Denali, czyli Wielka
Hits: 3577

MT McKINLEY / DENALI (USA-ALASKA)
Alaskańczycy są z niego dumni. Mają powód - znajdujący się na terenie ich terytorium Mt McKinley, czyli inaczej Denali, to nie tylko najwyższa góra USA, ale całej Ameryki Północnej, jeden ze szczytów Korony Ziemi



Wysokość  6194 m n.p.m. jaką ma Mt McKinley w porównaniu z Himalajami wrażenia nie robi. Mało kto jednak bierze pod uwagę, że na McKinley`u przewyższenie jakie trzeba pokonać od miejsca rozpoczęcia wspinania (lodowiec na 2200 m) na szczyt, to niebagatelne 4000 m, podczas gdy na Evereście z bazy na szczyt mamy dobre pół kilometra mniej! Po drugie - niecałe 6200 m McKinley`a to tak jak 7 tys. m n.p.m. na równiku (powodem jest cieńsza w rejonach okołobiegunowych warstwa atmosfery).

Ale pal sześć wysokość! Główny problem znajdującego sie na Alasce ośnieżonego kolosa, to zmieniająca niczym w kalejdoskopie pogoda, no i zimno, bo przecież to już praktycznie Arktyka. Poza tym bez dwóch zdań nie jest to góra dla wspinaczkowych nowicjuszy.

Ciekawe, że to góra o dwóch nazwach. Mt McKinley to oficjalna nazwa ogólnoamerykańska, upamiętniająca Williama McKinley`a, który w 1897 roku denali11.jpgzostał 25 prezydentem USA, no a 4 lata później został zastrzelony (na szczęście Amerykanie nie wypominają nam, że dokonał tego Leon Czołgosz, anarchista będący synem polskich emigrantów).

Mieszkańcy stanu Alaska wolą na ich górę swoją nazwę: Denali. Tak właśnie "od zawsze" mówili na nią miejscowi Indianie, a znaczyło to w ich języku po prostu: "Wielka". Co jakiś czas wśród alaskańskich aktywistów odżywa pomysł, aby zostać przy jednej tylko, właśnie tej tradycyjnej nazwie, ale za każdym razem kiedy temat pojawia się na obradach amerykańskiego Kongresu, delegaci z Ohio, stanu z którego pochodził prezydent McKinley, skutecznie się zmianie przeciwstawiają.

Jak zwał, tak zwał - odkąd zobaczyłam kiedyś pocztówkę z ośnieżonym McKinleyem (ja zostanę przy tej nazwie, z racji tego że w Polsce jest bardziej kojarzona) zamarzyłam aby kiedyś się z nim zmierzyć.  Zakładałam jednak, że muszę do tej wyprawy "dojrzeć", no i się odpowiednio przygotować. W czerwcu tego roku spróbowałam - jak się okazało skutecznie.


Czy wiesz, że? O tym: JAK POWSTAŁO DENALI (legenda Indian z alaskańskiego plemienia Atabasków)

denali 22.jpgDawno, dawno temu, kiedy na Alasce nie było jeszcze wysokich gór, w tamtejszych lasach żył silny i odważny mężczyzna o imieniu Yako. A że był sam i marzył o żonie, wielki brunatny niedźwiedź poradził mu, by poszedł na zachód, gdzie jest wioska w której mieszkają piękne kobiety. Yako posłuchał - zbudował canoe i płynąc z nurtem Jukonu dotarł do wioski, śpiewając piękną pieśń, że szuka żony. Wtedy odezwała się jedna z kobiet, mówiąc że da mu swoją córkę, która wprawdzie jest dopiero dzieckiem, ale kiedy dorośnie będzie piękna, duża i silna. -Weź ją jednak szybko i uciekajcie, bo kiedy nasz wódz, Król Kruków, dowie się o tym, będzie chciał cię zabić - uprzedziła kobieta. Yako posłuchał - zabrał dziewczynkę i szybko odpłynęli.

Złośliwy Król Kruków rzeczywiście postanowił Yako zgładzić.  Ściągnął burzę, spowodował wielkie fale, aż w końcu rzucił w kierunku Yako wielką dzidę. Nie wiedział jednak że Yako siłą woli jest w stanie dzidę zawrócić. Trafiając w wielką falę dzida zamieniła ją w wielką górę, z mniejszych fal robiąc z kolei mniejsze góry.

