Odkryta w Wielkanoc
Hits: 4526

 

wwlk-szereg z kapeluszami2.jpgWYSPA WIELKANOCNA (CHILE)

Jeśli ktoś mnie zapyta o niezapomnianą noc, nie będę miała wątpliwości - spędziłam ją w śpiworze rozłożonym na plaży Anakena na Wyspie Wielkanocnej. Sama, tylko z gwiazdami, szumem oceanu i wznoszącymi się nade mną tajemniczymi posągami.

 
Wyspa Wielkanocna w liczbach:

Powierzchnia:                                              175 km kw.
Długość:                                                       25 km
Maksymalna szerokość:                                  12 km
Liczba mieszkańców:                                   3800
Najwyższy szczyt:                                        506 m n.p.m.
Liczba posągów na wyspie, tzw. moai:       ok. 900
Liczba ahu - ceremonialnych platform:        ok. 350



wwlk-krajobraz bez lasow2.jpgPierwsi mieszkańcy nazwali ją Te Pito Te Henua, czyli "Pępek (Środek) Świata", choć ci, którzy żyją na niej teraz mówią: Rapa Nui, czyli Wielka Skała. Na mapach w atlasach widnieją jeszcze inne nazwy: Isla de Pascua, Easter Island, Osterinsel, ale wszystkie oznaczają już to samo: Wyspa Wielkanocna. Nazwa ta jest jak najbardziej uzasadniona - pierwsi Europejczycy, żeglarze ze statku dowodzonego przez holenderskiego kapitana Roggeveena, zawinęli tu w 1722 roku, właśnie w Wielkanocną Niedzielę. Pół wieku później dopłynął do wyspy kapitan Cook, w którego załodze było dwóch gdańszczan (!) - Jan Reinhold z synem Jerzym Forsterem.

Trójkąt z posągami


Sześciogodzinny lot z Santiago de Chile trochę mi się dłuży. Widoczność z góry jest świetna, ale co z tego jak pode mną tylko ocean i ocean. Wyspa Wielkanocna to najbardziej odizolowana wyspa świata - najbliższa do niej zamieszkała "ziemia" (wyspa Pitcairn) położona jest w odległości, bagatela, 1900 km. Do Chile, do którego Wyspa Wielkanocna formalnie należy, dzieli ją prawie 3800 km!

wwlk-pani z dzieckiem2.jpg Wreszcie, jest! W bezmiarze oceanu wyłania się niewielki trójkąt lądu. Zaraz potem lądujemy - przecinający wyspę w poprzek pas lotniska może obsługiwać również promy kosmiczne. Amerykanie zainwestowali w niego 7 mln dolarów, ale jak na razie jeszcze z niego nie skorzystali.

Na lotnisku ruch. -Iorana! (-Witajcie!) - wykrzykują lokalni przewodnicy czekający na turystów, którym zawieszają na szyjach kwiatowe girlandy. Witających wcale nie jest mniej niż tych, którzy przylecieli. Dawniej lądowanie samolotu było wydarzeniem, substytutem rozrywki, teraz kiedy wielkie boeingi lądują kilka razy w tygodniu, jest nadzieją na biznes, bo to głównie z turystów się tutaj żyje.

Na mnie dużo nie zarobią. -Hotel? -Nie, dziękuję... - pokazuję na przytroczony do plecaka namiot. Chwila negocjacji cenowych, ładuję się do pickupa (w ramach "campingu" mam też transport) i kwadrans później rozbijam się w ogrodzie, w otoczeniu kolorowych hibiskusów.

