Słonie i larwy z kraju pula
Hits: 3478

PARK NARODOWY CHOBE (BOTSWANA)
Z tej strony rzeki macie Botswanę, z drugiej Namibię, a przed sobą stado hipopotamów…- informuje kapitan łodzi. Będący rodowitym Botswańczykiem chłopak wożąc turystów na wodne safari zarabia na swoje studia przyrodnicze. Rozumie, że parki narodowe to jedno z największych (obok diamentów) bogactw jego kraju. Chobe, w którym jesteśmy, jest jednym z nich

-Jeśli chcecie zobaczyć słynną afrykańską Wielką Piątkę, w parku narodowym Chobe niestety nie da rady… - zostajemy lojalnie uprzedzeni. -Należące do niej słonie, bawoły, lwy, nawet lamparty – są, ale nosorożce ze względu na kłusowników musieliśmy wywieźć w bezpieczniejsze rejony. Za to słoni mamy największe zagęszczenie w całej Afryce! – mówi z dumą przewodnik.

chobe93.jpgMa rację. W tym północno-wschodnim zakątku Botswany, chronionym jako Chobe National Park jest ich około 55 tysięcy. Pierwsze z nich widzimy jeszcze przed dojazdem do granic chronionego terenu, w pobliżu miasteczka Kasane. Jakby nic spacerują sobie wzdłuż szosy, chyba wiedząc, że pierwszeństwo w ruchu i tak należy do nich. Naszą uwagę skupiają obwieszone czymś płoty. –To właśnie na słonie… Kiedy zaczynają niszczyć ogrodzenie, dźwięk odstraszaczy skutecznie zniechęca je do demolki – słyszymy.

Ale nie tylko na słonie kierowcy muszą uważać. Przy szosie ustawiono też znaki: „Zwolnij, malowane psy”. Pod spodem widnieje wizerunek pokrytego plamami zwierzaka. Malowane psy? Chodzi o likaony, psowate drapieżniki może z wyglądu niezbyt sympatyczne, ale zagrożone wyginięciem.



Pula zawsze potrzebna


chobe90.jpgChobe to dość popularny cel wypadów z sąsiedniego Zimbabwe, a dokładniej z turystycznej mekki jaką stanowią Wodospady Wiktorii. Stamtąd to raptem godzina jazdy i już się jest na granicy, będącą zarazem przepustką do innego, lepszego trochę świata. W stosunku do Zimbabwe, gdzie "dzięki" rządom prezydenta Mugabe i hiperinflacji bieda aż piszczy (można kupić sobie na pamiątkę wycofane z obiegu 100 tysięcy trylionów miejscowych dolarów – jedynka i czternaście zer!), Botswana jawi się jako kraj stabilizacji i porządku. Ludzie lepiej ubrani, lepsze samochody, no i waluta, zwana pula, też stabilna. W Botswanie pula to bardzo uniwersalne słowo – oznacza nie tylko miejscowe pieniądze, ale w miejscowym języku tswana, także „deszcz”. Deszcz jest tak ważny, że nawet motto narodowe brzmi „Niech spadnie deszcz,”, a jego symbol uwidoczniono we fladze (niebieski kolor) oraz w godle – (trzy fale). W kraju którego ogromną część (2/3 z liczącej 600 tys. km kw. powierzchni) zajmuje pustynia Kalahari, brak deszczu oznacza problem z wodą, no a nie ma wody, nie ma życia.

chobe-lodka.jpgNa szczęście w rejonie parku narodowe Chobe na brak wody nikt nie narzeka, bo jest rzeka -  Chobe właśnie (to od niej park wziął swoją nazwę ). Płynie leniwie, niedaleko uchodząc do słynnej Zambezi. Organizowane po niej (Chobe River) rejsy, to jedno z lepszych safari, jakie miałam okazję zaliczyć. Płaskodenne łodzie różnią się wielkością i poziomem obsługi (na tych lepszych są kelnerzy roznoszący drinki, na najtańszych nie ma nawet daszku), ale ogląda się to samo. Oczywiście to nie ZOO, tak więc nigdy nie wiadomo jaki zestaw zwierząt nam się pokaże. Pewniakami są hipopotamy – moczą się w wodzie, albo pasą na porosłym trawą brzegu. Wyglądają ociężale, ale to pozory – w sprincie mogą być szybsze od człowieka (osiągają prędkość do 30 km/h). Na ich grzbietach często widać białe ptaki, które z „rzecznymi świniami” jak o hipopotamach mówili starożytni Grecy, mają jak najlepsze układy – wydziobują im ze skóry pasożyty.

chobe91.jpgTrochę dalej, na wyspie, rozłożyło się ogromne stado bawołów. Są świetnymi pływakami, tak więc chętnie przeprawiają się do miejsc, gdzie nie muszą obawiać się lwów. Za to bliskie sąsiedztwo krokodyli jakoś akceptują. Swoją drogą trzeba przyznać, że wylegujący się przy brzegu wielki gad z rozdziawioną paszczą, budzi respekt. –To krokodyl nilowy. Może osiągać nawet 6 metrów, a pod wodą wytrzymuje nawet 45 minut. Wiecie że krokodyle nie mają języka? – raczy nas informacjami przewodnik. Szczerze mówiąc nie wiemy.

