Kurz, Rów i flamingi
Hits: 3017

PARK NARODOWY JEZIORA NAKURU (KENIA)
Główny powód przyjazdu do Kenii to dla większości turystów safari. Wśród 23 kenijskich parków narodowych Jezioro Nakuru jest jednym z mniejszych,  ale pod wieloma względami – szczególnym. Biorąc pod uwagę jego przyrodnicze wartości zaliczono go do dwóch w tym kraju parków prestiżowej kategorii Premium.


-W tym parku nie zobaczycie Wielkiej Piątki – uprzedza kierowca naszego dżipa. Wielka Piątka to zwierzaki, które przyjęło się, że „wypada” zobaczyć, aby uznać safari za w pełni udane. Wchodzące w jej skład lwy, bawoły, lamparty oraz nosorożce w Parku Narodowym Jeziora Nakuru (Lake Nakuru National Park) owszem, występują, ale słoni - brak! Chyba mamy lekko zawiedzione miny, bo kierowca-przewodnik tłumaczy: -Słonie w tej części Afryki zobaczycie niemal wszędzie, a z nosorożcami wcale nie tak łatwo! Na dodatek w parku Jeziora Nakuru są obydwa zagrożone gatunki – nosorożec biały i czarny, a to już prawdziwa gratka! Poza tym Nakuru to także raj dla miłośników ptaków – jest tu ok. 450 gatunków, z których największą sławą cieszę się tworzące ogromne stada flamingi.



Biegający fast food



nak6.jpgPark Jeziora Nakuru położony jest tuż poniżej równika. Stojąca przy szosie tablica wskazująca którędy dokładnie biegnie równoleżnik zero, to popularne wśród turystów miejsce, gdzie jedną z ciekawostek jest doświadczenie z wodą wyciekającą z otworu miednicy. Wrzucona na wodę zapałka pokazuje, że wir jaki się tworzy na półkuli północnej, kręci się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. To samo doświadczenie zrobione od strony półkuli południowej powoduje wir w stronę odwrotną. Idealnie na równiku wirów nie ma.

Niedługo potem mamy kolejny przystanek – zatrzymujemy się na krawędzi wielkiej skarpy. Wysokościomierz w zegarku wskazuje 2300 m n.p.m. - to wyżej niż nas Kasprowy, choć tu sceneria jest zupełnie inna niż w Tatrach (różnorodny roślinnie płaskowyż). Dużo niżej, w dole rozciąga się Wielki Rów Afrykański. Ten powstały 12 milionów lat temu twór geologiczny (po prawdzie ciąg kilku rowów), ciągnie się na przestrzeni 6 tys. kilometrów, od Syrii po Mozambik. Mamy zjechać na jego dno, bo tam właśnie położone jest jezioro Nakuru.

„Nakuru” w języku Masajów znaczy „kurz” lub „zakurzone miejsce”. Masajowie to najsłynniejsze plemię Kenii i Tanzanii, co sprawia że wszędzie można kupić ich rękodzieło (jak skarżą się Masajowie, coraz częściej podrabiane przez inne plemiona), choć prawda jest taka, że aby spotkać prawdziwych Masajów, trzeba obecnie zjechać bardziej na południe czy południowy-zachód (najlepiej w rejony rezerwatu Masai Mara). Przy samym Nakuru zdecydowanie większe szanse mamy na spotkanie z najliczniejszą spośród ponad 40 grup etnicznych Kenii - Kikujami.

nak22.jpgTo że jest tu dużo kurzu, to jednak fakt – odczuwamy to zaraz po minięciu bramy parku wjeżdżając na terenową, nieutwardzoną drogę, ale w końcu na safari to normalne. Zresztą co tam kurz, kiedy wita nas stado pawianów. Gwiazdami zdjęć stają się maluchy jadące na grzbiecie matek albo przyczepione pod ich brzuchami.

Jest już późne popołudnie - idealna pora na oglądanie zwierzaków. Mijane stado impali nawet nie zwraca na nas uwagi. Te zgrabne antylopki nazywane są powszechnie McDonaldsami, co ma nawiązywać do widocznych na ich zadach charakterystycznych pasków przypominających logo słynnego koncernu. Inna sprawa że to istotnie taki trochę „biegający fast-food”, bo przecież dla lwa czy lamparta impale stanowią jedną z najłatwiejszych zdobyczy.

