* O zdobywaniu najwyższej góry obydwu Ameryk
Hits: 4881

aconcagua-jeszcze z bardzo daleka. fot.mw.jpgWSPINACZKA NA ACONCAGUĘ (6760 m)

-Pod nami Aconcagua, najwyższa góra świata poza Azją - oznajmił przez głośniki pilot jambojeta, którym leciałam do stolicy Chile. Popatrzyłam, westchnęłam i… wiedziałam, że kiedyś stanę na jej szczycie



Aconcagua - dossier

Wysokość: 6962 m n.p.m. - drugi pod względem wysokości szczyt Korony Ziemi, najwyższa góra poza Azją, a także na półkuli południowej
Położenie: w Andach, w zachodniej Argentynie, 25 km od granicy z Chile
Drogi wejścia: wiele, przy czym dla zwykłych turystów praktycznie dwie - "normalna" i "fałszywa Droga Polaków"

Polskie ślady


Z moją miłością do Aconcaguy to dziwna sprawa. Jej indiańska nazwa - "Kamienny Strażnik" brzmi romantycznie, ale prawda jest taka, że nie jest to wybitna "piękność", a niektórzy mówią wprost, zgodnie z prawdą - "kupa kamieni". Bardziej chyba działa magia wysokości - w końcu to prawie siedmiotysięcznik (bez niecałych 40 metrów), najwyższa góra nie tylko obu Ameryk, ale na całej południowej półkuli. No i druga co do wielkości w obejmującej najwyższe góry wszystkich kontynentów Koronie Ziemi! Dla mnie magnesem był też wątek polski - dokładnie 60 lat przed aco - lodowiec.jpgnaszą wyprawą, w 1934 roku, nową drogę na szczyt Aconcaguy wytyczyli nasi rodacy. Oczywiście zamierzaliśmy wchodzić przynajmniej po części ich śladami, tak aby zobaczyć słynny Lodowiec Polaków.

Swoją drogą zdobywanie Aconcaguy najpopularniejszymi drogami to raczej treking niż typowa wspinaczka. Większość turystów wybiera łatwiejszą, bardziej skomercjalizowaną trasę przez dolinę rzeki Horcones i z bazą na Plaza de Mulas, gdzie jest nawet hotel i dostęp do internetu (!). Polskie ekipy preferują dojście przez Valle de Vacas , czyli doliną Rzeki Krów i bazę na Plaza Argentyna (4200 m n.p.m.). Właśnie ponad nią zaczyna się słynny Lodowiec Polaków, który stanowi naprawdę spore wyzwanie, ale można go obejść idąc tzw. Fałszywą Drogą Polaków (Ruta Falso Polacos). Niezależnie od pobudek patriotycznych plusem tej drogi jest i to, że nie ma na niej tak wielu turystów jak od Horcones. Po prostu można się bardziej górami nacieszyć…


Kierunek - baza

aco - i dzien.jpgWyruszamy pełni optymizmu, chociaż zdajemy sobie sprawę, że pewnie nie wszyscy staniemy na szczycie. Aconcagua mimo swoich 6962 metrów, pod względem warunków jakie na niej panują (wysokość, pogoda) porównywana jest z ośmiotysięcznikami. Nic dziwnego, że tak wiele osób nie osiąga celu. Do bazy mamy ok. 60 km drogi i 2800 m przewyższenia, ale na szczęście idziemy na "lekko". W plecakach niesiemy tylko to, co najpotrzebniejsze, cała reszta ekwipunku jedzie do Plaza Argentina w wielkich worach zapakowanych na muły.

