W kraju dobrze strzeżonej Arki
Hits: 4170

ETIOPIA

Czy faktycznie Arka Przymierza przechowywana jest w Etiopii? Etiopczycy święcie wierzą że tak. Zobaczyć jej jednak nie można, podobnie jak nie ma pewności, czy faktycznie znajdują się w niej autentyczne mojżeszowe tablice z dziesięciorgiem przykazań.



Kościół, w którym przechowuje się ponoć oryginalną Arkę Przymierza, mieści się w Aksum, niewielkim mieście na północy Etiopii. Dostęp do świętej relikwii ma tylko jeden kapłan. Kiedy umrze - zaszczytne zadanie opieki spadnie na jego nowowybranego następcę, który również resztę życia poświęci pilnowaniu relikwii.

etiopia-aksum.jpgJak się Arka znalazła w Etiopii tłumaczy legenda. Jej bohaterką jest królowa Saby (w Aksum są fundamenty jej pałacu), która wybrała się do Jerozolimy, aby poznać słynącego z mądrości króla Salomona. Od razu mu się spodobała, ale bojąc się odrzucenia swojej osoby, Salomon zaproponował układ: jeśli królowa weźmie cokolwiek, co znajduje się w zamku, a nie należy do niej, on spędzi z nią noc. Dumna królowa, której nie interesowały żadne bogactwa, była wręcz pewna, że nie stanie się królewską "zdobyczą". Nie przewidziała podstępu - po kolacji złożonej z pikantnych dań, postawiono przy jej łożu dzban z wodą. W nocy spragniona odruchowo po niego sięgnęła, a Salomon tylko na to czekał. Finał? Wkrótce po powrocie królowej do kraju przyszedł na świat "owoc" jerozolimskiej nocy - chłopiec o imieniu Menelik, uznany pierwszym królem Etiopii. Zmarły w domowym areszcie (albo zamordowany) w 1975 roku cesarz Hajle Sellasje uważał się za jego potomka - 255. cesarza dynastii zapoczątkowanej przez Menelika.

Wracając do Arki... Kiedy Menelik podrósł, pojechał do Jerozolimy odwiedzić ojca. Wrócił z Arką - zdania są podzielone czy ją otrzymał, czy po prostu wykradł. Od tej pory Arka jest pod czujną opieką etiopskich kapłanów. To największa w tym kraju świętość - jej kopię ma każdy z tutejszych kościołów. Etiopia przyjęła chrześcijaństwo już w IV wieku, z tym że trzeba pamiętać, że jest to chrześcijaństwo monofizyckie obrządku koptyjskiego. Reguły zakonne nie zmieniły się od wieków - do tej pory nabożeństwa odprawiane są w archaicznym języku gyyz, a w skalnych jamach wciąż można spotkać pustelników.

Kościół w skale


W Aksum jesteśmy krótko. Poza kościołem z Arką oglądamy największą tutejszą ciekawostkę, czyli kamienne obeliski. Niestety najbardziej imponujący z nich, o wysokości 25 metrów, został wywieziony w czasie wojny przez okupujących te tereny Włochów i teraz zdobi Piazza di Porta Capena w Rzymie. Włosi obiecali go oddać i... miejsce, w którym stał, nadal świeci pustką.

lalibela-skalny kosciol1.jpg Dużo ciekawsza wydaje nam się Lalibela - położona wśród gór wioska,  słynąca z wykutych w podziemnych skałach świątyń. W sumie jest ich 11, a powstały w XII i XIII wieku według legendy przy pomocy aniołów. Całość miała przypominać Jerozolimę, stąd też mamy tu rzekę Jordan oraz wzgórze zwane Kalwarią. Trzeba przyznać, że świątynie wyglądają niesamowicie - poziom ziemi to ich dach!

Najbardziej imponujący jest kościół św. Jerzego, patrona Etiopii, wykuty w kształcie krzyża. Przez lata ludzie wkopywali się coraz głębiej i głębiej, najpierw wydłubując ogólną bryłę kościoła, a następnie jego wnętrze. Wystrój skalnych świątyń jest skromny - zwykle stanowi go ikonostas pokryty jaskrawymi freskami. Jeśli będziemy chcieli i damy kilka birrów ofiary (birr to etiopska waluta), kapłan wyniesie nam do sfotografowania ceremonialne krzyże, czasem święte księgi lub inne przedmioty sakralne.

