Dojść do dna
Hits: 4926

WIELKI KANION KOLORADO

Indianie znali go od tysiącleci. Biali ludzie po raz pierwszy zeszli na jego dno dopiero trzy wieki temu. Dzisiaj nad krawędzią Grand Canyonu staje co roku ok. 5 mln turystów. Większość z nich jednak podziwia ten cud natury tylko z góry - do koryta rzeki dochodzą tylko nieliczni.

Amerykanie są z niego dumni. Mieszkańcy Arizony - stanu na którego terenie Wielki Kanion się znajduje, uczynili z niego swoisty symbol, wypisując na  tablicach rejestracyjnych swoich samochodów: "stan Wielkiego Kanionu".

Czy jest on największy w świecie? W Ameryce zdecydowanie nadużywa się słowa "naj...", zwłaszcza że zależy jakie kryteria pomiaru bierzemy pod uwagę. Uważa się, że to największy przełom rzeki. Za to na pewno nie najgłębszy - pod tym względem pierwszeństwo ma Kanion Colca w Peru, którego pierwszymi eksploratorami była 20 lat temu ekipa polskich kajakarzy.

Średnia głębokość Wielkiego Kanionu wynosi 1750 metrów (maksymalnie do 1829 m), zaś szerokość dochodzi nawet do 30 km. Tak naprawdę nie jest to jeden wąwóz - do liczącego 446 km długości głównego kanionu, czyli tego którym płynie rzeka Kolorado, dołącza kilka innych. Żadna fotografia, ani żaden opis nie jest w stanie oddać ogromu tego, co stworzyła tutaj natura. Faktem jest, że Wielki Kanion nigdy dwa razy nie wygląda tak samo. Słońce i padające od chmur cienie powodują, że barwy ciągle się zmieniają - od czerni i brązu po błękitnawą ziemię i mocną czerwień.

Sprzed 2 mld lat

wielki kanion-zielona rzeka.jpgZ krawędzi Wielkiego Kanionu rzeka Kolorado wygląda jak zielona wstążka. Na dole okazuje się że to całkiem szeroka rzeka, z wartkim nurtem, tworzącym liczne bystrza i wiry. Choć dzisiaj spływy po niej (pontonami lub tradycyjnymi łodziami) to już typowa komercja (trzeba je rezerwować nawet z kilkuletnim wyprzedzeniem!), nadal jednak stanowią swego rodzaju wyzwanie.

Od źródeł na zboczach Gór Skalistych do ujścia do Oceanu Spokojnego w Zatoce Kalifornijskiej rzeka liczy 2333 km. To ona oraz warunki atmosferyczne (wiatr i opady) działające od milionów lat rzeźbią arizońskie skały. Najpierw erozji uległy najbardziej miękkie wapienie, w następnej kolejności rozmywane były leżące niżej, starsze piaskowce, aż wreszcie woda dotarła do granitów i łupków krystalicznych, które stanowią dno kanionu. Najgłębsze warstwy odsłonięte przez rzekę pochodzą z ery prekambryjskiej i mają ok. 2 mld lat!

Ale rzeźbienie kanionu jeszcze się nie skończyło. Badania dowodzą, że kanion nadal się pogłębia, choć nie jest to zawrotne tempo - wynosi ono 15,24 metra na milion lat.

Na liście UNESCO

Znalezione w tutejszych jaskiniach malowidła naskalne, naczynia i figurki świadczą o tym, że ludzie żyli w Kanionie już dwa tysiące lat p.n.e., a może jeszcze dawniej. Pierwszymi Europejczykami którzy dotarli w te rejony byli hiszpańscy żołnierze, których w 1540 roku przyciągnęła nadzieja na znalezienie złota. Szlachetnego kruszcu jednak nie było, zrezygnowano więc ze schodzenia na dno wąwozu. Dokonał wielki kanion-ja.jpgtego dopiero  w 1776 roku hiszpański misjonarz - franciszkanin Tomas Garces. 80 lat później zorganizowano ekspedycję, której celem było spłynięcie łodzią nurtem Kolorado, ale pechowo łódź została zniszczona jeszcze przed rozpoczęciem eskapady. Sukcesem zakończyła się dopiero wyprawa Johna Wesleya Powella - jednorękiego, żądnego przygód weterana wojny secesyjnej, który wraz z kilkoma kompanami w 1869 roku spłynął kanionem na czterech łodziach.

