Przystanek Arktyka
Hits: 4084

KANADYJSKA ARKTYKA

Amos jest dość niski, ma czarne włosy, skośne oczy, spłaszczony nos i wystające kości policzkowe. Typowy Inuita. Jego największym marzeniem jest upolowanie niedźwiedzia polarnego.

Amos nie gniewa się, jeśli ktoś nazywa go Eskimosem. Wie, że tak powszechnie mówi się o ludach Północy, chociaż nie wszyscy z nich lubią to określenie. -Dokładniej to jestem Inuitą z grupy Netsilik, a moim rodzimym językiem jest  Natsilingmiutut – wyjaśnia. –Chcesz się nauczyć kilku słów? Typowe „dziękuję” to qujanaqqutit. Prawda, że proste? – śmieje się. Na szczęście nie mamy problemów z porozumiewaniem się, bowiem Amos, jako obywatel Kanady mówi też po angielsku i po francusku.


Trochę inna Kanada

arktyka8.jpgGjoa Haven, licząca około tysiąca mieszkańców miejscowość położona 250 km na  północ od Koła Podbiegunowego, to jedno z nielicznych ludzkich osiedli na trasie Przejścia Północno-Zachodniego (North West Passage). Tak właśnie nazywa się legendarny szlak morski, którym w okresie krótkiego arktycznego lata można przepłynąć z Atlantyku na Pacyfik (albo w przeciwną stronę). Oczywiście o ile nie utknie się w lodach, które na tych akwenach nigdy do końca nie topnieją i skutecznie utrudniają żeglugę.

To zupełnie inna Kanada, niż ta, którą sobie normalnie kojarzymy. Nie ma tu słynnych klonów ani lasów, zastępują je zupełnie bezdrzewne przestrzenie arktycznej tundry. Cywilizacji też jest jak na lekarstwo. Samochody to rzadkość, a zresztą nie są potrzebne, bo nie za bardzo jest gdzie nimi jeździć. –Z Gjoa Haven do najbliższego miejsca, do którego dochodzi droga asfaltowa, mamy w linii prostej 1100 km, ale już z takiego Pond Inlet jest dwa razy więcej – słyszę. Dużo praktyczniejsze są quady (idealny środek transportu na przykład na zakupy), a zimą skutery śnieżne. Psie zaprzęgi też jeszcze czasami można spotkać, choć nie są one tak popularne jak na przykład u Inuitów grenlandzkich.

arktyka10.jpgJedyna możliwość dostania się do Gjoa Haven czy innych miejscowości najdalej na północ wysuniętych kanadyjskich prowincji (Nunavut i Northwest Territories) to: dolecieć albo dopłynąć. Pierwsza opcja jest bardzo kosztowna – połączenie na przykład z Montrealu do wspomnianego Pond Inlet, czyli jakby nie było trasa krajowa, może okazać się dużo droższe niż przelot z Europy do Kanady. Druga opcja (dopłynięcie) jest z kolei dość skomplikowana – żadnych promów nie ma, a na lodołamacze czy barki dostawcze raz czy dwa razy do roku przywożące zaopatrzenie, trudno liczyć. Ostatnio coraz więcej jest w Arktyce jachtów. „Coraz więcej” znaczy kilka w roku.

Ja również dotarłam do Gjoa Haven jachtem. Na polskim „Solanusie”, chociaż część North West Passage pokonywałam też na szwedzkiej „Annie”. Gjoa Haven to dla żeglarzy miejsce szczególne, bo właśnie w miejscowej zatoczce dwie zimy spędził Roald Amundsen, słynny Norweg, który wraz z 6-osobową załogą jako pierwszy w historii pokonał Przejście Północno-Zachodnie (lata 1903-1906). Ponieważ płynął na statku „Gjøa”, osada przyjęła nazwę oznaczającą w tłumaczeniu „Port Gjoa”. Teraz hasło „Amundsen” to magnes dla turystów. Poświęcono mu część ekspozycji w lokalnym muzeum, zaś odlane z brązu popiersie badacza to ulubiony motyw zdjęć turystów. Poza tym wyznaczono też „szlak amundsenowski” prowadzący na pobliskie wzgórze, gdzie w zastępstwie statku „Gjøa” (stanowi eksponat muzeum morskiego w Oslo), wystawiono inne łodzie.


