Czat z hienami
Hits: 4693

ETIOPIAharar-bramywww.jpg

Jakie to uczucie, kiedy stajemy oko w oko z dziką hieną? Jak smakuje najlepsza etiopska kawa? Czy liście rośliny zwanej czatem rzeczywiście mają halucynogenne działanie? Aby to sprawdzić, trzeba odwiedzić etiopski Harar.



Położony we wschodniej Etiopii Harar turyści raczej omijają. To nic, że to bardzo ciekawe miasto, którego najstarsza część została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Główny problem stanowi fakt, że Etiopia jest duża (trzy i pół raza większa od Polski), a Harar leży z boku standardowych tras wycieczkowych proponowanych przez biura podróży.

Przewodnik-wybawca


harar-dzieciwww.jpgDocieram do Hararu wczesnym rankiem, a mimo to miasto tętni już życiem. Przez wielką bramę, jedną z pięciu jakie pamiętają XVI wiek, wchodzę w otoczony murami tzw. Jugol, "miasto w mieście", chlubiące się tysiącletnią historią. Właściwie jest tu tylko jedna asfaltowa ulica, po której jeżdżą głównie zdezelowane, pomalowane na niebiesko Peugeot`y 404 w roli taksówek oraz badżadże, czyli motorowe riksze (odpowiednik tajskich tuk-tuków). Do transportu towarów używa się również osiołki - one przynajmniej wjadą wszędzie, także w boczne, brukowane uliczki (albo nawet i niebrukowane). Uliczek jest w sumie 365, na ogół bardzo wąskich, a dwie nawet takie, że nie wyminie się w nich dwoje ludzi. Mówiło się o nich "uliczki pokoju", bowiem dawały gwarancję, że nikt o wrogich zamiarach nie zaczaiłby się, choćby z braku miejsca.

Szybko się przekonuję, że chodzenie po Hararze na własną rękę nie ma sensu. Po pierwsze, wcale niełatwo zorientować się w labiryncie uliczek nie mających żadnego logicznego układu. Po drugie, mimo że bardzo lubię dzieci, po kwadransie mam trochę dosyć towarzyszącej mi ferajny dwudziestki dzieciaków krzyczących: "farandżi" (określenie cudzoziemca) zamiennie z "you, you, you" ("jujanie" to typowy okrzyk etiopskich maluchów), przeplatanym jeszcze "give me birr" (birry to etiopskie pieniądze).

Jest jeszcze "po trzecie": stwierdzam, że toczące się w uliczkach życie jest tak ciekawe, że po prostu warto zainwestować w kogoś miejscowego, kto pomoże mi w kontaktach z lokalesami. Jakby wywołany myślami staje przede mną sympatyczny chłopak. -Jestem Chacha. Chcesz, to będę twoim przewodnikiem - proponuje. OK, postanawiam dać mu zarobić.

Deficytowa woda, dochodowa kawa


harar-architektura starowkiwww.jpgStoimy na głównym placu starego Hararu. Jeden z okolicznych budynków to pałac ojca Haile Selassiego, który był tutaj gubernatorem. Przyszły monarcha, dobrze Polakom znany dzięki powieści Ryszarda Kapuścińskiego "Cesarz", przyszedł na świat w Hararze w 1892 roku. Mam wrażenie, że niewiele się zmieniło od tamtych czasów. Największa różnica to chyba wszechobecne anteny satelitarne, bo nawet w biednych domach, telewizja musi być.

Problemy są za to z wodą. Na różnych placach wystawiono zbiorniki zasponsorowane przez Ambasadę Iranu. Ponoć niebawem ma powstać rurociąg doprowadzający wodę z gór; do jego budowy sprowadzono… Chińczyków. Jednak na razie ludzie przychodzą po wodę z własnymi naczyniami. Nic dziwnego że wyrzucane przez turystów butelki są tak chętnie zbierane, a normalny obrazek stanowią stragany sprzedające pojemniki "z odzysku".

Każda uliczka zaskakuje czymś innym. Na przykład taka "Gri-gri", której nazwa pochodzi od terkotu rozstawionych maszyn do szycia. Szyją na nich wyłącznie mężczyźni. Kiedy mówię, że w Polsce to raczej kobiece zajęcie, panowie są zdziwieni. harar-krowawww.jpg

Tymczasem Chacha pokazuje mi pobliski dach. -Widzisz te ptaki? Okazuje się, że to sępy. Obserwują sklep rzeźnika. W środku, tuż nad ladą wisi ogromna gicz wielbłądzia. Rzeźnik odcina skrawki mięsiwa i chwilę potem mamy spektakl w wykonaniu łapczywych drapieżników. Przy okazji dowiaduję się, że Etiopczycy uwielbiają jeść surowe mięso. -Chcesz spróbować? - pyta Chacha. Kątem oka patrzę na rzeźnika odganiającego roje much. -Nie, dziękuję.