Opisy Powella zainteresowały świat nieznanym do tej pory miejscem, choć początkowo było to zainteresowania głównie ekonomiczne - związane z występującymi tu złożami miedzi i azbestu. Rozwój turystyki nastąpił dopiero na początku XX wieku - w 1901 roku do południowej krawędzi kanionu doprowadzono linię kolejową i wybudowano pierwszy, do tej pory istniejący, hotel "El Tovar". W 1903 roku pojawił się nad kanionem ówczesny prezydent USA - Teodor Roosevelt, który wkrótce ustanowił tutaj rezerwat. Zauroczony miejscem prezydent przekonywał: "Zostawcie go takim jaki jest. Niczego w nim nie możecie ulepszyć. Całe stulecia na niego pracowały, a człowiek może to jedynie zepsuć". Wzięto to sobie do serca - jeszcze przed II wojną kanion stał się parkiem narodowym. W roku 1979 został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. A pomyśleć, że jeszcze w latach 60. był pomysł... postawienia na rzece Kolorado zapory i zatopienia 240 km kanionu. I tak wybudowana jeszcze wcześniej w dole rzeki tama Glen Canyon naruszyła równowagę ekologiczną tego regionu.

Centra turystyczne na południowej i północnej krawędzi Wielkiego Kanionu dzieli w prostej linii (jak się tu mówi: "lotem kruka") dystans ok. 16 km. Jeśli chcemy dostać się z jednej krawędzi na drugą samochodem - czeka nas min. 4 godzinna podróż, w trakcie której pokonamy 354 km. Problemem jest brak mostu - jedyny most przejezdny dla samochodów wybudowano w 1929 roku w pobliżu osady Lees Ferry (kanion ma tam tylko 122 metry szerokości). Jeśli wolimy z jednej strony kanionu na drugą po prostu się przejść - taki skrót przez dno kanionu będzie stanowić spacer min. 2-3 dniowy.

wielki kanion-wieza.jpg Krawędź południowa kanionu jest zdecydowanie liczniej odwiedzana. Łatwiej tu dojechać, a infrastruktura czekająca na gości udowadnia, że turystka to tutaj prawdziwy przemysł. Poza tym warunki klimatyczne sprawiają, że jest to teren dostępny cały rok. Centralne miejsce stanowi Grand Canyon Village - są sklepy, hotele, campingi, ogromne parkingi (do wielu miejsc nie można dojechać własnym samochodem - problem komunikacji rozwiązują bezpłatne autobusy). Główną atrakcją są krajobrazy - punktów widokowych jest mnóstwo, a każdy z nich ma swoją nazwę, np. Hopi czy Yavapai View. Niemal wszyscy odwiedzają Desert View z charakterystyczną 25 metrową wieżą wyglądającą jak średniowieczny zabytek. To oczywiście tylko stylizacja, bo obiekt powstał w 1933, a poza tym, że za opłatą 25 centów można wejść na szczyt wieży, to tak naprawdę jest to po prostu sklep.

Oczywiście sklepów jest w okolicy Wielkiego Kanionu mnóstwo, bo USA to kraj wybitnie komercyjny. Ja też się daję skusić na zakupy - inwestuję w "łapacz snów", jak nazywa się ozdobna siateczka z piórkami, charakterystyczna dla mieszkających w tych okolicach Indian z plemienia Nawaho. Ponoć zawieszona przy łóżku ma wyłapywać złe sny, zaś dobre mogą wylatywać przez dziurkę w środku pajęczyny.