wwlk-wpatrzony w niebo2.jpgWieczorem moi gospodarze zapraszają mnie na sok ze świeżych papai. - Szkoda, że nie przyjechałaś na "Tapati"... - słyszę. Wiem, czytałam w przewodniku. Ten odbywający się na przełomie stycznia i lutego festiwal to największe wydarzenie na wyspie. Przez dwa tygodnie wyspa się bawi, kto nie musi - nie pracuje, króluje muzyka, taniec, śpiewy. Są też emocje, tzn. różnorakie zawody, czasami mające wręcz wielowiekowy rodowód. Na przykład haka pei,  czyli zawody w zjeżdżaniu po stoku stromego wzgórza na pniu bananowca. Albo coś na wzór triathlonu - najpierw pływanie, potem wyścig na trzcinowych łodziach po jeziorze w kraterze jednego z wulkanów i na koniec bieg dookoła krateru. Żeby nie było za łatwo zawodnicy biegną na boso, z przerzuconym przez ramiona drągiem, na którego końcach wiszą kiście bananów. Przy  konkurencjach tego typu obowiązkowe są też tradycyjne stroje. Właściwie "stroje" to określenie mocno na wyrost, całość ubioru stanowi bowiem dość wąska przepaska na biodrach. A że nie strój zdobi człowieka, zgodnie z tradycją przodków wypada całe ciało pomalować w kolorowe wzory.

W ramach Tapati są też i bardziej prozaiczne zmagania, typu połów ryb harpunem, wyścigi na koniach, konkurs na najładniejszy naszyjnik z muszli albo tatuaż. Najwięcej zainteresowania wzbudzają jednak wybory "królowej". Widząc tutejsze dziewczęta, o ciemnej karnacji, z kwiatami w długich włosach, mogę przypuszczać, że nie łatwo zdecydować, której urodę docenić najbardziej.

A tymczasem, skoro nie ma festiwalu, Patrycja, córka gospodarzy, wyciąga mnie na dyskotekę. W Hanga Roa, stolicy a zarazem jedynym mieście Wyspy, są dwa takie lokale. Przed  północą nie ma co przychodzić - w miarę tłocznie robi się dopiero o pierwszej. Nie tylko na tańce się tu przychodzi - bardziej pogadać, spotkać znajomych. Wszyscy tu wszystko  o wszystkich wiedzą. -Jesteś Polką? Mamy tu na Wyspie jednego Polaka... - w ten sposób długo przed poznaniem Jacka, wszystko o nim wiem: że się ożenił z miejscową dziewczyną, że  ma śliczną córeczkę, że maluje obrazy...

Wesoły kościół


Następnego dnia, mimo niedzieli, nie dane mi pospać. Dowiedziałam się, że warto zobaczyć tutejszą mszę, więc pędzę do kościoła. Msza zaczyna się teoretycznie o 9-tej, ale nikt wskazaniami zegarka specjalnie się nie przejmuje. Jest już 9.10, a parafianie dopiero się schodzą, witani przed wejściem przez księdza, który wszystkim podaje rękę i po przyjacielsku całuje. Nagle na schodach pojawia się pies, brudny kundelek. Rozgląda się i... też wchodzi. Nikt go nie wypędza, ksiądz się tylko uśmiecha - przecież to stworzenie Boże.

Słychać dzwonki, zaczyna się msza. Faktycznie niezwykłe przeżycie. Co chwila śpiewy, ale zupełnie inne od naszych. Wesołe, wpadające w ucho melodie, bębny, gitary i podrygujący, klaszczący tłum sprawiają, że mimo iż nie rozumiem modlitw odmawianych w języku rapa nui, wcale się nie nudzę, a wręcz mi szkoda, kiedy msza się kończy.

wwlk- posag w porcie2.jpgCzas na spacer po stolicy, a zarazem jedynej tutejszej miejscowości, jaką jest Hanga Roa. Zabudowa jest wyłącznie parterowa, standard to dom z ogrodem. W wielu oknach widzę... doniczki z marihuaną! Właściwie cała metropolia to kilka ulic na krzyż, przy czym tylko te główne są wyasfaltowane. Samochodów nie ma zbyt wiele, za to jeździć konno umie chyba każdy. Przed sklepem, do którego wchodzę, by kupić coś do picia, też stoi "zaparkowany" przy płocie koń.