Pierwszy dzień to wędrówka wzdłuż rwącej rzeki. Roślinność jest jeszcze bujna, można odpocząć w cieniu drzew. Wszyscy tacy rześcy, czyści, chłopcy - elegancko ogoleni, koszulki - świeże i wyprasowane. No ale to dopiero początek… Idziemy dziarsko, bo to przecież jeszcze nisko, organizm jest więc dobrze dotleniony. W obozie przy Pampa de Leñas rangersi sprawdzają nasze permity (zezwolenia) wspinaczkowe - bez tych dokumentów dalej byśmy nie przeszli. Dostajemy też worki na śmieci - przy powrocie musimy je oddać wypełnione, bo inaczej trzeba będzie zapłacić 100 dolarów kary (każdy z worków jest numerowany; kara grozi także za jego zgubienie). Wieczór mija w wesołej atmosferze, robimy użytek z pożyczonej gitary. Chwila refleksji przychodzi, kiedy widzimy przelatujący helikopter ratunkowy. Część naszej ekipy to Goprowcy. Zwłaszcza oni wiedzą, że w górach, zwłaszcza takich, o wypadek nie trudno.

aco- dolina.jpg Drugi dzień wędrówki strasznie się nam dłuży. Za jednym zakrętem pojawia się następny, i kolejny - droga zdaje się nie mieć końca. Krajobraz się zmienił - nie ma już lasów, rzeka płynie szerokim, kamienistym korytem, jest sucho i dość monotonnie. Na dodatek brakuje źródełek, z których można zaczerpnąć wodę, a tę z butelek szybko wypijamy. Po drodze mamy program artystyczny w wykonaniu naszego "Lidera", jak mówimy o szefującym wyprawie Krzyśku Wielickim. Słynny himalaista posiada ręcznik z blond pięknością - kiedy się w niego zawinie, tworzą całkiem fotogeniczną parę. Najważniejszą atrakcją dnia jest jednak Aconcagua - wyłania się nagle, ośnieżona, daleka, i z tej perspektywy - bardzo niedostępna. I my mamy tam wejść?

Tego wieczoru, jeżeli nie liczyć zaprzyjaźnionych Amerykanów, jesteśmy w obozowisku sami. To znaczy są jeszcze muły i kondory ucztujące nad pobliską aco - doktorek.jpgpadliną. Trochę się denerwujemy, bo wieje silny wiatr nie wróżący nic dobrego. Budujemy wokół namiotów kamienne murki - to typowy element tutejszych biwaków, ale i tak wichura łamie maszty jednego z naszych "domków". Ciekawe jak jest tam u góry? Słynne tutejsze "białe wiatry" często spędzają sen z powiek wspinaczom - ich prędkość może dochodzić nawet do 200 km/godz.!

Następnego poranka w ramach rozbudzenia mamy do pokonania rzekę. Nie ma mostu, ale że nie jest głęboko, więc niby nie ma problemu. "Niby" bo woda jest lodowata. Dosłownie, bo w nocy jej powierzchnie skuła warstewka lodu.
To już trzeci, ostatni dzień dojścia do bazy. Spotkani Francuzi potwierdzają, że w górze jest nie wesoło. Rosłe, silne chłopaki, a nie weszli właśnie ze względu na pogodę. Nie mogą już dłużej czekać - kończy się im permit, poza tym muszą zdążyć na samolot. My jednak wierzymy w swoje szczęście.


Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo

miedzy baza a obozem pierwszym.  fot. mw.jpgMimo, że baza to dopiero wysokość 4200 m, część naszej ekipy zaczyna mieć problemy. Ból głowy, mdłości, szybkie męczenie się, to typowe objawy początkowego stadium choroby wysokościowej. Tutaj nawet rozbicie namiotu trwa dużo dłużej niż na dole.
Baza na Plaza Argentina to urozmaicona kolorowymi namiotami i hangarami kamienista morena, od której zaczyna się już bardziej strome podejście. Za sąsiadów mamy Włochów, z drugiej strony - Hiszpanów. Życie towarzyskie koncentruje się na rozmowach o górach, gotowaniu, spaniu, grze w karty… Krzychu Wielicki zarządza pichcenie ryżu. Na zapas, bo wysoko w górze woda nie dochodzi do temperatury 100 stopni, co oznacza że ugotowanie ryżu staje się nierealne. To rzeczywiście dobry pomysł - w wyższych obozach tylko zalewamy przyniesiony ryż podgrzanym sosem, dorzucamy konserwę i obiad gotowy. Oszczędzamy siły, gaz, czas i wodę, o którą na dużych wysokościach wcale nie tak łatwo (trzeba wytapiać śnieg).

