Freeridowy raj
Hits: 3164
ALAGNA (WŁOCHY)


Przez długi czas alpejskie ośrodki kojarzyły mi się wyłącznie ze świetnie przygotowanymi, ubitymi przez ratrak trasami. Do czasu, kiedy nie pojechałam do Alagnii we włoskim Piemoncie. Wyciągi, owszem, tam są, ale... nie ma nartostrad. To raj dla miłośników free-ride`u.

piemont-freeride-znak.jpgAlagna Valsesia jest niewielką wioską u podnóża słynnej Monte Rosy (4634 m n.p.m.), na samym końcu doliny zamkniętej potężnymi górami. Foldery i przewodniki opisujące ten rejon uprzedzają: to narciarski raj, ale dla naprawdę doświadczonych narciarzy, na dodatek z dobrym sprzętem. Może dlatego nie ma tu jeszcze tłumów - czuje się bliskość gór, kontakt z naturą, bez wrażenia natarczywej turystycznej komercji. Nie ma tu wielkich kompleksów hotelowych, które z powodzeniem zastępują tradycyjne, wiekowe, drewniane chaty.

Fakt, że nie ma tłumów, to także kwestia transportu - do najbliższej autostrady jest ok. 80 km, a dotrzeć tu można samochodem jedynie od południa, co skutecznie redukuje liczbę turystów z krajów niemieckojęzycznych. Zresztą w Alagni droga się kończy. Nic dziwnego, że docierają do niej tylko najwytrwalsi, prawdziwi narciarscy koneserzy. Kto woli rekreacyjne ślizganie się, zabawę w rozbrzmiewających muzyką barach na stoku i wieczorne dyskoteki, lepiej od razu niech jedzie gdzie indziej.

 

Muldy, skały, puchowy śmig


piemont-freeride -instruktor.jpg -Powinniście wziąć przewodnika - przekonuje nasz włoski znajomy. Przewodnika? - nie możemy pojąć. -Po co? Przecież kupując ski-pass weźmiemy mapkę, którą na pewno tu mają i sobie spokojnie poradzimy. Uważamy, że przewodnik to zbędny wydatek, ale w końcu ulegamy - jedzie z nami Alberto z miejscowego "Corpo Guide".

Trochę jesteśmy zaskoczeni, gdy Alberto wręcza nam specjalne nadajniki (tzw. piepsy), pozwalające na szybką lokalizację delikwentów przysypanych lawiną. Kiedy zakładamy urządzenia, nasz opiekun sprawdza jeszcze swoją radiostację. No, no, poważnie się zaczyna! Zastanawiam się, czy to może tak dla zwiększenia adrenaliny i podbicia ceny usług przewodnickich, ale patrząc na wystający z plecaka Alberta czekan oraz linę, przestaję mieć wątpliwości. Szybko się też przekonuję, że darmowa mapka wyciągów jest rzeczywiście zbyt ogólnikowa, by posługiwać się nią  przy prawdziwych zjazdach off-piste.

Wsiadamy do ośmioosobowych gondolek, potem przesiadka na dwuosobowe krzesła i w ten sposób z poziomu 1192 m, na którym położona jest Alagna wjeżdżamy do Bocchetta delle Pisse na 2396 m. Tu Alberto robi nam egzamin - korzystając z jedynej w tym rejonie wyratrakowanej trasy (czerwona), sprawdza poziom naszych narciarskich umiejętności. Werdykt - jest OK, więc wjeżdżamy jeszcze wyżej, kolejką linową na Punta Indren (3260 m), gdzie na tarasie restauracji Alberto objaśnia nam panoramę. Na wyciągnięcie ręki mamy Monte Rosę, wysoki szczyt na horyzoncie to Mont Blanc, z drugiej strony wznosi się Gran Paradisso. Ponoć przy super widoczności widać nawet oddalony o 120 km Turyn.

piemont-klatka.jpg Jesteśmy na skraju lodowca. Napisy oznajmiają, że to już "Freeride paradise". Na lodowcu jeździ się tylko latem, zimą możliwe są tylko zjazdy w dół, po nieprzygotowanych stokach. Początek trasy nawet jest zaznaczony na naszej mapce - czarnym kolorem i faktycznie na taki zasługuje. Stok jest stromy, do wyboru jest albo jazda w głębokim, dziewiczym śniegu, albo w rozjechanym, za to po sporych muldach. W naszej kilkuosobowej grupce dwie osoby wyraźnie mają kłopoty. Na szczęście jest miejsce, do którego dochodzi wyciąg "łącznikowy" - kto jeździ słabiej może zrezygnować i wrócić do Alagni.

