Tam gdzie czarne Harakiri
Hits: 3997
ZILLERTAL/ LODOWIEC HINTERTUX (AUSTRIA)


W rankingach najlepszych w świecie stacji narciarskich jest zwykle w czołówce. Polacy kojarzą go głównie z lodowcem Hintertux, ale to tylko jeden z tworzących go rejonów. Chodzi o austriacki Zillertal - 639 km tras , 176 wyciągów i tylko jeden skipass.



Skoro Zillertal rekomenduje sam Stephen Ebertharter, słynny narciarz będący medalistą olimpijskim i Mistrzem Świata, to już coś znaczy. Zillertal "kosi" jedną nagrodę za drugą. Ceniony portal http://www.skiresorts.de już drugi raz z rzędu zaliczył tutejsze ośrodki do 10-tki najlepszych w świecie, tutejsze schronisko Kristalhutte uznał za najlepsze na świecie, działający w tej okolicy Zwergerlclub nagrodzono jako najlepszy klub dla dzieci, zaś skipark Burton to już od dawna jedno z miejsc ulubionych przez snowboardzistów. Widokowo też jest tu pięknie - w okolicy znajduje się aż 55 trzytysięczników! Nic dziwnego, że stąd właśnie pochodzi jeden z najlepszych himalaistów świata - Peter Habeler (razem z Reinholdem Messnerem w 1978 roku dokonał pierwszego w historii wejścia na Everest bez tlenu).

Co ma wspólnego lodowiec z patelnią?


Gdyby przeprowadzić plebiscyt, który z austriackich lodowców jest najlepszy, Hintertux miałby szansę na zwycięstwo. Wśród 86 km tras, które oferuje (duża ich część czynna jest także latem) każdy wybierze takie stoki, jakie lubi.

Na parkingu w miejscowości Tux, skąd startuje kolejka na lodowiec, pełno jest samochodów z polską rejestracją. Nasi rodacy lubią to miejsce - wszędzie słyszymy polską mowę. Z dwiema przesiadkami z wysokości 1500 m wjeżdżamy na 3250 m - wyżej się już nie da. Ostatni odcinek pokonujemy w tzw. Gletscherbus - wbrew nazwie to nie żaden "bus" tylko niebieskie gondole.

Przygodę z lodowcem zaczynamy od wejścia na dach górnej stacji kolejki, a konkretnie - na tamtejszy przestronny taras. Z tablic wyczytujemy jak nazywają się pobliskie szczyty i że do bieguna południowego stąd 16074 km, za to do północnego "tylko" 5478 km, czyli bliżej niż do Nowego Jorku, bo tam 6523 km.
lodowiec hintertux w zillertall.jpg Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Kiedy przypinamy narty wieje tak, że trudno ustać, ale już 5 minut później wiatr rozwiewa chmury i jest piękne słońce. Na obiad zjeżdżamy do "Tuner Fernerhaus" na wysokości 2660 m - w schronisku i przy wystawionych na zewnątrz stolikach trudno o miejsce, bo to na lodowcu najpopularniejszy punkt spotkań. Zamawiamy nasze ulubione Kaiserschmaren czyli "Cesarski Omlet" z marmoladą i zaraz potem wracamy na narty. Przy tak doskonale przygotowanych trasach i malowniczej scenerii szkoda każdej minuty. Na koniec dnia do samochodu zjeżdżamy na nartach - to kolejny plus tego lodowca. Umożliwia to 12 kilometrowa, czerwona trasa "Schwarze Pfanne" czyli "Czarna Patelnia". Największą trudnością są na niej narciarze, którzy nie umieją jeździć, a za punkt honoru stawiają sobie zjazd na deskach a nie w bezpiecznej gondolce.

Na zakończenie udanego dnia idziemy jeszcze do pubu "Hohenhaus Tenne". Trudno nie zauważyć tego stojącego przy parkingu budynku z drewnianą nadbudówką. To jedno z najpopularniejszych w całym Zillertalu miejsc na apres ski czyli imprezki po nartach. W środku tłum i głośna muzyka, przy barze wiszą szaliki piłkarskich kibiców. Piwo leje się strumieniami, ludzie tańczą na stołach. Błyskawicznie nastrój zabawy udziela się też i mnie. W pewnym momencie DJ rzuca hasło "hymnu" Zillertalu. Wpadającą w ucho muzykę i łatwe słowa wszyscy błyskawicznie podchwytują - chór na sto gardeł słychać także na zewnątrz.

