W Gardzieli Diabła
Hits: 4552

WODOSPADY IGUACU (ARGENTYNA/BRAZYLIA)

Zobaczyłam je pierwszy raz w słynnym filmie "Misja". Od razu wiedziałam, że choć do Ameryki Południowej z Europy daleko, kiedyś muszę do nich dotrzeć. I oto teraz, stoję dokładnie nad nimi. Gapię się w spadające z potężną siłą masy wody, w uszach mam huk żywiołu. Jestem na brzegu argentyńskim, przeciwległy to już brazylijski.

 


Obydwa brzegi, argentyński i brazylijski, spina przyćmiona lekką mgiełką kolorowa  tęcza, a rozdziela jeden z największych na świecie wodospadów - Iguacu. Właściwie nie jest to jeden wodospad, lecz, w zależności od pory roku, 150-300  kaskad rozciągających się na odcinku 2,6 km. Całość tworzący jedno z najpiękniejszych miejsc naszej planety. Już od 1986 roku znajduje się ono na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

iguasu - jakas laska.jpg "Iguacu" w języku zamieszkujących te tereny Indian z plemienia Guarani znaczy "Wieka Woda". Indian nie interesuje geologia - oni wiedzą, że za powstanie wodospadów odpowiedzialny był bóg-wąż. To on odpowiadał za równowagę w naturze - deszcze i susze, zimno i ciepło, dzień i noc, on zapewniał ludziom obfitość żywności, ale w zamian wymagał posłuszeństwa i ofiar. Co roku, aby zyskać łaski boga-węża, Guarani składali mu w ofierze dziewicę. Pewnego dnia szaman naznaczył jako ofiarę młodziutką Naipi. Dziewczyna zakochana w jednym z wojowników, wcale nie zamierzała zginąć na ołtarzu. W przeddzień ceremonii kochankowie wykradli czółno, zamierzając spłynąć nim w dół rzeki. Rozgniewany bóg-wąż nie pozwolił na szczęście indiańskiej pary - sprawił, że dno rzeki nagle się zapadło i powstało urwisko. Niestety, śmierć zakochanych wydała się złośliwemu bóstwu zbyt błaha. Ukarał ich na wieczność - dziewczynę zamienił w wielki rzeczny głaz, chłopaka w rosnącą samotnie na brzegu palmę. Tak więc kochankowie żyją i cierpią patrząc na siebie bez możliwości zbliżenia i wzajemnych kontaktów.

Nie karmić ostronosów!

iguasu-od srodka.jpgNajlepiej oglądać wodospady z obu brzegów, tym bardziej że nie ma problemów z przekroczeniem granicy na przerzuconym przez rzekę Iguacu moście (nie wymaga się wiz; przynajmniej dla Polaków). Po stronie brazylijskiej widok jest bardziej rozległy, widać ogrom wodospadów, po stronie argentyńskiej można podejść do nich bliżej, stając dosłownie nad nimi.

Największe z kaskad mają swoje nazwy. Jest więc Adam i Ewa, Kain i Abel, Santa Maria, są Trzej Muszkieterowie, największe wrażenie robi jednak zdecydowanie Gardziel Diabła. Groźnie brzmiącą nazwę nadano miejscu, w którym z wysokości 90 metrów spada w ciągu sekundy przeciętnie 1760 metrów sześciennych wody (w porze deszczowej znacznie więcej). To najpotężniejszy wodospad na świecie! Wpatrzona w niego przypominam sobie melodię z "Misji" (notabene w uznaniu wspaniałych zdjęć film został nagrodzony Oscarem i Złotą Palmą w Cannes, natomiast twórca muzyki, iguacu-ogolnie.jpgEnnio Morricone dostał nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej). Są takie miejsca, które po obejrzeniu zdjęć rozczarowują, bo w rzeczywistości nie są tak ładne jak w artystycznych ujęciach, ale w przypadku wodospadów Iguacu nawet najlepsze fotografie nie są w stanie odtworzyć piękna i potęgi natury.

Myślę sobie o pierwszych Europejczykach, którzy tu dotarli. Niesamowite musiało być to wrażenie - po wielu dniach przedzierania się przez dżunglę taki widok! No, może nie taki, bo nie było betonowych tarasów, restauracji, widokowej wieży... Był rok 1541 - wtedy właśnie przybył tu, w drodze z wybrzeża do Asuncion (obecna stolica Paragwaju), wysłannik hiszpańskiego króla Nuńez Cobeza de Vaca. Nazwał wówczas wodospady Santa Maria. Tak też ochrzczono założoną w tej okolicy w XVII wieku pierwszą misję jezuicką.