Miejscem skupiającym życie towarzyskie wyspiarzy jest port. W niedzielne południe jest tam wyjątkowo gwarnie. Kolorowe rybackie łódki wcale nie przeszkadzają dzieciakom w wodnych zabawach, podczas gdy nieopodal młodzież popisuje się surfowaniem na falach. Z kamiennym spokojem obserwuje to ustawiony na nabrzeżu posąg. To wprawdzie niewielki, ale mimo wszystko oryginalny moai, jeden z 900 tajemniczych posągów, z jakch wyspa słynie. Moje zainteresowanie wzbudza jednak inna, niewielka figura, a raczej rodzaj kapliczki. Postać katolickiego świętego zdobi motyw boga-ptaka czczonego dawniej na wyspie. Podobny wizerunek jest też w fasadzie kościoła - symbol niby pogański, ale traktowany jako kulturowa spuścizna.

Swoją drogą chrześcijaństwo wywarło ogromny wpływ na wyspiarzy. Nie tylko o religię chodzi, ale i o ich codzienne zwyczaje. To przybyli w XIX wieku misjonarze sprawili, że na wyspie zaprzestano kanibalizmu. Wcześniej był on dość mocno rozpowszechniony, na co wpływ miało zapewne i to, że ludzie byli jedynymi dużymi ssakami (krowy, konie i owce przywieźli dopiero biali przybysze), tak więc świeże mięso, także kobiet i dzieci, zawsze było rarytasem. Ze szczególnym apetytem zajadano palce, zarówno dłoni jak i nóg. Przyjętym zwyczajem było zjawianie się kanibala przed rodziną zjedzonej ofiary i wypowiedzenie koszmarnej formułki "ciało wasze tkwi między moimi zębami". Dziś to oczywiście wstydliwy epizod w historii wyspiarzy i nie wszyscy z nich chcą, by im o tym przypominać.

Wyprawa po jajo


W ramach pierwszej wycieczki poza miasto zdobywam wulkan Rano Kau. Słowo "zdobywam" jest jak najbardziej uzasadnione. Zwykli turyści wjeżdżają na jego szczyt samochodami, ja przedzieram się przez jakieś zarośla na tak zwane skróty. "Skrót" okazuje się dużo dłuższy niż bita droga, za to mogę popróbować jak smakują dzikie guawy (cóż, te z ogrodu są lepsze).

W końcu docieram do brzegu kaldery. W dole - malownicze jeziorko. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy na wyspie nie było bieżącej wody, miejscowe kobiety przychodziły tu prać. Z kolei mikroklimat panujący we wnętrzu krateru zaczęto wykorzystywać do upraw różnych owoców, a zwłaszcza winogron. Do tej pory na stromych zboczach widać zielone plamy nietypowych winnic.

wwlk-orongo2.jpg Między morzem a skrajem wulkanu znajduje się jedno z najważniejszych miejsc na wyspie - wioska ceremonialna Orongo. W dawnych czasach raz w roku zbierali się w niej przedstawiciele klanów i mieszkając w kamiennych schronach (niektóre z nich zrekonstruowano) czekali na zawody, w trakcie których rywalizowano o tytuł "ptasiego człowieka". Reguły były proste: na dany znak kandydaci do tytułu schodzili do morza (żeby docenić ryzyko z tym związane wystarczy spojrzeć w dół skalistych klifów), płynęli wpław do odległej o około 1,5 km wysepki, po czym ich zadaniem było odszukanie jaja manurevy - ptaka z rodziny mew, i powrót z tym skarbem do brzegu. Zwycięzca miał zagwarantowany autorytet i posłuch przez kolejny rok, a nazywano go Tangata Manu, czyli pół-ptak, pół-człowiek. Wizerunki takiej osobliwej postaci do tej pory można spotkać wieczniając w formie petroglifów na skałach wokół Orongo.

Pieszo dookoła wyspy


Wreszcie czas na posągi, czyli fachowo mówiąc - moai. W miejscu zwanym Tahai stoi moai z oczami. Dawniej powszechne było tego typu zdobienia - wykorzystywano do tego białe koralowce, a źrenice wstawiano z obsydianu. Poza tym w przeciwieństwie do innych swoich "ślepych braci" spotkany moai oprócz oczu ma też i pukao, czyli czerwony dodatek na czubku głowy. Wbrew temu co niektórzy myślą, nie jest to wcale kapelusz, lecz upięte w tradycyjny sposób włosy, rodzaj koka. Pukao wyciosywano w innym kamieniołomie niż główny posąg, co zresztą widać po kolorze. Nie wykluczone, że czerwony tuf miał symbolizować popularne niegdyś wśród tubylców rude  włosy.

