Kraj ropą płynący
Hits: 6311

KUWEJT

Dzięki ropie Kuwejt to jeden z najbogatszych i najprężniej rozwijających się krajów arabskich. Aż trudno uwierzyć, że nowoczesna stolica - Kuwait City została zasiedlona zaledwie 300 lat temu. Wcześniej była tu tylko pustynia


Na tutejszym odcinku wybrzeża Półwyspu Arabskiego długo nie było nic, za to ważną rolę odgrywała położona niedaleko od brzegu wyspa Fajlaka. Wykopaliska dowiodły, że osadnictwo istniało tam już w epoce brązu, czyli 7 tys. lat pne.  W czasach kolonizacji greckiej wyspa zwana wówczas Ikaros, stanowiła częsty przystanek na trasie morskich wojaży, słynąc jako ośrodek handlu, rybołóstwa i połowów pereł. Stały ląd zasiedlono dopiero w końcu XVII wieku, a zniekształcana w wymowie nazwa wybudowanego tam małego fortu utrwaliła się jako Kuwejt.

Po dość długim czasie protektoratu brytyjskiego, w 1961 roku Kuwejt uzyskał niepodległość. Jak przystało na kraj przywiązany do islamskiej  tradycji, nadal obowiązuje w nim szariat - prawo religijne. Większość kobiet ciągle nosi tradycyjne abaye - długie czarne szaty i chusty na głowie. W wielu domach nadal dla kobiet jest osobne wejście, a mężczyzna jeśli go stać, może mieć nawet i cztery żony. O alkoholu nie ma mowy, nawet w strefie wolnocłowej na lotnisku go nie uświadczysz, a trwające obecnie dyskusje na temat wprowadzenia piwa bezalkoholowego też chyba niczego nowego nie wniosą. Mało tego - w miejscach publicznych nie można również tańczyć. Żadnych dyskotek, a jeśli już w dobrych hotelach urządza się tzw. party z orkiestrą, to dopuszczalne jest jedynie podrygiwanie przy stole, na siedząco. Popularne są za to tzw. divanije - zwykle wieczorne, męskie pogaduchy, organizowane zwykle w domach znanych ludzi, o szerokich kontaktach. Wyjątkiem jest divanija u Mohameda Al-Qadiei, Egipcjanina ożenionego ze znaną kuwejcką malarką i pisarką Thurayą Al.-Bagsami - tam towarzystwo jest koedukacyjne. Goście siedzą na ustawionych pod ścianami krzesłach, dyskutując przy kawce i herbatce do późnych godzin nocnych.

Ruletka z żoną


Kobiet w Kuwejcie fotografować nie wolno. Chyba, że się zgodzą, choć to szansa jedna na tysiąc. Mam jednak szczęście - po dłuższym namyśle zagadnięte dziewczyny stają do zdjęcia razem ze swoimi dzieciakami. Zapraszają mnie na kawę - uwielbiam aromat arabskiej kawy z dodatkiem kardamonu. Podczas rozmowy pada propozycja: może wieczorem pójdziesz z nami na wesele? Nie trzeba mnie długo namawiać. Problem tylko w tym, że wesele jest w innym mieście. Mój kuwejcki znajomy załamuje ręce: -Chcesz jechać do Al-Jahry? Tam żyją Bedu!

"Bedu" to Beduini. Bogaci Kuwejtczycy nie przepadają za nimi, traktują ich jak niższą, gorszą klasę. Tymczasem Bedu okazują się bardzo mili, a co dla mnie ciekawe - utrzymują swoje tradycje.

"Nie jest to duży dom" - mówią moi gospodarze, tylko 300 m. kw". Wchodzę wejściem reprezentacyjnym - dla mężczyzn i gości (wejście dla kobiet jest z boku), po czym zostaję usadzona w salonie w części damskiej. Moje poznane rano koleżanki są odsłonięte, w zwykłych, wydekoltowanych sukienkach. Nie za bardzo wiem która jest która, bo  przecież wcześniej widziałam tylko ich oczy. Wychodząc na ulicę znowu się dokładnie zasłaniają.

Wesele odbywa się na dobudowanym do domu namiocie. Uczestniczą w nim tylko kobiety i małe dzieci. Panowie nie mogą nawet zajrzeć, ze względu na mało skromny ubiór  pań (wydekoltowane suknie, odkryte twarze). Na tego typu imprezach wyjątkowo można tańczyć - oczywiście do typowo arabskiej muzyki.