Szybko się okazuje, że to co do tej pory pokonaliśmy, to dopiero rozgrzewka. My też zjeżdżamy do Alagni, tylko że 15 km "trasą bez trasy". Zajmuje nam to bite dwie godziny. Nie ma żadnego wytyczonego szlaku, bez znającego teren Alberto nie dalibyśmy rady. Co i rusz są jakieś przeszkody, co chwila ktoś z nas leży. Z podziwem patrzymy na perfekcyjny śmig w głębokim puchu wykonany przez naszego instruktora - nam to tak wspaniale nie wychodzi. Czasem trzeba zeskoczyć, wykonać ciasne skręty między skałami, przejechać przez wąziutki mostek nad potokiem, ześlizgnąć się po lodzie mając za plecami stresującą przepaść...

Zaczynamy czuć  bolące mięśnie, więc dość często stajemy na odpoczynek, ale też i na robienie zdjęć, bo widoki są obłędne. W końcu, już mocno zmęczeni, choć zachwyceni trasą, no i co tu dużo mówić - dumni z siebie, wjeżdżamy na zaśnieżoną drogę - znak, że to już Alagna. Mijamy stoczek z dwoma wyciągami talerzykowymi - to właściwie jedyne w tym rejonie miejsce, gdzie można się uczyć szusowania, albo wysłać na narty dzieci. Niedługo potem, na progu hotelu, następuje tak cudowny moment zdjęcia narciarskich butów. Przy gorącym winie opowiadamy sobie wrażenia z wycieczki. Teraz już wiemy, że opis wyczytany w prestiżowym atlasie narciarskim ("Ski Atlas -Alpy", wyd. ADAC), twierdzący, iż jest to "jedna z najwspanialszych tras zjazdowych we włoskiej części Alp Zachodnich" nie był wcale przesadzony.

 

Helikopter zamiast wyciągu


Rozochoceni następny dzień też spędzamy pod opieką Alberto. Tyle, że tym razem zmieniamy kierunek - postanawiamy przedostać się do położonego w sąsiedniej dolinie (Dolina Aosty) regionu narciarskiego Gressoney. W przyszłości (tekt pisany w 2004 r.) obie doliny połączy nowa kolejka linowa, tak więc narciarzom będzie łatwiej zmieniać regiony. Tylko że chyba Alagna na tym... straci. Przestanie być już tak niedostępna, co jest jej niewątpliwym atutem.

piemont-freeride (27).jpg Tym razem na trasie spotykamy więcej narciarzy; jest nawet coś w rodzaju szlaku wyznaczonego przez ślady nart (ale żadnych kierunkowskazów nie ma). Tym razem czeka nas więcej płaskich trawersów, choć jest też i miejsce zwane "Wąwozem Orła", gdzie trzeba trochę powalczyć, czyli w wąskim przesmyku zmierzyć się z oblodzonymi muldami. Aż w końcu nagle z tych dzikich gór wjeżdżamy na ubite stoki, z tłumem narciarzy. To już Gressoney - typowy ośrodek narciarski, gdzie trasy są ubite, dokładnie opisane. Po wcześniejszych doświadczeniach tutejsza, świetnie przygotowana nartostrada, oznaczona jako czarna, wydaje nam się zaskakująco łatwa.

Z surowej, wysokogórskiej okolicy wjeżdżamy w lasy. W sumie - niby fajnie, ale jakoś inaczej. Postanawiamy wrócić jednak tam gdzie cisza, spokój, dziewicze stoki. Wciągamy się kolejką (na szczęście mamy karnet na cały region "Monterosa ski"), potem zjeżdżamy do położonego na wysokości 2880 m schroniska Rifugio Guglielmina (od nazwiska rodziny, która go wybudowała).

Pora obiadu... Kuchnia piemoncka jest bardzo urozmaicona, wypada więc spróbować lokalnych specjałów. Alberto opowiada o typowej tutaj potrawie zwanej uberlekke - stanowi ją półmisek wypełniony mięsem różnego typu. Ponoć obok wieprzowiny, baraniny itp. na talerzu lądują też niekiedy świstaki. Lubimy świstaki (żywe), więc tłumaczymy, że wolimy prostsze dania. Ostatecznie próbujemy polentę concia czyli piemont-schronisko.jpgsoczewicę z masłem i stopionym serem oraz panissę - potrawę z ryżu, z fasolą, słoniną i specjalnym rodzajem salami. Przy okazji dowiadujemy się, że w Piemoncie uprawia się ryż - otrzymuje się go 600 tys. ton rocznie.