Tymczasem  wyczerpany Yako padł na dno łodzi i zasnął. Kiedy się obudził, jego żona była już dorosłą, piękną kobietą, a okolica była pełna gór które Yako poniekąd stworzył. Największą z nich nazwał Denali, czyli "Wieką".

 

Wspinaczka na Mt McKinley- etapy


Etap 1: Talkeetna-lodowiec Kahiltna-dojście do Campu 14 000 stóp
Dzień 1-5

Wysokość: 106 m n.p.m. (Talkeetna) - (przelot) - 2200 m (lądowisko na lodowcu) - (przejście) - 4330 m

denali20.jpgNiewielkie, otoczone lasami miasteczko o sympatycznej nazwie Talkeetna, musi odwiedzić każdy, kto zamierza zdobywać McKinley`a. Swoją drogą urocza to mieścina - bez pośpiechu da się ją przejść w kwadrans, a jej główne atrakcje to kilka knajp, sklepy z pamiątkami i kosze na śmieci za zabezpieczeniami żeby nie grzebały w nich miśki. Miśków wprawdzie w Talkeetnie nie widzieliśmy, za to łosie  - owszem - chodziły sobie beztrosko po płycie lokalnego lotniska.

Początkiem każdej wyprawy wspinaczkowej jest wizyta w lokalnym biurze rangersów (strażników) parku narodowego, gdzie zalicza się obowiązkową odprawę. Przez ponad godzinę wysłuchujemy wykładu o topografii, bezpieczeństwie i kwestiach ekologii (podstawa: wszystkie swoje śmieci trzeba znieść w dół!), po czym mając stosowne potwierdzenie, że jesteśmy "wyedukowani" możemy udać się na lotnisko z którego latają "air-taxi" na lodowiec.

denali2.jpgOkoło 100 km jakie dzieli nas do gór, nasz malutki zaopatrzony w płozy samolocik na 4 osoby plus bagaże, pokonuje w pół godziny. Widoki obłędne - momentami mamy wrażenie, że zahaczymy skrzydłem o pionowe, skalne ściany. "Witajcie w Denali International Airport" - śmieje sie po wylądowaniu pilot. Faktycznie, tak właśnie brzmi oficjalna nazwa tego miejsca, chociaż cały "international airport" to pas ubitego śniegu i namiot dziewczyny koordynującej przyloty i wyloty poszczególnych ekip.

To co odróżnia McKinleya od innych gór, to ciągnięcie sanek. Problem w tym, że sprzętu i prowiantu trzeba mieć na 3-4 tygodnie, a żadnych tragarzy czy opcji podwózki nie ma. Co się nie zmieści do plecaka, ładujemy na płaskie, plastikowe sanki, które potem idąc na nartach lub rakietach ciągniemy z mozołem zastanawiając się, co nas podkusiło aby za własne, ciężko zarobione pieniądze w denali5.jpgten właśnie sposób spędzać  "wakacje"  :). W dodatku rozmowy ze schodzącymi z góry nie napawają optymizmem - większość z nich szczytu nie zdobyła, niektórzy są poodmrażani.  Ale w końcu ile może trwać kiepska pogoda i silne wiatry? Mamy nadzieję, że nam góra będzie jednak sprzyjać.

Najlepsze momenty to te, gdy po iluś godzinach wędrówki dochodzi się wreszcie do obozu. Miłe, że słysząc polską mowę, czy widząc symbole zdradzające naszą narodowość (ja np. noszę czapkę z orzełkiem) ciągle ktoś do nas podchodzi i zagaduje. Na ogół to Amerykanie, którzy mają polskie korzenie - urodzeni na emigracji nagle przypominają sobie polskie słowa jakich nauczyli ich rodzice czy dziadkowie. Inni przypominają sobie o Kukuczce czy Rutkiewicz, chwalą naszą nację za górskie osiągnięcia.

denali14.jpgPoczątkowo trudno nam  się przyzwyczaić do tego, że przez całą dobę jest widno.  "Noc" to czas kiedy słońce wprawdzie chowa sie za górami, ale latarki nie są potrzebne, bo z racji bliskości Kręgu Podbiegunowego trwają tzw. białe noce (przynajmniej w czerwcu).  Za to ciarki nam przechodzą na myśl o tych, którzy zdobywali McKinleya zimą - pierwszy taki wyczyn miał miejsce w 1967 roku, kiedy trzech amerykańskich wspinaczy (A. Davidson, R. Genet, D. Johnston)  przez 42 dni zmagało się zarówno z permanentnymi ciemnościami, jak i temperaturami spadających do minus 65 stopni Celsjusza. Brr! Pocieszamy się, że my przy nich mamy jednak tropiki - latem bywa "tylko" minus 40.