Następny foto-stop wymuszają guźce. –Kenia Express! – śmieje się kierowca. Skąd taka nazwa dociera do mnie gdy spłoszony zwierzak zaczyna biec – jego ogon wypręża się tak, że wygląda jak antena radiostacji. Zaledwie chwilę później w gąszczu akacji naszą uwagę skupiają dostojne żyrafy. To żyrafy Rotszylda, sprowadzone do parku Jeziora Nakuru dla ochrony ich przed kłusownikami. „Róg” żyrafy (w rzeczywistości twarda chrząstka) to surowiec ceniony w azjatyckiej medycynie, a także jako materiał na zakazane obecnie pamiątki. –Wiecie że żyrafy śpią zaledwie 15 minut na dobę? – pyta kierowca. Nie wiemy. Zastanawiamy się czy im współczuć, czy zazdrościć.



Niełatwe życie flaminga


nak5.jpgPonieważ park słynie m.in. z flamingów, kierujemy się do brzegów jeziora. O tyle ciekawego, że alkalicznego (sodowego). Ze względu na okoliczne wulkany, obszar tej części Rowu Afrykańskiego został pokryty popiołami zawierającymi węglan sodu. Woda spływająca w czasie deszczy wypłukuje sód do jeziora, a że jest ono bezodpływowe, sód pozostaje w jeziorze, powodując zwabiającą flamingi słonawość wody.

Oficjalne dane mówią, że powierzchnia jeziora Nakuru waha się od 5 do 45 km kw. Skąd taka rozbieżność? W porze suchej wiadomo, jezioro się kurczy (były nawet lata, kiedy obawiano się, czy w ogóle nie zniknie), zaś po silnych ulewach rozlewa się. Kiedy wody jest za dużo (średnia głębokość to 2,3 metra, ale po deszczach bywa i 3,5 m), robi się na tyle głęboko, że flamingi (dla wielu osób stanowiące główny cel przyjazdu do parku), nie są w stanie wydziobywać pożywienia, czyli alg. Inny problem że nadmierna ilość deszczówki rozrzedza alkaliczne wody, co na algi źle wpływa. W tej sytuacji coraz częściej flamingi przenoszą się w poszukiwaniu dostatku pożywienia nad inne jeziora Wielkiego Rowu – np. Turkana czy Bogoria. Ale przyczyn zmuszających flamingi do szukania lepszych miejsc jest więcej. Także coraz liczniejsze zanieczyszczenia pochodzące ze ścieków komunalnych i przemysłowych (efekt rozwoju pobliskiego miasta) czy zamulanie jeziora będące rezulatatem m.in. erozji gleb (po tym jak okoliczne lasy przekształcono w farmy).

nak23.jpgNa nas flamingi jakby czekały. Z zapałem fotografujemy różowy przybrzeżny pas, jaki utworzyły, ze stoickim spokojem stojąc na swoich szczudłowatych  nogach. To że nie ma ich tak dużo, jak mogłoby być, to już pal sześć. Bywa, że nad Nakuru zbiera się nawet 2 mln czerwonaków, jak nazywa się te ptaki po polsku. Niestety ich obecność kłóci się trochę ze zwiększającą się populacją pelikanów. Przybyło ich tutaj po tym, jak jezioro zostało zarybione tilapią (tę akceptującą alkaliczną wodę rybę sprowadzono w ramach walki z komarami). Tak na marginesie, pelikany opracowały sobie ciekawą technikę łowienia tilapii – formują szyk w podkowę, po czym trzepocąc skrzydłami o wodę zganiają ryby na płycizny, gdzie je z łatwością wyłapują.