Odwiedzającym południową krawędź kanionu polecam kino IMAX i doskonały, sprawiający iluzję trójwymiarowości film - oczywiście o Wielkim Kanionie. W pobliżu jest też lądowisko helikopterów, którymi można wlecieć w głąb kanionu. Nie jest to wprawdzie tania atrakcja (ok. 100 dol. za 20 min. lotu), ale widoki ponoć obłędne (tak opowiadali ci, którzy lecieli).

Na północnej krawędzi jest bardziej "dziko" i zielono. Tutejszy płaskowyż leży o 500 metrów wyżej niż południowy brzeg, co wyraźnie odbija się w klimacie i dużo bujniejszej tu roślinności. Duże opady śniegu powodują, że od listopada do maja jest to obszar zamknięty. Osobiście uważam północną stronę kanionu za ciekawszą od południowej,  właśnie dlatego że mniej skomercjalizowaną. Także tutaj znajdziemy liczne punkty widokowe i fantastyczne formacje skalne,  jak Anielskie Okno, Świątynia Wisznu, czy Świątynia Isis. Skąd tak egzotyczne nazwy? Dzięki studentce religioznawstwa, Clarence Dutton, która w 1881 roku napisała pierwsze studium na temat kanionu. A co do religii to warto wiedzieć, że w części kanionu zwanej Little Colordao wg wierzeń Indian Hopi znajduje się "sipapu" - otwór przez który przyszli na świat pierwsi ludzie.

Najpierw w dół, potem w górę

wielki kanion - ogolnie.jpg Większość turystów ogranicza się do oglądania Wielkiego Kanionu z góry. Nie da się jednak w pełni zrozumieć potęgi natury, która stworzyła to dzieło, bez zejścia do jego głębi. Dotarcie do rzeki nie jest bynajmniej relaksową wycieczką. W lokalnych gazetkach informacyjnych poleca się zaplanowanie w dole przynajmniej jednego noclegu  - wymaga to jednak załatwienia specjalnego zezwolenia. Niestety nie mam tego tzw. permitu (w sezonie wcale nie tak łatwo go zdobyć - powinno się załatwiać go korespondencyjnie wcześniej). Poza tym moi towarzysze wcale nie wykazują entuzjazmu dla tego typu wysiłku.  W rezultacie nie mam wyboru - jeśli chcę zrealizować swój plan, mam na to tylko 1 dzień.wielki kanion-kaktus.jpg

Dostępne na każdym kroku broszury informacyjne ostrzegają, że zejście na dół kanionu to coś zupełnie innego niż zwykłe górskie wycieczki. Przede wszystkim - zaczyna się nie od wchodzenia, ale od schodzenia, dzięki czemu od razu mamy przeciążone stawy kolanowe, tym bardziej że startujemy z największym obciążeniem (choćby ze względu na dźwiganą wodę). Jeśli tego samego dnia wracamy - wspinaczka pod górę wypada w największym upale, czyli kiedy jesteśmy już mocno zmęczeni. Trzeba zakładać, że droga pod górę zajmie nam dwa razy więcej czasu niż w dół. Według większości przewodników zejście trwa zwykle 4-5 godziny, podejście 8-9 godzin, choć jak wynika z moich doświadczeń dość sprawna osoba może zrobić tę trasę w sumie w 7-8 godzin. Na pewno trzeba mieć zapas wody (przed wyjściem warto dowiedzieć się, gdzie na pewno można liczyć na jej "dotankowanie". Woda w strumieniach nie nadaje się do picia). Konieczne są dobre, górskie buty, a latem - nakrycie głowy. Co roku zdarzają się w kanionie wypadki śmiertelne, a sytuacji w których niezbędne jest niesienie pomocy odnotowuje się ok. 400. Akcje ratunkowe w tych warunkach terenowych są trudne, czasochłonne i dość kosztowne - rachunek za wykorzystanie helikoptera wynosi "drobne" 2 tys. dolarów.