wwlk-konie2.jpg Na obrzeżach Hanga Roa łapię tzw. okazję. Zamiast koni mechanicznych mam konia prawdziwego. Jazdę konną uwielbiam, ale "koniostop" w dwie osoby, w dodatku na oklep, jest wyzwaniem ponad moje siły. Dojeżdżam tak do Ana Te Pahu - siedmiu moai ustawionych jako jedyne w głębi wyspy (inne są na wybrzeżach). Z dalszej jazdy rezygnuję - wolę bolące nogi, niż bolące pośladki...

Tego dnia mam ambitny plan dojścia do plaży Anakena. Postanowiłam sobie, że w przeciwieństwie do innych turystów, ja sobie wyspę  po prostu dookoła obejdę. Po jej północnej stronie nie ma żadnych dróg, tak więc przez cały dzień nikogo nie spotykam. Wędrówka nad brzegiem morza jest malownicza, ale niewygodna - ścieżki praktycznie nie ma, idzie się więc po niewygodnych kamieniach. Co i rusz mijam kolejne ahu, jak mówi się o ceremonialnych podestach zrobionych ze ściśle poukładanych kamieni. Do tej pory zachowało się ich na wyspie około 350.

Z Hanga Roa do Anakeny drogą jest 18 km, ale trasa którą sobie wyznaczyłam jest dłuższa. Muszę obejść wulkan Terevaka - najwyższy szczyt wyspy (507 m n.p.m.). Po drodze mam jeszcze poważną przeszkodę - groźnie wyglądającego byka - profilaktycznie robię więc szeroki łuk. No ale w końcu widać cel: moai stojące w Anakenie. Dochodzę do nich akurat na zachód słońca; ostatni turyści, którzy byli tu w ciągu dnia właśnie odjeżdżają.

wwlk-wpatrzone w morze2.jpgRobi się cicho, mogę na spokojnie chłonąć nastrój miejsca. A jest to miejsce wyjątkowe - tak piękne, że aż kiczowate. Na Wyspie Wielkanocnej praktycznie nie ma plaż - jedyne wyjątki to ta w Anakenie i niedaleka Ovahe. Patrzę na spokojną zatokę wypełnioną złocistym piaskiem i lazurową wodą, choć o tej porze właściwie pomarańczową od odbijającego się słońca. Brzeg porasta gaj palm kokosowych  - zostały tu posadzone jako prezent od Polinezji Francuskiej. Wyspa jest obecnie praktycznie bezdrzewna; kiedyś były na niej bujne lasy, ale zostały wytrzebione.

Anakena to miejsce ważne także historycznie. To tutaj, prawdopodobnie ok. roku 450 n.e., dobiły łodzie z pierwszymi polinezyjskimi osadnikami. Dowodził nimi Hotu Matua (czyli "płodny ojciec") - król, którego potomkowie sprawowali władzę na wyspie przez 57 pokoleń! Z czasem liczba ludności doszła do 10 tys. (wg niektórych - nawet do 20 tys.!), czyli znacznie więcej niż jest obecnie. Zaczynało brakować nie tylko miejsca, drewna na opał, ale także żywności. Nic dziwnego że skończyło się na kanibaliźmie i międzyklanowych walkach, w trakcie których jak się przypuszcza, poprzewracano też posągi (większość z nich do tej pory leży).

Czy oprócz osadników z Polinezji przodkami współczesnych mieszkańców mogli być też Indianie z Ameryki Południowej? Trudno jednoznacznie przesądzić, aczkolwiek teza ta, wysunięta przez Thora Heyerdahla, który wskazywał na podobieństwo posągów z Wyspy Wielkanocnej i tych znad jeziora Titicaca, nie ma w tej chwili zbyt wielu zwolenników. Aż 70 proc. mieszkańców Wyspy nie ma wątpliwości, że są pochodzenia polinezyjskiego, co widać po rysach twarzy, zwyczajach czy języku. Swoją drogą coraz więcej pojawia się teraz przybyszy z Europy - przyjeżdżają jako turyści i... postanawiają na tym końcu świata pozostać.