Ale inne ptaki też przykuwają naszą uwagę. Choćby ociężałe marabuty, w Afryce bardzo pożyteczne, bo zjadające różne resztki i padlinę. –Mamy z nimi problemy, bo wyjątkowo wysoko latają i zderzają się z samolotami-awionetkami – krzywi się kierowca. Marabuty to gatunek bociana, choć takiego nie zachwycającego specjalnie urodą. W przeciwieństwie do bocianów żółtodziobych, które wyglądają elegancko i stylowo (żółty dziób doskonale komponuje się z biało-czerwoną głową). Obok nich pałętają się też ibisy – łatwo rozpoznawalne po zakrzywionym dziobie, wzbudzające sympatię gęsi egipskie, zaś wysoko na drzewie dostrzegamy afrykańskiego orła bielika tutaj określanego pod nazwą „rybo-łowcy”.




Czarne, białe, czyli szare


nak1.jpgW sumie to dzięki ptakom rozpoczęto ochronę tych terenów. W 1961 roku utworzono tu „ptasie sanktuarium”, które parkiem narodowym stało się 7 lat później. Mało tego, od 2011 roku Jezioro Nakuru wraz z innymi, pobliskimi jeziorami (Bogoria i Elementaita) zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Teraz park jest ogrodzony. To ze względu na wspomniane żyrafy oraz sprowadzone nosorożce. W skali całej Afryki białe nosorożce są bardziej zagrożone wyginięciem, ale w parku Lake Nakuru jest ich akurat więcej niż czarnych kuzynów, bo około 70. Mamy szczęście bo widzimy jedne i drugie, choć początkowo wcale ich nie rozróżniamy. Wbrew nazwom, żaden nie jest biały ani czarny, bo oba są… szare. Biały jest większy, cięższy, swoją drogą łagodniejszy, no a różni się od czarnego tym, że ma na karku masywny garb (fałd skórny), no i inny kształt pyska - bardziej wydłużony, z obwisłą na dole, szeroką wargą. To właśnie ona wprowadziła zamieszanie z nazwą – w języku afrykanerskim słowo „szeroki” brzmiało „wyd”, co zostało mylnie przetłumaczone przez angielskich osadników jako „white” (biały). Tak czy owak nosorożce w Nakuru mogą czuć się bezpieczne. Niestety, coś za coś - ogrodzenie jakie trzeba było w trosce o nie postawić, wyeliminowało słonie, które mają w genach potrzebę przemieszczania się.nakuru109.jpg

Już mamy jechać na nocleg do parkowego lodge`u, kiedy słyszymy wymieniane przez radio informacje, że pokazały się lwy! Skoro tak, to jedziemy. Już z daleka widzimy zgrupowanie kilku samochodów, co oznacza, że musi być coś ciekawego. Faktycznie, na wysokiej skarpie, leżą obok siebie zblazowane dwie lwie samice. Samiec też pewnie gdzieś w pobliżu jest, ale ukrył się w wysokiej trawie. –A węże tu są? – pytamy kierowcę. Okazuje się, że jak najbardziej. I to nie byle jakie – wyjątkowo wielkie pytony. Podobno czasem można je zobaczyć zwisające z konarów drzew.



Słoń w wersji mikro


Ponieważ nocnych safari w parku narodowym Jeziora Nakuru się nie organizuje (aby dać zwierzętom spokój), na kolejne spotkanie ze zwierzakami wyjeżdżamy dopiero bladym świtem, kolejnego dnia. No cóż, co jak co, ale będąc na safari zapomnijmy o długim wylegiwaniu się w łóżku.

Na dobry początek mamy wielkie stado antylop gnu wymieszanych z zebrami. Kierowca tłumaczy, że oba gatunku doskonale się uzupełniają. Gnu mają kiepski wzrok, tak więc rolę obserwatorów pełnią zebry. Za to zebry nie za bardzo radzą sobie z wyszukiwaniem źródeł wody, tak więc polegają na gnu, które mają do tego wrodzony talent.