Z zamyślenia budzi mnie kolega -Choć, wrzucimy pieniążek. Może dzięki temu tu jeszcze kiedyś wrócimy...  Wygrzebuję argentyńskie peso i brazylijskiego reala, bo chcę wrócić na obydwie strony wodospadów. Za moment monety nikną w spienionej Gardzieli Diabła.

iguacu-nie karmic.jpgW drodze do parkingu spotykamy tutejszych mieszkańców. Najpierw - ogromną jaszczurę, wygrzewającą się tuż przy ścieżce, potem zaś, kiedy odpoczywamy na ławce, pojawiają się koati, albo po naszemu - ostronosy. Przypominam sobie widziane w kilku miejscach znaki zabraniające karmienia tych pociesznych zwierzaków będącymi krewniakami szopa, więc samolubnie nie dzielę się zjadaną kanapką. Futrzaki patrzą na mnie z wyrzutem i biegną do grupy Amerykanów, którzy wręcz przeciwnie - rzucają im kawałki jedzenia. Chwilę potem już tego żałują - stadko ostronosów zajmuje się pozostawionym chwilowo bez opieki, otwartym plecakiem jednego z panów. Podział łupów jest błyskawiczny - zwierzaki triumfalnie uciekają zabierając co im wpadło do pyska. Portfel na szczęście zostawiły...

 

Pontonem pod prysznic

igaucu-zdolu.jpg Chodzenie po wyznaczonych ścieżkach i mostkach to tylko jeden ze sposobów podziwiania wodospadów Iguacu. Zupełnie inną perspektywę mamy z pokładu łódki, albo jeszcze lepiej - wypływającego z brazylijskiego brzegu pontonu wyposażonego w silnik potężnej mocy.

Zaczynamy od... nasmarowania się środkiem antykomarowym. Są tacy, którzy się przed nim bronią, ale tylko przez moment, bo zaraz obsiada ich natrętna chmara.iguacu-tukan.jpg

Ok, ale do rzeki trzeba jakoś dotrzeć - wsiadamy więc do wagoników ciągniętych przez elektrycznego jeepa. Eletkrycznego bo trzeba dbać o środowisko, tym bardziej że tereny wokół wodospadów objęte są ochroną jako park narodowy. Jedziemy przez typowy tropikalny las, mijając drzewa i krzewy których nazw Europejczycy na ogół nie znają. Ogromna wilgotność sprawia, że roślinność jest tu wyjątkowo bujna (ok. 2 tys. gatunków). Przewodnik objaśnia - te liście nadają się do wykorzystania jako substytut mydła, z łodygi tamtej można się napić, a od tej to z daleka, bo trująca. Wypatrujemy tukanów i papug, ale niestety, bez skutku (na szczęście można je zobaczyć z bliska w pobliskim Ptasim Parku). Mamy jednak satysfakcję, bo udaje nam się dostrzec uciekające w gąszczu macuco - ptaka przypominającego trochę wyrośniętą kurę. Na koniec czeka nas ok. kilometrowy spacer przez dżunglę. Podglądamy z bliska termity, podziwiamy kolorowe motyle. Motyli żyje tu ok. 1000 gatunków, wśród nich prawdziwe olbrzymy. Co do ssaków - jest ich ok. 200 gatunków, m.in. przypominające gigantyczne świnki morskie kapibary, drapieżne oceloty oraz jaguary.

No ale oto znaleźliśmy się nad rzeką, przy przystani. -Radzę zostawić na brzegu wszystko co nie powinno się zamoczyć - ostrzega chłopak z obsługi. Zostawiam dokumenty, ale zapominam o zegarku. Teraz już wiem, że wcale nie był wodoszczelny jak go reklamowano.

iguacu-na motorowce.jpg Usadawiamy się na pontonach. - Z przodu najfajniej... - sugeruje kapitan i w tym momencie wszyscy rzucają się na dziób. -Ale najbardziej mokro...- kończy zdanie, więc część pasażerów przenosi się jednak do tyłu. Potem okaże się, że różnica w pojęciu "mokro" polega na tym, że ci z tyłu mieli suche majtki (i nic więcej), a ja z przodu - nawet tego nie (rada: jeśli nie chcemy się zmoczyć, weźmy ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy). -Zdjęcia można robić tylko w dwóch miejscach, kiedy powiem... - słuchamy ciągu dalszego instruktażu, po czym pakujemy aparaty w otrzymane torebki foliowe i ruszamy ile mocy w silniku pod prąd rzeki.