Etap 2: Z Campu 14000 stóp do High Campu
Dzień 6 -13

Wysokość: 4330 m - 5250 m

Ponieważ Amerykanie w podawaniu wysokości stosują stopy, a nie metry, główny obóz gdzie wspinacze czekają na warunki sprzyjające atakom szczytowym określany jest jako Camp 14000 stóp (w przeliczeniu na "nasze":  4330 m). Namiotów w nim mnóstwo, ale prawie ich nie widać - zasłaniają je denali3.jpgwysokie murki zrobione ze śnieżnych bloków (takich jak przy igloo), mające zabezpieczać  przed silnymi wiatrami. Kto z jakiego jest kraju zdradzają flagi - po nich widać, że polskie obozy są aż trzy (nie ma między nami żadnej rywalizacji - raczej współpraca i integracja). Najwięcej jest oczywiście Amerykanów i Kanadyjczyków, sporo Niemców i Brytyjczyków, a z reprezentantów egzotyki - kobiecy team Brazylijki i Hinduski oraz przesympatyczny Arab pragnący zostać pierwszym obywatelem Zjednoczonych Emiratów Arabskich który zrobi Koronę Ziemi (niestety, później dowiaduję się, że na McKinley`a wejść mu się nie udało).

Większość czasu spędzamy na gotowaniu. Aby się dobrze aklimatyzować, trzeba dużo pić (min. 4 litry na dobę), ale wytapianie wody ze śniegu jest bardzo czasochłonne. Sporo tez jemy. W wydanych przez Brytyjczyków materiałach o McKinleyu czytamy, że dzienne zapotrzebowanie na kalorie na tej akurat górze to min. 4 tysiące kalorii, przy czym i tak się gubi przeciętnie po 5 kilo! Między innymi za to właśnie góry lubię - bez skrupułów mogę sobie pozwolić m.in. na denali 26.jpgsłodycze. Z kolegą z którym mieszkam w namiocie faszerujemy się też na potęgę czosnkiem - raz że nam smakuje, dwa że zdrowo, bo poza tym że działa antyinfekcyjnie, pomaga w aklimatyzacji. O zapachu który powala tych co przychodzą w odwiedziny, nie myślimy - w górach nikt się takimi drobiazgami nie przejmuje.

Głównym tematem rozmów jest pogoda - informacje o prognozach są wypisywane na specjalnej tablicy, odsłuchiwane przez obozową brać przez radia i ściągane przez telefony satelitarne. Czekając na jakieś dłuższe okno pogodowe pozwalające na atak szczytowy, wymyślamy różne mniej lub bardziej szalone zabawy. Jedną z nich są zawody saneczkowe, chociaż jest też ekipa grająca w śnieżnego golfa (zastępujący piłeczkę czerwony korek odbijają czekanami), a także miłośnicy skoków narciarskich którzy w pewnym momencie omal nie lądują na naszych namiotach. Wśród "skoczków" jest prawdziwa sława - może nie tyle skoków, ile skialpinizmu i skyrunningu (ekstremalne bieganie po górach), a mianowicie wielokrotny mistrz świata w tych dziedzinach, Katalończyk Kilian Jornet. Aż trudno uwierzyć, ale ustanowiony przez Kiliana rekord w szybkości zdobywania McKinleya  (chodzi o drogę od lądowiska samolotów na szczyt) to zaledwie 9 godzin 45minut,  choć przeciętnie zakłada się na to ponad dwa tygodnie!

denali10.jpgNiestety mijają kolejne dni, przy czym większość albo z sypiącym śniegiem, albo z silnymi wiatrami przekraczającymi 130 km/h. W tej sytuacji coraz więcej ekip rezygnuje z dalszej akcji górskiej - moja także. Tyle że ja akurat postanawiam zostać - bilet na samolot mnie nie ogranicza, czuję się dobrze, prowiantu mam dosyć... Oczywiście zdaję sobie sprawę, że McKinley nie jest górą polecaną do zdobywania w pojedynkę (zwłaszcza że wymaga asekurowania się liną), ale na szczęście mam kilka propozycji przyłączenia się do innych zespołów. Wybieram naszych rodaków - bracia Piotrek i Jacek Jaśniewscy oraz Piotrek Śliwiński, to nie tylko dobrzy wspinacze, ale jak czas pokaże - także świetni kumple, na których można polegać w każdej sytuacji.