Zaraz potem stajemy przy pasących się na sawannie bawołach, po czym jedziemy zobaczyć swego rodzaju ewenement - Las Euforbii. Euforbia to trująca roślina z gatunku wilczomleczy (trujący jest mleczny sok), tutaj osiągająca imponujące, kilkunastometrowe rozmiary, ze względu na swój wygląd przypominający wieloramienny świecznik, nazywana „drzewem kandelabrowym”.

nak7.jpgPo jakimś czasie, z prozaicznego powodu… toalety (na safari ze względu na dzikie zwierzęta nie można tak sobie, dowolnie, pójść w busz), jedziemy na Klif Pawianów (Baboon Cliff). Nazwa miejsca jest uzasadniona, bo rzeczywiście – pawiany tam są. To miejsce gdzie oficjalnie można wyjść z samochodu i… nim zdążamy się zorientować mamy w środku nieproszonego gościa, który sprytnie wskakuje przez otwarty dach. Pół minuty i po pysznych kanapkach na lunch nie ma śladu. Wprawdzie uzbrojonemu w kij kierowcy udaje się intruza przepłoszyć, ale za nasz brak gościnności małpa mści się dość perfidnie – na siedzeniu zostawia cuchnące odchody.

Aby ochłonąć po utarczce z „krewnym”, idziemy popatrzeć na widoki. Ze stromego klifu widać zamglone nieco jezioro, pokazujemy sobie przejechaną trasę. Rozmowy przerywają biegające blisko nas śmieszne zwierzaki, przypominające trochę nutrie, choć według naukowców genetycznie spokrewnione ze… słoniem. –W języku suahili to pimbi… - informuje kierowca. – Po angielsku: hyrax – dopowiada jakiś stojący obok mzungu (tak w Kenii mówi się o białych turystach).  –A po polsku góralek… – uzupełniam.



Safari znaczy podróż


nakuru100.jpgW parku Jeziora Nakuru trudno się zgubić – punktami orientacyjnymi są jezioro oraz skarpa Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Niektóre z charakterystycznych miejsc noszą jeszcze specjalne nazwy. Jedno z nich to Honymoon (Miesiąc Miodowy), jest też Out of Africa (Pożegnanie z Afryką), a także Wzgórze Lwa (Lion Hill). No właśnie, lwy już widzieliśmy, teraz marzy nam się lampart. –Mówisz i masz! – twierdzi kierowca i… kwadrans później stajemy przed drzewem na konarze którego wyleguje się dystyngowane kocisko. Widać przy nim resztki antylopki. Lamparty mają zwyczaj wciągać na górę swoje zdobycze, bo co jak co, ale nie zamierzają się dzielić się z nimi z innymi chętnymi, w postaci lwów czy hien.

Szczerze mówiąc nie mniej niż lampart zajmują nas Japończycy z przypominającymi potężne lufy obiektywami aparatów. Pytam kierowcę o różne nacje przyjeżdżające na safari. Twierdzi, że najwięcej ubawu ma z turystami z Indii. –Tak im się tu podoba, że często ci sami goście przyjeżdżają po raz drugi, po czym proszą, by podwieźć ich pod te same zwierzaki, np. rodzinę lwów, którą widzieli dwa lata wcześniej. Często nawet opisują dane miejsce i jeśli jest ono charakterystyczne, dla świętego spokoju ich tam zabieram. Oczywiście na ogół nic tam nie ma, ale Hindusi się nie przejmują – twierdzą że poczekają, aż zwierzak przyjdzie… - opowiada kierowca. Po chwili jeszcze dodaje: -Standardem wśród Hindusów jest też to, że chcą zobaczyć tygrysa. Gorzej, bo trudno im zrozumieć, że tygrysów w Afryce nie ma…

Kilka godzin porannego safari mija nam błyskawicznie. Widzieliśmy sporo, bo atutem parku narodowego Jeziora Nakuru jest duża koncentracja zwierząt na stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Czas jednak opuścić to miejsce, aby zobaczyć jeszcze jakiś inny park. Bądź co bądź do zaliczenia Wielkiej Piątki brakuje nam słonia! Poza tym słowo „safari” ma dwa znaczenia. W rozumieniu turystów, jest to polowanie na zwierzaki (w obecnych czasach – fotograficzne), ale w języku suahili niekoniecznie musi chodzić o przyrodę. „Safari” to po prostu – „podróż”.



INFORMACJE PRAKTYCZNE (dane z roku 2013):


* Powierzchnia parku: 188 km kw.

* Położenie: Lake Nakuru National Park znajduje się ok. 170 km na północny-zachód od Nairobi, koło miasta Nakuru (trzecie co do wielkości miasto Kenii).