Rozmyślając o przeszłości i teraźniejszości Wyspy, nawet nie zauważam kiedy zrobiła się noc. Postanawiam nie rozbijać namiotu - wślizguję się w śpiwór rozłożony tuż obok moai i gapię się w rozgwieżdżone niebo. Odnajduję na nim Krzyż Południa, patrzę na spadające gwiazdy...

Nierozwikłane zagadki


wwlk-twarz2.jpgPierwsze co widzę po przebudzeniu promieniami wschodzącego słońca, to oczywiście znowu posągi. Zresztą cały dzień mija mi pod hasłem posągów. Najpierw Ahu Te Pito Kura. Oglądam 10-metrowe moai, smętnie leżące nosem wbitym w ziemię, tuż obok okrągłego kamienia nazywanego Pępkiem Świata. Jakie było wykorzystanie głazu kiedyś, dokładnie nie wiadomo, teraz za to wmawia się turystom że można się od niego naładować energią.

Po kilkumetrowym marszu, tym razem już szosą (biegnie tędy jedyna droga wyspy) pojawia się najbardziej imponująca grupa posągów - "Piętnastka" z Ahu Tongariki. Stoją w szeregu, tyłem do morza, poważne, z grubymi, zaciśniętymi ustami, spiczastymi nosami i długimi uszami. W 1960 roku fala tsunami powaliła je, rzucając kilkadziesiąt metrów w głąb lądu. Wróciły na swoje miejsce dzięki pomocy finansowej Japończyków.

Z Tongariki już tylko przysłowiowe dwa kroki do wulkanu Rano Raraku. Jego stoki to dawny kamieniołom, w którym "produkowano" moai. Wciąż leży tu największy z posągówm, mający 21,6 m i ważący ok. 180 ton. W okolicy jest zresztą zatrzęsienie posągów! (prawie czterysta). Niektóre czekały jeszcze na wykończenie, są też już gotowe, jakby przygotowane do transportu. Nieco z boku odnajduję zupełnie nietypowego moai - w przeciwieństwie do wszystkich innych, jakby na stojąco uciętych w pasie, ten siedzi, z wyraźnie widocznymi nogami.

wwlk-wiele ich2.jpg Ciągle nie ma zgodności opinii na temat metod transportu moai, a przecież chodzi o transport zwykle wielokilometrowy. Może odbywało się to na wykorzystywanych jako rolki balach, a może na czymś w rodzaju sań? Albo umiejętnie przesuwając za pomocą lin tak jak przesuwa się np. ciężką lodówkę? Są nawet teorie, że posągi ustawili kosmici, albo że w ich przemieszczaniu pomagały siły dawnych bóstw. Mniej kontrowersji wzbudzają wyjaśnienia odnośnie znaczenia posągów. W tym przypadku jest raczej zgodność - miały ochraniać wioski, przy których je stawiano. Ahu, czyli platformy na których były umieszczane, służyły też jako miejsce pochówku ważnych osób, stąd też przypuszczenie, że kamienne figury wyobrażały zmarłych przodków. Sposób wykonania moai - wielkość, dokładność, świadczyły o statusie klanu, na którego zamówienie posąg wykonano. Być może wiele zagadek wyjaśniłyby tabliczki zapisane przypominającym hieroglify pismem rongo-rongo. Niestety, pismo to samo w sobie stanowi zagadkę czekającą na rozszyfrowanie...