Baza to stacja końcowa dla wędrujących w karawanach mułów. Dalej trzeba już wszystko taszczyć na własnych plecach, chyba że kogoś stać na tragarzy, którzy za doniesienie 20 kg tylko do następnego obozu, tzw. jedynki, biorą po 150 dolarów!!! Wolimy sami, nie tylko ze względu na koszt, ale i satysfakcję. Następnego dnia aconcagua-plaza argentina.jpgbierzemy część sprzętu i wynosimy go w górę, zostawiając między kamieniami w okolicy przyszłej "jedynki" jako tzw. depozyt. Na noc wracamy do bazy. Takie są zasady aklimatyzacji - wędrówka góra-dół, niekiedy nawet kilka razy. Kolejnego dnia nie idziemy nigdzie, bo zepsuła się pogoda. Namioty przysypało nam śniegiem, jest brzydko, szaro i smętnie. Na szczęście nazajutrz się wypogadza i możemy ruszać. Śpimy w "jedynce" - to już 5000 m. Sympatyczne miejsce - wstawiamy namioty w półkola kamiennych murków zostawionych przez poprzedników, tuż przy poletku ciekawych lodowych form zwanych penitentami. W tłumaczeniu oryginału znaczy to "pokutnicy", bo rzeczywiście topniejące stożki śniegowe kojarzą się z pochylonymi, zakapturzonymi pielgrzymami.

Niestety nie jesteśmy wszyscy - nasz 13-osobowy początkowo skład powoli się wykrusza. Ci którzy odpadają, na ogół pokonani przez chorobę wysokościową (na tej wysokości wymioty to norma), schodzą do bazy i tam czekają na tych, którzy aco - po wode.jpgzmagają się z górą. A zmagania są ostre, bo im wyżej tym trudniej. Każda czynność wymaga coraz większego wysiłku. Pójście do strumienia po wodę (trzeba przy tym wyrąbać czekanem mini-przerębel) to już niemal wyprawa. Co kilka metrów - problemy z oddechem. O myciu już nikt nie myśli (chociaż ja z Jolą - drugą dziewczyną w ekipie, raz podejmujemy heroiczne wysiłki związane z myciem się w lodowcowym strumieniu). Poważnym problemem staje się załatwianie potrzeb fizjologicznych w nocy - na zewnątrz namiotu ziąb taki, że do wyjścia ze śpiwora może zmusić jedynie stan najwyższej desperacji. Marcin, mój współspacz, namawia mnie na korzystanie z butelki, no ale to nie takie proste… Na dodatek Wojtek, nasz wyprawowy lekarz, co chwila przypomina żeby dużo pić. Na takich wysokościach 4-5 litrów powinno być normą. Łatwo powiedzieć…


Do ataku!

w obozie zwanym jedynka (5200  m npm).jpg Siedząc nad menażką z budyniem w obozie II (i ostatnim - to już prawie 6000 m!), dochodzę do wniosku że jest naprawdę pięknie, chociaż krajobrazowo to zupełnie inne góry niż Himalaje (będę szczera - w Himalajach jednak ładniej). Dookoła naszego obozowiska roztacza się kamienista pustynia, granicząca z osławionym Lodowiec Polaków. Zapalam na nim przywieziony specjalnie z Polski znicz - to dla upamiętnienia Marka Warlikowskiego, Gdańszczanina który zaginął w 2003 roku. Obiecałam to jego żonie… Notabene w ciągu ostatnich 11 lat zginęło na Aconcagule czterech naszych rodaków. Ostatni rok temu.