Zanim jednak ruszymy do ataku szczytowego, musimy dotrzeć do High Campu, czyli najwyżej położonego  Obozu 17000 stóp (5250 metrów), co wymaga pokonania stromego i zlodzonego zbocza zwanego Head Wall`em. Wspinanie ułatwiają założone liny poręczowe, w które wpina się przyrząd zwany jumarem - można go przesuwać w górę, natomiast w razie spadania, samoczynnie się blokuje. Sam obóz (wspomniany High Camp) jest o tyle nieprzyjemny, że bardzo wyeksponowany na wiatr. Każdy kto do niego dociera liczy, że spędzi w nim tylko jedną  noc przed atakiem szczytowym, ale że góry uczą pokory - my spędzamy w nim aż trzy. Kiedy zaczynamy się obawiać, czy nie zabraknie nam denali27.jpggazu do gotowania (jego zapas czeka zakopany w śniegu w niższym obozie), pojawia się nadzieja że wreszcie góra da nam szansę.


Etap 3 - Atak szczytowy
Dzień 14-15

Wysokość:  5250 m - 6194 m

Rano jest dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy - błękitne niebo, wiatr prawie żaden. Pełni zapału ubieramy uprzęże, raki, wiążemy się liną i wyruszamy w kierunku widocznej w dali przełęczy. Wszystko idzie dobrze do tzw. Football Field, dużego wypłaszczenia, które widać komuś tam skojarzyło się z piłkarskim boiskiem, a od którego zaczyna się strome podejście w kierunku grani szczytowej. Niestety, nagle zrywa się wiatr,  w błyskawicznym tempie nadciągają chmury, widoczność z minuty na minutę spada niemal do zera, ale że jesteśmy już blisko celu, twardo  idziemy. Siły mamy, brak tylko tchu, bo wysokość ponad 6  tys. to już jednak coś (w stosunku do poziomu morza  ilość tlenu w rozrzedzonym powietrzu jest o ponad połowę mniejsza). 

denali12.jpgŻałujemy że nie ma żadnych widoków - dowodem że jesteśmy na szczycie jest zdjęcie z czymś w rodzaju dużej pineski z nazwą góry. Jedyną osobą jaką spotykamy jest Mario - znajomy rumuński wspinacz, który prosi o sfotografowanie go z flagą jego kraju. Zrobienie fotki nie jest w tych warunkach proste - jeśli się zdejmie grube puchowe rękawice, momentalnie zamarzają ręce. Mówimy Rumunowi, że ma biały nos, co oznacza odmrożenie. Jeszcze nie wiemy, że to dopiero  początek kłopotów... 

Jest minus 35 stopni Celsjusza, wiatr się nasila - rozsądek  nakazuje jak najszybciej schodzić. Tylko że Mario schodzi coraz wolniej, w pewnym momencie zaczyna się zataczać, aż wreszcie siada. Dobrze wiemy, co to oznacza - dostaje od Jacka dwie tabletki silnego leku na chorobę wysokogórską, po której daje się przekonać, że jeśli chce żyć - musi dalej iść, w czym rzecz jasna mu pomożemy. Niedługo potem spotykamy jeszcze innego wspinacza, tym razem Polaka, któremu kilka dni wcześniej zwracałam uwagę, że przy swoim doświadczeniu (a raczej jego braku) i w dodatku będąc sam, w ogóle nie powinien atakować szczytu. Teraz  twierdzi że ma złamaną nogę, choć tak naprawdę jest głównie wystraszony, bo wcześniej zsunął się ze sporej wysokości. No cóż, mamy mu za złe lekkomyślność, ale  wiemy, że o własnych siłach nie zejdzie. Jak na złość denali8.jpgprzed nami jeden z trudniejszych odcinków, zejście po stromym, wymagającym liny zboczu, podczas gdy obydwaj holowani wspinacze są zbyt słabi, aby poradzić sobie  z obsługą liny. Mało tego - Mario ma poważnie odmrożenia, już nie tylko nosa, ale także rąk, a zresztą nam również zimno daje się coraz bardziej we znaki.  Wiemy, że kilkanaście dni wcześniej był w tym miejscu śmiertelny wypadek, a obecne warunki - przede wszystkim brak widoczności która sprawia że nie wiadomo gdzie iść i liczne szczeliny, ryzyko potęgują. Staramy się nie myśleć o tym, że schodząc sami już dawno bylibyśmy w namiocie, odpychamy też cisnące się w głowie dylematy, gdzie jest granica w ratowaniu kogoś, jeśli na włosku wisi nasze życie.  Z drugiej strony mamy świadomość, że przecież tych dwóch "znalezionych" wspinaczy, nie zostawimy. 