Moai pod wodą


wwlk-diving center2.jpgKolejny dzień na wyspie to kolejne wrażenia. Idę nurkować! Chłopcy z Centrum Nurkowego "Orca" obiecują wielkie żółwie... Pełniący funkcję podwodnego przewodnika Kristian robi mi krótki wykład jaki jest plan, zakładamy sprzęt i chwilę później wsiadamy do łodzi, która wywozi nas w ocean. Nie schodzimy bardzo głęboko - 20 m w zupełności wystarczy. Pływamy koło rafy, mijając się z kolorowymi rybami. Jest też murena, która tutaj nosi bardzo skomplikowaną nazwę "koreha toko toko`ari". Przejrzystość wody super, niewielki prąd... Nagle Kristian pokazuje mi żebyśmy się zatrzymali. Nadpływa żółw, wielki i zarazem dostojny. Z drugiej strony - następny. Jestem zauroczona bliskością gadów, ale niestety, wskaźnik manometru bezlitośnie informuje, że powietrze w butli powoli się kończy i trzeba wracać na powierzchnię. Aż szkoda... - Przyjedziesz do nas następnym razem to popłyniemy na wrak. Albo pokażemy ci zatopione moai! - obiecuje Kristian. Potem jednak wyjaśnia, że wspomniane podwodne moai to żaden oryginał lecz "podróbka" na potrzeby kręconego przez Amerykanów filmu.

wwlk-tance2.jpgPolubiłam sympatycznych, otwartych wyspiarzy, dlatego żal mi kiedy nadchodzi koniec moich "wielkanocnych" wakacji. W ramach pożegnalnego wieczoru idę z Patrycją na pokaz tańców polinezyjskich w wykonaniu grupy Kari Kari. Najbardziej podoba mi się hoko, taniec ubranych jedynie w spódniczki wojowników z dynamicznymi skokami i groźnymi okrzykami, a potem dla kontrastu - zmysłowe, wykonane przez pełne gracji dziewczęta sau-sau, czyli kolejny taniec, tym razem poświęcony miłości. Mam okazję przekonać się, że kręcenie biodrami i ramionami wcale nie są takie proste - jestem jedną z "ofiar", czyli wyciągniętych na parkiet widzów którym tancerze bezskutecznie próbują przekazać tajniki ruchów, które oni sami mają w genach. I tak jestem wdzięczna moim nauczycielom, że kończy się tylko na tańcu, a nie muszę zakładać skorupek kokosowych noszonych normalnie przez tancerki w charakterze biustonosza.

Przed wejściem do samolotu dostaję od Patrycji miniaturowego moai, zrobionego z wulkanicznego tufu. Wiem, że muszę na Wyspę wrócić - byłam tu tydzień, a nie wszystko jeszcze widziałam. Za chwilę znowu jestem nad oceanem, za szybą samolotu niknie trójkątny ląd...

Informacje praktyczne (dane z 2005 r.)


Jak dotrzeć:
jeśli nie żeglujemy jachtem pozostaje samolot. Wyboru przewoźnika nie ma - monopolistą na tej trasie jest Lan Chile, którego samoloty lądują na Wyspie Wielkanocnej zwykle po drodze między Santiago de Chile i Papeete na Tahiti (Polinezja Francuska). Za przelot Santiago zapłacimy 700-1200 dol. - ceny zależą od sezonu i rodzaju taryfy. Jeśli lecimy z Polski, najbardziej opłaca się wykupić łączony bilet British Airways (dolot do Santiago) i Lan Chile (odcinek na Wyspę) - cena ok. 5532 zł (z opłatami), chyba że wolimy oferowany przez British Airways za około 12 tys. zł bilet dookoła świata (w ramach 20 odcinków podróży mamy także Wyspę Wielkanocną).

Przepisy wjazdowe: wiza - niepotrzebna, szczepienia - nie wymagane. Jak na większości wysp świata, obowiązuje zakaz przywozu nasion, roślin etc.

wwlk - pamiatki2.jpgWaluta: peso chilijskie (1 dolar = 585 peso), ale w restauracjach, hotelach, czy przy zakupach pamiątek, nie ma problemów z płaceniem dolarami amerykańskimi. Jeśli bardzo zależy nam na wymianie, możemy ją zrobić w miejscowym banku (w centrum Hanga Roa), ew. w hotelach lub sklepikach.

Kiedy jechać: subtropikalny klimat wyspy sprawia, że turyści przyjeżdżają na Wyspę przez cały rok. Najchłodniejszy miesiąc to będący środkiem tamtejszej "zimy" sierpień (temperatury od 14 do 18 stopni), najgorętszy - luty (przeciętnie 24-27 stopni, ale bywa i cieplej), zaś najbardziej deszczowy - maj (choć deszcze mogą się zdarzyć praktycznie w każdej porze).