Jesteśmy przy dobrej włoskiej cafe-corretto (kawa z likierem), gdy wpada grupa w kaskach i uprzężach alpinistycznych. Zjechali tu w ramach tzw. heliski. Raniutko helikopter wywiózł ich na położone na wysokości 4200 m n.p.m. stoki Monte Rosy. Są zachwyceni zjazdem -  różnica poziomów docelowo ponad 3 tys. metrów i nachylenie stoku dochodzące do 60 stopni to nie byle co. Alberto opowiada, że przy bardzo dobrze jeżdżącej ekipie możliwe jest poszerzenie programu heliski jeszcze o przedostanie się do szwajcarskiego Zermatt i jazdę tuż przy słynnym Matterhornie (po włosku szczyt ten nazywa się Cervino). Najlepiej jeśli rozłoży się to na 2 dni, z noclegiem po drodze.

Ale to pomysł na przyszłość, teraz czeka nas jeszcze przebijanie się przez góry z powrotem do Alagnii. Po drodze pytam, jak to z tymi lawinami. -Nikt tu jeszcze z narciarzy w lawinie nie zginął, ale lepiej losu nie prowokować - Alberto pokazuje na schowany pod kurtką detektor lawinowy.

 

Alagna lepsza od Everestu


piemont-kapliczka.jpg Mimo, że Alagna to rzeczywiście freeridowy raj, i że ogólnie w Piemoncie jest gdzie jeździć (w końcu nie na darmo region został gospodarzem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2006 roku), warto zostawić sobie trochę czasu na inne tutejsze atrakcje. Jeśli lubimy adrenalinę możemy powspinać się na zamarzniętych wodospadach, jeśli wolimy coś spokojniejszego, wybierzmy się na wycieczkę na tzw. rakietach śnieżnych (do pożyczenia na miejscu). W prawdziwą ekstazę mogą wpaść miłośnicy etnografii - Valsesia, czyli inaczej dolina rzeki Sesii, słynie jako ostoja oryginalnego folkloru. Tradycyjne tutejsze domy zbudowane są w całości z drewna, dachy mają pokryte szarymi, kamiennymi łupkami, a typowym ich elementem są wnęki z ażurowymi balustradami, na których dawniej suszono siano czy zboże, natomiast współcześnie, latem, obwiesza się je kwiatami. Spore skupisko takich domów, wyglądający niczym żywy skansen, można zobaczyć właśnie na obrzeżach Alagnii. W jednym z budynków, z 1628 roku, mieści się nawet niewielkie, ale ciekawe muzeum objaśniające jak niegdyś się tutaj żyło. Miejscowość ma zresztą dość długą historię - o  jej istnieniu wspominały dokumenty już z 1217 roku. Od ponad 700 lat żyje tu niewielka, niemieckojęzyczna komuna tzw. Walserów - ich przodkowie dotarli tutaj z Górnego Valais (dzisiejsza Szwajcaria).

piemont-syliwio.jpg Trzeba przyznać, że mieszkańcy dumni są ze swojej przeszłości. Przekonuje mnie o tym m.in. Sergio - właściciel hotelu ulokowanym w jednym z takich starych domów. Pokoje mają bardzo wysoki standard, ale żeby nie psuć atmosfery "starości" ściany to ciosany kamień i drewno, wszędzie zaś wiszą wyblakłe zdjęcia pokazujące Alagnę przed laty. Sergio godzinami może opowiadać o pięknie okolicy i górach. -Przyjedź jeszcze kiedyś, to pójdziemy na Monte Rosę - namawia. Faktycznie, stąd właśnie jest najbardziej dogodne wejście na tę piękną górę. Rozmawiamy też o kanioningu, raftingu i innych sportach uprawianych tutaj latem. W rozmowę włącza się jeszcze jeden miejscowy przewodnik (tu chyba wszyscy są przewodnikami?) - wkrótce okazuje się, że to Silvio Mondinelli, mieszkający w Alagni włoski himalaista, jak się szybko okazuje, uroczy, skromny człowiek. Silvio szykuje się właśnie do kolejnej wyprawy na Everest, ale widać wyraźnie, że choć ciągnie go w góry dużo wyższe, i tak najpiękniejszym miejscem jest dla niego położona u stóp Monte Rosy Alagna.

 

 

Informacje praktyczne (dane z 2004 r.):

Ski passy: 1-dniowy ski pass w rejonie Alagna kosztuje 21-27 euro, na cały region (konieczne przy zjeździe do Gressoney) - 31 euro, na 6 dni (na cały region) -  163 euro.
Informacje:
Alagna Valsesia, Piazza Grober 1, tel. 0163 922988, faks 0163 53091.
Kontakt do przewodników: Corpo Guide Alagna, tel./faks +39 0163 91 310, This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it., http://www.guidealagna.com .  Oczywiście jeśli zamierzamy jeździć tylko w okolicach wyciągów, przewodnik nie jest konieczny, ale na bardziej ambitne wycieczki warto jednak w niego zainwestować.
Internet: http://www.turismovalsesiavercelli.it

Back to top