Pustynia z historią
Hits: 5406

jor1.jpg

JORDANIA

Jak smakuje Philadelphia? Co zobaczył Mojżesz z góry Nebo? Jak wygląda podwodny czołg? Jordania to nie tylko dwa morza i ruiny Petry.



 
 
jor12.jpgKlimatyzowana kafejka to dobre miejsce aby uciec przed upałem. Zastanawiam się co zamówić. –Na upał najlepsze jest piwo! – podpowiada mój lokalny przewodnik, Marwan, który jak przystało na dobrego muzułmanina, alkoholu nie pije. –Spróbuj lokalne. Najlepsza Philadelphia... – radzi.

Otwieram ze zdumienia oczy. Czy ja rzeczywiście jestem w arabskim kraju? Nazwa piwa sugeruje mi że w USA, ale gdzie tam, faktycznie i produkcja, i nazwa są lokalne, bo jordańska Philadelphia istniała już ponad dwa tysiąclecia wcześniej niż amerykańska! Dokładniej tak właśnie w czasach grecko-rzymskich brzmiała nazwa obecnej stolicy, czyli Ammanu, a upamiętnia żyjącego w III wieku p.n.e. władcę Philadelphusa.

Jordańczycy są dumni, że ich stolica to jedno z najdłużej istniejących miast świata. –Na dodatek podobnie jak Rzym, wyrosła na siedmiu wzgórzach - podkreśla Marwan. Niedługo potem na jedno z nich jedziemy, choć po drodze przystajemy zobaczyć jeszcze wtopiony we współczesną zabudowę, świetnie zachowany teatr z II wieku n.e. Następny przystanek to już ruiny Świątyni Herkulesa na terenie tzw. Cytadeli, usytuowanej na wzgórzu z którego jest najlepszy widok na Amman. Moją uwagę zwraca potężny, liczący 127 metrów maszt z jordańską flagą. Kolory na fladze to symbole różnych, ważnych dla historii Jordanii dynastii muzułmańskich kalifów. Czarny pas to Abbasydzi, biały – Umajjadzi, zielony – Fatymidzi, a spinający je czerwony trójkąt to Haszymidzi, do których zalicza się obecna rodzina królewska.
 

Grunt to tolerancja
jorda3.jpgZdjęcie obecnego króla, Abdullaha II, wisi wszędzie – w urzędach, hotelach, na billboardach. Obok widnieje zwykle także zdjęcie jego ojca, zmarłego w 1999 roku Husajna I. O obydwu mówi się z ogromnym i chyba szczerym szacunkiem, Husajna ceniąc za wkład w pokój na Bliskich Wschodzie, a Abdullaha za dbałość o naród i rozwój kraju. Jego Królewska Mość Abdullah II urodził się w 1962 roku, a ożenił z córką palestyńskiego lekarza, co jest istotne, bo prawie połowa ludności Jordanii to Palestyńczycy. Oboje są bardzo dobrze wyedukowani - król kształcił się w Anglii i w USA, do tego jest wysportowany i lubi adrenalinę (nurkuje i skacze ze spadochronem). Zdaniem Marwana rzeczywiście mądrze rządzi – mój przewodnik co i rusz pokazuje mi osiedla całkiem ładnych domków zbudowanych z państwowego budżetu dla najbiedniejszych, opowiada też o szpitalach, elektryfikacji kraju i o stawianiu na turystykę.

W pewnym momencie zmieniam temat i pytam Marwana skąd ma takie imię i skąd się wzięły jego blond włosy. Okazuje się że to Jordańczyk, ale z czerkieskimi genami. W okolicach Ammanu żyje ok. 100 tys. Czerkiesów, potomków XIX-wiecznych uciekinierów z rosyjskiego Zakaukazia. -Dobrze nam tu, bo Jordania to bardzo tolerancyjny kraj – twierdzi chłopak. Sama widzę, że choć zdecydowana większość mieszkańców to muzułmanie, nie ma żadnej wrogości wobec innych religii. -Ja na przykład, jako muzułmanin, posyłam swoje dzieci do szkoły chrześcijańskiej, bo i blisko domu, i poziom dobry – opowiada jor2.jpgMarwan. I dodaje: -Z kolei w prowadzonej przez muzułmanina firmie zatrudniającej moją żonę, w zależności od wyznania pracownicy mogą zdecydować, kiedy chcą mieć wolne. Oficjalny jordański weekend to piątek i sobota, ale nie ma przeszkód by chrześcijanie świętowali w sobotę i w niedzielę.