Język: w ogólnym użyciu jest hiszpański, ale wielu rodowitych wyspiarzy używa lokalnego języka - rapa nui. Osoby mające kontakt z turystami (obsługa hoteli, sprzedawcy w sklepach z pamiątkami) znają też zwykle angielski.

A oto próbka języka rapa nui:
Cześć                    Iorana
Jak się masz          Pehe Koe
Świetnie                Riva Riva
Ładny, piękny         Peti
Kobieta                 Vahine
Dziecko                 Poki
Ptak                      Manu
Piwo                      Pia
Ryba                     Ika
Księżyc                  Mahina
Słońce                    Ra`a

Noclegi:
Jeśli lecimy na wyspę bez rezerwacji noclegów, nie ma co się martwić - na lotnisku na pewno będzie oczekiwać tłumek właścicieli pensjonatów i hoteli, oferujących lokum wraz z transportem z lotniska. Noclegi pod dachem można znaleźć jedynie w miasteczku Hanga Roa. Najtańsze oferty są za ok. 10 dolarów (pokój kilkuosobowy, standard hostelu), zaś lepsze warunki w rodzinnych rezydencjach to koszt ok. 40 dol. za pokój 1-os. i 75 dol.za 2-os. ze śniadaniem. Oficjalnych kempingów na wyspie nie ma, ale w Hanga Roa właściciele niektórych rezydencji pozwalają na rozbicie namiotu w ogrodzie (zwykle 5 dol. od osoby). Poza miasteczkiem miejsce na biwakowanie jest praktycznie wszędzie, choć ze względu na dostęp do słodkiej wody, turyści rozbijają się najchętniej przy dyżurkach strażników parku w Anakenie oraz koło Rano Raraku.

Kuchnia:
Na Wyspie Wielkanocnej jada się dużo ryb, często gatunków zupełnie nam nie znanych. Popularną potrawą są ceviche czyli ryba marynowana w soku z cytrusów. Ucieszą się miłośnicy owoców - mamy szansę na świeże mango, banany, ananasy, papaje. Typową regionalną potrawą, robioną raczej od święta, jest curanto czyli rodzaj zapiekanki rybno- lub mięsno-warzywnej, przygotowywanej w piecu ziemnym.
Jeśli nie mamy posiłków w ramach zakwaterowania, nie ma problemu - w Hanga Roa jest sporo sklepów spożywczych oraz całkiem niezły wybór restauracji, choć ceny w nich są wyższe niż w kontynentalnym Chile.

Transport: Poza niedzielnym autobusem z Hanga Roa do plaży Anakena, nie ma na wyspie żadnych publicznych środków lokomocji. W miasteczku Hanga Roa wszędzie można dotrzeć pieszo, ale jeśli uznamy, że nie chcemy chodzić, możemy skorzystać z tanich taksówek (przejazd z jednego końca miasta na drugi nie powinien kosztować więcej niż 2 tys. peso). Wybierając się do bardziej odległych od Hanga Roa miejsc, musimy albo wykupić wycieczkę, albo wypożyczyć samochód (ok. 35-50 dol. za dobę), motor (25-40 dol./8 godzin), rower (ok. 15 dol. za dzień) lub... konia (ok. 20 dol./ dzień).

Warto zobaczyć:
* Hanga Roa - klimat miasteczka, miejsca takie jak port, cmentarz, kościół, bazarek z pamiątkami;
* Muzeum im. Sebastiana Englerta - obowiązkowe dla rzeczywiście zainteresowanych wyspą i posągami;
* Tahai - zrekonstruowana wioska ceremonialna z posągami na obrzeżach Hanga Roa;
* Wulkan Rano Kau - punkt widokowy  i ceremonialna wioska Orongo z licznymi petroglifami (rytami naskalnymi);
* Puna Pau - kamieniołom w którym wyciosywano pukao, czyli brane za kapelusze włosy posągów;
* Ahu Akivi - szereg 7 posągów, jedyne jakie stoją w głębi lądu (w standardowych programach biur turystycznych zwykle się je pomija, ze względu na trudność dojazdu samochodem);
* Rano Raraku - wulkan z kamieniołomem, w którym wyciosywano posągi;
* Ahu Tongariki - najdłuższy szereg posągów (w sumie 15) plus jeden powalony;
* Anakena - piękna, piaszczysta plaża, palmy i posągi;
* Pokazy tańców z Wyspy Wielkanocnej i Polinezji - hotel Hanga Roa w każdą środę i sobotę, wieczorami (wstęp 15 dolarów);
* Niedzielna msza o godz. 9.00 w kościele w Hanga Roa - odprawiana w języku rapa nui, ze śpiewami o polinezyjskim charakterze.