A co lwami? Też oczywiście są. Sprawiają wrażenie zblazowanych gwiazdorów pozujących do zdjęć zarówno turystom wpatrujących się w nie z łodzi, jak i oskrzydlających ich ekip z samochodów zaparkowanych od drugiej strony.



Spór o marchewkę, a raczej - o wyspę


chobe-zmimorodek.jpgZwierzęta zmieniają się jak w kalejdoskopie, czas więc mija bardzo szybko. W międzyczasie przewodnik zwraca uwagę na mijaną wyspę, położoną dokładnie na środku granicznej rzeki. Ma raptem 5 km² powierzchni i dwie nazwy – dla Botswańczyków jest to Sedudu, dla Namibijczyków Kasikili. Prawda jest taka, że ogólnie nic na niej nie ma (poza trawą i zwierzętami), mało tego – począwszy od marca przez kilka miesięcy w roku jest zwykle zalana wodą, ale mimo to kilkanaście lat temu omal nie stała się powodem wojny między Botswaną a Namibią. Problem wynikał z nieprecyzyjnych umów co do granic, zawartych jeszcze w XIX wieku między Niemcami, do których należała obecna Namibia i Wielką Brytanią, której kolonią była Beczuana, czyli obecna Botswana (kraj ten uzyskał niepodległość dopiero w 1966 roku). Sprawa zakończyła się w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości, który w roku 1999 ogłosił, że wyspa należy jednak do Botswany. Swoją drogą kilkanaście kilometrów dalej znajduje się miejsce stanowiące styk granic czterech państw, czyli Namibii, Botswany, Zimbabwe i Zambii – gdyby sytuacja się zaogniła, mogłoby być sporo zamieszania.

Patrzymy na wyspę z niedowierzaniem. O coś takiego taka afera? Ale co tam polityka… Dużo wdzięczniejsze są przepięknie upierzone zimorodki. W parku Chobe występuje ok. 450 różnych gatunków ptasiej braci. Od zupełnie małych (kolibry), po konkretne, jak np. „rybne orły” bo tak brzmi dosłowna angielska nazwa bielika afrykańskiego czy dostojnie kroczące, żywiące się m.in. padliną marabuty.



Hiszpański król przeprasza za słonia


chobe-sloniki.jpgPo zakończonym rejsie przesiadamy się do samochodów terenowych i jedziemy szukać słoni. Właściwie nie mamy z tym problemów – same na nas wychodzą. Najbardziej podobają nam się maluchy, które żeby przydybać się matce, demonstrują gotowość zaatakowania auta.Ostatecznie kończy się na bojowej postawie i śmiesznym kiwaniu.

Słonie z parku narodowego Chobe to tzw. słonie Kalahari - największe ze wszystkich znanych gatunków tych zwierząt. Paradoksalnie ze względu na małą ilość wapnia w glebie, ich kły są krótsze niż u kuzynów, zaś kość słoniowa z nich pochodząca jest krucha i gorszej jakości. Ale może to akurat szczęście w nieszczęściu? Przynajmniej mniej interesują się nimi kłusownicy.

chobe94.jpgBotswańskie słonie, oczywiście nie te z Chobe, gdzie polować nie wolno, stały się w kwietniu 2012 roku powodem afery z królem Hiszpanii, Juanem Carlosem w roli głównej. Przez  swoje zamiłowanie do polowań monarcha naraził na szwank swój autorytet i w efekcie został pozbawiony pełnionej przez 44 lata funkcji honorowego prezesa hiszpańskiej sekcji Światowego Funduszu na Rzecz Przyrody (WFF). Sytuacja niezręczna, bowiem WFF jest organizacją starająca się zwierzęta ocalić, a tymczasem zdjęcie króla ze strzelbą z ręku i zabitym słoniem w tle trochę temu przeczyło. Sprawa pewnie by się nawet nie wydała, gdyby nie wypadek jaki przydarzył się podczas safari – w wyniku upadku król złamał sobie biodro, co sprawiło że trzeba go było pilnie przetransportować do Hiszpanii na operację. Cóż, trudno się dziwić że w kraju mającym potężne problemy z kryzysem finansowym, społeczeństwo było oburzone, że władca wyjeżdża prywatnym samolotem na kosztowne wyprawy. Skończyło się przeprosinami monarchy. „Jest mi bardzo przykro. Popełniłem błąd. To się więcej nie powtórzy…” – zapewniał Juan Carlos.