Pierwszy decyzję o atakowaniu szczytu podejmuje Marcin. Rusza samotnie, ale ze względu na duże doświadczenie górskie i wysportowanie jest naszym "pewniakiem". Niestety, nie udaje mu się. Wraca z odmrożonymi rękami, opowiadając że na grani miał wiatr nie do pokonania i minus 40 stopni. Po dwóch dniach próbuję sił ja - ruszam w towarzystwie dwóch kolegów. Heniu jest doświadczonym Goprowcem, znamy się jeszcze z Kaukazu, Mundek to najstarszy z uczestników wyprawy (68 lat), ale jak przystało na rodowitego górala, po górach biega niczym kozica. Wszystko idzie świetnie, pogoda i siły nam dopisują, ale niestety - wyruszamy zbyt późno i ponad Lodowcem Polaków, na jakiś 6600 m, głos rozsądku podpowiada nam, że musimy… wracać. Trudna to decyzja, ale wiemy że zostanie na noc w takich górach może się kiepsko skończyć.

aco - szczyt.jpg Po powrocie do naszej "dwójki" czyli biwaku II na wysokości ok. 6000 m, Krzysiek Wielicki oznajmia, że następnego dnia kto chce - wchodzi, a potem zwijamy obóz i wracamy do bazy. Czyli nie ma wyboru - ostatnia szansa. Tym razem startujemy raniutko, jeszcze po ciemku. Przy światłach czołówek przypinamy raki i przechodzimy pierwsze pole śniegowe, zaraz potem mamy piękny wschód słońca. Przy rozpadającym się, brudnym schronie Independencia (6450 m), nazywanym dumnie "najwyżej położonym schroniskiem na świecie" spotykamy… psa. Mały kundel od razu wzbudza nasza sympatię - oddaję mu odjęte od ust polskie kabanosy. Potem spotykamy psiaka po raz drugi, nieopodal szczytu. Mam wrażenie że gdyby nie problem z oblodzonym stokiem (zwierzak nie miał przecież raków) pewnie towarzyszyłby nam do końca.

Mimo ładnego dnia nie spotykamy zbyt wielu wspinaczy. Z naszej ekipy szczyt zdobywa 7 osób. Każdy chyba (no, może poza Krzyśkiem) ma mniejsze lub większe kryzysy. Ja tego dnia mam wyjątkowo kiepską formę. Może to wina wyeksploatowania się poprzedniego dnia, może pogłębiające się przeziębienie… Za to na szczęście reakcję na wysokość mam o dziwo lepszą niż na zdobywanych wcześniej pięciotysięcznikach. Zresztą stanięcie tam gdzie wyżej już nie można, przynajmniej poza Azją, warte jest wszelkich trudów. Robię zdjęcia niewielkiego krzyża wyznaczającego wierzchołek, patrzę na zachód, gdzie chmury zlewają się z wodami widocznego stąd Pacyfiku. Bliżej roztacza się z kolei morze gór - rdzawo-brązowo-szarych, gdzieniegdzie urozmaiconych czapami śniegu. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie, że się udało! "Kamienny strażnik" jak nazwali Aconcaguę Indianie - zdobyty!


Powrót do cywilizacji

aco -d ojscie.jpg Zejście do bazy, wydaje się niby proste, no bo przecież cały czas w dół, a z każdym metrem niby łatwiej się oddycha. Tyle że mamy ciężkie plecaki (do góry wnosiliśmy wszystko na raty, teraz trzeba wszystko zabrać od razu), no a przy zejściach kolana są szczególnie przeciążone. Za to jak to miło spotkać się w bazie znowu w kompletnym składzie. Są gratulacje, dobra kolacja (zamiast gotować na kuchenkach szalejemy i w hangarze-knajpce zamawiamy argentyńskie steki). Jest nawet wino! Przy wspinaczce wysokogórskiej alkohol nie jest wskazany, no ale przecież my już schodzimy, a poza tym mamy powód dla wzniesienia toastu! Patrzę po twarzach - wyglądamy jak trolle. Ja sama, ze względu na niemyte włosy, już od kilku dni non-stop chodzę w czapce, zdejmując ją dopiero po wczołganiu się do śpiwora.