Aby udowodnić, że chrześcijaństwo i islam mocno się zazębiają,, Marwan pokazuje mijany kościół, a potem opowiada o licznych w Jordanii miejscach biblijnych. Do najbardziej znanych należy Mukawir gdzie ścięto Jana Chrzciciela czy miejsce chrztu Jezusa w rzece Jordan. –W Izraelu też niby mają takie miejsce, ale autentyczne jest jordańskie. Nawet Jan Paweł II to potwierdził w czasie swojej pielgrzymki na Bliski Wschód – opowiada mój przewodnik, podkreślając że Jezus jest ważnym prorokiem także w islamie. Podobnie z Mojżeszem, który zmarł na Górze Nebo. Na jej szczycie spotykamy tłum pielgrzymów - oprócz chrześcijan i muzułmanów, także wyznawców judaizmu. Trzeba przyznać, że miejsce jest całkiem przyjemne i zadbane. Przy pomniku upamiętniającym 2000 lat chrześcijaństwa i wizytę Jana Pawła II (zasadzona wówczas przez Papieża oliwka to już całkiem spore drzewko)  wmurowano w chodnik tabliczki upamiętniające różnych sponsorów – jest wśród nich miasto Wrocław.

Gdzie jest grób Mojżesza nie wiadomo, za to można sprawdzić, co sędziwy starzec z góry Nebo zobaczył. Jeśli uznać, że za jego czasów, czyli w XIII wieku p.n.e. klimat był podobny (w znaczeniu suchy), to zbyt „obiecująco” Ziemia Obiecana nie wyglądała. Patrzę w zamyśleniu na pustynny płaskowyż i połyskującą w słońcu taflę wody. Owa woda to oczywiście Morze Martwe, po którego drugiej stronie jest już Izrael oraz okupowana Palestyna.


Wodna prasówka i opalanie na dywanie
jor3.jpgTo że Góra Nebo wznosi się 835 m nad poziomem „morza”, w tym akurat miejscu brzmi co najmniej dziwnie. W każdym razie na pewno nie jest punktem odniesienia położone w dole Morze Martwe stanowiące najniższy punkt na Ziemi, czyli znajdujące się 408 m poniżej poziomu „normalnych” mórz. Za to Morze Martwe jest morzem, w którym umiejętność pływania na nic się nie przyda, bowiem machając stylowo nogami lub rękami można chlapnąć sobie lub komuś wody do oczu, co przy takim zasoleniu (średnio 28 %, głębiej nawet 36%) miłe nie jest. Żeby zrobić sobie sztandarowe tutaj zdjęcie pod hasłem „leżę na wodzie i czytam gazetę” wystarczy się położyć i żeby nie wiem co, zatonąć się nie da. Przy okazji możemy spróbować się odmłodzić i upiększyć – w tym celu warto wysmarować się nadmorskim błotem i zmyć je dopiero gdy już wyschnie, tworząc na skórze skorupę czy jak kto woli – maseczkę.jor16.jpg

A co dla miłośników tradycyjnego pływania? Tu wybór jest tylko jeden: położone na południu kraju Morze Czerwone. Jordania ma do niego dostęp od portu Akaba, przez słabo jeszcze zagospodarowany pasa wybrzeża (to akurat plus), po granicę z Arabią Saudyjską.

Miłośnicy opalania powinni brać pod uwagę, że w samej Akabie, wyrosłym na pustyni ponad stutysięcznym mieście, zachwycających plaż nie ma –  jeździ się dla nich za miasto (turystów dowożą do nich zwykle hotelowe busy), przy czym te najlepsze, z infrastrukturą typu basen, prysznice, parasole etc., są płatne. Na plażach miejskich (bezpłatnych) bywa natomiast ciekawie jeśli chodzi o obserwowanie Jordańczyków. Przychodzą całe rodziny i piknikują rozkładając się nie na żadnych ręcznikach, ale na… dywanach, które można wypożyczyć specjalnych punktach. Oprócz dywanów są też do wypożyczenia namioty (zapewniają cień), a także koła ratunkowe, w których hasa w wodzie dzieciarnia. Poza maluchami w wodzie widać też nielicznych mężczyzn (pławią się na płyciznach, bo na ogół nie umieją pływać), natomiast kobiety przesiadują na brzegu, poubierane w swoje długie, czarne abaje i pozasłaniane po czubek głowy.jor15.jpg

-A może chcesz ponurkować – pyta Marwan. Jasne, że chcę! Następnego dnia zjawiam się w centrum nurkowym Sea Star prowadzonym przez sympatyczną Brytyjkę (Brytyjczycy lubią Jordanię - w końcu do roku 1946 był to obszar pod ich protektoratem).