Najgorszy upał

Wychylam głowę z namiotu wcześnie rano - o wpół do czwartej. Jest  nadal ciemno, gdy kursujący po terenie parku tzw. shuttle bus dowozi mnie do początku szlaku prowadzącego w dół kanionu. Zimny poranek (mimo środka lata - przymrozek!) zmusił mnie do założenia swetra i grubego polaru, który potem w ciągu upalnego dnia będę niejednokrotnie przeklinać. W plecaku mam trochę prowiantu i kilka butelek wody - wyczytałam że przy takim wysiłku powinnam pić litr wody na godzinę, a najbliższe źródło wody mam dopiero na dnie kanionu.

wielki kanion-sarenka.jpgJestem już sporo pod krawędzią, gdy zaczyna wschodzić słońce. Coś niesamowitego - rozpoczyna się spektakl barw. Stoję zauroczona. W otoczeniu skał dociera do mnie, jak mały w porównaniu z naturą jest człowiek.

Po drodze nie spotykam zbyt wielu osób. Wyprzedzam grupkę Niemców fotografujących się przy wielkich, kwitnących agawach, potem doganiam jakąś amerykańską parę i już przy samym dnie - ustępuję miejsca na drodze turystom wjeżdżającym pod górę na mułach. Przewodnik wyglądający jak typowy westernowy kowboj przygląda mi się ze zdziwieniem. - Sama jesteś? - dziwi się. Cóż, nie jestem zwolenniczką samotnych górskich wycieczek, ale nie miałam wyboru. Pyta skąd jestem i słysząc odpowiedź reaguje entuzjastycznie: - Z Polski? Wy tam kochacie konie. I mieliście takie konne wojsko, ze skrzydłami... - domyślam się że chodzi mu o huzarię.

Pozornie wydaje się, że kanion to tylko skały, ale tak naprawdę w tych surowych skałach toczy się aktywne życie. W Wielkim Kanionie żyje 287 gatunków ptaków, 88 gatunków ssaków, 50 gatunków gadów... Na szczęście nie spotykam lwa pustynnego przed którym ostrzegają liczne tablice informacyjne, żałuję za to że nie mogę dojrzeć kondora kalifornijskiego, który swoją drogą też nie jest zbyt przyjacielski (potrafi zniszczyć namiot czy porwać pozostawione rzeczy). Za to towarzyszą mi liczne wiewiórki, liczne kruki oraz sarny, które przy jednym ze strumieni stoją dosłownie metr ode mnie, wcale nie speszone obecnością człowieka. Oprócz nich są tu jeszcze m.in. niedźwiedzie brunatne, kozice, orły, sępy, pumy, kojoty, ursony,  antylopy zwane pronghorn - drugie pod względem szybkości zwierzęta naszej planety (ustępują tylko gepardom).  Siadając na kamieniach profilaktycznie sprawdzam czy nie ma na nich węży lub skorpionów. Znajduję jedynie włochatą tarantulę.

wielki kanion-dno.jpg Przez większość wijącej się serpentynami drogi, wcale nie widać rzeki. Moment kiedy wreszcie się wyłania to duże przeżycie. W końcu do niej dochodzę. Przerzucone są przez nią dwa wiszące mosty - pierwszy z nich wybudowano w 1928 roku, przy czym liny do niego potrzebne zniosło na włąsnych ramionach 42 Indian. Drugi - tzw. Srebrny Most to już dużo młodsza konstrukcja - z 1960 roku.

Zegarek wskazuje ósmą. Moczę nogi w rzece - woda jest lodowata, doskonale pobudza krążenie. Wzdłuż delty potoku Bright Angel dochodzę do Phantom Ranch - to właśnie na tym ranczu nocują zwykle turyści. W dole kanionu nie ma na szczęście hoteli ani sklepów, a jedyna możliwość transportu to grzbiety mułów.