Kelnerki-Filipiniki roznoszą kawę i słodkie ciasteczka. - Pamiętaj, bierz zawsze prawą ręką, nigdy lewą - poucza mnie Awatif - moja kuwejcka koleżanka. ... wprowadza mnie też w tajniki wychodzenia za mąż według wciąż jeszcze obowiązujących (choć już coraz rzadziej) tradycyjnych zasad. -Pan młody przed ślubem nie widzi twarzy swojej przyszłej żony. Zna ją tylko z opowiadań jej rodziny, przed którą dziewczyna nie musi się zasłaniać. Cóż, nieco ryzykowne.

Petrodolary i proza życia


O Kuwejcie krążą mity. Przede wszystkim, że dzięki ropie, wszystko kapie tu złotem. Tym co mają kuwejckie obywatelstwo na pewno jest tu dobrze. Jednak większość to ci, którzy na ich dobrobyt pracują

Prawdą jest jednka, że obywatelom Kuwejtu źle nie jest - mają zagwarantowane bezpłatną opiekę medyczną i edukację (nawet zagraniczną), ich domy nie rzadko przypominają pałace, i ogólnie - biedni nie są. - Zwykła diszdasza (długa szata, w którą ubierają się Arabowie) kosztuje na targu 3 dinary. Ale ja za swoją dałem 200  dinarów (600 dolarów)- chwali mi się poznany Kuwejtczyk. Dla porównania - chłopak z Bangladeszu pracujący przy sprzątaniu miasta zarabia 22 dinary miesięcznie.

Typowy obywatel tego kraju pracować nie musi - od tego jest służba. Super samochody mkną po kilkupasmowych autostradach (bezpłatnych oczywiście). Paliwo jest śmiesznie tanie (litr najlepszej benzyny to  równowartość 75 groszy), rozmowy telefoniczne miejscowe - darmowe (nawet jak dzwoni się z hotelu), a komórkowe to też raczej znikomy koszt.

Ale jest też inny Kuwejt - Kuwejt emigrantów, którzy przyjeżdżają tu za chlebem. Tym nie zawsze jest tutaj wspaniale. Obok eleganckich dzielnic są więc i takie, gdzie na pewno nie widać owego kapiącego złota.

Wśród prawie 1,5-milionowej populacji  (przed wojną z Irakiem statystyki podawały liczbę ponad 2 mln), w państwie niewiele większym od obszaru województwa warszawskiego, rodowici Kuwejtczycy stanowią wg rządowych statystyk ok. 42 proc. (mianem Kuwejtczyków określa się potomków rodzin osiadłych na tych terenach przed rokiem 1920). Najwięcej wśród przybyszy jest Azjatów, zwłaszcza Hindusów, Pakistańczyków, Filipińczyków  i innych nacji stanowiących tanią siłę roboczą. Goście z Europy, w tym także i Polacy (ok. 500 osób),  to zwykle specjaliści na oficjalnych kontraktach. Są wśród nich architekci (m.in. okazały, nowoczesny budynek kapitanatu portu to dzieło Polaka), inżynierowie, lekarze, zaś w hotelach można spotkać polskich muzyków.

A jak Kuwejtczycy kojarzą Polskę? -Ładne dziewczyny, zwłaszcza w Sopocie - mówią.

Namiot z anteną


Nastawiałam się, że będzie ciepło, tymczasem jest zaledwie 8 stopni, a zimny wiatr sprawia, że chodzę ubrana w polar i kurtkę.

Poznani Polacy zabierają mnie na pustynię. W miasteczku Wafra zatrzymujemy się na pełnym kolorytu targu warzywnym. Oglądamy też stawy rybne (na pustyni!) i mini-zoo. Za kratami siedzi senna małpa i znudzony kangur. Kiedyś była podobno nawet świnia -  w kraju, gdzie nie jada się wieprzowiny zwierzę dość egzotyczne.