Kolejne dwa dni spędzam zgłębiając tajemnice pobliskiej rafy. Plusem jest, że nie ma tu takich „wycieczek nurkowych” jak w Egipcie –  właściwie to poza mną i moim dive-masterem nie ma nikogo. Poza tym nie trzeba nigdzie daleko wypływać – wchodzi się do wody ze sprzętem z brzegu. Co można zobaczyć? Masę ryb, barwne koralowce, łąki wodorostów, sympatyczne żółwie, można też poeksplorować wrak statku, a nawet najprawdziwszy… czołg! Autentyczny pancerny M-40, z lufą, gąsienicami, wyglądający niczym podwodna fatamorgana. Okazuje się, że to pomysł samego króla, który jako nurek stwierdził że warto jordańską rafę trochę urozmaicić.


Wielogwiazdkowy eko-nocleg
jor20.jpgZ Akaby stosunkowo niedaleko (ok. 60 km) mamy do Wadi Rum – pustyni słynącej z ciekawych form skalnych (miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO). Ponieważ do większości ciekawych punktów można dojechać tam tylko samochodem terenowym, na miejscu czekają „do usług” kierowcy zdezelowanych Land Cruiserów z lat 70-tych. Nawet mnie nie dziwi że pojazd nie chce zapalić, a takie szczegóły jak wlew paliwa zatkany odpowiednio zgniecioną puszką, czy powiązaną sznurkiem kierownicę, uznaję za dodatkową atrakcję. W ramach dwugodzinnego safari zdobywamy imponujące wydmy, zatrzymujemy się przy tzw. Źródełku Lawrence`a (chodzi o słynnego angielskiego podróżnika, archeologa, a zarazem wojskowego i agenta wywiadu, który pod koniec I wojny jor17.jpgświatowej w tych okolicach przebywał), a w międzyczasie wytężamy wyobraźnię odgadując, co też przypominają oglądane skały. Swoją drogą góry są tu całkiem wysokie – najwyższy szczyt w okolicach wioski Rum sięga około 1750 m n.p.m. (tylko sto metrów niżej niż w ogóle najwyższa góra Jordanii). Zdaniem znawców Wadi Rum to ponoć najlepszy teren do wspinaczki skalnej na całym Bliskim Wschodzie.

Na koniec jeszcze sesja fotograficzna wielbłądzicy z młodym. Przywykłych do roli modeli dromaderów jest w tej okolicy sporo. Część z nich wynajmuje się do turystycznych przejażdżek, większość jednak chodzi samopas, więc na drogach ostrzegają przed nimi stosowne znaki.

Właścicielami wielbłądów są Beduini, którzy dodatkowo prowadzą obozowiska dla zostających na dłużej turystów. Ja wybieram wersję „adventure” bo propozycja namiotu na campingu nie za bardzo mnie interesuje. Zasypiam pod gołym niebem, wpatrzona w miliony gwiazd jakie mrugają do mnie z bezkresnego nieba. Budzi mnie dopiero poranny chłód i trzask gałązek które beduiński towarzysz łamie rozpalając ognisko. No tak, czas na tradycyjną herbatkę – miętową i bardzo słodką. A potem – kierunek Petra!


Rzymska spuścizna
jor22.jpgPetra to bez wątpienia najbardziej znany zabytek Jordanii, zresztą również wpisany na Listę UNESCO. Nazwa Petra znaczy „skała”, bo faktycznie, wiele z oglądanych obiektów nie tyle wybudowano, co wykuto w miejscowych wzgórzach. Już samo dojście do dawnego miasta, w zamierzchłych czasach pełniącego funkcję stolicy Nabatejczyków, robi wrażenie. Chodzi o Sik – malowniczy, ponad kilometrowy wąwóz, którego skalne ściany zwężają się w pewnym momencie na zaledwie 3 metry, po czym niczym przez dziurkę od klucza ukazuje się fasada niezwykłej budowli zwanej Skarbcem.