Marzenie o prysznicu jest tak silne, że następnego dnia zostawiamy główny bagaż do zwiezienia przez muły i postanawiamy dojść do hotelu z bazy w… 1 dzień (pod górę zajęło nam to 3 dni). Dystans 60 km, po górach, z pokonywaniem strumieni to sporo - część ekipy jest zmuszona biwakować po drodze. Należę do szczęśliwców którym się udaje - o trzeciej nad ranem wykąpana kładę się do czystej pościeli, zamieniając karimatę znowu na normalne łóżko.

aconcagua-grob.jpg Następnego dnia czekając na resztę kolegów jedziemy do Puente del Inca - miejsca słynącego z termalnych źródeł i skalnego "Mostu Inki" (to właśnie znaczy nazwa miejsca). Naturalne baseny mają niesamowite barwy -  są w nich nacieki żółte, zielone, czerwone… Moczymy się na zapas, wierząc w leczniczo-regenerujące właściwości tutejszych wód, tym bardziej że długi marsz ostatniego dnia, większość z nas przypłaciła pozdzieranymi do krwi stopami, a przynajmniej - pęcherzami.
Na koniec naszej andyjskiej przygody odwiedzamy jeszcze jedno miejsce… Chyba nawet nie wypada wejść na Aconcaguę i nie pojawić się na znajdującym się w pobliżu Puente del Inca cmentarza andynistów (bo przecież trudno wspinających się w Andach nazywać alpinistami czy himalaistami). W zadumie obchodzimy na niewielki wzgórek otoczony krzyżami z różnojęzycznymi tabliczkami. Widniejące na nich nazwiska i napisy potwierdzają, że pasji zdobywania gór można ulec niezależnie od wieku, narodowości, religii. Największe wrażenie robią czekany, położone na grobach buty, lodowcowe śruby, łyżki czy inne przedmioty stanowiące pamiątki po tych, którym się nie udało. Wdzięczni jesteśmy Kamiennemu Strażnikowi, że nam pozwolił, aby go zdobyć i szczęśliwie wrócić.



WARTO WIEDZIEĆ


Skąd nazwa?

Nie wiadomo dokładnie, co oznacza nazwa Aconcagua. Niewątpliwie pochodzi z języka któregoś z indiańskich plemion, ale istnieje kilka hipotez z tym związanych. I tak w języku Aymara mówiło się o tej górze "Kon-Kawa" czyli Śnieżny Szczyt. Z kolei u chilijskich Araucano jedna z rzek wypływających z tutejszych zboczy została ochrzczona Aconca Hue. Najczęściej jednak przyjmuje się wersję Indian Quechua (czyt. Keczua), którzy wielką górę nazwali Akon-Kahuak czyli Kamienny Strażnik.


Historia podbojów Aconcaguy:

* 1897 - Szwajcar Matthias Zurbriggen dokonuje pierwszego, w dodatku solowego wejścia na szczyt
* 1934 - polska wyprawa w składzie: Stefan Daszyński, Konstanty Jodko-Narkiewicz, Stefan Osiecki oraz Wiktor Ostrowski wytycza od strony wschodniej nową drogę nazywaną od tej pory "Ruta de los Polacos" ("Droga Polaków), natomiast lodowiec przez który przechodzi nazwano "Lodowcem Polaków"
aco-widok szczytowy.jpg * 1956 - I zimowe wejście na Aconcaguę (zespół argentyński)
* 1981 - Francuzi J.M. Boivin i L.Marchal trzy razy wchodzą na szczyt w nadziei na dobre warunki atmosferyczne, aż w końcu udaje się - wspinacze zlatują na lotni tandemowej, po 30 minutach lotu lądując na Plaza de Mulas (4300 m)
* 1985/86 - 43 letni Hiszpan Fernando Garrido bije rekord przebywania na dużej wysokości. Mimo temperatur spadających nawet do 60 stopni poniżej zera, wytrzymuje na szczycie Aconcaguy 66 dni (wg innych wersji - 62).
* 1985 - trudną technicznie południową ścianą wchodzi na Aconcaguę Wanda Rutkiewicz
* 1987 - Leszek Cichy oraz Ryszard Kołakowski wytyczają nową drogę na bardzo trudnej południowej ścianie
* 2007 - Hiszpan Jorge Egocheaga bije rekord szybkości w wejściu (raczej - wbieganiu) na szczyt. Tzw. normalna droga od doliny Horcones na wierzchołek Aconcaguy, zajmuje mu 7 godz. 52 min, a cała trasa - 14 godz. 5 min (normalni turyści wraz z klimatyzacją potrzebują na to zwykle 10-12 dni).