Finał? Trochę po 4-ej rano decydujemy, że spróbuję bez asekuracji dotrzeć do obozu aby zorganizować pomoc.  Uważam na każdy krok, modlę się by nie wpaść w szczelinę, czekan mam przygotowany do hamowania, na wypadek gdybym poleciała, ale jakoś się udaje. O 6 rano budzę żołnierzy armii amerykańskiej denali7.jpgktórzy są na wspinaczkowym poligonie i zgadzają się wyjść do góry, aby wspomóc chłopaków.  Ostatecznie akcja ratunkowa kończy się dopiero o 11 w południe - wtedy dopiero, po ponad dobowej walce na górze, wraca do namiotu kierujący całą akcją Piotrek Ś. Co dalej? Obydwu ratowanych wspinaczy zabiera w dół śmigłowiec, Mario zdobycie góry przypłaca amputowanymi palcami i koniecznością rekonstrukcji  czarnego już na koniec nosa. A my? My jesteśmy po prostu zmęczeni. Szczęśliwi też, nie tyle z  tego, że zdobyliśmy szczyt, ale że w ogóle żyjemy i że udało się uratować życie innym. Tylko że jest też i złość - mamy żal do ratowanego rodaka, że gdyby nie przecenił swoich możliwości i umiejętności, nie trzeba byłoby aż tak ryzykować. I że szybciej sprowadzony Mario może by nie stracił palców?


Etap 4 - Powrót w doliny: High Camp - lodowiec Kahiltna  - przelot do Talkeetny
Dzień 16-19

Wysokość:  5250 m - (przejście) 2200 m (lotnisko na lodowcu)  - (przelot) - 106 m (Talkeetna)

Drogę powrotną rozkładamy sobie na 3 dni. Pierwsze dwa dni mamy przepiękne widokowo, bo każdego dnia jest po kilka godzin bezchmurnej pogody. Szczególnie zachwyca Mt Foraker - druga co do wielkości góra Alaski (5304 m). W obozach pustki - dopiero teraz dociera do nas jak wiele ekip zrezygnowało ze zdobywania szczytu.

denali9.jpgSzczerze mówiąc cieszymy się z powrotu do cywilizacji. Szczególnie tęsknimy za prysznicem - po prawie trzech tygodniach trudno się dziwić.  Na drugim miejscu w rankingu tego, czego nam brakuje jest normalne jedzenie - świeże warzywa, owoce, chłopcy mówią coś o steku, ja śnię o naleśnikach. No i normalna toaleta... Na McKinley`u każda ekipa dostaje zamykany kubełek, który ma się obowiązek wszędzie ze sobą nosić i do niego załatwiać poważniejsze sprawy. Ale kubełek jeszcze pal sześć, problem w tym, że nie za bardzo można liczyć na zapewniające intymność miejsca, gdzie by z kubełka zrobić użytek. Po prostu trzeba się przyzwyczaić do zasady "niech się wstydzi, ten kto widzi".

Drogę w dół pokonujemy jak na skrzydłach, bo przecież plecaki i sanki już są odciążone, no i łatwiej się oddycha. Tak jak u góry dawało nam się we znaki zimno, od pewnego momentu robi się wręcz gorąco. Puchowa kurtka idzie w zapomnienie, teraz wystarczy koszulka z krótkim rękawem. Kiedy dochodzimy do denali24.jpglodowcowego lotniska i okazuje się, że załapiemy się na ostatni tego dnia samolot, nasza radość nie ma granic. Aż trudno nam uwierzyć że raptem półgodzinny lot przenosi nas w tak odmienny świat. Po wylądowaniu najbardziej dziwi, że zamiast lodowej pustyni jest tak zielono, że kwitną i pachną kwiaty, że znowu mamy drzewa i że to taka różnica - zamienić ciężkie, górskie buciory (moje ważą po 1,6 kg każdy) na lekkie sandały. Cały wieczór spędzamy po części na kąpielach, po części korzystając z internetu. Rano idziemy odmeldować sie w siedzibie rangersów, którzy gratulują nam szczytu, no i akcji ratunkowej. Na aktualizowanej na bieżąco tablicy informacyjnej widnieją wspinaczkowe statystyki: liczba wspinaczy którzy od początku sezonu wyszli zdobywać McKinley`a  - 1176, z czego szczyt zdobyło 236  (31 procent). Nie za dużo. Tym bardziej cieszymy się, że nam się udało!