Spędzam w Różowym Mieście (tak się mówi o Petrze w nawiązaniu do koloru skał) dwa dni, a i tak nie zdążam zobaczyć wszystkiego co chcę. Dość powiedzieć, że aby dotrzeć do niektórych miejsc, jak np. grobu Aarona, brata Mojżesza (kolejne miejsce „biblijne”), trzeba liczyć kilka godzin górskiej wędrówki. Najwięcej czasu mija mi wśród skalnych grobowców (jest ich w Petrze około 500) oraz w „dzielnicy rzymskiej”. Warto jednak wiedzieć, że najlepsze w Jordanii ruiny rzymskie (a zdaniem niektórych -  najlepsze rzymskie miasto poza Rzymem) stanowi starożytne Dżerasz koło Ammanu. Również i tam trzeba się nachodzić, bo do oglądania jest naprawdę mnóstwo, m.in. niezwykłe w kształcie, owalne forum, wielki hipodrom, teatr, dawne świątynie, otoczona kolumnami cardo, czyli główna ulica ciągnąca się przez dobre 800 m. -W II - III wieku n.e. Dżerasz liczyło ok. 20 tys. mieszkańców. Jak na razie odkopano tylko 30% tego co tu wtedy było – słyszę od przewodnika.
 


Zły Renald, dobra kawa
jorda2.jpg-Czego jeszcze nie widziałam, a powinnam? – pytam znad talerza, pałaszując mansaf, narodową jordańską potrawę z jagnięciny z dodatkiem bulgur – pszenicznej kaszy. Marwan wylicza mi całą listę ciekawych miejsc, ale przecież muszę coś zostawić na kolejny raz. Ale… okej, „zamki krzyżowców” brzmią dobrze. Wybieramy Karak, jedną z największych i najlepiej zachowanych na Bliskim Wschodzie warowni. Do Malborka się wprawdzie nie umywa, ale wrażenie robi. Dowódcą twierdzy był w XII wieku niejaki Renald z Chatillon, rycerz okrutny i daleki od rycerskich cnót. Wsławił się choćby zrzucaniem z wysokich zamkowych murów muzułmańskim więźniów, a żeby przedłużyć im psychiczne i fizyczne męki, czyli aby nie stracili zbyt szybko świadomości, kazał im zakładać na głowy drewniane skrzynki. Wszyscy w okolicy mieli Renalda dosyć, zwłaszcza że nie dotrzymywał zawartych układów pokojowych i stale napadał na kupieckie karawany i pielgrzymów wędrujących do Mekki, łupiąc i mordując na potęgę. W końcu podpadł samemu Saladynowi, słynnemu muzułmańskiemu władcy słynącemu z jorda1.jpgposzanowania zasad i szlachetności. Saladyn obiecał że zabije zwyrodnialca i rzeczywiście – słowa dotrzymał. Historię złego Renalda przytaczają książkowe przewodniki. Miejscowi o dziwo czasów krucjat krzyżowych nie komentują. Było, minęło...

Tymczasem mijają dwa tygodnie. Tuż przed odjazdem na lotnisko Marwan przynosi mi typowo jordańskie prezenty: biało-czerwoną kefiję, czyli chustę w Polsce nazywaną arafatką, wypełnioną kolorowym piaskiem buteleczkę wewnątrz której misternie usypano wzorek składający się na napis „Jordan” oraz paczkę aromatycznej kawy. –Arabska…- uśmiecham się. –Tak naprawdę to brazylijska, ale z arabskimi przyprawami – uściśla Marwan, wiedząc, że za małą czarną z dodatkiem kardamonu mogę dać wiele. –Wrócisz do Jordanii? – pyta. –Mam nadzieję. że tak. Inszallah! „Jak Allah pozwoli” – cytuję jedno z najpopularniejszych w tym kraju powiedzonek.



O JORDANII OGÓLNIE
Oficjalna nazwa: Haszymidzkie Królestwo Jordanii
Powierzchnia: 89,3 tys. km kw.
Ludność: 5,6 mln (w tym 99,2 % to Arabowie)
Religia: islam (96%)
Język: arabski, ale w miejscach turystycznych można porozumiewać się też po angielsku.


INFORMACJE PRAKTYCZNE (dane z VII.2013 r.)

Jak dotrzeć: Ceny przelotów z Polski do Ammanu lub Akaby i z powrotem zaczynają się od ok. 1500 zł (Lufthansa z przesiadką we Frankfurcie, Turkish Airlines via Stambuł). W momencie pisania tego tekstu nie było bezpośrednich połączeń z Polski do Jordanii, choć od jesieni 2013 obiecywano czartery z Warszawy obsługiwane przez jordańskego przewoźnika Royal Wings Airlines w kooperacji z polskimi biurami podróży.

Waluta: dinary jordańskie dzielące się na 100 piastrów i 1000 filsów. 1 JD to 4,64 zł. 1 USD = 0,70 JOD.

Różnica czasu: w stosunku do Polski + 1 godzina.