Larwy na deser, ryk lwa do poduszki


chobe-jozek.jpgNocleg mamy w głębi lądu, w obozowisku na terenie parku. Poza naszymi namiotami i dołem służącym jako latryna, w promieniu 30 km nie ma żadnych śladów działalności człowieka. Jest z nami  Joseph Seeletso– znany z programów TVN kucharz, właściciel jednej z warszawskich restauracji. Józek, bo tak o nim mówimy, choć ze względu na żonę mieszka w Polsce, jest rodowitym Botswańczykiem. Kiedy siedzimy przy ognisku, przynosi nam miejscowy przysmak, jakim są larwy mopane (nazwa od drzew na których żerują). Na szczęście te są już w wersji ugotowanej, odpowiednio doprawione, dzięki czemu nie tylko całkiem przyzwoicie smakują, ale w sumie gdyby nie informacja na początku, nikt by nie wpadł na to, czym został poczęstowany.

Wieczór mija nam na szukaniu na rozgwieżdżonym niebie Krzyża Południa – bądź co bądź jesteśmy poniżej równika, gdzie ten słynny gwiazdozbiór o charakterystycznym kształcie zbliżonym do rombu, dość łatwo wypatrzyć. Już leżąc w namiotach, wsłuchujemy się w otaczającą nas… chciałoby się powiedzieć – ciszę. Cisza to jednak nie jest, raczej odgłosy całkiem aktywnego nocą życia. Coś się przedziera przez krzaki, wyje hiena, w pewnym momencie, całkiem blisko obozu, słychać ryk lwa. Tak przynajmniej twierdzą pilnujący nas z bronią strażnicy.



Biegający fast food


Skoro świt opuszczamy nasz biwak, ale przed powrotem do cywilizacji zaliczamy jeszcze poranne safari. Prosimy kierowców o zebry. No niestety, z nimi akurat ciężko, bowiem Chobe jest naprawdę duże (11,7 tys. km kw., powierzchniowo tak jak województwo świętokrzyskie) i zwierzaki, w zależności od tego czy wolą tereny nadrzeczne, bagna, lasy, czy suchą sawannę, mają się gdzie przemieszczać. Podobnie jak i deszcz, zebra także znalazła się w botswańskim godle (dwie zebry podtrzymują tarczę) i fladze (biało-czarne pasy). To zwierzę-symbol, bowiem jego kolory odzwierciedlają podkreślaną w Botswanie harmonię między rasami (chociaż biali to zaledwie 7% społeczeństwa).

chobe-buszmeni.jpgTymczasem zamiast zebr, które są gdzieś daleko, mamy znowu lwy, tym razem raczące się zabitą impalą. Impale to jedne z najpopularniejszych tutaj antylop. Nazywa się je "sawannowymi McDonalds`ami", bo na zadach mają czarne paski rzeczywiście przypominające logo słynnego koncernu. Poza tym biedne impale stanowią najpopularniejsze pożywienie miejscowych drapieżników, stąd też skojarzenie z biegającym fast foodem jest jak najbardziej słuszne.
 
Niedługo potem zaliczamy jeszcze spotkanie z lampartem (objadł się i leży na drzewie), kolejnymi antylopami (dla odmiany szablorogie oraz eland) oraz sympatycznymi mangustami (niektórym myli się z langustami).

Już wyjeżdżając z parku pytam naszego kierowcę o Buszmenów, którzy od dawien dawna byli mieszkańcami tych terenów. W Botswanie nazywa się ich Basarwa, przy czym stanowią obecnie jedynie 3% liczącego 1,6 mln społeczeństwa. Mimo że kontakt z cywilizacją już teraz mają, wciąż żyją według swoich odwiecznych tradycji, w zależności od możliwości znalezienia pożywienia przenosząc się z miejsca na miejsce. Odkąd rejon Chobe w 1967 roku stał się parkiem narodowym, Buszmeni musieli go opuścić. Przenieśli się bardziej na zachód, a pozostałością po nich (a raczej ich dawnych przodkach)  są naskalne rysunki w głębi parkowego terytorium.

chobe-aids.jpg- Ja jestem Tswana – kontynuuje wątek plemion kierowca. To najliczniejsza w Botswanie grupa etniczna stanowiąca prawie 80% społeczeństwa, tak więc jej język ma status urzędowego (obok angielskiego). Swoją drogą Botswana to jeden z najsłabiej zaludnionych krajów świata – zaledwie 2,6 osoby na km kw.! Na pytanie o największy problem mieszkańców chłopak nie waha się z odpowiedzią: -AIDS – mówi. Według oficjalnych statystyk zarażonych jest 24% społeczeństwa, nieoficjalne mówią o nawet 40%. No tak, przypominam sobie zauważone w wielu miejscach (choćby na posterunku granicznym) pojemniki z darmowymi prezerwatywami (także dla kobiet). Jak zauważyłam biorą je głównie turyści. Widząc mój uśmiech zaopatrujący się w taki zestaw Niemiec tłumaczy się: -Pamiątka z Chobe!

Back to top