Do Warszawy daleko


Zillertal to bardzo ekologiczna dolina. Wszystkie stoki są naturalne - nie profiluje się ich w sposób sztuczny, wyciągi są elektryczne i ciche, obsługa schronisk ma obowiązek segregowania śmieci, natomiast narciarzom sugeruje się zrezygnowanie z dojazdu na narty samochodem i korzystanie z darmowych skibusów, których jest tu aż 26 linii! Odstawiamy samochód i my, tym bardziej że kolejnego dnia zamierzamy rozpocząć jazdę w jednym miejscu, a zakończyć gdzie indziej. Dokładniej - chcemy zrobić część tzw. Die Gletscher Runde czyli wielokilometrowej trasy poprowadzonej od lodowca wzdłuż całej doliny. Zaczynamy od Eggalm, najmniejszego z "podośrodków" Zillertalu. Przy górnej stacji pierwszego wyciągu spodoba się maluchom - jest tam bardzo oryginalnie urządzony, kolorowy plac zabaw. My jednak chcemy naprawdę poszaleć, metodą kombinacji tras i wyciągów przeskakujemy więc w rejon Penken. Tras i wyciągów - multum. Krzesełka 6 i 8-osobowe, kolejka linowa z wielkim wagonem na 160 osób, orczyki oczywiście też. Dobrze już rozgrzani stajemy przy znakach ostrzegających: "Harakiri - 78 procent nachylenia". To najbardziej stroma trasa w całej Austrii - stosowne napisy uprzedzają, że to tylko dla dobrze jeżdżących. Dużo osób robi sobie przy znakach zdjęcia, ale na zjazd decyduje się niewiele. W ostatniej chwili zauważamy jeszcze kartkę, że akurat w tym czasie kiedy tu jesteśmy, na trasie jest fotograf i robi darmowe zdjęcia, które można będzie zobaczyć w Internecie. Wiadomo, mobilizujemy się, by ładnie zjechać…

Początek jest prosty. Stromizna zaczyna się za zakrętem (z punktu startu jej nie widać). Ścianka to jedno, ale gorzej że zlodzona. Paweł śmiga jak oszalały, próbuję więc go dogonić i… omal nie rozjeżdżam ukrytego za krzaczkiem fotografa! W ostatniej chwili wyhamowuję, chcę na chwilę stanąć, ale gdzie tam, przy tak stromym stoku i tak się zsuwam niewiele mogąc zrobić. Już wiem, że nazwa "Harakiri" jest bardzo adekwatna! Rozumiem, że w tym wypadku nie ma mowy o stawaniu - po prostu trzeba jechać. Ostatecznie nawet polubiłam "Harakiri", jednak moją ulubioną staje się inna "czarna", o numerze 17 i nazwie "Devils Run" ("Diabelski Zjazd"). Mniej lodu, a i tu są niezłe ścianki dające dużo frajdy.

odleglosci z zillertalu do reszty swiata.jpg Odpoczywamy na szczycie Penken, w stylowej drewnianej knajpce, do której zaprasza wielki biały niedźwiedź trzymający deskę snowboardową i tablicę z menu. Obok misia stoi słup z drogowskazami: Warszawa  - 871 km (w linii prostej), Monachium - 110 km, Wiedeń - 359, lodowiec Tux - 17 km, Hawaje (no bo może komuś zamarzą się palmy i plaża?) - 12 340, Flugtaxi do Mayrhofen…. 5 m. "Flugtaxi", czyli "powietrzna taksówka" to po prostu tandemowa paralotnia. Rzeczywiście tuż obok stoi instruktor zabierający chętnych na startowisko. Po kilkunastu minutach przygotowań szybują ponad górami lądując później na obrzeżach miasteczka Mayrhofen. My z Pawłem też tam musimy dotrzeć, tyle że na nartach.


Serowa szarotka

-Państwo z Polski? To koniecznie musicie się spotkać z Dominikiem - mówi pan z informacji turystycznej. O Dominiku, Polaku mieszkającym w Zillertalu słyszałam już od kilku osób, tak więc sama jestem ciekawa, kim jest owa tajemnicza postać. Spotykamy się wieczorem, na kawie i już po kilku zdaniach widzę, że rzeczywiście to dobry kontakt. Dominik o Zillertalu wie wszystko, a przy tym ma tyle zapału w przekonywaniu że to najpiękniejsze miejsce w Alpach, że zaczynam się zastanawiać czy nie ma racji. Przez długi czas Dominik pracował w Niemczech, aż pewnego razu przyjechał do Zillertalu na wakacje. No i się zakochał. Nie, nie w żadnej kobiecie tylko w dolinie. Zostawił w Niemczech dobrą pracę, znajomych i postanowił rozpocząć nowe życie, bliżej natury, w gronie ludzi, których polubił, a oni polubili jego. Pytam Dominika co poza nartostradami warto tu zobaczyć… Wspomina m.in. o muzeum zebranych w okolicznych górach minerałów, które w Finkenbergu założył lokalny fan geologii, ale zaraz potem rzuca: -A w serach byłaś? No nie byłam…

Następnego dnia wyciągam swojego męża i jedziemy "do serów", a dokładniej do fabryki Erlebnis Sennerei na obrzeżach miasta Zell. Dobrze się składa, bo pogoda kiepska - szaro, zadymka, nie żal więc godziny z hakiem urwanej z narciarskiego dnia. Z trafieniem nie mamy problemu, bo Dominik sugestywnie wytłumaczył: -To tam, gdzie krowy na dachu. Krowy są, sztuczne oczywiście. Po zakupie biletów wstępu chodzimy pomiędzy kolejnymi sekcjami nowoczesnej fabryki i przez wielkie, oszklone szyby patrzymy na kolejne etapy produkcji serów. Mnóstwo rur (do mleka), wielkie kadzie, czyściutko… Na końcu zaliczamy degustację. Na wielkim talerzu leżą różne gatunki serów. Najbardziej oryginalnie wygląda Zillertaler Graukäse kojarzący mi się z wyglądu z kukurydzą - biało-żółty, ręcznie robiony. Ma zaledwie 0,2% tłuszczu, a dojrzewa tylko 3 dni. Jego przeciwieństwem jest ciężki Bergkäse, czyli ser "górski". Ten ma już 32% tłuszczu. Ale smakowo najbardziej przypada mi do gustu biały "Zillertaler Edelweiß", czyli "Zillertalska Szarotka". Po prostu rozpływa się w ustach.


