Manhattan po jemeńsku
Hits: 4087

jemen-panorama miasta.jpgJEMEN

Wieżowce na pustyni? W XI wieku? Brzmi to jak opowieść z cyklu "Baśni Tysiąca i Jednej Nocy". A jednak to prawda. Sięgające nawet 9 pięter domy-wieże, budowane jedynie przy pomocy rąk, przetrwały do czasów obecnych, stanowiąc jedną z głównych atrakcji Jemenu. Nie jest to żaden zamknięty teren muzealny. Ludzie żyją w nich tak samo jak przed wiekami, może tylko trochę wygodniej.



Jemeńczycy mają powody do dumy ze swej stolicy - Sana to jedno z najstarszych miast świata, założone według legendy przez Sema, jednego z synów Noego. Nazwa oznacza "warowne miasto", przy czym ludzie mieszkają w nim nieprzerwanie od ponad 2,5 tys. lat! Równocześnie to jedna z najbardziej niezwykłych metropolii, nawet nie tyle ze względu na orientalną atmosferę nie zepsutą jeszcze napływem turystów (wiele osób po prostu boi się przyjechać do Jemenu), ile za sprawą oryginalnej, unikalnej architektury. Kiedy w średniowiecznej Europie nikomu nie śniło się o czymś takim jak wieżowce, na odległym krańcu Półwyspu Arabskiego powszechne już było budowanie wielokondygnacyjncych domów przypominających ozdobione koronkami wieże. Do tej pory w obrębie otoczonej murami starówki Sany zachowało się 6,5 tys. takich domów, powstałych przed XI wiekiem.

jemen -zony wracajace z zakupow.jpg Prowadząca na starówkę, wybudowana przez okupujących niegdyś te tereny Turków Osmańskich brama Bab al-Jamn, to jakby wehikuł czasu. Zostawiam za sobą normalne, nowe miasto z kafejką internetową, w której sprawdzałam wieści z kraju oraz samochodami czekającymi na zmianę świateł na ruchliwym skrzyżowaniu i za chwilę wchodzę w świat od wieków niezmieniony - z brukowanymi ulicami, szerokimi jedynie na tyle, by mogła przejechać dwukółka ciągnięta przez osiołka. Ruch jak w ulu - bądź co bądź tuż za bramą zaczyna się suk, czyli arabski bazar z setkami kramów czynnych do nocy. Można kupić na nich dosłownie wszystko - meble, przyprawy, mydło i kadzidło (w końcu w starożytnych czasach to z Jemenu wyruszały karawany transportujące cenną żywicę w rejon Morza Śródziemnego), srebrną biżuterię, japońską elektronikę, dojrzałe papaje czy hennę do robienia tradycyjnych kobiecych tatuaży.

Sprzedawca z miejscowej herbaciarni zaprasza mnie na herbatę. Nie jest to żaden lokal - raptem kilka ustawionych na placu stolików, przy których siedzą sami mężczyźni. Podawana w małych, płukanych w wiadrze szklaneczkach herbata, czyli po tutejszemu "szai", jest mocna i bardzo słodka. Szczerze mówiąc za słodka, tak więc jej wypicie przychodzi mi z trudem, no ale czego nie robi się dla dobrych układów z miejscowymi.

jemen-bracia.jpg Obserwuję przelewający się przez ulicę potok ludzi - kobiety w czarnych czadorach, zasłonięte tak, że widać tyko oczy (od turystek nie wymaga się takiej formy ubioru), mężczyzn w białych, długich dżelabijach, z marynarkami zarzuconymi w europejskim stylu i do tego z szerokim pasem, za którym zatknięty jest tradycyjny jemeński nóż, czyli tzw. dżalabija. Takie zakrzywione noże noszą nawet dzieci, a dla dorosłych to wręcz nieodzowny atrybut stroju. Wartość dżalabiji odzwierciedla poniekąd status materialny i społeczny jej właściciela. Najdroższe są te z rękojeścią z rogu żyrafy - ich ceny dochodzą nawet do kilku tysięcy dolarów.