Nurkowanie:
Wokół wyspy nie brak atrakcyjnych miejsc do nurkowania. Z własnego doświadczenia polecam znajdujące się w porcie w Hanga Roa Centrum Nurkowe "Orca", z dobrym sprzętem i profesjonalną, kilkujęzyczną obsługą. Ceny nurkowań - w zależności od miejsca ok. 45 dol. za jedno zejście pod wodę (średnio ok. 50 minut). Informacje: Diving Center "Orca", tel. (0056-32) 550 375, http://www.seemorca.cl , This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Bezpieczeństwo
: Na Wyspie Wielkanocnej nie ma malarii, a właściwie jedyną chorobą tropikalną jaka od czasu do czasu się pojawia, jest gorączka denga (jak na razie ponoć nie było przypadków śmiertelnych). Nie ma zagrożenia ze strony zwierząt - nie występują żadne gatunki jadowite lub drapieżne. Przestępczość jest bardzo niska - nawet nocne spacery nie stanowią ryzyka, choć jak wszędzie, odrobina rozsądku na pewno nie zaszkodzi.

Pamiątki: miniaturki posągów wykonane z wulkanicznego tufu lub drewna, rzeźbione wizerunki boga-ptaka, tabliczki z pismem rongo-rongo, naszyjniki z muszli, koszulki z nadrukowanymi posągami.

Przewodniki: Wybór jest niewielki. Z polskojęzycznych mamy jedynie 10-stronicowy rozdział w przewodniku "Ameryka Południowa - cz. I" wydawnictwa Pascal, ja natomiast korzystałam z anglojęzycznej książki "Chile & Easter Island" z serii Lonely Planet, choć i tam informacje ograniczyły się do jednego rozdziału. Można natomiast liczyć na całkiem niezłe, darmowe broszury z lokalnej informacji turystycznej, w tym użyteczne mapki.

Warto wiedzieć:

* Sklepy, restauracje i hotele znajdują się wyłącznie w Hanga Roa. Jeśli planujemy wycieczki dalej od miasta, zwłaszcza z noclegami, musimy zabrać z sobą wodę i prowiant.
* Większość turystów spędza na wyspie zaledwie jeden dzień, w ramach przerywnika w drodze między Chile a Polinezją. Przy dobrej organizacji, którą zwykle biorą na siebie miejscowe biura, zdążymy w tak krótkim czasie zobaczyć wszystko co najważniejsze, choć jest to zwiedzanie bardzo ogólnikowe. W każdym razie warto zostać na Wyspie dłużej - ja byłam tydzień i się nie nudziłam!
* Za wejście na teren Parku Narodowego Rapa Nui trzeba zapłacić 10 dol. Dotyczy to wioski ceremonialnej Orongo, wulkanu Rano Raraku oraz posągów Tahai. Bilet wykupiony w jednym z tych miejsc, upoważnia do zobaczenia pozostałych (nie koniecznie w tym samym dniu).
* Ostrzegam przed znajdującą się tuż przy porcie restauracją "La Taverne du Pecheur". Prowadzący ją Francuz słynie wśród mieszkańców wyspy jako bardzo kontrowersyjny, w szokujący sposób traktujący turystów, którzy z jakiś powodów nie przypadli mu do gustu. Sama byłam świadkiem wsadzenia palców do wypełnionych winem kieliszków klientów, opowiada się też o rozbiciu talerzy na głowie gościa. Policja jest bezradna, wyspiarze namawiają do bojkotu Francuza, ale dobra lokalizacja restauracji sprawia, że przy stołach i tak zawsze ktoś przesiaduje.

Back to top