CIEKAWOSTKI

Polacy w ostatnim sezonie znaleźli się na bardzo dobrym, 12. miejscu pod względem wspinających się na Aconcaguę nacji. Permit na wejście wykupiło 152 naszych rodaków, ilu zdobyło szczyt - nie wiadomo. Najczęstszymi turystami na szlakach Acancaguy są kolejno: Argentyńczycy, Amerykanie, Niemcy, Anglicy i Francuzi.

Grupa francuskich wspinaczy postanowiła wybudować na szczycie 40 metrową wieżę, na którą wchodząc przekraczałoby się magiczne 7 tys. metrów (szczyt ma 6962 m). Jak na razie pomysł wciąż czeka na realizację…



INFO (dane ze stycznia 2008 r.)

 

JAK DOTRZEĆ: Z Europy można dolecieć albo do argentyńskiego Buenos Aires (bilet w obie strony, z podatkami kosztuje aktualnie 4200 zł, ale można trafić promocje) albo do Santiago de Chile - stolicy Chile (ok. 3600 zł). Następny etap to dostanie się do Mendozy (publicznym autobusem z Santiago 6,5 godzin jazdy, z Buenos 13-17, choć w wygodnych warunkach). Uwaga - jadąc z Santiago przejeżdża się obok miejsca, z którego wychodzi się na szlak - można więc zostawić cały ekwipunek.WIZY: niepotrzebne

WALUTA:
peso argentyńskie, ale przyjęte jest płacenie dolarami amerykańskimi.

aco-straznicy.jpgKTO MOŻE JECHAĆ: Mimo że podejście drogami "normalnymi" nie jest trudne techniczne, Aconcagua nie jest górą dla każdego. Przepisy eliminują osoby poniżej 14 lat (na Lodowcu Polaków min. 21 lat), górną granicę wieku wyznacza kondycja. Na pewno warto mieć doświadczenie górskie, w tym wejście na jakiś w miarę wysoki szczyt (choćby Elbrus czy Mont Blanc), sprawdzający, jak nasz organizm radzi sobie z wysokością.

KIEDY JECHAĆ: Dla turystów szlaki udostępnione są od 15 grudnia do końca marca, choć najlepszy okres do zdobywania szczytu to grudzień-połowa lutego, kiedy panują najkorzystniejsze warunki pogodowe (w Ameryce Południowej trwa wówczas lato). Oczywiście nawet wtedy mogą zdarzyć się osławione "białe wiatry" które uniemożliwiają wspinaczkę. Jeśli ważny jest dla nas czynnik finansowy, pamiętajmy, że w tzw. wysokim sezonie są najdroższe zezwolenia na wejście.

ZEZWOLENIE:
Niezależnie czy zamierzamy zdobywać szczyt, czy tylko podejść do bazy, musimy mieć tzw. permit. Wykupuje się go w Mendozie, mieście położonym 170 km od startu na szlak. Dokument ten jest imienny i rzeczywiście sprawdzany, a na szlaku nie ma tłumaczenia, że o nim nie wiedzieliśmy. Ceny permitu zależą od terminu. W przeliczeniu z peso argentyńskiego na dolary w tym roku w szczycie sezonu (od 15 grudnia do 31 stycznia) zapłacimy 330 dol. za 20-dniowe zezwolenie na wspinaczkę, 50 dol. za treking 7 dniowy, 30 za 3 dniowy. Od 1 lutego do 20 lutego ceny spadają odpowiednio do 220, 40 i 20 dolarów, a od 21 lutego do 31 marca 2008 r. jest to 110, 30 i 20 dol. Informacje gdzie i jak załatwia się formalności można znaleźć w Internecie na http://www.rudyparra.com/permission-fee.asp