Jemeńczycy są bardzo towarzyscy, tak więc już po chwili otacza mnie krąg zaciekawionych moją osobą postaci. Jest wśród nich Ahmed, który prowadzi biuro turystyczne, tak więc mówi nienagannym angielskim, a do tego stanowi skarbnicę wiedzy. Na dalsze zwiedzanie miasta idziemy już razem. Kręcąc się po labiryncie ulic otoczonych typowymi tutaj domami-wieżowcami czuję się niczym w muzeum pod gołym niebem. Ahmed tłumaczy mi, że na ogół jeden dom to własność jednej rodziny. Rodziny w Jemenie zawsze były spore, wielodzietne i wielopokoleniowe, a że ziemia była cenna, oszczędzając jej powierzchnię przestrzeń mieszkalną zyskiwano na kolejnych kondygnacjach. Większość domów posiada 5-6 pięter, ale są i takie które osiągają nawet 8-9. To i tak nic przy opisywanym w dawnych kronikach pałacu Ghumdan, zbudowanym w III wieku n.e. (niestety zniszczonym w VII-mym), który już w tych odlelgłych czasach miał ponoć 20 pięter!

jemen-wiezowiec w sanie2.jpg Wykorzystanie budynków, przynajmniej tych należących do zwykłych śmiertelników, jest od wieków określone pewnym schematem. Kiedyś na parterze trzymano zwierzęta, poza tym był tam schowek na drewno, owoce czy zboże, teraz natomiast są to pomieszczenia służące jako biuro, sklep albo warsztat. Pierwsze piętro to już poziom mieszkalny z dużym, prostokątnym pokojem zwanym divan, do przyjmowania gości, jak również do spożywania posiłków, siedzenia w ciągu dnia, czasem spania. Wyżej znajduje się kolejny, główny divan, przeznaczony na specjalne uroczystości rodzinne związane z narodzinami, ślubami, pogrzebami. Nad nim umiejscowiona jest kuchnia - zwykle osmolona w związku z używaniem znajdującego się w niej pieca do wypieku chleba. Dawniej palono w nim drewnem, a do odprowadzenia dymu miały służyć otwory wywiercone w ścianach. Na tym poziomie często znajdują się dodatkowe pokoiki-sypialnie i taras dla kobiecej części rodziny. Zwykle otacza go specjalna ścianka ze szparami, przez które panie mogą obserwować ulicę i inne domy, same nie będąc z zewnątrz zauważonymi.

Najwyższy poziom stanowi tzw. mufradż - miejsce zarezerwowane dla najważniejszych gości, z tego też powodu najładniej w całym domu udekorowane.
-Zresztą, co ci będę opowiadał. Sama zobaczysz jak to wygląda... - stwierdza Ahmed ciągnąc mnie przez kolejne zaułki. Budynek do którego w końcu wchodzimy, to tak naprawdę hotel, ale głównie dla miejscowych, tak więc urządzony w tradycyjnym stylu. W środku - przyjemny chłód. Grube kamienne ściany powodują, że w ciągu upalnego dnia we wnętrzu nie jest gorąco, natomiast zimą, kiedy w nocy bywa zimno - zakumulowane w murach ciepło sprawia, że nie potrzebne jest dodatkowe ogrzewanie. Jeśli chodzi o dobrodziejstwa cywilizacji, to owszem, są. Woda, elektryczność, telewizja... W końcu trzeba iść z duchem postępu.

jemen -dzieci2.jpg Wspinamy się po kamiennych schodach, wreszcie, ledwo dysząc (cóż, wind w tego typu domach nie ma), stajemy na dachu sześciopiętrowca, na którym jest też  manzar, czyli taras. Widok obłędny! Otaczają mnie owe niezwykłe domy, niczym z baśni, choć scenerię psują nieco  anteny satelitarne i baniaki do ogrzewania wody. Z góry wyraźnie widać, że nazywanie Sany miastem minaretów wcale nie jest naciągane. Niemal na wyciągnięcie ręki mam Wielki Meczet  - Dżami al Kabir, uważany za jedną z najstarszych świątyń świata islamu. Ponoć kiedy w 628 roku tereny te zostały podbite przez wojska Mahometa, Prorok osobiście wskazał miejsce, gdzie stanąć miał ten imponujący teraz dom modlitwy. Niestety, jemeńskich meczetów "niewierni" turyści zwiedzać nie mogą.