Codziennie gdzie indziej

knajpka na narciarski obiad.jpgNa drugim końcu doliny licząc od lodowca, ponad miastem Zell am Zillertal wznoszą się kolejne góry poszatkowane trasami i wyciągami - region Zillertal Arena. Wpadamy tu na jeden dzień, nie mamy więc szans aby sprawdzić wszystkie z 217 km tutejszych tras. Robimy sobie jednak tzw. Arena Tour w czym pomaga mapka z dokładną rozpiską z jakiego wyciągu trzeba skorzystać, ile czasu jedzie etc. W ten sposób przedostajemy się do Gerlos a potem do Hochkrimml po drodze przekraczając granicę landów, tzn. z Tyrolu wjeżdżając do Ziemi Salzburskiej. Jesteśmy pod wrażeniem zagospodarowania tak ogromnych przestrzeni. Świetnie przygotowane trasy, mnóstwo wyciągów, mimo szczytu sezonu - żadnego dłuższego stania "w kolejce do kolejki".

Następnego dnia wybieramy się w rejon Ski-Optimal, gdzie jest już "tylko" 155 km tras. Hitem wśród nich, na stokach tak zwanego Hochzillertal jest "czarna trójka" albo inaczej "Olimpijski zjazd Stephena Eberhartera". Słynny olimpijczyk ma tu jeszcze jedną trasę - jego imię nosi też "czerwona jedynka".

Już jakby na deser zostawiamy sobie stoki góry Ahorn. Ma niecałe 2 tys. metrów wysokości i trasy dobre dla rodzin z dziećmi (kameralne, raczej łatwe). To z czego słynie nie jest jednak dla dzieci - chodzi o "White Lounge - Iglu bar". Jak przystało na igloo, rzeczywiście wszystko jest ze śniegu i lodu. My wpadamy tu tylko przetestować słynny bar (co jak co ale lodu do drinków tu nie brakuje), ale kto chce może zostać tu na noc - nocleg na lodowym łożu, tyle że w ciepłym śpiworze w 4-osobowym igloo kosztuje 111 euro od osoby (w tym kolacja). Można też urządzić sobie romantyczną "noc we dwoje" - w cenie 333 euro (tym razem od pary, z wliczonym szampanem). Tyle że, cóż, trzeba się przygotować że partner(ka) może okazać się nieco "oziębły/a".

W końcu nadchodzi czas powrotu do Polski. Z okien samochodu po raz ostatni patrzymy na stoki. W sumie to nie dziwimy się Dominikowi, że postanowił zacząć nowe życie w takim właśnie miejscu…

WIT (tekst opublikowany w "Moich Podróżach" w Rzeczpospolitej) w XII.2007 r.



Zillertal w pigułce:
Tereny narciarskie: od 550 m na 3250 m n.p.m.
Nartostrady: 639 km z czego 165 km niebieskich (łatwe), 397 km czerwonych (średniotrudne), 77 km - czarnych (trudne)
Sezon: na lodowcu Hintertux - cały rok, w pozostałych ośrodkach - od grudnia do kwietnia


Warto wiedzieć:

Dolot: najbliższe lotniska - Innsbruck (z Polski nie ma bezpośrednich lotów), Salzburg (połączenia oferuje Norwegian) oraz Monachium (LOT i Lufthansa).

Dojazd: jadąc autostradą od strony Salzburga czy Monachium w kierunku Innsbrucka skręcamy w Maurach na drogę nr 169. Początkiem doliny jest miasteczko Zell am Ziller gdzie jest odbicie na górską drogę kończącą się pod lodowcem Hintertux.

Skipassy: 1-dniowy - w zależności od regionu 36-37 euro, 6 dniowy - 176 euro. Za darmo jeżdżą dzieci urodzone po 1 stycznia 2002 r. Skipassy na 4 dni i dłużej obejmują wszystkie ośrodki Zillertalu (włącznie z lodowcem), do 3 i pół dnia kupuje się je na konkretny region. Karnety wielodniowe mają postać plastikowej karty chipowej za którą płaci się kaucję 2 euro (do zwrotu przy oddaniu karty).

Internet:
http://www.zillertal.at , http://www.htintertuxgletscher.at , http://www.tux.at , http://www.zillertalarena.com , http://www.ski-optimal.at . Strona  po polsku: http://www.zillertalinfo.pl

Back to top