Balonem nad Alpami
Hits: 3942
 
BALONIARSTWO 

- Chcesz lecieć? Nie zastanawiam się ani chwili. Jasne! Nigdy nie latałam balonem i to jeszcze w takiej scenerii!

 

balony-wysoko.jpgMiałam szczęście! Luksemburczycy, którzy mnie zabrali nie mieli pełnej załogi, szukali kogoś do obciążenia kosza. Nim się zorientowałam, już byłam w powietrzu! Ponad głową miałam wielką, niebiesko-czerwoną czaszę, w dole widziałam machających, coraz mniejszych ludzi i oddalające się Kössen - główne miasteczko regionu Kaiserwinkl w austriackim Tyrolu. Co roku odbywa się tam Alpejski Meeting Balonowy. Kiedy na nim byłam (2006 r.) wzięło w nim udział 28 załóg z 7 krajów.

Zdecydowanie najbardziej wyróżniali się Czesi, którzy w powietrze wznosili się podczepieni do wielkiego kufla piwa z pianką, bo tak właśnie wyglądał ich balon. Chwalili się, że ponoć tym samym "kuflem" wzbili się kiedyś na wysokość 8 tys. metrów (oczywiście z zapasem butli z tlenem do oddychania).

balony -z gory.jpgA jak mój lot z Luksemburczykami? Widoki były obłędne! Po osiągnięciu pułapu około 3,5 tys. metrów mieliśmy pod sobą pocięte dolinami istne morze gór. Inne balony zostały gdzieś daleko, wyglądając jak kolorowe kropki na niebieskim niebie. Fantastyczna była... cisza, co jakiś czas przerywana jedynie otwieranym zaworem z gazem. -Nie ma ryzyka zapalenia czaszy? - zaryzykowałam nieśmiałe pytanie. Okazuje się, że materiał z którego jest zrobiona jest ognioodporny. -A jak z ptakami? - postanowiłam sprawdzić różne rodzaje potencjalnych zagrożeń. W odpowiedzi usłyszałam historię o wielkim ptaku, który krążył nad balonem, bynajmniej jednak nie w celu ataku i związanego tym dziobania czaszy, ile decydując się ostatecznie na... ulokowanie się na rozpiętym materiale i rodzaj powietrznego autostopu. Ptaszysko przepłoszył szum wypuszczanego gazu i buchający ogień...

balony-piwo.jpgMy tymczasem mieliśmy z sobą 6 butli, w związku z czym dopiero po 3 godzinach, już po przeleceniu nad terytorium Niemiec, zaczęliśmy myśleć o lądowaniu. -Złączysz nogi, ugniesz kolana, i w tej pozycji, trzymając się kosza będziesz czekała na zetknięcie się z ziemią... - dostałam instrukcje. Tymczasem ziemia zbliżała się coraz szybciej, wariometr służący do określania prędkości wznoszenia i opadania piszczał alarmująco. Pod nami był las, widać było już, że przed nim nie wylądujemy. Trzeba było znowu nabrać wysokości. Dopiero druga próba, nad zasypanym śniegiem polem, okazała się skuteczna. Na białej polanie było widać nasz cień, znowu nastąpiło szybkie opadanie i tuż przy ziemi - dodanie gazu i wyhamowanie w ten sposób prędkości. Dotknęliśmy ziemi delikatnie, niemal niezauważalnie, chociaż wiem, że nie wszystkim załogom się tak udało - niektórym kosze się poprzewracały.

balon -jeden z wielu.jpg Jeszcze nie zdążyliśmy na dobrze przykotwiczyć balonu (aby nie odleciał), kiedy już była przy nas reszta, naziemna część ekipy, cały czas śledząca nasz lot (mieli z nami stałą łączność radiową, no a poza tym w dobie GPSów nie trudno podać dokładną pozycję). Jeszcze tylko wymagające wysiłku i siły zwinięcie czaszy, rozmontowanie kosza, załadowanie sprzętu do samochodu...
Nie ma co kryć - fajnie było!

Następnego dnia też latałam - dla odmiany z załogą niemiecką. Mając już na koncie balonowy chrzest, włączyłam się w przygotowania do lotu. Rozwinięcie czaszy, potem przy pomocy specjalnej dmuchawy wtłoczenie do niej powietrza, wreszcie - podgrzanie gazu płomieniem i start. Tym razem zaczynaliśmy z miasteczka Wachlsee i nie był to już rekreacyjny lot widokowy lecz konkurencja polegająca na zrzucaniu markera na wyznaczony punkt. Typowe zadanie na precyzję lotu, w przypadku balonów nie mogących przecież latać pod wiatr - wcale nie łatwe do wykonania. Udało się tylko kilku załogom, nasz pilot, aczkolwiek doświadczony, nie miał szczęścia. Tym razem widoczność nie była już tak dobra, no i silniej wiał wiatr. Za to tego dnia nie byliśmy sami - wokół nas było mnóstwo balonów, kolorowe niebo!

balony-w nocy.jpgRównie ładnie jak w dzień, balony prezentują się w nocy, kiedy z mroku wyłaniają się ich podświetlone czasze. Dla widzów, którzy przyjechali specjalnie na tę okazję, było to naprawdę niesamowite widowisko - prawdziwy spektakl typu światło i dźwięk, w ramach którego stojące na ziemi balony (ze względu na bezpieczeństwo nie mogły wzbić się w powietrze) podświetlano w rytm muzyki. Kiedy przebrzmiały tony finałowej melodii, widownia stała zamurowana z wrażenia! Chwilę później narzucono jednak zmianę nastroju - rozpoczęto "Glühwine Party". Impreza z grzanym winem i tańcami przy tyrolskiej muzyczce udowodniła, że baloniarze równie dobrze jak latają, umieją się również bawić!


Zloty baloniarzy w austriackim Kaiserwinkl odbywają się co roku na przełomie stycznia i lutego. Informacji należy szukać na: http://www.kaiserwinkl.com

 
Back to top