Akurat jest niedziela, wybieramy się więc na mszę. Nie powiem, jest to pewien wysiłek, bowiem obrzędy, w których możemy uczestniczyć zaczynają się już o 5.30, a my musimy jeszcze 2 km dojść. Jesteśmy na miejscu przed czasem i... drzwi do świątyni zastajemy zamknięte. Msza się już zaczęła, kto się spóźnił modli się na zewnątrz. Pokazuję na zegarek, próbując udowodnić, że jesteśmy punktualni, ale miejscowi nie rozumieją. Po pierwsze - posługują się zupełnie innym czasem, według którego nasza godzina szósta to ich zero, nasza siódma to ich pierwsza itd. Druga sprawa: zegarek i tak nie jest ważny - o tym kiedy rozpoczyna się msza decyduje kapłan na podstawie wschodu słońca i poniekąd swojej intuicji.

Uwaga - pchły!


etiopia-goral1.jpgPobyt w Lalibeli jest z jednej strony męczący (białych turystów gdzie się nie pokażą  od razu otacza tłumek miejscowych z wyciągniętymi rękami), z drugiej - obfitujący w liczne lokalne znajomości. Korzystam z zaproszenia i idę na kawę w odwiedziny do jednej z rodzin. Picie kawy w Etiopii to cały ceremoniał. Oprócz tradycyjnych trzech czarek czarnego napoju zostaję poczęstowana także indżerą - rodzajem kwaskowatego naleśnika, podawanego z ostrym zwykle sosem. Indżerą obdzielają się wszyscy zgromadzeni - kawałki placka odrywa się rękami. Cóż, nie jest to moja ulubiona potrawa, nie wypada jednak odmówić.

Moi etiopscy znajomi znają po angielsku tylko podstawowe słowa, ja po amharsku umiem powiedzieć jedynie "amesegnallo" (dziękuję), ale jakoś się dogadujemy. Dowiaduję się, ze w izbie w której siedzę (kilka metrów kwadratowych) mieszka w sumie 6 osób. Stołu nie ma - siada się na ziemi, łóżka zastępują rozkładane na ziemi maty. Woda? Jest. W rzece 5 km od domu - chodzi się po nią dwa razy dziennie. -Za to macie światło... - wskazuję na żarówkę. Okazuje się, że to dzięki bogatemu sąsiadowi, który zgodził się na przeciągnięcie nieoficjalnego kabla. Buty, które ma na nogach 20-letni Teodorus to jedyne jakie posiada (założył specjanie na moje przyjście). Pytam co by zrobił, gdyby miał pieniądze. Chciałby się uczyć... Następnego dnia przypominam sobie o tym w momencie, kiedy w ramach pamiątki kupuję sobie krzyż z Lalibeli (od krzyży z innych regionów wyróżnia się specjalnym zdobieniem). Płacę za niego 20 dolarów. Robi mi się głupio - Teodorus kupiłby sobie za to wymarzone książki.

A co do pamiątek z Lalibeli to oprócz krzyża muszę wymienić jeszcze ukąszenia pcheł. Niestety, za późno wpadliśmy na to, by wchodząc do świątyni, po zdjęciu butów (takie są miejscowe zasady) nogawki spodni wkładać w skarpety. Pcheł na dywanach etiopskich świątyń jest po prostu zatrzęsienie.

Flaga w barwach reggae


etiopia-gondar.jpg Kolejny punkt programu na naszej trasie zwanej w Etiopii "szlakiem historycznym" stanowi Gondar. Z Lalibeli to zaledwie godzina lotu samolotem, autobusem mogłoby to zająć dzień albo i dłużej. Podobnie jak Lalibela oraz Aksum, także zabytki Gondar wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Największe wrażenie robi nietypowa jak na Afrykę architektura pałaców cesarskich przypominających europejskie zamki.

Zaledwie 80 km dzieli Gondar od jeziora Tana. Ogromny to akwen - zajmuje 3,5 tys. km kw. co oznacza, że aby przeprawić się na jego przeciwległy brzeg płyniemy szybką łodzią praktycznie cały dzień. Turystów przyciągają wybudowane na wyspach i brzegu jeziora klasztory, w większości z XVI wieku, choć są i dużo starsze. Niestety, do niektórych świątyń kobiety nie maja prawa wstępu.

