy Wenezueli - za bilet z Polski do Caracas zapłacimy 3500-3800 zł (przeloty oferuje m.in. Air France - via Paryż i Al Italia - via Mediolan). Z Caracas trzeba się dostać lokalnymi liniami do Ciudad Bolivar lub Puerto Ordaz, skąd po kolejnej przesiadce (już do małego samolotu), po około godzinnym locie, ląduje się w Canaimie.

Wiza: niepotrzebna

angel-dwa w jednym.jpg Waluta: boliwary (VEF). Po przeprowadzonej 1 stycznia br. denominacji, 1 dolar amerykański = 2,14 VEF. Pieniądze można wymienić choćby na lotnisku w Caracas, w hotelach i bankach, a na miejscu, w Canaimie - w sklepie.

Porozumiewanie się:
językiem urzędowym jest hiszpański, ale osoby związane z biznesem turystycznym mówią zwykle mniej lub gorzej po angielsku. Wielu miejscowych Indian porozumiewa się tylko w lokalnym dialekcie (pemon).

Różnica czasu: w stosunku do Polski +5 godzin.

Telefony komórkowe:
w Wenezueli ogólnie jest problem z korzystaniem z polskich telefonów. Na pewno mogą zapomnieć o tym wynalazku abonenci Ery. W Canaimie i w dżungli nie odbiera żadna sieć, nie ma też dostępu do Internetu.

Wydatki: po wylądowaniu w Canaimie trzeba zapłacić 4 dol. za wstęp do parku narodowego Każdy przelot na terenie Wenezueli to z kolei konieczność opłat lotniskowych - przy lotach wewnętrznych przeciętnie 8 dol., przy wylocie z Caracas za granicę - 44 dol.! Pamiętajmy też o funduszu na napiwki (dla przewodników, obsługi łodzi).

Zdrowie: * Według miejscowych w dżungli w okolicach Canaimy i wodospadu Angel nie ma problemu z malarią. * W niektórych okresach wymagane jest szczepienie przeciwko żółtej febrze (kto go nie ma, jest wówczas szczepiony na lotnisku). * Do picia należy używać tylko wody przegotowanej albo butelkowanej (do kupienia na miejscu).

angel-kurczaki.jpgWyżywienie: W Canaimie można kupić artykuły spożywcze (po cenach wyższych niż w "cywilizacji"), ale zazwyczaj o jedzenie nie musimy się martwić, bowiem posiłki wliczone są już w cenę pobytu w Canaimie i wycieczki do Angela. W czasie rejsu łodzią dostaje się zwykle lunch w torebkach, natomiast kolacja w obozowisku jest gotowana.

Kiedy jechać: do Canaimy można przylecieć o każdej porze roku, chociaż sezon na wycieczki do wodospadu Angel trwa od maja do grudnia.  W pozostałych miesiącach niski stan wody utrudnia dotarcie tam łodzią - na pocieszenie zostaje lot widokowy samolotem. Najlepszy okres na oglądanie Angela jest od czerwca do października, czyli w szczycie pory deszczowej, kiedy wodospad ma największe "zasilenie" i przez to jest najbardziej spektakularny.

Jak dostać się do wodospadów:
za ok. godzinny lot widokowy z Canaimy do wodospadu Angel (bez lądowania) trzeba liczyć ok. 100 dol. od osoby. Jeśli chcemy zobaczyć wodospad na spokojnie, musimy wynająć łódź, co na ogół sprowadza się do skorzystania ze zorganizowanej wycieczki. Dość pospieszna, jednodniowa wycieczka (transport, jedzenie, przewodnik) to wydatek 175-240 dol. od osoby, ale lepiej zainwestować w dwudniową (z noclegiem w hamaku koło wodospadu) - ceny 250-380 dol.

Co zabrać:
Warto wziąć pod uwagę limit bagażu, na wenezuelskich lotach krajowych wynoszący 15 kg. Niezależnie od "letniego" ubrania i stroju kąpielowego, na wieczór i niekiedy chłodny poranek przyda się polar. Na pewno konieczna jest peleryna od deszczu (nawet gdy nie pada, trzeba być przygotowanym na chlapanie na łodzi), warto mieć też coś dla ochrony aparatu czy kamery. Co do butów - praktyczne są sandały (na łodzi jest zwykle mokro), ale do wodospadów najlepiej podchodzi się w obuwiu trekingowym. Nie zapomnijmy też o latarce, środkom przeciw komarowym, filtrze przeciwsłonecznym i czapce na głowie.

Internet:
http://www.venezuelatuya.com/canaima , http://www.angel-falls.com/ , http://www.salto-angel.com/


Back to top