Przystanek Alaska
Hits: 2893

BARROW (PÓŁNOCNA ALASKA)

Wokół domów leżą kręgi wielorybów i rogi karibu, przy głównej ulicy miasteczka stoją znaki „Uwaga, śnieżne skutery!”. Latem śniegu tu nie ma, za to czasem pojawiają się polarne niedźwiedzie. Gdzie tak jest? W Barrow, najbardziej na północ wysuniętym miasteczku nie tylko Alaski, ale całych Stanów Zjednoczonych.
 
 
 
-Wpadnijcie do mnie na obiad. Zrobię gulasz z karibu…- zaprasza Helen. Większość tutejszych mieszkańców to Eskimosi i Helen również do nich należy. Pytam ją czy określenie „Eskimosi” jest „politycznie poprawne”, bo w Kanadzie jego używanie to duży nietakt (mówi się: Inuici). –U nas na Alasce - jak najbardziej, chociaż my o sobie mówimy Inupiat, a język którym się posługujemy (niezależnie od angielskiego) to z kolei inupiaq
 
 
Abstynencki koniec świata
 
barrow30.jpgGulasz jest pyszny, bo karibu, dzikie renifery, na które się tu poluje, mają chude i smaczne mięso. Potem Helen zabiera nas na objazd miasteczka. Dla mnie i mojego szwedzkiego kompana, w naszym rejsie przez  Przejście Północno-Zachodnie (arktyczne trasa od Grenlandii na Alaskę), Barrow to pierwszy port na terenie USA. Port? Żadnych nabrzeży tu nie ma, stoimy na kotwicy, przeprawiając się na ląd pontonem. Miasto tworzy kilka ulic na krzyż, jak to w większości arktycznych miejscowości - bez asfaltu, za to obstawionych wyjątkowo licznymi słupami. Zabudowę stanowią niskie domy, ze względu na wieczną zmarzlinę sięgającą 400 metrów w głąb - stawiane na palach lekko nad ziemią (chodzi o to, by ciepło od domu nie roztapiało wiecznej zmarzliny, bo budynki by „siadały”, a i ze względów ekologicznych nie byłoby to korzystne).
 
Tak czy owak, trudno miasto nazwać ładnym, brak w nim koncepcji architektonicznej, ale dzięki gościnnej Helen od razu nam się w Barrow podoba. Z obwieszonego drogowskazami słupa dowiaduję się, że dużo bliżej stąd do bieguna (niecałe 2 tys. km) niż do Nowego Jorku albo na Hawaje (w obydwa miejsca po 5,5 tys. km). Krąg polarny mamy 530 km niżej, dzięki czemu od 10 maja do 2 sierpnia t trwa tu polarny dzień, czyli słońce widać nawet w środku nocy (o ile świeci, bo często jest wietrznie i deszczowo). Zimą gorzej – zamiast słońca niebo rozświetlają polarne zorze.
 
barrow - od morza.jpgZ folderu z lokalnej informacji turystycznej wyczytuję, że Barrow to stolica North Slope Borough, jednostki terytorialnej którą można porównać do gminy. Tyle że to największa gmina świata, zajmująca powierzchnię niemal połowy Polski (142 tys. km kw.)! Trudno uwierzyć, że tak rozległy obszar zamieszkuje zaledwie 7,5 tys. osób, z czego 4,7 tys. żyje w samym Barrow. –Teraz to małe miasteczko, ale w latach 60-tych (czasy boomu paliwowego) byliśmy prawdziwą metropolią – zaczyna wspominać Helen. -Ludzi było kilka razy więcej, tętniły życiem puby i salony gry w bilarda, nawet trzy teatry mieliśmy! Teraz o teatrze nikt już nie marzy, kina także brak, a puby zostały zlikwidowane. Podobnie jak większość miejscowości arktycznej Ameryki (także części kanadyjskiej), Barrow to tak zwane „dry town” („suche” miasto), w którym ze względu na problem alkoholowy wielu osób, obowiązuje pełna prohibicja. Nawet piwa się nie kupi, choć nielegalny rynek oczywiście istnieje, z cenami dochodzącymi do stu dolarów za litr wódki. 
 