Polowania pod kontrolą

arktyka3.jpgPrzyszedł moment, kiedy zapytałam Amosa o niedźwiedzie polarne. Chłopak ożywił się, bo polowania to przecież  inuicka tradycja, a pokonanie Króla Arktyki, jak z estymą mówi się o białych miśkach, daje wyjątkowy prestiż. Tylko że teraz polowania są pod ścisłą kontrolą, co w przypadku Gjoa Haven oznacza przydział  zaledwie dwóch niedźwiedzi rocznie na całą wioskę. Chętnych jest oczywiście wielu, tak więc żeby było sprawiedliwie, organizuje się losowanie. Ten, do kogo uśmiechnie się szczęście, ma 10 dni na wytropienie i zabicie niedźwiedzia. Jak mu się nie uda, losuje się następnego myśliwego, aż do skutku. Mięsem zdobyczy wypada podzielić się z innymi, cenną skórę zachowuje się dla siebie.

Na wieloryby też się poluje, ale w tym przypadku w morskiej wyprawie udział bierze delegacja całej wioski. Ponieważ przy waleniach limity są jeszcze bardziej zaostrzone, prawo ich odłowu wioska dostaje raz na ileś lat. Wszystko odbywa się zgodnie z wielowiekową tradycją. Najpierw jest wyszukiwanie wielorybiego stada, potem w ruch idą harpuny, a na koniec zabite zwierzę wyciąga się na brzeg, gdzie na miejscu kroi się jego sadło obdzielając nim wszystkich zainteresowanych.

arktyka2.jpgMimo trzech miesięcy żeglowania przez wody Przejścia, nie udaje mi się zobaczyć ani wieloryba, ani niedźwiedzia. Honor arktycznej fauny uratował karibu, czyli podgatunek renifera. Spotkanie okazało się zaskakujące dla obydwu stron. Zakotwiczyliśmy naszą „Annę” w spokojnej zatoczce u wejścia na Morze Beauforta, przeprawiliśmy się pontonem na brzeg, a tam, jakby na nasze powitanie wyszedł On – wielki, dostojny Pan Karibu. Stał kilka metrów dalej, nie bojąc się nas zupełnie i jakby nie zauważając strzelby, którą Börje, mój szwedzki kapitan, miał przy sobie ze względów bezpieczeństwa. Wpatrywaliśmy się w rogatego samca niczym zahipnotyzowani. Miałam wrażenie, że od tego momentu przestaliśmy być dla tutejszej natury intruzami z zewnątrz; Arktyka nas zaakceptowała.


Garnitur z piżmowoła

Jak smakuje mięso karibu, miałam okazję przekonać się nieco później, już na Alasce, gdzie sprzedawano je w postaci hamburgerów. Kawałkiem wieloryba, z którego przyrządziliśmy steki, obdarowali nas wcześniej Inuici grenlandzcy. W kanadyjskiej Arktyce uraczono nas natomiast mięsem woła piżmowego. Było to w kolejnym arktycznym porcie, Cambridge Bay, gdzie spotkaliśmy Inuitę, który właśnie wrócił z polowania. Szczerze mówiąc mieliśmy potem problem, jak nieznane mięso przyrządzić. Ostatecznie Börje zrobił z niego gulasz, smakowo bardzo dobry, ale dziwnie gumowaty, przez co trudny do przełknięcia.