* Jak dotrzeć: Z Nairobi do Nakuru jest autostrada. Zamiast jechać, można dolecieć – lot ze stolicy trwa 25 minut.

* Języki: Urzędowymi w Kenii są angielski i suahili. Praktycznie wszyscy mający kontakt z turystami (obsługa hoteli, kierowcy, przewodnicy) po angielsku mówią.

* Wiza: Polacy otrzymują ją na granicy, po zapłaceniu 50 USD. Zdjęcia nie są potrzebne.

* Zdrowie: Warto zastanowić się nad profilaktyką antymalaryczną. Szczepienia teoretycznie nie są wymagane, ale przynajmniej przeciwko żółtaczce i żółtej febrze na pewno dobrze jest mieć.

* Waluta: szylingi kenijskie. 1 zł = 27 KES, 100 KES = 3,57 zł, 1 USD = 88 KES.

* Kiedy: Ponieważ park jest ogrodzony, zwierzęta z parku nie migrują w inne miejsca, co oznacza że pora roku nie ma wpływu na to, co możemy zobaczyć. Jeśli chcemy zminimalizować ryzyko deszczy (choć mimo wszystko zdarzyć się mogą), przyjedźmy między lipcem i grudniem lub między styczniem i marcem. Niestety, coś za coś, bowiem w tych porach park jest najbardziej zatłoczony, a ceny w lodge`ach najwyższe.

* Opłaty parkowe: dorośli nie będący obywatelami Kenii za każdy dzień pobytu w parku Lake Nakuru płacą 80 USD, dzieci i studenci 40 USD. Uwaga: dobrze jest mieć ze sobą dolary, bo przeliczniki na szylingi w kasach parkowych są bardzo niekorzystne! Dodatkowo płaci się jeszcze za samochód – to już w szylingach (przykładowo: auto do 6 miejsc – 300 KHS, 6-12 miejsc – 1000 KHS).

* Poruszanie się: Można jeździć wyłącznie po wyznaczonych drogach (za zjazd z drogi grożą nie tylko wysokie mandaty i usunięcie z parku, ale nasz kierowca-przewodnik może stracić licencję!). Na głównym szlaku wystarczy napęd na 2 koła, ale aby dotrzeć do mniej uczęszczanych miejsc czy na niektóre punkty widokowe, potrzebny będzie napęd na cztery koła. Limit prędkości ograniczono do 40 km/h. Teoretycznie możliwe jest zrobienie pętli dookoła jeziora, ale może się zdarzyć się po dużych opadach niektóre odcinki dróg zostaną zalane i tego typu trasa okaże się nieprzejezdna (aktualne informacje uzyskamy wjeżdżając do parku). Są trzy bramy wjazdowe. Park otwiera się o 7 rano, zamyka o 18 (ostatni samochód wpuszczany jest o 17.15). Niedozwolone są nocne safari.

* Organizacja safari: Nie ma obowiązku wynajmowania samochodu i kierowcy-przewodnika, ale większość turystów decyduje się na taką formę, bo dzięki temu ma się większą szansę na wypatrzenie zwierząt niż prowadząc wypożyczony samochód. Ceny zorganizowanego safari wynoszą przeciętnie 80-100 USD od osoby za dzień.

* Noclegi: Na terenie parku są tylko dwa lodge (hotele): Sarova Lion Hill Lodge i Lake Nakuru Lodge. W każdym z tych miejsc ceny zaczynają się od 200 USD za pokój 1-osobowy i 300 USD za dwuosobowy z pełnym wyżywieniem (chyba że jedziemy z biurem podróży które ma wynegocjonowane niższe stawki).
Tańszą opcją są kempingi – jest ich do wyboru kilka, ale nie na wszystkich jest woda. Jeśli chcemy mieć nocleg pod dachem po niższej cenie, trzeba szukać poza parkiem (w pobliskim mieście Nakuru jest np. Nakuru Backpackers Hostel, gdzie można przespać się już za 10 dolarów od osoby, a z propozycji o wyższym standardzie - Merica Hotel.