Żałuję że nie mogę zostać dłużej i nie mam szans na dotarcie do wodospadów Havasu czy Mooney. Nazwa tych drugich upamiętnia pechowego poszukiwacza złota, który pod koniec XIX wieku przez 3 dni wisiał na zahaczonej linie, aż w końcu runął w przepaść.

Szlak którym zeszłam w dół (South Kaibab Trail) na długości 11 km pokonywał różnicę poziomów wynoszącą 1437 metrów. Teraz czeka mnie kolejne 15 km stromo pod górę, za to trochę mniej stromym szlakiem Bright Angel Trail ("Szlak Jasnego Anioła" - cóż za romantyczna nazwa!). Ruszam dziarsko, ale wkrótce zaczynam odczuwać ból nóg. Co jakiś czas spotkam kogoś idącego w kierunku rzeki -  wymieniamy grzecznościowe "Hi!". Gdzieś w połowie drogi robię odbicie w bok od głównego szlakuwielki kanion z polowy.jpg i idę jeszcze na tzw. Plateau Point - to moim zdaniem najlepszy punkt widokowy z widoczną w dole rzeką. Dookoła tylko pustynia i pełno kaktusów. Najwięcej jest opuncji, których owoce można jeść albo przerabiać na galaretki, natomiast miąższ z ich mięsistych liści przydaje się do oczyszczania wody oraz do wyrobu kosmetyków.

Przy tzw. Indiańskim Ogrodzie (tak naprawdę to zarośla stanowiące oazę zieleni) robię przerwę na lunch, czyli zabrane kanapki. Nie jestem już sama - dociera tu wielu turystów, traktujących to miejsce jako cel krótkiej wersji wycieczki w głąb kanionu. Dla wielu z nich powrót na górę to prawdziwa droga przez mękę. Ja także mam powoli dosyć. Najgorszy jest upał, przed którym nie ma się gdzie skryć (40 stopni Celsjusza to tutaj  latem normalna temperatura). Już wiem, że ostrzeżenia o tzw. Strefie Niebezpiecznej wcale nie są przesadne. Widzę jak rangersi (strażnicy parku) ratują zemdlonego Japończyka, a przy tzw. Trzymilowym Schronisku (zgodnie z nazwą położonym od krawędzi w odległości trzech mil, czyli prawie 4,8 km) dzielę się resztkami swojej wody z ledwo żywymi Amerykanami. I tak się dziwię jak w niewygodnych sandałach przeszli owe trzy mile...

I wreszcie - krawędź kanionu! I zaraz - bar, zimne napoje. Ból mięśni odczuję dopiero następnego dnia, ale i tak stwierdzę, że warto było!

Informacje praktyczne:

Wstęp: za wjazd do parku narodowego trzeba zapłacić 20 dol. od pojazdu (niezależnie ile jest w nim osób). Cena dla pieszych i rowerzystów podróżujących indywidualnie wynosi 10 dol.

Wycieczka z przewodnikiem:
zorganizowana wycieczka w dół z jednym noclegiem na Phantom Ranch to wydatek 259 USD.

Noclegi: na obu krawędziach Wielkiego Kanionu najtańszą możliwością noclegów są campingi - 10-20 dol. za miejsce (maksimum 6 osób na miejscu). Za hotel zapłacimy od 50 do ok. 300 dol. za pokój dwuosobowy. Schodząc do dna kanionu możemy przenocować w dormitoriach w Phantom Ranch - koszt 22 dol., ale dla pewności miejsca lepiej wcześniej zrobić rezerwację.

Zezwolenia: Jeśli chcemy nocować w głębi Wielkiego Kanionu - zezwolenia zwane permitami są niezbędne. Najlepiej załatwiać je z wyprzedzeniem pisząc na adres: Grand Canyon National Park, P.O.Box 129, Grand Canyon, AZ 86023. Opłata wynosi 10 dol. za zezwolenie plus po 5 dol. za noc za każdą osobę, która zamierza nocować.

Internet: http://www.nps.gov/grca

Back to top