Przyjemnie się płynie, ale gdzie te wodospady? Wreszcie - są, coraz większe i większe. Przystajemy przy wysepce San Martin. Przerwa na zdjęcia, jest sielsko, wspaniale, tym bardziej że na wodzie 40 stopniowy upał nie przeszkadza. -Podpłyniemy pod Gardziel Diabła? - pytam z nadzieją. -Nie ma szans, to zbyt niebezpieczne - ucina kapitan. Rozumiem niedorzeczność mego pytania, gdy jesteśmy pod innym, wydawałoby się całkiem niepozornym wodospadem. Z daleka wyglądał jak biała nitka, ale siła wody jest tak wielka, że nawet oddychać ciężko. Mam największy prysznic w swoim życiu.

iguacu-zapora.jpg Gardziel Diabła mam okazję zobaczyć jeszcze tego samego popołudnia... z góry. Dokładniej - z okna helikoptera, który zabiera turystów na loty widokowe. Wodospad wygląda jak podkowa. Z wysokości kilkuset metrów nie czuje się siły wody, ale  widoki są fantastyczne. Zaskakująco wygląda leniwie płynąca, brunatna rzeka, która nagle się urywa, zamieniając w spienioną kipiel. W ramach powietrznej wycieczki lecimy jeszcze nad przegradzającą rzekę Paranę zaporę Itaipu. Stanowi ona część wybudowanej wspólnymi siłami Brazylii i Paragwaju elektrowni, od 1982 roku zaopatrującej w prąd oba te kraje. Patrząc na ogromną tamę z powietrza trudno uwierzyć, że jej długość wynosi 8 km, a wysokość - 225 m, co odpowiada mniej więcej 75 piętrom.


Trzy kraje w jeden dzień

W pobliżu wodospadów, tam gdzie rzeka Iguacu wpada do Parany, stykają się granice Brazylii, Argentyny i Paragwaju. Postawiony po stronie brazyliskiej pomnik iguacu-granicae.jpg"Trzech granic" rzekomo wyznaczający ten punkt (naprawdę wypada on na środku rzeki) to częsty cel wycieczek. Turyści robią sobie zdjęcia, w miejscowym sklepiku kupują zasuszone piranie, wystrugane z drzewa papugi i wyroby z wydobywanego w Brazylii ametystu.

-Skoro tu jesteśmy, może skoczymy do Paragwaju? - wpada nam do głowy. Do granicy mamy raptem kilkanaście kilometrów - przebiega ona na przerzuconym przez Paranę Moście Przyjaźni. Z jednej strony jest brazylijskie Foz do Iguacu - największe w tym rejonie miasto, zamieszkałe przez 300 tys. osób, z drugiej paragwajskie Ciudad del Este. Teoretycznie na wjazd do Paragwaju potrzebujemy wiz, których nie mamy, ale wszyscy nas zapewniają, że za kilka dolarów wszystko jest do załatwienia. Nic jednak załatwiać nie musimy, bo na posterunku granicznym nie ma żywej duszy. iguacu-z sila.jpg

Miejscowi nie kryją: -W Ciudad del Este nie ma nic ciekawego. Żyje się z handlu. No, bardziej z przemytu - poprawiają się. Kręcimy się między straganami, no bo niedziela niedzielą, a biznes się kręci. Za dolara kupujemy CD z sambą i dla żartów - rolexy po 5 dolarów. Najwięcej uwagi poświęcamy Idianom Guarani, którzy sprzedają swoje rękodzieło. Niestety mamy problem, by prowadzić ożywione dyskusje - oni ani słowa po angielsku, my nie znamy języka guarani (oprócz hiszpańskiego oficjalny język Paragwaju). Tu wszystko jest "guarani" - nawet paragwajska waluta się tak nazywa.

Wracając do naszego hotelu, przy wodospadach po ich argentyńskiej stronie, śmiejemy się, że przypominamy japońską wycieczkę - trzy kraje w jeden dzień. Wieczorem, siedząc nad pocztówkami, zastanawiamy się jak pisać nazwę wodospadów. Mamy wybór: po argentyńsku - "Iguazu", po brazylijsku - "Iguaçu", a w wersji paragwajskiej "Iguassu". Tak czy owak - "Wielka woda"...

Back to top