Wiza: Wizę mieć musimy. Możemy ją otrzymać na lotnisku, po zapłaceniu 20 dinarów (28 USD), choć jeśli przylatujemy w grupie zorganizowanej przez biuro podróży, z opłat powinniśmy być zwolnieni (ogłoszona przez rząd promocja obejmująca wycieczki spędzające w Jordanii min. 2 noce). Jeśli przyjeżdżamy drogą lądową wizę trzeba załatwić wcześniej, w którymś z jordańskich przedstawicielstw konsularnych (najbliższe w Berlinie). W tym przypadku trzeba liczyć 14 dinarów za wizę jednorazową i 28 JD za wielokrotną.

Kiedy jechać:  Najlepszy czas na zwiedzanie Jordanii to wiosna (marzec-maj) oraz jesień (wrzesień-listopad). Latem jest bardzo sucho i gorąco - temperatury przekraczające 30 stopni to standard, a pustynia to istny piec. Zimy dla odmiany są wilgotne i chłodne – temperatury wynoszą wahają się od 0 do 16 stopni, przy czym w górach, np. w okolicach Petry, zdarza się nawet śnieg. Jeśli chodzi o zimę to wyjątek stanowi Dolina Jordańska (Morze Martwe) oraz położona nad Morzem Czerwonym Akaba, gdzie nawet w styczniu jest przyjemnie ciepło, ale nie gorąco (od 16 do 22 stopni).

Noclegi: Operatywni plecakowicze mogą znaleźć miejsca, gdzie za łóżko w pokoju wieloosobowym zapłacą 2 JD, ale jeśli chcemy mieć trochę prywatności, to za najtańszy pokój 2-os. musimy liczyć ok. 7 JD, a za lepszy standard – 20 i więcej. Największy wybór, także bardzo luksusowych hoteli znanych sieci (Kempinski, Sheraton etc.) jest oczywiście w Ammanie.

Ceny: W stosunku do Egiptu Jordania jest droższa, za to tańsza niż sąsiedni Izrael. Koszty podróży zależą od tego, na jaki standard się decydujemy – wersja niskobudżetowa (tanie lokum plus falafele z ulicznego fast-foodu to ok. 8 JD, ale bardziej rozsądnie jest liczyć więcej. Transport jest względnie tani, większość muzeów to wydatek rzędu 1-3 JD, ale już np. wstęp do ruin starożytnego Dżerasz to 8 JD (37 zł), a 1-dniowy bilet do Petry - 50 JD (232 zł) lub 90 JD (417 zł) dla turystów którzy wjeżdżających do Jordanii tylko na 1 dzień (np. w ramach wypadu z Izraela).

Transport lokalny: Na większych dystansach (np. między Ammanem a Akabą – 320 km po autostradzie) kursują wygodne autobusy, chyba że wolimy samolot, bo taka opcja też jest. Między bliżej położonymi miejscowościami świetnie sprawdzają się tzw. servees – wieoosobowe taksówki nie mające stałych rozkładów jazdy, często zbierające pasażerów po drodze (również wysiąść można w dowolnym miejscu). W miastach dostępne są taksówki – łatwo je rozpoznać po żółtym kolorze. Wypożyczenie samochodu to wydatek ok. 25-35 JD dziennie.

Warto wiedzieć:
* Jordania wprawdzie sąsiaduje z niespokojną wciąż Syrią, ale nie musimy się obawiać – jest to kraj stabilny politycznie.
* Pomoc medyczna, która nie wymaga hospitalizacji, jest w Jordanii darmowa (ale mimo wszystko lepiej ubezpieczenie wykupić).
* Jak to w krajach arabskich, mile widziany jest tzw. bakszysz, czyli dawanie napiwków (w restauracjach 10% wartości rachunku).
* Ogólny telefon alarmowy to w Jordanii 191.
* Wybierając się w rejony mało turystyczne, pamiętajmy o odpowiednim stroju, który dla miejscowych muzułmanów oznacza zakryte kolana i ramiona (czyli bez koszulek na ramiączkach, lepiej też zrezygnować z szortów). Oficjalnie zabronione jest opalanie się topless, a panie korzystające z publicznych miejsc powinny mieć kostium jednoczęściowy (za to na basenach hotelowych jest pełna dowolność).
* Jeśli przyjedziemy do Jordanii na wiosnę, poszukajmy rosnących dziko czarnych irysów – to kwiat narodowy tego kraju.

W internecie: www.jordania.net   (po polsku), www.visitjordan.com   (oficjalna strona jordańskiego Ministerstwa Turystyki), www.jordanjubilee.com , www.lonelyplanet.com/jordan/
 

Back to top