Na jednej z dróg zatrzymuje nas policja. -Zakaz ruchu - wskazują tablicę. Sprawdzamy - tablica faktycznie jest, tyle że z napisami wyłącznie po arabsku.
Nasz terenowy wóz pozwala nam na rajd po bezdrożach pustyni. Wprawdzie mój przewodnik ostrzega, że ciągle istnieje ryzyko trafienia na pozostałe po inwazji irackiej miny, ale państwo Kotowscy, którzy są tu już kilka lat uspokajają, że to już przeszłość.

Szukamy wielbłądów. Sporo ich tutaj, podobnie jak i owiec. Stad pilnują pasterze z... Bangladeszu. A co z Beduinami? Przenieśli się do miast. Mało kto decyduje się na życie w nomadzkim namiocie, a jeśli już to stawiając sobie w obozowisku wielkie talerze satelitarnych anten. Są też namioty służące za odpowiednik daczy. Bo typowy tutejszy pomysł na weekend kuwejckiej rodziny to wyjazd z miasta na pustynię.

Jedziemy przed siebie. Nagle trafiamy na dziwną rurę, za którą stoją wieżyczki posterunku wojskowego. Nie mamy dokładnej mapy, ale wszystko wskazuje, że jesteśmy na granicy z Arabią Saudyjską. Tę granicę łatwo przeoczyć. Inaczej jest na granicy z Irakiem - tam oba kraje dzieli głęboki na kilka metrów rów, nad którym wznosi się wysoki nasyp, a do tego jeszcze kolczaste zasieki pod napięciem.

Wyszedł i nie wrócił


Wojna z Irakiem to do tej pory żywy temat w rozmowach z Kuwejtczykami. Niespodziewana agresja państwa-sąsiada uznawanego wcześniej za  przyjaciela, wywołała ogólny szok. Irakijczycy zajęli Kuwejt w ciągu kilku godzin. Okupacja wroga  rozpoczęła się w sierpniu 1991  roku i trwała 7 miesięcy. Polska także miała swój udział w międzynarodowej interwencji - głównie poprzez wysłanie statków-szpitali.

Dziś śladów wojny coraz trudniej się doszukać - odbudowano ruiny, ugaszono podpalone przez Irakijczyków szyby naftowe, poradzono sobie ze skażeniem środowiska, spowodowanym wyciekami ropy. O obrazie zniszczeń świadczą już na ogół tylko wieszane tu i ówdzie zdjęcia (nawet w hotelu Radisson). Ku pamięci pozostawiono również ruinę-muzeum Al-Qurain, konkretnie dwa domy w których grupka Kuwejtczyków broniła się przed przeważającymi siłami irackimi. Na ścianach wiszą zdjęcia "Dziewięciu Męczenników" - zabitych żołnierzy kuwejckich; na zewnątrz stoi iracki czołg.  Osobliwą pamiątkę stanowi także Muzeum Narodowe. Minęło 9 lat, potężny, kilkuskrzydłowy gmach stoi niemal pusty, jeśli nie liczyć dość skromnej ekspozycji w jednej jego części. Dlaczego nie wykorzystuje się reszty obiektu? Bo to także pamiątka zniszczeń irackich.

Wojna minęła, ale ludzkie dramaty trwają. Do tej pory nie wróciło do domów 625 Kuwejtczyków, w większości cywili (są wśród nich i kobiety). Ich los jest nieznany, choć wszyscy się łudzą, że zaginieni nadal żyją, przetrzymywani są w irackich więzieniach. Żadne działania dyplomatyczne, także na forum międzynarodowym, nie przynoszą rezultatu. -Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze zobaczę syna. Tak jak ty - kocha podróże... - mówi mi ojciec chłopaka, który został wyciągnięty z domu, gdy miał 23 lata.

Nowoczesność w parze z tradycją


Trudno traktować Kuwejt jako cel specjalnie organizowanej wyprawy turystycznej. Państwo to małe, drogie i jeszcze nie za dobrze przygotowane do obsługi gości z zagranicy. Nieprawdą jest jednak, że nie warto tu przyjeżdżać. Dwa-trzy dni tutaj na pewno sobie wypełnimy w ciekawy sposób. Dobrym pomysłem jest  zatrzymanie się w Kuwejcie w drodze np. do coraz bardziej nastawionych na turystykę Emiratów czy Omanu.

Na pewno musimy zobaczyć Kuwait Towers - trzy wieże, wybudowane  przez  Szwedów w 1979 roku i od tej pory stanowiące symbol miasta. Z tarasu widokowego w obrotowej kuli, na wysokości 123 metrów, roztacza się rozległa panorama stolicy.