 
Słonina wieloryba, penis morsa

barrow32.jpgNazwa Barrow pochodzi od położonego 15 km dalej Przylądka Barrow, przy którym przebiega granica pomiędzy Morzem Beauforta i Czukockim (obydwa należą do Oceanu Arktycznego i są wolne od lodu jedynie przez 2-3 miesiące w roku). Kiedy w roku 1825 do cypla dotarli Brytyjczycy, nadali mu nazwę upamiętniającą Johna Barrow, znanego wówczas geografa i podróżnika. Eskimosi którzy zamieszkiwali w tym rejonie tysiąc lat przed przyjściem białych, mieli swoje określenie: Ukpeagvik, czyli „miejsce gdzie poluje się na śnieżne sowy” (swoją drogą wyjątkowo piękne ptaki). 
 
Pozostałością po osadnikach sprzed wieków jest kilkanaście kopców skrywających domostwa datowane na czasy od VI do X wieku (tutejsi Eskimosi nie budowali igloo!). Najstarszy „normalny” zabytek to pochodząca z 1893 roku pozostałość po stacji wielorybniczej, najstarszy drewniany budynek w całej Arktyce. Stoi przy nim zrobiona z żeber wielorybów barrow-maktak.jpg„brama do morza”, a obok – dwa umiaq`i, czyli tradycyjne łodzie używane przez wielorybników. Na podobnych na wiosenne polowania na walenie wypływa się i teraz. –Takie łowy to wielkie wydarzenie w którym bierze udział całe miasteczko. Ja również pomagam w budowie łodzi, a dokładniej zszywam focze skóry, którymi oblekamy szkielet łódki – opowiada mi Alice, również Inupiatka. W polowaniu udział bierze kilkanaście łodzi, z których myśliwi tak jak i przed wiekami, celują w wieloryba harpunami. Dopiero potem wkracza technika: męki zwierzęcia skraca się obecnie ładunkiem wybuchowym, potem zdobycz odholowywana jest do brzegu, gdzie wielkie, kilkunastometrowe cielsko wyciąga się na plażę traktorem albo wózkiem widłowym i przystępuje do ćwiartowania. Nie chodzi o przyjemność zabijania – poluje się dla mięsa, które dzielone jest na wszystkich mieszkańców. Poza tym w przeciwieństwie do polowań na skalę przemysłową (dotyczy gł. Japonii), łowy ludów północy nie są zagrożeniem dla populacji tych zwierząt. Ile sztuk można zabić, określają rokrocznie przyznawane limity, których i tak zwykle się nie wykorzystuje. –Wy zabijacie swoje zwierzęta, my swoje. To nasza tradycja, ale przez wieki również konieczność, bo nie łatwo przetrwać srogie arktyczne zimy – tłumaczą Eskimosi. 
 
barrow-kaptur.jpgPodobnie jak wcześniej w domu Helen, tak również i u Alice mam okazję przekonać się, że wyposażenie domów współczesnych Eskimosów nie różni się wcale od tego co można zobaczyć w mieszkaniach np. w Nowym Jorku. Zmywarka, mikrofalówka, podłączony do Internetu komputer, no i oczywiście telewizor z ogromnym ekranem to standard. Na północnej Alasce nieodzowna jest jednak spora… zamrażarka. Dziwne? Wcale nie – mięso z upolowanych latem zwierząt trzeba jakoś do zimy przechować. Poza tym w zamrażarkach (tak, nie w szafach!) przechowuje się też parki, czyli latem niepotrzebne tradycyjne, futrzane kurtki. W lokalnym sklepie kosztują one ponad tysiąc dolarów, ale jak tłumaczy mi Alice, to i tak jeszcze niska cena, bo te najlepsze, często przekazywane z pokolenia na pokolenie, mają dużo większą wartość.
 