Sporo czasu spędzamy na bazarach. W Hararze to wyjątkowo barwne miejsca, w przenośni i dosłownie. Miejscowe kobiety uwielbiają jaskrawe kolory. Podziwiam, z jaką gracją noszą na głowach wielkie kosze, zaglądam w worki z przyprawami (jest wśród nich pomarańczowa berbere, czyli pikantna, narodowa przyprawa etiopska, a właściwie miks kilkunastu przypraw). Podglądam też, jak z dętki zrobić sandały (za dolara można kupić dwie pary) i oglądam patyczki do czyszczenia zębów (prawdziwa szczoteczka i pasta to luksus, na który nie każdego stać). Najciekawszy jest jednak targ zwierzęcy - wzbudzam sensację fotografując krowy z charakterystycznym garbem na grzbiecie. Wszyscy są zdziwieni, że nie mamy takich w Polsce. Jakiś uparty pasterz koniecznie chce namówić mnie na interes życia, czyli zakup jego kozy. Zamiast kozy inwestuję w kawę, z której przecież Etiopia słynie, a najlepsza pochodzi ponoć z okolic Hararu.

Święte miasto


harar-dom rimbaudawww.jpgChociaż Etiopia kojarzona jest raczej jako kraj chrześcijański (dominują wierni Ortodoksyjnego Kościoła Etiopskiego, z odprawianą w języku gyyz liturgią zbliżoną do prawosławia), Harar jest zdecydowanie muzułmański. W obrębie murów widać to dość wyraźnie, choćby po strojach  czy zwyczajach. Już od wieków jest to jedno ze świętych miast islamu. -Czwarte co do ważności po Mekce, Medinie i Jerozolimie. Mamy tu aż 88 meczetów, największe zagęszczenie na świecie! - z dumą mówi Chacha. Nie ma co się jednak nastawiać na las minaretów - większość świątyń przypomina zwykłe, niewielkie domy, a jedyne co je wyróżnia to biało-zielone barwy (zieleń to kolor islamu).

Przez długie lata wstęp do miasta był dla "niewiernych" zabroniony. Pierwszym białym, który się tu dostał (odpowiednio przebrany i ucharakteryzowany) był w 1854 roku brytyjski podróżnik Richard Burton. Jednak najsłynniejszy cudzoziemiec, od 1885 roku przez 11 lat mieszkający w Hararze, to francuski poeta Arthur Rimbaud. Zrezygnował on już w tym czasie z pisania; wciągnęły go interesy, najpierw handel kawą, a potem bronią. Przestronny, drewniany dom kojarzący się bardziej ze szwajcarską willą niż z budownictwem afrykańskim, to teraz poświęcone mu muzeum, choć nie jest pewne czy Rimbaud rzeczywiście w nim mieszkał.

Przy okazji warto zajrzeć do muzealnego sklepiku - to jedno z najlepszych w Etiopii miejsc do zakupu koszy na injerę. Injera, czyli kwaśne, porowate naleśniki podawane z warzywami lub mięsem, stanowią narodowe etiopskie danie. Turystom rzadko owy specjał smakuje, ale kosz-pojemnik to pomysł na ciekawą pamiątkę.

Czas na żucie


harar-czatwww.jpgWczesnym popołudniem ruch w mieście zamiera. Sjesta w takim upale jest jak najbardziej uzasadniona, choć jest jeszcze inny powód. To pora kiedy zaczyna się rzuć czat (org. chat, qat). Chodzi o krzew, z którego upraw, jak najbardziej legalnych, okolice Hararu słyną. Etiopski czat to także produkt eksportowy, zwłaszcza do sąsiedniej Somalii i Dżibuti, ale także do Londynu (odbiorcami są tam zwykle etiopscy imigranci). Biznes jest pewny i łatwy, nic więc dziwnego, że wypiera pracochłonne plantacje kawy. Czat żują wszyscy (kobiety również) i nawet jeśli ktoś twierdzi że nie ma za co żyć, na swoją dzienną porcję liści pieniądze znajdzie. Co i rusz widzi się ludzi trzymających wiązki gałązek, od których odrywają wkładane do ust listki. -To nie narkotyk. Owszem dochodzi się do stanu lekkiego pobudzenia, ale nie wyniszcza to organizmu. Trochę jak kawa, tylko zdrowsze - słyszę od miejscowych. Żucie czatu to rodzaj ceremonii, zwykle w gronie znajomych, w zrelaksowanej pozie, najlepiej w zacienionym wnętrzu domu.harar - tradycyjny domwww.jpg

Zostaję zaproszona na czat - nie wypada odmówić, a poza tym to dobra okazja, aby zobaczyć jak wygląda typowy hararski dom. Główny pokój tworzą wyłożone poduszkami podesty, na których siada się w zależności od tego, kim się jest; jest miejsce dla gospodarza, dla gości i dla kobiet. Ściany to wystawa pstrokato pomalowanych talerzy, garnków i misek, wszystkiego co jest potrzebne w gospodarstwie. Nad drzwiami widać wystające belki - jeśli leży na nich dywan, to znak, że w rodzinie jest córka na wydaniu. Z boku wejścia znajduje się pokoik z wielkim łożem, miejsce nie tyle na noc, co tydzień (!) poślubny. Małżonkowie nie mogą w tym czasie opuszczać pokoju, mają zajmować się wyłącznie sobą, jedzenie zaś otrzymują przez malutkie okienko.