Jadąc nadbrzeżnym bulwarem mijam przypominający beduiński namiot gmach Parlamentu - dzieło duńskiego architekta Jorna Uzona, tego samego, który zaprojektował Operę w Sydney. W pobliżu stoi rozległy Pałac Emira. -Tylko nie rób zdjęć - ostrzega kierowca.  Emir, jako głowa państwa jest widoczny na każdym kroku - jego wizerunki wiszą w każdym urzędzie, nawet w sklepach. Ja tymczasem wysiadam przy Muzeum Narodowym, które może nieco rozczarować wielkością zbiorów, niemniej warto je zobaczyć, podobnie jak pobliski Al-Sadu House, czyli dom bogatego kupca z ekspozycją sztuki beduińskiej. Ale przede wszystkim trzeba znaleźć czas na prywatne muzeum Tareq Rajab - pokazana tam kolekcja sztuki islamskiej to bez wątpienia jedna z najciekawszych tego typu w świecie.

Dumą Kuwejtczyków jest Budynek Organizacji Arabskiej. Jego koszt to - niebagatelne 210 mln dolarów. Każde z państw członkowskich przyczyniło się do urządzenia wnętrza, które stało się prawdziwych dziełem sztuki. To jakby połączenie muzeum z funkcjonalnym biurem i w razie potrzeb - centrum konferencyjnym. -Te krzesła kosztują 3 tys. dolarów za sztukę - słyszę. W ich wyglądzie nie ma nic specjalnego, choć mnogość różnorakich "patentów" sprawia, że nie mam powodów by nie wierzyć.

Najwięcej nowoczesnej architektury widać w Kuwait City. Przeszklone hotele, nowoczesne centra handlowe, zwłaszcza tzw. Sharq Souk są niewątpliwie ładne, ja jednak wolę zwykły suk (czyli bazar) w centrum miasta, z autentycznym  wschodnim kolorytem. Sprzedawca daktyli zaprasza do degustacji, starzec palący fajkę wodną uśmiecha się prosząc o zdjęcie, w sklepie ze złotem kobiety w tradycyjnej czerni przymierzają ciężkie bransolety. Nagle z pobliskiego meczetu słychać nawoływanie muezina - znak, iż czas na modlitwy. Idę do meczetu i ja. Nikt mi nie broni wstępu, choć mogę wejść tylko do części dla kobiet (zazwyczaj jest to osobne wejście).
Niektóre z meczetów to budowle niezwykle oryginalne. Jeden ma kształt piramidy, inny przypomina tort. Największy, mogący pomieścić 5,5 tys. wiernych, jest tzw. Wielki Meczet. Ale są też i kościoły - koptyjski, ewangelicki i rzymskokatolickie. W jednym z nich, w mieście Ahmadi, na mszy skupiającej  Polonię, liturgia czytana jest  po polsku. Trzeba jednak pamiętać, że jest to kraj islamu, co oznacza, że lokalny weekend przypada w czwartek i piątek, zaś w niedzielę  normalnie się pracuje.

Zabytków - brak


Jeden dzień postanawiam przeznaczyć na wyprawę na wyspę Fajlaka. Zachowały się tam ruiny pamiętające jeszcze czasy starożytnych Greków. W przewodniku czytam, że miejsce jest ciekawe, ale nie do końca rozminowane po wojnie z Irakiem, poza tym jest tylko jeden prom dziennie. Tyle przewodnik, w rzeczywistości okazuje się, że nici z moich planów. Prom skasowano, a na wyspie urządzono niedostępną dla turystów bazę wojskową.

Na to konto jadę do Al-Jahry zobaczyć Czerwony Fort, gdzie w latach 20. XX wieku mieszkał emir. Fort jest, tyle że czerwony to może był kiedyś, teraz wyblakł i jest kremowy. W środku rewelacji wprawdzie nie ma (skromne i puste pokoje, część haremowa, stajnie), ale zobaczyć obiekt warto, choćby dlatego, że to jeden z nielicznych kuwejckich zabytków. Jeśli komuś mało historii, może na upartego poszukać jeszcze resztek murów miejskich.