Rejs urozmaica mi rozmowa z kapitanem. Chłopak wygląda niczym Bob Marley - dredy, czapeczka w kolorach reggae. W Etiopii jest wielu mu podobnych - bądź co bądź cesarz Haile Sellasje podczas swojej wizyty na Jamajce został przez rastafarian uznany "mesjaszem", a kolory reggae (żółty, zielony, czerwony) to przecież barwy narodowe Etiopii. Jest na terenie Etiopii nawet miejsce, które wydzielono jako enklawę dla przybyszów z Jamajki.

etiopia-wodospady.jpgNajwiększym miastem nad jeziorem Tana jest 100-tysięczne Bahar Dar. Na jego obrzeżach cesarz Hajle Selassje wybudował sobie pałac, ale nie ma szans by go zobaczyć, bo chociaż pusty, jest pilnie strzeżony. Koniecznie natomiast trzeba się wybrać do wodospadów Nilu Błękitnego, choć musimy przygotować się na to, że nie zawsze będą aż tak imponujące, jak zobaczymy na pocztówkach. Odkąd kilka lat temu uruchomiono elektrownię wodną, cześć wody z rzeki zamiast na kaskady, przekierowywana jest do turbin. Ciekawą może być również wizyta w wiosce Weyto na obrzeżach Bahar Dar. Jej mieszkańcy są specjalistami w wiązaniu papirusowych łodzi, zwanych tankwa. Aż trudno uwierzyć że taka niepozorna łódź może utrzymać na wodzie naprawdę ogromne ładunki. Za drobną opłatą można zobaczyć, jak się takie łodzie wyplata. Na naukę wyplatania przyjeżdżał tu kiedyś Thor Heyerdahl przed swoją oceaniczną wyprawą na tratwie "Ra".
etiopia-wieza1.jpgNajwiększym zaskoczeniem w Bahar Dar jest dla mnie jednak życie nocne tego miasta. W towarzystwie swego lokalnego przewodnika, oraz jego kolegi, około północy idziemy "w miasto". Pubów - zatrzęsienie, choć ich klientela to wyłącznie mężczyźni. To znaczy dziewczyny też są, ale nie tyle klientki, co raczej szukające klientów. Alkohol leje się strumieniami, dudni zachodnia muzyka, towarzystwo - bardzo przyzwoicie ubrane.

Wdaję się z miejscowymi młodzieńcami w rozmowę o biedzie w ich kraju. Turyści zwykle inaczej wyobrażają sobie Etiopię, na ogół znacznie gorzej. Pierwsze zaskoczenie jest tuż przy wylądowaniu - lotnisko w Adddis Ababie niczym nie odbiega od międzynarodowych standardów. Samoloty obsługujące krajowe linie zresztą też są całkiem dobre, nawet jedzenie w nich dają, co w Europie nie jest regułą. Hotele również należy uznać za przyzwoite, w restauracjach nie ma problemu by zamówić sobie jakieś dobre danie typu stek, ryba albo spaghetti. -Wy, Europejczycy, ciągle myślicie, że tu w Etiopii umiera się z głodu. Owszem, są prowincje gdzie jest głód, ale przecież mamy też i internet, i telefony komórkowe - tłumaczy jeden z moich czarnoskórych kolegów. Inna sprawa że wyraźnie widać różnicę między wsią, a miastem - w miastach żyje się na dużo lepszym poziomie. Najbardziej fascynujące są jednak różnice w twarzach ludzkich, bowiem Etiopia to prawdziwy miks etniczny. Ponad 50-milionową populację Etiopczyków łączy język - amharski, ale oprócz niego w powszechnym użyciu jest około 70 języków i 200 dialektów.

Z wizytą u "pięknej Lucy"


etiopia-plac.jpgDopiero na samym końcu mamy czas na Addis Ababę. Nazwa stolicy oznacza "Nowy kwiat", ale nie sugerujmy się jej romantycznym brzmieniem, bo miasto wcale nie jest ani ładne, ani ukwiecone, za to przeludnione (5 mln mieszkańców), hałaśliwe, zakurzone, z ulicami po których przelewa się potok samochodów. Z drugiej strony jest tu całkiem sporo do oglądania. Przede wszystkim Muzeum Narodowe, ze słynną "babcią Lucy". Eksponowane w szklanej gablocie skamieniałe szczątki praludzkiej postaci, tzw. hominida, mają 3,2 mln lat! No, może niezupełnie, bo tak naprawdę zwiedzającym pokazuje się wiernie odtworzone gipsowe odlewy, a cenne oryginały są odpowiednio zabezpieczone.