aco-namioty.jpgORGANIZACJA TREKINGU: Są osoby wchodzące na własną rękę, większość jednak stanowią uczestnicy wypraw - klubowych, towarzyskich, komercyjnych. W grupie jest nie tylko raźniej i bezpieczniej, ale także lepiej dzielą się koszty transportu, wynajęcia mułów, ew. korzystania z opieki przewodnika. Możemy wyszukać oferty w Internecie, ale i w samej Mendozie pełno jest biur oferujących wyprawy. Jesteśmy wówczas podłączeni do zwykle międzynarodowej ekipy, sprzęt jest zapewniony, korzystamy na ogół z już rozbitych w bazach namiotów lub schronów, a opiekę nad nami sprawuje przewodnik argentyński. Koszt tych wypraw to zwykle 2000-3500 dol. za 17-19 dni (w tym już pełne wyżywienie, dojazdy i noclegi, także w Mendozie, ale bez przelotu). Jeśli wolimy wspinać się z rodakami, można na Aconcaguę pojechać np. z Polskim Klubem Alpejskim (informacje: tel. 0603 84 78 49, http://wyprawy.net/?sub=aconcagua ). Za 21-28 dniową wyprawę drogą klasyczną zapłacimy ok. 8500 zł (w tym już przelot, jedzenie, permity). Na dojściu do bazy dobrze jest wynająć muły - lepiej oszczędzać siły na wspinaczkę. Za muła mogącego przewieźć 60 kg na odcinku do Plaza Argentina zapłacimy 110 dolarów.

GDZIE SPAĆ: jeśli przyjdzie nam nocować w Mendozie (musimy tam pojechać po zezwolenie na treking), mamy do wyboru mnóstwo hoteli i tanich hosteli z łóżkami w dormitorium za 8-10 dol. Na trekingu śpi się w namiotach, które ze względu na teren rezerwatu rozbija się wyłącznie w wyznaczonych miejscach. W niektórych bazach (np. Pampa de Le?as) można skorzystać za dość słoną opłatą z namiotów bazowych. Uwaga! Ze względu na temperatury trzeba mieć dobry, naprawdę ciepły śpiwór!

aco - ekwipunek.jpg SPRZĘT: przy pakowaniu ubrania pamiętajmy że na dole mamy pełnię lata (upały ponad 30 stopni), a na górze jest naprawdę bardzo zimno (-20 to standard, a często zimniej). Jeśli chodzi o buty, ja dolny odcinek pokonywałam w sandałach, potem szłam w typowych butach trekingowych, a od obozu II (5000 m) przestawiłam się na "skorupy" (bardziej jednak ze względu na temperatury niż śnieg). Raki podczas naszego wejścia były potrzebne, lina - nie, co do czekana - zdania są podzielone (ja miałam, ale po przejściu śnieżno-lodowego odcinka zostawiłam go zabierając w drodze powrotnej). Polecam natomiast kijki teleskopowe - na zejściu znakomicie odciążają kolana. Nie zapomnijmy o kremach z filtrem i okularach - słońce na tych wysokościach działa wyjątkowo mocno! Jeśli chodzi o namioty, ze względu na silne wiatry zabierajmy takie z mocnym stelażem.

ZAGROŻENIA: najwięcej wypadków wynika bądź z braku doświadczenia górskiego, bądź z rutyny. Problemy sprawiają głównie: wysokość (choroba wysokościowa, która w skrajnej postaci prowadzi do obrzęku płuc, mózgu i w rezultacie do śmierci) oraz powodujące odmrożenia zimno (nawet jeśli temperatury nie są bardzo niskie, ich oddziaływanie potęguje wiatr). Jeśli zamierzamy iść przez Lodowiec Polaków pamiętajmy, że to trasa dla osób znających specyfikę wspinaczki lodowcowej (szczeliny!).