Dzięki Alice mamy okazję przekonać się, jak smakuje miejscowy przysmak, czyli maktak - na wpół zmrożona wielorybia słonina. Nie powiem, żeby mi przypadła do gustu, ale i tak jest zdecydowanie lepsza od mięsa foki konserwowanej w oleistej, śmierdzącej zalewie. Robię błąd, bo chyba za szybko ją zjadam, dzięki czemu załapuję się na dokładkę.barrow-penisy.jpg
 
Żałuję natomiast , że nie udaje mi się spróbować mięsa morsów, bo i na te zwierzaki w Arktyce się poluje. –A propos morsów, to coś ci pokażę - obiecuje Tom, mąż Alice, który swój nieeskimoski wygląd tłumaczy krótko: -Moim pradziadkiem musiał być jakiś europejski wielorybnik. Chwilę później przynosi przepięknie zdobioną, sporą kość. –To nie kieł, tylko penis morsa – zdradza. Nie powiem, imponujący! 
 
Na koniec dopytuję się jeszcze, czy miejscowi jedzą niedźwiedzie polarne… -My w Barrow akurat nie, choć ponoć są całkiem smaczne…- mówi Tom. Zazwyczaj krążą w okolicy jakieś pojedyncze osobniki, ale kilka lat temu dryfujące z rosyjskiej Czukotki kry „dowiozły” aż 60 niedźwiedzi. Ponieważ zrobił się z nimi spory problem, ostatecznie zostały skazane na przymusową zsyłkę - na rachunek amerykańskiego rządu odesłano je w siną dal.
 
 
Salto na foczej skórze 

barrow-quady.jpgBarrow jest dość rozciągnięte, tak więc aby je poznać, trzeba się po nim nieźle nachodzić. Punktami orientacyjnymi są m.in. świetnie zorganizowana biblioteka, Centrum Kultury Eskimoskiej, duży supermarket i lotnisko imienia Willa Rogersa (swego czasu popularny wśród Amerykanów humorysta) i Wiley`a Posta (znany pilot), którzy lecąc w 1935 roku na Czukotkę, w tych okolicach się rozbili. Lotnisko jest ważne, bowiem samoloty to główny łącznik Barrow z cywilizacją – statki mogą tu dotrzeć wyłącznie w czasie krótkiego lata. Inna sprawa, że wysokie ceny lotów sprawiają, że miejscowi rzadko stąd wyjeżdżają. Na pocieszenie mają wyższe niż gdzie indziej pensje, niezły socjal i darmowy, wydobywany na północnej Alasce gaz do ogrzewania domów. Jak spędzają wolny czas? Polują, łowią ryby, albo urządzają na quadach wycieczki wzdłuż plaży lub w tundrę, na której jak to w Arktyce, nie ma zupełnie drzew. W samym mieście do dyspozycji jest basen i wyłożone torfem boisko (tutejsza drużyna to, a jakże, „Wielorybnicy z Barrow”), zimą zamieniane na lodowisko. Z kolei sądząc po aż siedmiu kościołach, wiele osób jest mocno zaangażowanych religijnie. barrow31.jpgNajliczniejsi są prezbiterianie, dumni że to ich kościół był w Barrow pierwszą świątynią (jeszcze w końcu XIX wieku), ale są również mormoni, katolicy, baptyści, a nawet bahaiści. Urozmaiceniem codziennego życia są różnorakie święta, zwłaszcza te powiązane z tradycjami eskimoskimi. Na przykład czerwcowe Nalukataq, kiedy organizuje się tak zwane blanket toss, co oznacza połączone z saltami skoki na przypominającej trampolinę, rozciągniętej i trzymanej przez zebranych foczej skórze. 
 
Im więcej słuchamy o eskimoskich zwyczajach, tym bardziej chcielibyśmy je poznać i z większym trudem przychodzi nam podjąć decyzję o wypłynięciu. Niestety lato w Arktyce jest krótkie, jeśli więc nie chcemy aby nasz jacht został zakleszczony w lodach, musimy „uciec” ponad tysiąc mil na południe.
 
 
Back to top