No dobrze, a jak z czatem? Smakowo nie przypadł mi do gustu, nawet mimo przegryzania liści orzeszkami ziemnymi (same liście przyprawiały mnie o mdłości). Efektów żadnych nie odczułam. Może dlatego, że zrezygnowałam już po godzinie.

Oko w oko z hieną


Zapada zmrok. -Idziemy do hien! - mówi Chacha. Już z daleka słyszymy śpiewne nawoływania. To wzywający swoje czworonogie koleżanki Salomon. Chłopak ma 23 lata i na co dzień pracuje na targu bydła. W zażyłe kontakty z hienami wprowadził go ojciec. Zna wszystkie swoje podopieczne po imieniu. Największa z nich, przewodniczka stada, to Tika, mająca obecnie 15 lat, chociaż tego wieczoru zjawia się jeszcze 6 innych.

harar-karmienie hienwww.jpgSalomon bierze do ust krótki patyk, na którym zawiesza ochłapy mięsa, a hieny po kolei podchodzą i szybkim ruchem zabierają mięsiwo zjadając je na uboczu. Daleko im do domowych psiaków, bo hieny nie dają się pogłaskać, trzymają się na dystans. -Chcesz pokarmić? - pyta Salomon. Pewnie! Chwilę potem trzymam w zębach patyk z kawałkiem baraniny i czekam. Przypominam sobie informacje o niesamowitej sile szczęki hieny, a tu nagle, tuż przed sobą, mam jej oczy. Nie za bardzo wiem, czy lepiej w te oczy patrzeć, czy lepiej nie, ale hiena na szczęście skraca moje męczarnie i szybkim kłapnięciem pyska tuż przed moim nosem porywa swój łup.

Tradycja karmienia hien w Hararze została zapoczątkowana w XIX wieku, kiedy w latach głodu zwierzęta zaczęły podchodzić pod miejskie mury, polując na ludzi. W myśl zasady, że jak nie można wroga zwalczyć, to warto się z nim zaprzyjaźnić, postanowiono hieny karmić. Drapieżniki zaakceptowały układ - przestały polować w pobliżu miasta, zadowalając się tym, co dawali im "karmiciele" (teraz jest to zajęcie przekazywane z pokolenia na pokolenie). W obecnych czasach turyści traktują to jako swoistą atrakcję, ale nawet jeśli nie ma chętnych do płacenia za pokaz (5 dol. od osoby), hieny i tak są karmione, bo tradycja jest tradycją.

Dla rozładowania emocji postanawiam iść na piwo. W końcu jedna  najpopularniejszych jego etiopskich marek to właśnie "Harar". Próbuję zamówić je w miejscowej knajpce. -Nie ma problemu, ale musisz  pojechać do dzielnicy chrześcijańskiej, poza murami świętego miasta. Tu obowiązują zasady islamu - pada grzeczne wytłumaczenie.

Informacje praktyczne:


etiopia-autobus.jpgDojazd: Z Addis Ababy można do Hararu dojechać autobusem (cały dzień) lub mikrobusem (6-7 godzin, ok. 14 dol.). Można też dolecieć samolotem linii Ethiopian Airlines do miasta Dire Dawa odległego od Hararu o godzinę jazdy mikrobusem.

Pieniądze: walutą etiopską są birry, ale dolary też się chętnie przyjmuje. 1 dolar = 10 birrów.

Porozumiewanie się: chociaż językiem urzędowym jest amharski, w Hararze mówi się głównie po hararsku. Osoby mające kontakt z turystami porozumiewają się lepiej lub gorzej po angielsku.

Noclegi: Podróżujący na własną rękę najczęściej zatrzymują się w hotelu "Tewodros" koło tzw. Harar Gate. Za jedynkę z łazienką z obietnicą ciepłej wody płaciłam tam 70 birrów, choć ceny zależą w dużej mierze od negocjacji (do 70 birrów zeszłam z kwoty wyjściowej 100 birrów).

Przewodnicy: Wcześniej czy później znajdzie się ktoś, kto zaproponuje nam usługi przewodnickie. Musimy liczyć około 50 birrów za pół dnia takiej opieki i 100 birrów za cały dzień. Polecam mówiącego dobrym angielskim Chachę - tel. 0913106714, This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Inne ceny: przejazd taksówką na terenie miasta - 1-2 birry, wstęp do muzeów - 10-20 birrów, obiad w restauracji - ok. 20 birrów, kawa w kawiarni, cola - ok. 5 birrów.

Warto wiedzieć:

* Harar jest dość wysoko położony (1850 m n.p.m.), w związku z czym, mimo że to Afryka, wieczory są chłodne.
* Nawet wynajmując dobry pokój, trzeba się liczyć z problemami w dostawie prądu i wody (nie wierzmy w zapewnienia, że jak wynajmiemy droższy pokój to woda będzie).

* Dobrym pomysłem jest zabranie z sobą na wyjazd takich ubrań, które potem będziemy mogli zostawić biednym ludziom, których w Etiopii nie brak. Dzięki temu my będziemy mieli lżejszy bagaż, a ktoś inny się ucieszy.

Back to top