Dlaczego imię "Lucy"? Powód jest prozaiczny: kiedy w 1974 roku archeologowie dokonali odkrycia, w ich obozie przez radio rozlegały się akurat słowa piosenki Beatlesów "Lucy in the sky...". Komu angielska nazwa się nie podoba, może używać amharskiego, niezbyt zgodnego z prawdą imienia "Birkinesh" czyli "Jesteś piękna".

etiopia-katedra w aa.jpgDrugim ważnym muzeum stolicy jest doskonałe Muzeum Etnograficzne, z bardzo ciekawymi zbiorami, w tym ponoć największą na świecie kolekcją ikon. Teraz jest to teren uniwersyteckiego campusu, ale kiedyś był to pałac cesarza Heile Sellasje`go. W jakich warunkach żył tu monarcha możemy przekonać się zaglądając do jego dawnej sypialni i wielkiej niczym salon łazienki. -Dziwne, że zagranicznych turystów Sellasje bardziej interesuje niż nas, Etiopczyków - mówi mi przewodnik. W odpowiedzi wyciągam z torby "Cesarza" Kapuścińskiego. Chłopak jest wyraźnie zaskoczony. Później, w katedrze św. Trójcy, pokazuje mi sarkofag w którym jak się uważa pochowany jest kontrowersyjny cesarz. -To nieprawda, że w 1975 roku Hajle Selassje zmarł w pałacu - szepce konspiracyjnie, po czym następuje długa opowieść o domniemanym porwaniu cesarza przez amerykańskiego szpiega i jego śmierci na pustyni. Całkiem niezła fabuła dla filmu akcji!

Swoją drogą Hajle Sellasjemu Addis Ababa zawdzięcza rozmach widoczny w jej reprezentacyjnych miejscach. To cesarz nakazał wybudować szerokie ulice, przestronny plac na którym dawniej odbywały się wiece poparcia dla władcy, wreszcie - ogromny Africa Hall w którym mieści się siedziba ONZ-towskiej Komisji Ekonomicznej dla Afryki (ECA) oraz sekretariat Organizacji Jedności Afrykańskiej (OAU).

Dla kontrastu z w miarę eleganckiego centrum warto wybrać się na Mercato. To jeden z największych afrykańskich bazarów. Prawdziwy folklor! Ruch niesamowity więc trzeba być czujnym - nie trudno o spotkanie ze złodziejami. Ale w sumie to całkiem dobre miejsce do zakupu pamiątek. Wielbłąd mi wprawdzie niepotrzebny, kałasznikow też nie (dostać tu można naprawdę wszystko), poprzestaję na miotełce... do odganiania much (od razu robię z niej użytek) oraz paczce kawy z etiopskiej prowincji "Keffa" (od tego właśnie rejonu ma jakoby wywodzić się nazwa czarnego napoju).

Informacje praktyczne (2005 r.):


Dolot: bilet Warszawa-Addis Ababa (z przesiadką) kosztuje ok. 800 dol.

Wizy: otrzymuje się je na lotnisku, po wypełnieniu krótkiego formularza i zapłaceniu 20 dolarów.

Pieniądze: birry. 1 dolar to 8,6 birr. Są problemy z wymianą banknotów dolarowych wydanych przed 1996 rokiem.

etiopia-samolot1.jpgTransport lokalny: autobusy są tanie, ale nie spodziewajmy się komfortu, a poza tym w porze deszczowej nie zawsze uda nam się dojechać autobusem do celu. Na któtkich dystansach można korzystać z tanich taksówek lub minibusów. Na dalszych odcinkach warto latać samolotami.

Ceny: towary kupowane w sklepach dla miejscowych (m. in. woda, produkty spożywcze) są tanie, chyba że pochodzą z importu - wtedy ich ceny mogą być nawet wyższe niż u nas (np. zupki chińskie, które sprowadza się je z myślą o turystach). W niektórych miejscach dość drogie są wstępy do obiektów muzealnych (np. w Lalibeli - 12 dolarów!). Przy przelotach płaci się podatki lotniskowe - na połączeniach krajowych - 8 birr, na międzynarodowych - 20 dolarów.

Miejscowe zwyczaje:
trzeba mieć przygotowane drobne pieniądze, bo w Etiopii za wszystko się płaci - za przypilnowanie butów przed świątynią, wyniesienie przez kapłana krzyża do zdjęcia, pomoc w pokonaniu rowu etc. Oczywiście normalne napiwki też się daje (w hotelach, restauracjach).

Back to top