W najbliższym czasie przybędą Kuwejtowi prawdziwe atrakcje. Na wiosnę otworzone zostanie Centrum Naukowe (The Scientific Center) - kompleks składający się z nowoczesnego  akwarium, wystawy ekologicznej, Pawilonu Odkryć z doświadczeniami dla dzieci, kina IMAX (specjalna konstrukcja ekranu i odpowiednia technika filmowa). Nad brzegiem morza będzie można z kolei zobaczyć wystawę tradycyjnych łodzi, w tym autentyczny "boom" - masywny drewniany okręt kursujący na długich trasach.

Z kolei przy hotelu SAS-Radison już w końcu lutego ukończona zostanie łódź "Al. Hashemi II", w sumie zupełnie nowa, choć na tradycyjną stylizowana. Ponoć to największa drewniana łódź świata! Wprawdzie jbędzie ona mogła pływać, jednak z założenia ma ona stać na lądzie i pełnić rolę... sali balowej na tysiąc osób, ozdobionej wewnątrz 24-karatowym złotem.

Obok buduje się "typową" kuwejcką wioskę. Przedsięwzięcie jest finansowane z prywatnych funduszy właściciela, który ma świadomość, że inwestycja może się nigdy nie zwrócić. Za to ma szansę stać się, obok Wież Kuwejckich - następnym symbolem tego miasta.

"Mimo kontaktów i przyjaźni z Amerykanami nie ulegają amerykanizacji" - słyszę od ambasadora Jana Natkańskiego, reprezentującego Polskę w Kuwejcie. To prawda - nie brak tu Mc Donaldsów, podczas mojej wizyty w kinach przebojem jest akurat kolejny odcinek Bonda, a mimo to widać tu przywiązanie do tradycji.


INFORMACJE PRAKTYCZNE:


kuwejt-tablica.jpg Wiza: Załatwia ją  tzw. sponsor, którym zazwyczaj jest kuwejcki hotel (raczej z tych lepszych, czyli droższych). Sponsor wbrew nazwie nie pokrywa naszych wydatków (wręcz przeciwnie - to my mu płacimy), ale bierze za nas odpowiedzialność. Oczywiście hotel-sponsor wymaga, by spędzić w nim przynajmniej kilka nocy. Wszystkie dane do można wysłać faksem, oryginał wizy będzie czekał na nas na lotnisku w Kuwejcie (dane z 2001 r.)

Przelot: Nie ma z Polski połączeń bezpośrednich. Ja korzystałam z usług British Airways z przesiadką w Londynie.

Hotele: Niestety  w Kuwejcie brak jest taniej bazy noclegowej, nie istnieją schroniska ani kwatery prywatne. Najtańsze hotele to wydatek ok. 14 KD za pokój (1 lub 2-os.) za noc. W dobrym, położonym w samym centrum czterogwiazdkowym hotelu Kuwait Plaza Hotel  za pokój zapłacimy 50 KD za noc.

Język: arabski, ale zwykle nie ma problemu z posługiwaniem się po angielsku.

Waluta: dinar kuwejcki - KD (tzw. kej-di), podzielony na 1000 filsów. 1 USD= 0,33 KD (2003 r.)

Ceny: 1 godzina korzystania z internetu: 1 KD, pocztówka - 250 filsów, znaczek do Polski: 150 filsów, bilet do kina 2,5 KD, obiad (raczej skromny) w tzw. taniej restauracji - ok. 2,5 KD, taksówki w obrębie Kuwejt City - 1-2 KD, gazeta (anglojęzyczny Kuwait Times) - 150 filsów.

Bezpieczeństwo:
Ogólnie Kuwejt to kraj bezpieczny, o bardzo znikomym poziomie przestępczości. Mimo to, jak wszędzie, są dzielnice, w których lepiej unikać samotnych wieczornych spacerów.

Zdrowie:
Nie ma ryzyka chorób tropikalnych, ameby czy malarii. Nie są wymagane żadne szczepienia.

Przewodniki:
Wyboru nie ma właściwie żadnego. Nawet "Arab Gulf States" (z rozdziałem poświęconym Kuwejtowi) z serii Lonely Planet jest w dużej mierze zdezaktualizowany. Na miejscu nie liczmy na informację turystyczną, foldery jeśli są, to zwykle po arabsku.

Back to top