Akurat jest zachód słońca, zapalają się pierwsze światła, zewsząd rozlega się ezan - muzułmańskie nawoływanie do modlitwy. Trudno mi się oderwać od tego nietypowego spektaklu typu "światło i dźwięk nad Saną", ale ponieważ gospodarz domu przynosi qat, nie pozostaje więc nic innego jak pójść za nim i zasiąść w mufradżu. Przed wejściem do pokoju zwyczajowo zdejmujemy buty. Zgodnie z jemeńskim stylem nie ma żadnych foteli - siada się na podłodze, a raczej na rozłożonych na dywanach poduchach. Wspomniany qat to zawierające śladowe ilości amfetaminy liście wiecznie zielonego drzewa lub krzewu Catha Eduis (łac.). Qat żuje niemal większość panów Jemeńczyków, kobiety raczej rzadko. Charakterystyczne ruszanie żuchwą, widoczne nawet u policjantów, zaczyna się wczesnym popołudniem, i wkrótce liczne policzki sprawiają wrażenie jakby włożono w nie piłeczkę, czasem wręcz tenisową. Jako osobie niewprawionej, ubijanie językiem qatu w policzku nie wychodzi mi najlepiej, ale muszę przyznać, że niewątpliwie swoimi nieudolnymi staraniami zjednuję sympatię Jemeńczyków. Jeśli chodzi o skutki - nie odczuwam żadnych, poza niezbyt pasującym mi gorzkim smakiem w ustach i zielonkawą śliną.

jemen-w goscinie.jpg Rozglądam się po pokoju - moją uwagę zwracają nisko rozmieszczone okna - to z myślą o siedzących lub usadowionych wręcz na pół leżąco biesiadnikach. Okna przypominają witraże - dawniej zdobiono je tzw. qamariya, tj. kawałkami alabastru, przeświecającego na bursztynowo, teraz bardziej powszechne jest stosowanie kolorowego szkła zwanego takhrim.

Wyglądamy przez okno. Ahmed pokazuje mi jak z zewnątrz zbudowany jest tradycyjny dom. Nawet teraz stawia się je tradycyjnymi metodami, czyli ręcznie, bez użycia dźwigów (przynajmniej w obrębie starówki). Niższa część jest z kamieni bazaltowych, wyższa z wypalonej cegły. Wykończenie stanowi glina, natomiast białe obramowania mający charakter zdobniczy, to wapienny stiuk. Motywy dekoracyjne są bardzo różne, na ogół inspirowane biżuterią, koronkami i wzorami na tkaninach. Tradycyjne drzwi są zrobione z drewna, z dowieszoną metalową kołatką, ale coraz częściej zastępowane są drzwiami z metalu, często malowanymi w jaskrawe wzory.

Jednak wiekowe, niezwykłe wieżowce są również w innych miastach Jemenu. Największe ich nagromadzenie poza Saną zobaczymy w mieście Shibam, znajdującym się na terenie dawnego Jemenu Południowego. Niesamowity musiał być to widok dla wędrujących z karawanami, kiedy przemierzając pustynne pustkowie docierali do Wadi Hadramout - wyschniętego koryta rzecznego i nagle,  w otoczeniu stromych skał doliny, ukazywały się istne wieżowce. Być może niektórzy brali to za fatamorganę, jednak ten "Manhattan Pustyni", jak nazywa się obecnie Shibam, istniał naprawdę. Na niewielkiej przestrzeni stoi ok. 500 budynków, mających nawet 8-9 pięter. Otacza je wysoki na 7 metrów mur, przez który prowadzi tylko jedna brama. Wieżowce Shibam są młodsze od większości wieżowców z Sany - pochodzą z XVI wieku. Różnią się też sposobem budowy i zdobnictwa - nie ma tu fantazyjnych fryzów tak charakterystycznych dla budynków ze stolicy. Typowe w Shibam są za to okienka pod samymi dachami - latem je otwierano, na zimę zamykano, czyli po prostu regulowano nimi temperaturę jemen-wiezowiec ii.jpgwewnątrz budynku.

Jeśli jednak nie mamy czasu by się wybrać do Shibam, warto wyskoczyć choćby do położonej ok. 60 km Sany Thulli. Tam także mamy domy-wieżowce, labirynt uliczek i wielki zbiornik napełniany wodą z gór, do którego przychodzą z wiadrami miejscowe kobiety.

No ale ja wciąż jestem w Sanie... Pytam Ahmeda dlaczego nie mieszka w takim zabytkowym domu. Nie kryje, że górę bierze wygoda. Stare domy  wymagają sporych inwestycji. Na starówce w Sanie mieszka zaledwie 20 proc. spośród ćwierćmilionowej populacji, przy czym większość to raczej biedni ludzie. Bogatsi wyprowadzili się na przedmieścia, gdzie łatwiej jest wybudować nowy dom, większy i nowocześniejszy, no i przestrzeni jest więcej. -Ale my lubimy naszą tradycyjną architekturę - zarzeka się Ahmed. Chyba właśnie dlatego większość nowopowstających w Sanie budynków, nawiązuje do wypracowanego przed wiekami stylu.

Back to top