arktyka11.jpgBył czas kiedy woły piżmowe poprzez nadmierne polowania były zagrożone wyginięciem. W 1930 roku w kontynentalnej Kanadzie doliczono się ich jedynie 500 sztuk. Po wprowadzeniu kontroli odstrzałów w samej prowincji Nunavut na północy Kanady populacja masywnych zwierząt zwiększyła się do obecnie około 60 tys. Ale nie tylko ze względu ze względu na mięso są one ważne. Mało kto wie, że pod długą, zwisającą sierścią skrywa się krótkie, gęste włosie, z którego robi się qiviuq - najdroższą wełnę świata. Gubione na wiosnę kłaki roznoszone po tundrze przez wiatr zbiera się ręcznie, a że nie jest to lekka praca, arktyka89.jpgświadczy zapłata - 870 zł za funt, czyli niecałe pół kilo. Ostateczna cena wyrobu jest odzwierciedleniem jakości - qiviuq jest lekka jak puch, mocniejsza i osiem razy cieplejsza niż zwykła owcza wełna, a przy tym delikatniejsza w dotyku niż wełna kaszmirska. Poza tym w przeciwieństwie do zwykłej wełny nie zbiega się pod wpływem temperatury czy wody.

O tym, jak kosztowne są wyroby z wełny piżmowołów świadczy informacja, jaka obiegła media w lutym 2011 roku, a dotyczyła garnituru zaoferowanego przez brytyjską firmę Amosu Luxury Ltd. Elegancką marynarkę i spodnie można kupić za, bagatela, 100 000 dolarów (ok. 280 tys. zł)! Na pewno wpływ na cenę ma fakt, że guziki garnituru wykonane są ze złota i wysadzane diamentami, a do szycia użyto nici z platyny, producent podkreśla jednak, że pozyskana w ciągu jednego roku wełna z piżmowołów starcza na zaledwie 300 takich garniturów, przez co z założenia jest to produkcja elitarna. Chętnych na oryginalny garnitur jak się okazuje nie brakuje – należy do nich między innymi kierowca Formuły 1, Niemiec Adrian Sutil. Kogo nie stać na taki wydatek może poprzestać na skromnym szaliczku, który można kupić już za „jedyne” 900 zł.


Wolność religijna – tak, alkohol – nie!

arktyka1.jpgPoza przyrodą i krajobrazami główny powód, dla którego warto odwiedzić kanadyjską Arktykę stanowią ludzie. W zdecydowanej większości są to Inuici, chociaż nie brak też „zwykłych” Kanadyjczyków z południa kraju, do Arktyki przenoszących się na ogół w związku z pracą. Coraz więcej pojawia się też egzotycznych imigrantów. Widać to zwłaszcza w położonym niedaleko ujścia rzeki Mackenzie mieście Inuvik, które jak na warunki arktyczne jest prawdziwą metropolią, bowiem liczba jego mieszkańców przekroczyła 3,5 tysiąca. Ze względu na dość licznych przybyszy z Sudanu, Egiptu i Libanu, w 2010 roku w Inuvik powstał meczet, z dumą określany jako pierwsza w świecie świątynia muzułmańska wybudowana na północ od Kręgu Polarnego. Swoją drogą czego jak czego, ale „domów bożych” w Arktyce nie brakuje, choć wyglądem nie różnią się zbytnio od zwykłych budynków mieszkalnych. W niewielkim Cambridge Bay są trzy: kościół katolicki p.w. Matki Boskiej Arktycznej, kościół anglikański oraz Pentecostal Chuch w którym msze to spontaniczne śpiewy, tańce i klaskanie w rytm muzyki gospel.