* Wyżywienie: Do wyboru jest albo jedzenie w lodge`ach (nawet jeżeli nie jesteśmy w nich zakwaterowani, możemy wykupić bufetowy lunch lub kolację), albo suchy prowiant (można zamówić w lodge`u, albo zorganizować sobie sami, z zapasów kupionych poza parkiem). Przykładowe ceny z Nakuru Lodge: bufet z lunchem – 750 szylingów, bufetowa kolacja 850, suchy prowiant – 600. Żadnych sklepów spożywczych, barów czy restauracji (oprócz tych w lodge`ach) na terenie parku nie ma, za to są wyznaczone miejsca piknikowe.

* Warto wiedzieć: Wskazany na safari ubiór to stonowane kolory (najlepiej khaki lub jasne, na pewno nic jaskrawego). * Nawet jeśli jest coś wybitnie ciekawego, nie wolno podjeżdżać zbyt blisko zwierząt (przyjmuje się granicę minimum 20 m). Obserwowanie prowadzi się przy wyłączonym silniku, w ciszy. Zasadą jest że powinno się stanąć tak, aby nie blokować podjazdu innym samochodom, aby i inni coś mogli zobaczyć. * Robiąc zdjęcia miejscowym powinniśmy spytać o pozwolenie. Niestety coraz więcej z nich liczy na zapłatę za fotografowanie.  * Pamiętajmy o budżecie na napiwki. W Kenii daje się je na każdym kroku – bagażowym, kelnerom, kierowcom na safari. * Jeśli mamy do ładowania dużo sprzętu (telefony, aparaty, kamery), uwzględnijmy odpowiednią ilość adapterów – w Kenii obowiązują wtyczki „brytyjskie”. * Standardem w lepszych kenijskich hotelach i lodge`ach jest czajnik będący na wyposażeniu każdego pokoju (plus darmowa herbata, kawa i mineralka).

* Zakupy: Ceny w sklepikach w lodge`ach są zwykle wysokie, choć sprzedawane w nich pamiątki - często lepszej jakości niż te poza parkiem, na straganach lub od „obnośnych” sprzedawców w innych miejscach (za to kupując u miejscowych mamy często 1/3 ceny z lodge`u, no i można się targować!). Typowe pamiątki to kapelusze w stylu safari, rzeźbione zwierzęta, naszyjniki z rogów bawołów, drewniane miski, figurki Masajów itp.

* Internet: http://www.kws.org/parks/parks_reserves/LNNP.html – informacje o parku narodowym Lake Nakuru w ramach oficjalnej strony rządowej placówki Kenya Wildlife Service). Sporo ciekawych informacji znajdziemy także na http://www.webkenya.com/eng/safari/nakuru.php

 

Co warto jeszcze uwzględnić przy planowaniu trasy:
Ponieważ Park Narodowy Jeziora Nakuru nie jest specjalnie duży (bez zatrzymywania się objedziemy go w ciągu kilku godzin), większość turystów przyjeżdża do niego na jedną dobę, Najlepiej przyjechać tak, aby zaliczyć popołudniowe safari, przenocować i o świcie zrobić kolejne safari. Głównym celem jest zobaczenie sztandarowych zwierząt parku: flamingów, nosorożców (najlepiej obydwu gatunków – białego i czarnego) oraz żyrafy Rotschilda. Za wyjątkowych szczęściarzy możemy się uważać, jeśli uda nam się zobaczyć lwy, lamparty i gepardy.

nak55.jpgDobrym pomysłem jest połączenie wizyty w parku z innymi okolicznymi atrakcjami. Należą do nich:
- Równik – zdjęcie przy okolicznościowej tablicy
- Punkty widokowe na Wielki Rów Afrykański (a przy nich oczywiście stragany z pamiątkami)
- Inne niedalekie parki narodowe (np. Aberdare, Hell`s Gate i Mount Longonot)
- Wodospady Tomphsona – 75-metrowe wodospady, przy których można spotkać też pozujących do zdjęć Kikujów ubranych w tradycyjne stroje
- Jezioro Naivasha - nie jest parkiem narodowym, też daje okazję zobaczenia wielu zwierząt
- Nairobi jako stolica plus położona na peryferiach miastach rezydencja Karen Blixen (autorki „Pożegnania z Afryką”)

Back to top