Informacje praktyczne:

Kiedy:
Teoretycznie McKinley`a można zdobywać kiedy się chce, jednak w praktyce prawie wszyscy wybierają okres maj-czerwiec, kiedy są optymalne warunki pogodowe i można skorzystać z dolotu na lodowiec (w lipcu w lodowcu tworzą się szczeliny i samoloty nie mogą już na nim lądować).

Jak długo:
denali 23.jpgWiększość wypraw zakłada 3-tygodniową akcję górską (w naszym przypadku było to 19 dni), ale ze względu na niestabilną pogodę warto mieć jeszcze trochę rezerwy (ważne jeśli chodzi o rezerwację biletu powrotnego z Alaski).

Organizacja wyprawy:
Oficjalnie prawo prowadzenia wypraw komercyjnych mają na McKinleyu tylko licencjonowani przewodnicy amerykańscy (koszt takiej wyprawy: od 7 tys. dol. w górę, nie licząc dolotu), nieoficjalnie - polskie agencje górskie też takie wyjazdy proponują (ok. 13-14 tys. zł z dolotem). Najtaniej wychodzi wyjazd organizowany na własną rękę, zwłaszcza że nie ma obowiązku korzystania z opieki przewodnickiej, ale pomysł dotyczy tylko osób z naprawdę dużym doświadczeniem górskim. Jeśli chodzi o formalności, poza wizą amerykańską konieczny jest jeszcze tzw. permit czyli zezwolenie na wspinaczkę, które załatwia się internetowo (www.nps.gov/dena/planyourvisit/mountaineering.htm), po zapłaceniu 360 dol. za osobę. Z obowiązkowych wydatków trzeba liczyć jeszcze 10 dol. za osobę za przebywanie w parku narodowym, ok. 580 dol. za przelot na lodowiec, dojazd z Anchorage (tam się zwykle dolatuje) do Talkeetny (60-100 dol. w każdą stronę), zakup paliwa/gazu do gotowania oraz jedzenia (jeśli nie chcemy mieć problemów z celnikami, żywności z Polski lepiej nie przywozić).

Ekwipunek:
denali26.jpgMcKinley to poważna góra, na której musimy być odpowiednio wyposażeni. Oprócz klasycznego wspinaczkowego sprzętu typu uprząż, czekan, lina, raki, karabinki (min. 5 bo są potrzebne do sanek), warto mieć też kask, śruby lodowcowe, prusiki i koniecznie - łopatę (min. 1 na zespół). Na wyprawie dużą część trasy pokonuje się na rakietach albo nartach ski-tourowych (można odpłatnie pożyczyć na Alasce), a co do sanek to zapewnia je za darmo firma, która organizowała przelot na lodowiec. Warto zabrać ładowarki słoneczne - to jedyna możliwość aby podładować baterie, bo żadnego miejsca z gniazdkami na górze nie ma. Ze względu na bardzo niskie temperatury, konieczny jest ciepły śpiwór, puchowa kurtka (puchowe spodnie też się przydadzą) i ciepłe rękawice (dodatkowo warto mieć też ogrzewacze chemiczne).                                                       


Dobra rada:
Jeśli chcesz zobaczyć piękny, iście pocztówkowy widok na masyw McKinleya, zrób sobie wypad do Denali National Park (punkt wjazdowy znajduje się 250 km na północ od Talkeetny), a następnie po jedynej tam drodze dostępnej tylko dla rowerów i parkowych autobusów, dojedź do jeziora Wonder Lake.  Uwaga! Jeśli zamierzamy przy Wonder Lake biwakować (świetne miejsce na nocleg) nie lekceważmy ostrzeżeń  nakazujących aby  nie trzymać w namiocie jedzenia! Chodzi oczywiście o niebezpieczne niedźwiedzie grizzly, które rzeczywiście się tam pojawiają.

Back to top