INTERNET:
* http://www.aconcagua.com.ar/permisos_en.asp - wszystko co powinniśmy wiedzieć, cenniki zezwoleń, opis baz i dróg wejścia
* http://www.summitpost.org/mountain/rock/150197/aconcagua.html - anglojęzyczna strona z informacjami przydatnymi przy organizacji wyprawy
* http://www.aconcaguaexpeditions.com/ingles/1/unpequeno8000.htm - statystyki, ciekawostki
* http://www.aconcagua.com/home/frame.htm - dużo rad praktycznych, lista sprzętu który należy zabrać, propozycje wypraw
* http://www.aconcaguanow.com - widok z kamerki ustawionej w sezonie wspinaczkowym w bazie na Plaza de Mulas
* http://wyprawy.onet.pl/8224,rel,1078098,2,ekspedycja.html - opis, dzień po dniu, wyprawy o której opowiada artykuł, lista uczestników, informacje o sprzęcie


WEJŚCIE DROGĄ PRZEZ PLAZA ARGENTINA (PRZY LODOWCU POLAKÓW; tzw. Fałszywa Droga Polaków):


Ile czasu: w naszym przypadku akcja górska trwała 12 dni, ale miejscowi przewodnicy liczą standardowo 16 dni. Oczywiście warto mieć kilka dni rezerwowych na ew. przeczekanie złej pogody

aco w bazie.jpgUkład obozowisk, wysokość i czas dojścia z poprzedniego biwaku - na podstawie naszej wyprawy
 
 Miejsce                                wys. n.p.m.  czas dojścia
                                                           od ostat. punktu
- Start         Punta de Vacas      2400 m
- I nocleg     Pampa de Leñas    2800 m      4-5 godzin
- II nocleg    Casa de Piedra      3240 m      5-7 godzin
- baza przy Plaza Argentina       4150 m      5-7 godzin
- obóz I                                 ok. 5000      4-5 godzin
- obóz II (przy Piedras Blancas) 5950 m      ok. 6 godzin
- szczyt                                    6962 m      ok. 8 godzin


Uwagi:
* Wyprawy prowadzone przez lokalnych przewodników rozbijają często trzy obozy wysokogórskie - "jedynka" jest na wys. 5000 m n.p.m., "dwójka" na 5500 m, "trójka" na 6200.
* Pierwsze trzy dni są łatwe w rozplanowaniu - układ trasy wyznaczają obozowiska. Na dojście do bazy pod Plaza Argentina potrzebujemy 3 dni.
* W obozie bazowym dyżurują ratownicy, u których można zmierzyć za darmo tzw. saturację, czyli nasycenie naszego organizmu tlenem. Jeśli wyniki nie będą pomyślne, lepiej nie wychodzić w górę, tylko poczekać w celu lepszej aklimatyzacji.
* Jeśli chodzi o sprawy higieny, to w obozie Pampa de Leñas oraz w bazie przy Plaza Argentina są spartańskie prysznice. W innych miejscach zostają strumienie i ew. chusteczki nawilżające.
* Podobne kary, jak za nie oddanie przydziałowego worka ze śmieciami (czyli 100 dol.) grożą za załatwianie się w obozach w innych miejscach niż toaleta.
* W bazie przy Plaza Argentina za opłatą 10 dol. za minutę można skorzystać z telefonu satelitarnego. Z innych udogodnień w jednym z namiotów jest "restauracja" oferująca np. jajecznicę i inne proste dania, a także piwo lub colę (po 5 dol. za puszkę).
* Z pewną rezerwą trzeba podchodzić do wysokości podawanych w informatorach lub nawet na drogowskazach. Dane dotyczące tego samego miejsca mogą się różnić nawet o kilkaset (!) metrów, i to w oficjalnych źródłach.

Back to top