Plusem przypłynięcia do portów arktycznej Kanady jachtem jest dobry kontakt z lokalnymi mieszkańcami. Ponieważ wizyty jachtów należą w tych rejonach do rzadkości, żeglarze mogą liczyć na specjalne względy takie jak propozycje wszelakiej pomocy czy zaproszenia do domów. W ten to sposób poznajemy wraz z Börje wspomnianego już na początku Amosa. Chłopak jest Inuitą, jego żona pochodzi z Toronto. Ich dom to standardowe mieszkanie – wygodnie urządzony salonik z dwoma podłączonymi do internetu komputerami, dwie sypialnie, przestronna kuchnia, pokój gospodarczy z pralką i suszarką. –Wcale nie mieszkamy w igloo, jak wiele osób myśli – śmieją się gospodarze. Inna sprawa, że dumni ze swoich tradycji Inuici starają się, by przekazać je następnym pokoleniom. Stąd w ramach zimowych obozów lokalna młodzież arktyka14.jpg(dziewczęta także) uczy się budować igloo, polować na foki, oprawiać zdobycz, a nawet śpiewać inuickie pieśni. –My również staramy się pielęgnować tutejsze zwyczaje, dlatego wystąpiliśmy na ślubie w inuickich strojach – mówią z dumą nasi znajomi, po czym z głębin zamrażarki (ponoć to najlepsze miejsce na takie rzeczy) wyjmują własnoręcznie uszyte buty z foczej skóry i ubranie z sierści karibu.

Miłą rozmowę przerywa pojawienie się na stole butelki whisky. Jesteśmy zaskoczeni, bo wiemy, że na tych terenach jest to towar wybitnie luksusowy. W podbiegunowych supermarketach wszystko można kupić, chociaż szokiem mogą być ceny (litr zwykłego mleka kosztuje 12 zł), wszystko poza alkoholem. Wprowadzenie prohibicji stanowi odpowiedź na problemy socjalne (plaga alkoholizmu, przemoc w rodzinie, mnóstwo samobójstw), z jakimi przestali sobie radzić Inuici. Drażliwy temat każda z miejscowości załatwia indywidualnie. W większości z nich obowiązuje bezwzględny zakaz sprzedaży napojów „procentowych” (brak nawet pubów sprzedających piwo), choć są i takie gdzie alkohol można kupić w upoważnionym sklepie na przykład raz w tygodniu, albo można go zamówić na specjalne okazje po złożeniu podania do wioskowego urzędu. A co do wizyt w tutejszych urzędach czy innych miejscach publicznych (biblioteka, szkoła itp.), niech nie zdziwią nas karteczki o konieczności zdejmowania butów! To arktyczny standard, do którego stosują się wszyscy, niezależnie od wieku czy pozycji zawodowej.


Sposób na zorzę

arktyka9.jpgArktyką można się zafascynować. Nie jest to miejsce łatwe ani do życia, ani do podróżowania, bo polarna natura tym, którzy nie mają dla niej respektu, łatwo może pokazać swoją wyższość. Nagrodą za trudy znoszenia chłodu i zmiennej pogody (dla nas koszmarem były mgły, zwłaszcza przy pokonywaniu pokrywających morze pól lodowych) są niespotykane gdzieindziej krajobrazy: schodzące z gór, prosto do morza lodowce, tak zwane pingos czyli przypominające niewysokie wulkany wzgórza, czy urokliwe, dzikie zatoczki wśród których jest nawet jedna nazwana imieniem naszego słynnego eksploratora – Pawła Strzeleckiego (który nigdy w Arktyce nie był  :-) ). A co do chłodów, nie ma co kryć, że ciepłe ubranie trzeba mieć za Kręgiem Polarnym nawet w lecie, ale ciepłe dni też się zdarzają (nawet 1000 km za kręgiem polarnym miałam okazję chodzić w koszulce z krótkim rękawem). Poza tym jaka to frajda móc doświadczyć uroków dnia polarnego, a potem, kiedy już zapadają ciemności – zobaczyć zorzę polarną. My widzieliśmy pierwszą już na początku września. –Jeśli chcesz, by zorza przyszła bliżej ciebie i tańczyła na niebie jeszcze piękniej, musisz śpiewać… - poetycko zdradzili mi Inuici. Sprawdziłam – działa!   :-)

Back to top